1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Nicole Kidman: Outsiderka

Nicole Kidman: Outsiderka

fot. BewPhoto
fot. BewPhoto
Grała z największymi i u największych, zdobyła Oscara. Była dziewczyną Batmana, kusiła w legendarnym kabarecie Moulin Rouge, wcieliła się w księżną Monako. Nicole Kidman – jedna z najbardziej cenionych i zapracowanych aktorek na świecie – rozmawia z nami w Mediolanie. W sposób niespieszny i nienapuszony. Rzadko się zdarza, by od gwiazdy tego formatu bił tak naturalny blask.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 02/2016)

Temu spotkaniu patronuje Omega, prestiżowa marka zegarków, której jest pani twarzą. To pytanie musi zatem paść: czym jest dla pani czas?

Jest dla mnie bardzo cenny. Myślę, że im jestem starsza, tym bardziej zdaję sobie sprawę, jak ulotne jest życie. Wciąż istnieje na świecie tak wiele rzeczy, których jestem ciekawa; tak wiele rzeczy, które chciałabym zrobić; przygód, które chciałabym przeżyć; języków, których chciałabym się nauczyć, i książek, które chciałabym przeczytać. A jednocześnie uwielbiam po prostu marzyć. Błogo wyciągnąć się na kanapie. Taka równowaga w życiu – pomiędzy pracą a relaksem – jest niezbędna. Pozwala opiekować się dziećmi i mężem, spędzać wspólnie czas, a jednocześnie daje możliwość rozwijania intelektu i osobistych, kreatywnych pragnień. Ja nadal się tego uczę. Nie wiem, czy uda mi się kiedykolwiek dojść do miejsca, w którym będę mogła powiedzieć: „Tak, a może teraz zrobię to”. Bo w życiu także chodzi o ciągłe pokonywanie kryzysów. Gdy stracisz równowagę, musisz wracać na wcześniej obraną drogę. Mam szczęście, że moja rodzina jest bardzo silna. Mam wspaniałego męża, który zawsze wsiądzie w samolot i przyleci, gdziekolwiek jestem, nawet w środku nocy. Jakiś czas temu odbyła się premiera mojej sztuki w Londynie [„Photograph 51” – przyp. red.], a on był w samym środku tournée po Stanach. Powiedziałam mu: „To dla ciebie zbyt wiele lecieć w tę i z powrotem, nie martw się o mnie”, ale nie dał się zbyć, odpowiedział: „Przylecę!”. Leciał dziesięć godzin, aby pobyć ze mną w wieczór premiery, i zaraz potem wsiadł w samolot i wrócił do pracy. Dla mnie to dowód prawdziwej miłości. To coś wyjątkowego. Zrobiłabym dla niego to samo, ponieważ jesteśmy bardzo oddaną sobie parą. W naszym życiu wspólnie z dziećmi bardzo dużo podróżujemy. Żyjemy jak cyganie. Gdy tylko dzieci powiedzą: „Nie chcemy się więcej przenosić”, to zostaniemy na stałe w Nashville.

Często brakuje nam czasu. Zerka pani na zegarek po to, by sprawdzić godzinę czy raczej by rozkoszować się danym momentem? W myśl deklaracji: chwilo, trwaj jak najdłużej...

Korzystam z zegarka cały czas. Robię to, by się nie spóźniać. Właśnie wraz z mężem uczymy nasze córki odczytywać czas i obie, choć są jeszcze małe, mają już swoje zegarki. One też chcą być na czas, to forma wyrażania szacunku i wymagają tego dobre maniery. Taka nauka to część naszego zadania jako rodziców. Dla mojej matki czas miał zawsze bardzo istotne znaczenie. Potem, gdy zaczęłam pracować w wieku 14 lat, nauczono mnie, żeby się nie spóźniać na plan, bo ściągnę na siebie kłopoty. Dziś też staram się tego nie robić, ponieważ to nie jest dobre. Wyobraża pani sobie przyjść do kogoś na przyjęcie o dziesięć minut za wcześnie?

Powiedziała pani, że uczy córki dobrych manier. Co prócz tego jest dla pani ważne w ich wychowaniu?

W mojej rodzinie jest wiele kobiet godnych naśladowania, wspaniałych wzorów dla moich dziewczynek. Ja czułam się bardzo związana z babciami, obie były dość mocno zaangażowane w moje wychowanie. Dlatego tak cenna jest dla mnie międzypokoleniowa wieź i na pewno staram się ją przekazać dzieciom. Z kolei moja mama kładła zawsze duży nacisk na naukę i samodoskonalenie. To ważne również dla mnie. Efekty są takie, że jak na razie żadna z moich córek nie chce zostać aktorką. Według nich wiąże się z tym zawodem zbyt dużo pracy. Uwielbiają gotować, jedna z nich chciałaby zostać organizatorką przyjęć.

Często pani podkreśla, że w Hollywood czuje się outsiderką. Dlaczego?

Tu nawet nie chodzi o Hollywood. Dorastając, zawsze miałam poczucie, że jestem tym dzieckiem, które ma za jasną skórę i dlatego nie może chodzić z innymi na plażę. Siedziałam w domu i czytałam książki. Wychowałam się w domu matki feministki i ojca polityka, w którym nie było zbyt dużo pieniędzy. Chcieli zaszczepić we mnie poczucie własnej wartości i aspiracje intelektualne. Udało im się je zbudować. Gdy miałam 12 lat, podsuwali mi do czytania dzieła Guy de Maupassanta i Dostojewskiego. Zamiast iść na plażę ze znajomymi, wolałam zostać w domu i czytać, a moja mama siadała potem ze mną i dyskutowałyśmy o książkach. Dziś cieszę się, że to robiła, że oboje to robili, ponieważ to wtedy poczułam, że chcę zostać aktorką. Wtedy też stałam się outsiderką. Myślałam inaczej niż pozostali. Wstawałam o szóstej rano w soboty, aby zdążyć dojechać dwoma autobusami do miasta na warsztaty teatralne, które zaczynały się o dziewiątej. Wszyscy moi znajomi wciąż spali. Nie wychodziłam z nimi w piątkowe wieczory, bo zależało mi na tych lekcjach. Myślę, że mama i tata byli tym zaskoczeni. Tata nie woził mnie do miasta. „Jeśli chcesz tam chodzić, musisz się tam dostać sama” – mawiał. Uważam, że to było dobre. Mój mąż często powtarza, że patrzę na świat z boku. Mówi tak, ponieważ zostałam wychowana tak, jak zostałam wychowana. To pewnie łączy mnie z graną przeze mnie postacią Rosalind Franklin.

W Rosalind Franklin wciela się pani w sztuce „Photograph 51”, która niedawno miała premierę w jednym z londyńskich teatrów – prasa pisze o pani wielkim powrocie na scenę.

Chciałam zagrać Rosalind, odkąd przeczytałam jej historię. Spodobało mi się to, że była bardzo złośliwa i gwałtowna, ale jednocześnie zaangażowana i pełna altruizmu. Nie chodziło jej o sławę. Była jedną z tych osób, które urodziły się, by po cichu zajmować się swoją pasją. W jej przypadku nauką. Chciałam, aby jej historia stała się powszechnie znana, by każdy wiedział, że to Rosalind była jedną z czterech osób, które przyczyniły się do odkrycia DNA. Dlatego odczuwam wielką satysfakcję na myśl o tym, że świat sobie o niej przypomniał. Jej nie ma już na świecie, zmarła na raka jajnika w wieku 37 lat [w 1958 roku – przyp. red.], ale my o niej rozmawiamy i oddajemy jej hołd.

A co tak naprawdę dla pani oznacza powrót do teatru po tylu latach?

W teatrze trzeba uruchomić kompletnie inny warsztat aktorski niż ten, który przydaje się na planie filmowym. Używa się – i to dosłownie – innych mięśni. Chodzi o inne gesty, mimikę, intonację, motorykę ciała. Nie grałam w teatrze 17 lat. Chyba chciałam sprawdzić, czy podołam, czy wciąż to w sobie mam. Okazało się, że można przypomnieć sobie nabyte kiedyś umiejętności. Wprowadzić maszynerię ponownie w ruch.

Ma pani w swoim dorobku wspaniałą, nagrodzoną Oscarem rolę angielskiej pisarki i feministki Virginii Woolf. Wcieliła się pani także w amerykańską korespondentkę wojenną, reportażystkę i dziennikarkę Marthę Gellhorn. Myślała pani o tym, by zacząć pisać?

Cały czas o tym myślę, ale zaraz sobie przypominam, że przecież nie miałabym na to czasu [śmiech]. Przez moment myślałam, że podczas pracy nad sztuką będę prowadziła coś na kształt dziennika, ale przecież nie na tym polega prawdziwe pisanie. Ono pochłania całe życie, nie można mu się oddać w przerwie między zajęciami. Coś o tym wiem, mój mąż zawodowo zajmuje się pisaniem piosenek [Keith Urban jest gitarzystą i piosenkarzem country – przyp. red.].

Wrócę raz jeszcze do pojęcia czasu. „Godziny” – czas w tym filmie jest niemal jednym z bohaterów. Czas nie ma celu, czas się wręcz nudzi. To on doprowadza ludzi do obłędu. Odczuwa pani jego obecność lub upływ na co dzień?

Gdy zostaje się mamą, po buziach dzieci widzi się upływ czasu. Odczuwa się to niemal namacalnie. Niedawno moja córka miała trzy lata i uczyła się czytać. Dzisiaj ma lat siedem. Kiedy to minęło?! Niestety, im jest się starszą, tym ma się większe wrażenie, że czas przyspiesza. Może dzieje się tak dlatego, że zaczynamy wolniej się ruszać, spokojniej żyć, uczymy się nie spieszyć, celebrować każdy moment. Życie w takim tempie bardzo mi odpowiada. W tym sensie jestem pogodzona z upływem czasu, potrafię docenić inne wartości niż 10, 15 lat temu i jestem za to wdzięczna. To według mnie naturalna kolej rzeczy, nie ma we mnie sprzeciwu. Z mężem staramy się przed każdym posiłkiem zmówić krótką modlitwę także po to, by zatrzymać się na chwilę, docenić, że tak pięknie trwa.

Bierze pani udział w wielu projektach, potrafi pani zagrać w czterech produkcjach rocznie. Co zrobiłaby pani z jedną wolną minutą, jedną godziną i jednym wolnym dniem?

Jedną minutę poświęciłabym na marzenia lub medytację. Uwielbiam się wyciszyć i medytować. Wolna godzina? To zależy. Lubię usiąść na podłodze i pobawić się z dziećmi. Czytałam, że to bardzo ważne, by zejść do ich poziomu i bawić się z nimi przez godzinę dziennie. Wolny dzień? Uwielbiam śniadanie. To mój ulubiony posiłek dnia. Potem czytanie gazet i pływanie. Gdybym była w Sydney, poszłabym na plażę, którą kocham. Mimo że przez wyjątkowo jasną karnację musiałabym założyć obszerny strój z długimi rękawami i wszyscy pewnie by się ze mnie śmiali. Własne dzieci się ze mnie śmieją, ale właśnie to bym zrobiła.

Używa pani Internetu i mediów społecznościowych?

Czuję, że w dzisiejszej rzeczywistości muszę być ich częścią. Mam czworo dzieci i to niezbędne w kontaktach z nimi. Przestrzegam jednak pewnych zasad. Na przykład nie loguję się do sieci tuż przed pójściem spać. Ogólnie spędzam dużo czasu online. Czytam w ten sposób gazety, mam dostęp do informacji, uczę się i komunikuję w szybki sposób. Mogę tym samym oszczędzić sporo czasu. Jednocześnie staram się nie przekraczać pewnych granic. Nigdy z mężem nie wysyłamy sobie SMS-ów. No, prawie nigdy, tylko sporadycznie. Na ogół po prostu chcemy usłyszeć swój głos. Może to nietypowe, bo jesteśmy ze sobą już dziesięć lat, ale tak to się zaczęło i się nie zmienia. Nie piszemy także do siebie mejli. Zawsze staram się zachować tak wiele miejsca dla intymności i prywatności, jak to tylko możliwe.

Co jest dzisiaj najważniejsze dla pani?

Ostatnie słowa mojej babci, która dożyła 90. urodzin, brzmiały: „Niki, miłość jest najważniejsza”. Nic się nie zmieniło, to wciąż moim zdaniem najistotniejszy i najtrudniejszy wybór.

Nicole kidman australijska aktorka urodzona w USA w 1967 r. Laureatka Oscara za rolę Virginii Woolf w „Godzinach”. Żona piosenkarza country Keitha Urbana, mama czwórki dzieci. Ambasadorka prestiżowej szwajcarskiej marki zegarków Omega.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Nicole Kidman: "Mój przepis na sukces"

"Kobieta ma prawo poświęcić dla macierzyństwa, co chce, ale może zmienić zdanie." (fot. BEW)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Za genialnym posunięciem, jakim był pomysł na „Wielkie kłamstewka”, stoi ona. W kinie zwykle delikatna, wręcz eteryczna, poza ekranem ma dość siły i determinacji, żeby forsować w branży filmowej nowe standardy. 

Jest 2018 rok, wrześniowy poranek, na zegarze piąta, budzik wyrywa Nicole Kidman ze snu. Kolejny dzień zdjęciowy drugiego sezonu „Wielkich kłamstewek” zapowiada się doskonale, a jednak w pewnym momencie Kidman dopadają wątpliwości. – Spałam może pięć godzin, a mimo to miałam energię, chęć do życia i działania. Patrzyłam na siebie w lustrze łazienki i myślałam, jaką jestem szczęściarą, i nagle to wszystko wydało mi się zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Uszczypnęłam się tak mocno, że jeszcze następnego dnia miałam ślad. Ale nie obudziłam się, nie musiałam. Z radości, że to nie jest sen, wyściskałam tego dnia na planie przyjaciółki znacznie mocniej niż zwykle – relacjonuje, kiedy spotykamy się w Kalifornii.

Dwukrotnie prosi, żeby tłumacząc naszą rozmowę na polski, na pewno użyć słowa „przyjaciółki”, nie koleżanki czy aktorki. Zaskakująca prośba, jeśli wziąć pod uwagę, że zawsze podkreśla, że nie tak łatwo nawiązuje głębsze przyjacielskie relacje, w dodatku jest nieśmiała i zawsze pracuje w wielkim skupieniu, przez co czasem ludzie, którzy z nią grają, mają ją za wyniosłą. Zresztą i w naszej rozmowie tłumaczy: – Poznaję mnóstwo nowych ludzi, ale w relacjach jestem wierna jak pies. Nigdy nie zapominam o swoich przyjaciołach. Jak lwica walczę o nich w chwilach kryzysu, nigdy nie wymieniam ich na nowych.

Tym bardziej znaczące są „przyjaciółki”, przy których tak się upiera. Pojawiają się w jej wypowiedziach na temat ekipy „Wielkich kłamstewek” równie często jak hasło „kobieca solidarność”. Nic dziwnego.

Ten serial to pod wieloma względami ewenement. Sześć świetnych aktorek na jednym planie. Sześć równoprawnych, rozbudowanych ról, a do tego historia napisana, wyreżyserowana i wyprodukowana przez kobiety. W nadal zmaskulinizowanej branży filmowej faktycznie można mieć wątpliwości, czy to przypadkiem nie sen. Przyjaciółki, o których mówi Nicole, to ona sama, Reese Witherspoon, Shailene Woodley, Laura Dern i Zoë Kravitz: „piątka z Monterey” [od nazwy malowniczej miejscowości nad oceanem, w której rozgrywa się serial – przyp. red.], czyli pięć mam, które łączy mroczna tajemnica. Teraz do i tak gwiazdorskiej obsady dołączyła jeszcze Meryl Streep.

I chociaż ten sukces, jak każdy, ma wielu ojców (a w tym przypadku matek), nie sposób oprzeć się wrażeniu, że „Wielkie kłamstewka” to jednak przede wszystkim triumf Kidman. Z co najmniej dwóch powodów.

Brakujący element układanki

Triumfem na pewno jest jej rola Celeste. W pierwszym sezonie to porażające studium przemocy domowej. Cała wirtuozeria tkwi w tym, że odkrywamy prawdę wolno i po kawałku. Przecież Celeste i jej mąż to taka ładna para! Pełna pasji i namiętności, wszystkie matki dzieci chodzących do szkoły w Monterey po cichu zazdroszczą chemii, która łączy tych dwoje. I przecież ona nie ustępuje jemu pod względem temperamentu. Naprawdę? Kiedy wreszcie zdajemy sobie sprawę z faktycznej skali problemu, czujemy się dokładnie tak jak bohaterka Kidman, która dotąd żyła w ułudzie i do której prawda z całą mocą dociera w momencie, w którym jest już właściwie na nią za późno.

Niektórzy recenzenci zachwycają się, że to najlepsza rola w karierze Kidman. Nawet jeśli potraktujemy te peany z pewną rezerwą, trafne wydają się oceny, że występ w „Wielkich kłamstewkach” to powrót gwiazdy.

Zresztą ona sama, słynąca z tytanicznej pracy, profesjonalizmu i poświęcenia, przyznaje, że oddała tej roli więcej niż dużo. – Kiedy odgrywaliśmy z Alexandrem Skarsgårdem brutalne sceny między małżonkami – wspomina – uświadomiłam sobie, jak to wygląda w prawdziwym życiu. Co innego czytać o tym, rozmawiać, słuchać, a co innego tego doświadczyć. Skarsgård widział, że źle to znoszę. Był naprawdę kochany, próbował mnie rozbawić na przykład żartem, że wszystko zostaje w rodzinie, bo najpierw poszłam do łóżka na planie „Dogville” z jego ojcem Stellanem, a teraz z nim. Dbał o mój komfort psychiczny, ale mimo wszystko bardzo tę rolę odchorowałam. Pamiętam, że któregoś dnia po powrocie do domu napuściłam pełną wannę wody, weszłam do środka i przez długie godziny płakałam.

Doskonała kreacja aktorska to jedno, ale serial to także sukces Kidman na innym polu. Świetny tytuł w portfolio jej firmy producenckiej – Blossom Films. A przy okazji tworzenie na rynku filmowym nowych standardów. Kidman, zamiast narzekać na sytuację kobiet w branży albo czekać, aż coś się zmieni, wzięła sprawy w swoje ręce. Zainspirowana publiczną debatą o parytetach w Hollywood, założyła sobie, że co półtora roku wyprodukuje film reżyserowany przez kobietę. Po czym sama, co dobrze widać po ultrasfeminizowanej ekipie „Wielkich kłamstewek”, podbiła jeszcze stawkę. Książką Liane Moriarty, na podstawie której powstał serial, interesowała się też Reese Witherspoon, która ma firmę producencką Hello Sunshine. Jednak zamiast toczyć boje, obie panie postanowiły połączyć siły.

Razem z grającymi w filmie aktorkami stworzyły dream team. Nawiązały między sobą wyjątkową, międzypokoleniową więź (najstarsza w tej grupie Streep za chwilę skończy 70 lat, najmłodsza Woodley nie ma jeszcze trzydziestki). Aktorki spotykały się po pracy, wychodziły na miasto, zapraszały się do siebie. Nicole mruży w uśmiechu oczy: – Reese zachowywała się jak nasza matka. Nigdy nie pozwalała nam za nic płacić, po kryjomu regulowała rachunki, a kiedy próbowałyśmy ją przechytrzyć, i tak znajdowała na nas sposób. Shailene była buntowniczką, która uświadamiała nas w sprawach ekologii. Dużo mówiła o swoim aresztowaniu, kiedy protestowała przeciwko budowie gazociągu w parku narodowym. Zoë z kolei tłumaczyła nam, jak to jest dorastać jako córka znanych rodziców. Dla mnie, matki czworga dzieci, te opowieści były bezcenne, bo pozwoliły mi spojrzeć na świat z perspektywy moich córek i syna – kontynuuje.

A za chwilę dodaje: – Nasze życie osobiste swobodnie mieszało się z pracą. Na planie rozmawiałyśmy o problemach i radościach ustami naszych bohaterek, w przerwie pomiędzy ujęciami przy kawie mogłyśmy pogadać o tym, co dzieje się w naszym prawdziwym życiu. Taki system pracy jest jak darmowa terapia. Dostałam wiele odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

'Wielkie kłamstewka' (fot. materiały prasow) "Wielkie kłamstewka" (fot. materiały prasow)

Spójrz, mamo!

Które ze wspomnianych pytań i odpowiedzi Kidman potraktowała jak terapię? Sama mówi najpierw ogólnikami: – Poruszyliśmy w serialu nie tylko temat przemocy domowej, lecz także samotnego macierzyństwa, umiejętności życia w rodzinie patchworkowej. Ale też na przykład przemocy w szkole, gnębienia dzieciaków przez rówieśników. Patrząc na to wszystko, musiałam zmierzyć się z własnymi demonami.

Dopiero kiedy rozmawiamy o wątku nadopiekuńczości, chronienia dziecka za wszelką cenę przed złem tego świata, bardziej się otwiera: – W moim odczuciu takie zachowanie to kłamstwo, a nie rzeczywista ochrona przed czymkolwiek. Matki, które „zagarniają” swoje dzieci i za wszelką cenę próbują zatrzymać je przy sobie, działają tak naprawdę we własnym interesie. Ja zawsze starałam się kierować dobrem dzieci. Zawsze pilnowałam, żeby nie żyły w bańce. Bo któregoś dnia mogłaby pęknąć, a ja wyrządziłabym im jeszcze większą krzywdę. Dużo o tym myślałam na planie.

To odniesienie do własnego życia ma mocny wydźwięk, jeśli weźmie się pod uwagę najstarszą córkę i syna Nicole: 26-letnią Bellę i 24-letniego dziś Connora – których adoptowała ze swoim pierwszym mężem Tomem Cruise’em i nad którymi Cruise po rozwodzie, kiedy były jeszcze małe, przejął opiekę. To ulubiony temat tabloidów i portali plotkarskich, od niemal dwóch dekad z upodobaniem rozpisujących się o złych stosunkach między Nicole a Connorem i Bellą (cała trójka próbowała, bezskutecznie, owe doniesienia dementować). Jako powód niezmiennie podaje się wpływ Toma i Kościoła scjentologicznego. Na ten akurat temat aktorka nigdy publicznie się nie wypowiada, natomiast zdarzyło jej się mówić o bólu związanym z rozwodem. Najsmutniejszą z tych wypowiedzi jest chyba ta związana z przyznanym Kidman Oscarem za rolę Virginii Woolf w filmie „Godziny”.

Kiedy gwiazda po oscarowej gali wróciła do pokoju hotelowego z nagrodą Akademii w ręku, poczuła się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.

Swoją statuetkę, jedynego jak do tej pory przy czterech nominacjach Oscara, oddała mamie. Jako wyraz wdzięczności za to, że ją ukształtowała, powtarzając, że marzeń nie powinno się odkładać na później.

Rada podparta doświadczeniem w postaci własnego niespełnionego marzenia. Janelle Kidman, żona Antony’ego Kidmana, cenionego australijskiego psychologa klinicznego, sama nie mając pieniędzy na studia medyczne, została pielęgniarką. Jednocześnie wychowała obie córki – Nicole i o trzy lata młodszą Antonię, dziś znaną australijską dziennikarkę – na niezależne, świadome swoich praw kobiety.

Jednym z pierwszych dziecięcych wspomnień aktorki jest udział w wiecu feministycznej organizacji w Sydney Women’s Electoral Lobby, w której jej matka przez lata prężnie działała.

„Jeśli osoba, która cię wychowała i miała na ciebie tak istotny wpływ – tłumaczyła dziennikarce magazynu »Tatler«” Nicole – nie zrobiła kariery, na jaką zasługiwała, to do czegoś zobowiązuje. To trochę tak, jakbym odnosiła sukcesy także dla niej. Spójrz, mamo, to także twoja statuetka!”.

O własnym dzieciństwie Kidman opowiada bez upiększania: – Urodziłam się w Honolulu, ale dorastałam w Australii, kraju, który jest odseparowany od reszty świata. Australijczycy są przez to nieco zamknięci na inne kultury. Czują się dobrze we własnym sosie i chociaż lubią gości, to trzymają ich na dystans. Nigdy mi się to nie podobało. Zawsze byłam ciekawa świata, jestem wielką szczęściarą, że dziś mogę tak łatwo przemieszczać się z miejsca na miejsce.

– Najtrudniejszy był dla mnie czas liceum. Nienawidziłam tam chodzić. Kiedy wracałam ze szkoły, kładłam się na łóżku, na którym siedziała moja mama, płakałam i żaliłam się jej na wszystkie nieszczęścia, które mi się przytrafiały. Do dziś rozumiem osoby, które twierdzą, że szkoła średnia to horror. Na tym etapie życia jesteśmy przecież tak nadwrażliwi, że małe potknięcia wydają nam się końcem świata. Mój świat był w gruzach codziennie – wspomina.

W jednym z wywiadów przyznała też, że mama opisała ją jako „intensywne”, mając na myśli kłębiące się w Nicole emocje, i nieco osobne dziecko. Może to tylko sprawa charakteru, ale chyba znaczenie miało też to, że płomiennorudej Nicole, z jej porcelanową cerą, australijski klimat zwyczajnie nie służył. Jako że do popołudnia nie wolno jej było wystawiać się na słońce, sporo siedziała w czterech ścianach. Tak odkryła dla siebie książki (już jako 13-latka przeczytała jednym tchem „Wojnę i pokój”), a potem teatr.

Kiedyś stwierdziła, że chyba nikt w domu nie spodziewał się, że ona zostanie aktorką. I że nie zdobędzie, w odróżnieniu od jej siostry Antonii, która skończyła prawo, stopnia naukowego.

Chodziła do tej samej szkoły teatralnej co Naomi Watts, już wcześniej znały się z liceum, ale ich trwająca do tej pory przyjaźń zaczęła się w 1990 roku na planie filmu „Randka na przerwie”, w którym obie zagrały. Zbliżyły się do siebie na tyle, że kiedy (jeszcze tego samego roku) Tom Cruise zachwycił się Kidman, oglądając ją w thrillerze „Martwa cisza”, i zaproponował jej rolę w „Szybkim jak błyskawica”, wyjechały do USA razem. To był przełomowy moment.

Choć goni nas czas

Kidman i Cruise przeszli do historii jako najgorętsza para Hollywood lat 90. Wystąpili razem w trzech filmach – oprócz „Szybkiego jak błyskawica”, podczas kręcenia którego wzięli ślub, w kostiumowym „Za horyzontem” i wreszcie  – w „Oczach szeroko zamkniętych”, ostatnim filmie wielkiego Stanleya Kubricka. Grają tu z Tomem małżeństwo w kryzysie. Nieco ponad rok po premierze naprawdę ogłosili separację, a potem rozwód.

Nicole przyznała niedawno, że po rozstaniu rozważała różne warianty przyszłości i rozsądny wydał jej się plan, że może zaadoptuje dziecko i wychowa je sama. I właśnie kiedy zabierała się do jego realizacji, „przydarzył jej się”, jak to zgrabnie ujęła, Keith [Keith Urban, znany muzyk country – przyp. red.].

Wzięli ślub w 2006 roku, mieszkają w Nashville, mają dwie córki – 11-letnią Sunday i dziewięcioletnią Faith [z ang. „wiara” – przyp. red.]. Imię drugiej jest, zdaje się, nieprzypadkowe. Kidman, która sama dorastała w katolickiej rodzinie, podkreśla, że wychowywanie córek w wierze jest dla niej bardzo ważne i chociaż jej mąż nie jest katolikiem, chodzą wszyscy razem co niedzielę na msze. Nie jest również tajemnicą, że to między innymi dzięki pomocy Paula Colemana, australijskiego kapłana i przyjaciela rodziny Kidmanów, Nicole opuściła sektę scjentologiczną.

Powtarza, że jest szczęśliwa. Nie ma problemu, żeby publicznie mówić o tym, jak niesamowitą radością jest dla kobiety, której lekarze powiedzieli, że nie może urodzić dziecka, donoszona ciąża. Uważa, że o stracie towarzyszącej poronieniu wciąż mówi się publicznie, a nawet w gronie rodzinnym, za mało. Przyznała, że ma za sobą doświadczenie i ciąży pozamacicznej, i przedwczesnej utraty dziecka (jeszcze w czasie trwania pierwszego małżeństwa) i że doskonale zna żałobę, która towarzyszy takim przeżyciom. Starszą córkę Sunday, mimo komplikacji, urodziła sama. Młodsza przyszła już na świat dzięki surogatce.

– Kobieta ma prawo poświęcić dla macierzyństwa, co chce – mówi z powagą, ważąc słowa. – Szanuję każdy wybór, nigdy nie wywyższam się nad innych i nie mówię, że popełnili błąd albo że ich model życia jest zły. Ale nie ma we mnie zgody na nieweryfikowanie podjętych decyzji. Jeśli matka rezygnuje z kariery, żeby zająć się domem, należy regularnie sprawdzać, czy nic się w tej kwestii nie zmieniło. Mężczyzna, który wykorzystuje sytuację i powtarza partnerce, że to jej wybór, zamiast wsłuchać się w jej potrzeby, przestaje być partnerem. Staje się tyranem.

W tym miesiącu Kidman skończy 52 lata. Twierdzi, że pięćdziesiątka była ważną cezurą w jej życiu. Obie córki chodzą już do szkoły, są bardziej samodzielne, to daje nowe możliwości. W ostatnim wywiadzie dla „Variety” stwierdziła również, że w jej wieku człowiek zdaje sobie sprawę, że okazje, jakie przed nim stawia życie, są już ograniczone: „Teraz, kiedy jestem starsza, czas jest zdecydowanie cenniejszy”. I faktycznie, trzeba przyznać, że ten uciekający cenny czas Kidman wykorzystuje coraz lepiej.

'Wielkie kłamstewka' (fot. materiały prasowe) "Wielkie kłamstewka" (fot. materiały prasowe)

O kurach i dla kur domowych

Nigdy w swojej karierze nie zwolniła tempa. I chociaż często mówi się, że dla aktorek po czterdziestce nie ma dużych ról, dla niej były. A jednak ostatnie kilkanaście lat w karierze Kidman to – z nielicznymi wyjątkami – same „sprawdzone chwyty”. Skoro była zachwycająca w „Portrecie damy”, „Wzgórzu nadziei” czy „Moulin Rouge!”, uznano, że kino kostiumowe to jej żywioł. Z jednej strony plotkowało się, że przesadza z zabiegami odmładzającymi (tylko raz, parę lat temu przyznała, że próbowała botoksu, ale szczęśliwie ma to za sobą, dzięki czemu znowu może ruszać mięśniami twarzy). Z drugiej – czemu się dziwić, skoro reżyserzy wtłaczali ją w role dużo młodszych od niej kobiet (31-letnia Grace Kelly, młoda Diane Arbus, 25-letnia Gertrude Bell)?

Z im większym rozmachem opowiedziana historia, tym chętniej do obsady zapraszano Kidman. Tak jakby nikt nie pamiętał, jaką siłę rażenia miała choćby jej rola w „Dogville”, gdzie za całą dekorację posłużyła ciemna hala z wyrysowanymi na podłodze kredą umownymi pomieszczeniami.

Powrót do kameralnego, ale niezwykle przejmującego kina zafundowała więc sobie sama – zakładając dziewięć lat temu Blossom Films i produkując „Między światami” (w którym zagrała też główną rolę). Historię małżeństwa, które straciło czteroletniego synka. Przy okazji, wraz ze wspólnikiem, aktorka uczyła się wszystkiego od podstaw, na błędach. Budżet „Między światami”, po miesiącach chodzenia i szukania funduszy, ostatecznie obcięli o 75 procent. A kiedy trafili na plan, okazało się, że w pobliżu studia jest… pas startowy. Dzisiaj uważa, że nic tak skutecznie nie nauczyło jej pokory w pracy.

Źródłem ciekawych propozycji dla Kidman stała się też telewizja nowej generacji. W kontynuacji mrocznego serialu „Tajemnice Laketop” Jane Campion publiczność odkryła Kidman na nowo – wygląd jej bohaterki, z widocznymi piegami i w burzy siwych włosów, odbiega tu od codziennego image’u aktorki. Pomysł, żeby i z „Wielkich kłamstewek” stworzyć serial, był więc posunięciem genialnym. Choć w pierwszym momencie, jak wspomina (głośno się przy tym śmiejąc) Kidman, wydawało się, że wszystko skończy się katastrofą: – Pamiętam pierwszą recenzję „Wielkich…”, którą w ogóle przeczytałam. Dziennikarz po obejrzeniu jednego odcinka napisał, że ma do czynienia z serialem o kurach domowych i dla kur domowych, który poziomem stoi niżej niż „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Trzęsłam się, kiedy to przeczytałam. Natychmiast zadzwoniłam do Reese, która uspokajała mnie, że nie wszyscy ludzie wydają wyroki po obejrzeniu jednej ósmej dzieła. Od tamtej pory zawsze proszę dziennikarzy, żeby uszanowali naszą pracę i chociaż wymaga to poświęcenia tylu godzin, wydali opinię dopiero po zapoznaniu się z całością.

Premiera drugiego sezonu serialu 'Wielkie Kłamstewka' (fot. BEW) Premiera drugiego sezonu serialu "Wielkie Kłamstewka" (fot. BEW)

  1. Zwierciadło

Zdrowe, orzeźwiające wody smakowe, które podnoszą poziom energii – nie tylko na piknik

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki
5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Pysznie i energetycznie to dwa słowa, którymi z powodzeniem można opisać każdą z moich wiosennych wód. Od ciebie zależy, którą wybierzesz, a i tak każdy wybór będzie właściwy.

Składniki:

  • grejpfrut (1 sztuka mała - 220g)
  • cynamon (laska)
  • rozmaryn (2 gałązki)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Grejpfruta nie obieramy, jedynie szorujemy porządnie szczoteczką pod bieżącą wodą. Pokrojonego w plastry wrzucamy do dzbanka. Dodajemy gałązki rozmarynu i laskę cynamonu. Całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Pozgniatamy wszystkie składniki drewnianą łyżką i dokładnie mieszamy. Po dziesięciu minutach woda smakowa jest już gotowa.

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki 'Zdrowe wody')5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")

Składniki:

  • cytryna (1 sztuka duża - 130g)
  • mięta cytrynowa (11 świeżych listków)
  • pokrzywa (11 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Cytryna chociaż wcale nie jest liderem wśród cytrusów pod względem zawartości witaminy C, to bogata jest w witaminy z grupy B, potas, wapń, o czym nie każdy wie. Oczywiście dzięki zawartej w niej witaminie C moja orzeźwiająca woda smakowa ma moc energetyzującą, natomiast dzięki witaminom z grupy B, takim jak B3, czyli niacynie i witaminie B6, czyli pirydoksynie, usprawnia pracę układu nerwowego i wzmacnia układ immunologiczny. Zalecam celebrowanie święta cytryny nie tylko pod koniec zimy w miasteczku Mentona, ale dużo, dużo częściej.

Składniki:

  • kawa (2 łyżeczki mielonych ziaren)
  • grejpfrut (1/3 sztuki - 90g)
  • limonka (1 sztuka - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Kawa znalazła się w mojej wodzie smakowej nie tylko ze względu na zawartość kofeiny. Oczywiście jej właściwości pobudzające są najbardziej znane, co nie oznacza, że kawa nie może się też pochwalić innymi. Pozwólcie, że wymienię niektóre jeszcze przed wypiciem mojej wody smakowej: poprawia perystaltykę jelit, wzmacnia pamięć, przyspiesza metabolizm. Nie wymieniając dodatkowo zalet grejpfruta, limonki i mięty, czyli reszty składników mojej mieszanki, zapewniam, że jest to woda smakowa bardzo zdrowa.

Składniki:

  • zielona herbata (2 łyżeczki suszu)
  • pomarańcza (1/2 małej sztuki - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Do dzbanka wsypujemy zieloną herbatę i zalewamy średniozmineralizowaną wodą o temperaturze 80 stopni. Czekamy, aż napar wystygnie i dodajemy listki mięty i plastry pomarańczy. Mieszamy całość drewnianą łyżką, rozgniatając plastry pomarańczy, a po chwili woda smakowa jest już gotowa.

Składniki:

  • czarny bez (2 łyżki soku z owoców)
  • ogórek gruntowy (3 sztuki - 90g)
  • mięta zwyczajna (6 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Ogórki myjemy pod bieżącą wodą i kroimy je w plastry, nie obierając ze skórki. Pokrojone warzywa wrzucamy do dzbanka i wlewamy dwie łyżki stołowe bezcukrowego, ekologicznego soku z czarnego bzu. Dodajemy listki mięty i całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Mieszamy składniki drewnianą łyżką. Woda smakowa jest gotowa po 10 minutach od zamieszania.

Zdjęcia z książki „Zdrowe wody. Pyszne wody smakowe i izotoniki” Anety Łańcuchowskiej-Jeziorowskiej. Więcej przepisów na wody na każdą porę roku znajdziecie w książce dostępnej w naszym sklepie internetowym.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.

  1. Zwierciadło

Karolina Gruszka - odrobina normalności

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Film „Złotokap”, w którym możemy ją oglądać, jest dla niej wyjątkowy z wielu powodów. Także dlatego, że to jeden z pierwszych projektów, w których wzięła udział po przerwie. Karolina Gruszka potrzebowała jej, żeby wrócić do najważniejszych w życiu pytań.

Jak tam pani islandzki? Jest pani w stanie porozumieć się w tym języku?
Mamy tę wspaniałą umiejętność, żeby rzeczy akurat nam niepotrzebne wyrzucać natychmiast z pamięci, i w tej chwili trudno byłoby mi cokolwiek sobie z islandzkiego przypomnieć. Natomiast rzeczywiście był taki moment, kiedy zaczęłam mieć przyjemność z używania go w ramach roli. Na planie słuchałam, jak rozmawiają inni, zaczynałam rozumieć z kontekstu pojedyncze zdania. Już wcześniej miałam podobne doświadczenia. Tak mi się w życiu zawodowym zdarzyło, że dosyć dużo grałam w innych językach, i to bardzo różnych, łącznie z uzbeckim, kazachskim. I kiedy się już przekroczy pewną granicę i człowiek przestaje się zastanawiać, jak co wymówić, dostrzega się, że język wchodzi w ciało, że ma swoją energię, każdy zupełnie inną.

Swoją drogą, kiedy decydowałam się na tę rolę, nie wyobrażałam sobie, ile to będzie pracy. Wiele zawdzięczam Jackowi Godkowi. Jacek jest tłumaczem literatury islandzkiej na polski, a jednocześnie – z wykształcenia – aktorem. Uczył mnie zasad fonetyki, tłumaczył, jak się czyta specjalne znaki z alfabetu islandzkiego, jak i gdzie kładzie się akcenty. Czytał na głos wszystkie moje kwestie z filmu, a później słuchał, jak czytam je ja. Dalej pracowałam sama, ale bez tych spotkań nie dałabym rady.

Była pani kiedykolwiek wcześniej w Islandii?
Nie. I miałam o niej trochę inne wyobrażenie.

Jakie?
Kojarzyła mi się magicznie, bajkowo, a okazała się dużo bardziej surowa i bardzo w tej swojej surowości piękna. Kręciliśmy zeszłego lata, trafiłam na białe noce. Organizm czuje się z początku niepewnie, ale jeśli o mnie chodzi, sprawdziłam to już wcześniej w Petersburgu, mogę w takim trybie bez problemu funkcjonować. Trafiłam też na piękną pogodę, sami Islandczycy byli zaskoczeni. Ta piękna pogoda oznaczała 19 stopni Celsjusza i trochę słońca na przemian z deszczem [śmiech].

Po zakończeniu zdjęć dojechała do mnie rodzina, mąż z córką, wynajęliśmy samochód, bo po Islandii trudno poruszać się inaczej, i ruszyliśmy przed siebie. Wybrzeże to jednak bardzo turystyczne rejony, we wszystkich tych miejscach, które kojarzymy z pocztówek i filmów dokumentalnych, jak choćby w Blue lagoon [uzdrowisko na półwyspie Reykjanes – przyp. red.] o każdej porze dnia i nocy jest taki tłok, że traci się z bycia tam całą przyjemność. W pewnym momencie odpuściliśmy i pojechaliśmy bardziej w głąb lądu. Odkrywały się przed nami przepiękne krajobrazy – te wszystkie parujące gorące źródła, dzikie konie, które galopują gdzieś na horyzoncie, zastygła lawa, do której moja ośmioletnia córka podchodziła najpierw niepewnie (z początku w ogóle była zaskoczona tym, że jest tak pusto i zimno), a potem ją pokochała i po której chodziła w tę i z powrotem. Krajobraz na wyspie jest monotonny, nie ma tylu bodźców, i to jest właśnie piękne, działa medytacyjnie.

Zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest pani pierwszą znaną polską aktorką, która zagrała w islandzkim filmie.
Ragnar [Bragason – przyp. red.] nakręcił „Złotokap” na podstawie swojej sztuki, przez lata wystawianej, zresztą z wielkim sukcesem, w Rejkiawiku. Polaków na Islandii mieszka bardzo dużo, to najliczniejsza grupa cudzoziemców, chyba 10 proc.populacji całego kraju, w związku z czym w sposób naturalny pojawiamy się też w tekstach literackich. Moja bohaterka Daniela też jest z Polski i Ragnar szukał do tej roli Polki.

Zwrócił się do swoich polskich znajomych, kto to mógłby być, podrzucili mu parę propozycji, filmy, zdjęcia, i upatrzył sobie mnie. Właściwie nie miałam żadnego castingu, przeczytałam scenariusz, tekst był świetny, a potem Ragnar przyjechał do Warszawy, żebyśmy mogli się poznać i porozmawiać. Przegadaliśmy pięć godzin w kawiarni na Nowym Świecie.

Doświadczenie pracy z nim było bardzo ciekawe, przekonałam się, jaką ma miłość do aktorów. Ale też parę rzeczy mnie zaskoczyło. Kinematografia islandzka jest stosunkowo młoda, właściwie pokolenie Ragnara to pierwsze pokolenie islandzkich filmowców, którzy regularnie kręcą filmy w swoim kraju. I to widać. Widać, że jest w nim coś z pioniera. Jak powstawało ujęcie, Ragnar wołał wszystkich – pierwszy raz mnie coś takiego spotkało – do monitora i mówił: „No, zobaczcie! Zobaczcie, jak fajnie wyszło!”. To nie było tak, że byli zupełnie bezkrytyczni, jeśli było trzeba, oczywiście, powtarzali scenę. Najpierw myślałam: „Boże, co tu się w ogóle dzieje!?”. A potem doszłam do wniosku, że to w sumie super. Ta radość, że jest się na planie.

Uważa pani, że „Złotokap” to komedia?
Raczej tragikomedia, nie chciałabym zdradzać, w jakim stopniu „tragi-”. Rozmawiałam o tym z reżyserem i, jak rozumiem, Daniela pełni w całej tej historii funkcję w pewnym sensie terapeutyczną. W scenariuszu potrzebny był jakiś kontrapunkt, odrobina normalności w kontraście z ostrymi, wyrazistymi rolami innych.

Film rozprawia się z uprzedzeniami Islandczyków. To jednak mały naród, wyspiarski, problem nieufności wobec obcokrajowców, szczególnie w środowiskach mniej uprzywilejowanych, jest dostrzegalny. Przy okazji reżyser zwraca też uwagę na coś, co jest podobno w Islandii dość powszechne. Ponieważ świadczenia społeczne są tam wysokie – jeśli jesteś chory, dostajesz od państwa dużo pieniędzy – nagminne jest symulowanie i wyłudzanie zasiłków. Główna bohaterka filmu symuluje swoją chorobę i wmawia liczne choroby swojemu synowi Unnarowi. Matkę i syna łączy bardzo toksyczna relacja. On próbuje się z niej wyrwać, a Daniela, którą gram i w której Unnar się zakochuje, jest szansą na życiową zmianę. Ten wątek toksycznego układu matka – syn, nawet jeśli jest w filmie celowo przerysowany, wydaje mi się dość uniwersalny. Chyba każdy z nas próbował uciec od niektórych przekazywanych z pokolenia na pokolenie wzorców. A potem ani się obejrzysz i wpadasz w to samo. Trudno jest uciec od schematów, w których dorastamy.

Zagrała pani emigrantkę, Daniela mieszka w Rejkiawiku od lat. Pani też ma za sobą podobne doświadczenie. Swój kilkuletni pobyt w Rosji nazywała pani emigracją?
Nie nazywałam sobie tego emigracją, bo też nigdy nie podejmowałam takiej decyzji, jaką – wyobrażam sobie – musiała podjąć Daniela. Mój wyjazd był związany z moim życiem uczuciowym, ale także zawodowym, nie miałam planu, żeby tam zostać na stałe, ale też nie zakładałam, że nie zostanę. To się zdarzyło spontanicznie i organicznie. W Rosji nie czułam się u siebie, ale bycie kimś „nie stąd” było przyjemne i szalenie ciekawe. Trafiło na taki moment, kiedy jeszcze wydawało mi się – do tej pory tak myślę, ale wtedy było jednak inaczej, bo jeszcze nie miałam córki – że wszystko może się wydarzyć i że ja mogę żyć wszędzie, tymczasem spróbuję żyć tam.

Pierwsze role po rosyjsku zapamiętywała pani jak tę po islandzku?
Wcześniej coś tam już w Rosji grałam, ale albo byłam dubbingowana, albo grałam Polkę, która kaleczyła język. Tak naprawdę pierwszą dużą rolę po rosyjsku zaproponował mi mój mąż w „Tlenie”. Skok na głęboką wodę, bo miałam do zagrania wielki monolog, tekst „podawany” bardzo szybko i bardzo rytmicznie. Świetny sposób na uczenie się języka, zrobiłam ogromny postęp. O ile wcześniej, kiedy Iwan tłumaczył mi, co to za rola, rozumiałam z tego, co do mnie mówił, z jedną trzecią, i to jak dobrze się skupiłam i dopowiedziałam sobie resztę z jego gestów i mowy ciała, o tyle po okresie przygotowań do „Tlenu” byłam w stanie zrozumieć więcej niż połowę.

A teraz?
A teraz zdarza mi się nieświadomie przechodzić z polskiego na rosyjski, łapię się na tym, że myślę po rosyjsku. To mój drugi język, mimo że poznałam go dopiero w wieku 27 lat. Mam delikatny akcent, ale jak się skupię, mogę go nie mieć. Chociaż zwykle nie ma to znaczenia. Inaczej niż u nas, gdzie zaśpiew ze Wschodu brzmi dla Polaków czasem śmiesznie, dziecinnie. Rosjanie zwykle lubią, jak ktoś mówi z polskim akcentem, uważają, że ma to wdzięk.

Z reżyserem Iwanem Wyrypajewem tworzycie rodzinę. Wasza córka mieszkała z wami najpierw w Rosji, teraz tutaj. Maja zadaje już pytania o to, skąd i kim jest?
Właśnie niedawno zaczęła przejawiać zainteresowanie tym tematem. Pyta nas na przykład, na ile jest Rosjanką, a na ile Polką.

Co odpowiadacie?
Że tu nie ma odpowiedzi. Widzę, że ona ma te dwie mentalności, dwie kultury we krwi, krwiobiegu, w swojej wrażliwości, i nie widzę sensu dopatrywania się, którą bardziej. Siłą rzeczy teraz silniej czuje się związana z Polską, bo tu mieszkamy, tu ma swoich przyjaciół, chodzi do szkoły. Zresztą do szkoły brytyjskiej, więc to też daje dodatkową perspektywę. Miałam duży problem, co zrobić po przedszkolu, nie jestem fanką naszego systemu edukacji. Z początku trochę się bałam, że to wprowadzi jeszcze chaos, ale system brytyjski zakłada naprawdę fajne podejście do dziecka, teraz w czasie pandemii miałam okazję przyjrzeć się temu jeszcze bliżej i jestem pod wrażeniem.

Uważa pani, że pokolenie naszych dzieci jest bardzo różne od naszego? Że oni już zawsze będą obywatelami świata w odróżnieniu od nas, dzieci z kompleksem PRL-u?
Zgadzam się, że to nowe pokolenie jest zupełnie inne. Moja córka ma tylko osiem lat, a mam wrażenie, że i ona, i jej rówieśnicy są pod pewnymi względami o wiele bardziej świadomi niż my. Że to nie tylko obywatele Polski, Europy czy nawet świata, ale jeszcze szerzej, mieszkańcy planety. To mnie napawa optymizmem, czuję, że oni będą inni niż my, może mniej lekkomyślni.

A wracając do pani pytania – nie jestem pewna, czy kompleks dziecka PRL-u kiedykolwiek mnie dotyczył. Chyba już jednak nie. Wydaje mi się, że jestem z pokolenia, przed którym nagle otworzyło się mnóstwo możliwości, ale że jednocześnie wokół nas panował straszny chaos, brakowało nam punktu oparcia. Wszystko przesiąknięte było postmodernistycznym przekonaniem, że każdy ma swoją prawdę, co skutecznie blokowało poszukiwania duchowe i sprzyjało tendencjom narcystycznym.

To pokolenie bez autorytetów, bo autorytety, nawet jeśli były, bardzo często były podważane i deprecjonowane. Podstawowe pytanie: Kim właściwie jesteśmy w tym świecie? A o tym się raczej nie rozmawiało, jakby nie było takiej potrzeby, jakby się nie wiedziało, co to w ogóle znaczy i do czego jest nam potrzebne. Być może dlatego teraz jesteśmy tak bardzo uwięzieni w sporach polityczno-społecznych, tak bardzo brakuje nam szerszej perspektywy, bo nie nauczyliśmy się patrzeć na świat inaczej niż przez pryzmat swojego ego.

Sfera duchowa zawsze była dla pani tak samo istotna?
Pamiętam całe lata swojego życia, kiedy czułam, że mam potrzebę czegoś, ale nie wiem czego. Nie tyle nie znajdowałam odpowiedzi, co nie potrafiłam nawet dobrze zadać pytań. Moment, kiedy zaczęłam w ogóle przeczuwać, w którą stronę chcę iść, to właśnie wyjazd do Rosji. Po pierwsze dlatego, że tam takie kwestie są bardziej żywe, na porządku dziennym. To coś, o czym się po prostu rozmawia. W Rosji trafiłam też na odpowiednie książki, zaczęłam medytować, uprawiać jogę trochę w innym wymiarze, niż uprawiałam w Polsce. Wcześniej joga miała dla mnie raczej charakter, nie chcę powiedzieć fitnessowy, ale na pewno bardziej siłowy, fizyczny. I nagle się okazało, że chodzi o coś dużo więcej. To było 13 lat temu, a ja nadal mam potrzebę, żeby wracać do pytania, dokąd idę. Zdarzają się w moim życiu takie złote okresy, że wydaje mi się to oczywiste. Ale są i takie, że się gubię i codziennie, mozolnie muszę to sobie przypominać.

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)

To jest dla pani przełomowy rok?
Ze względu na to, że kończę 40 lat?

Na przykład.
Oczywiście, nie wiem, jak zareaguję na swoją czterdziestkę z takiego czysto kobiecego punktu widzenia, koleżanki snują na ten temat różne teorie [śmiech]. Będę się temu przyglądała. Na razie nie mam poczucia, że to jakiś przełomowy moment.

Z wiekiem staje się pani bardziej sentymentalna?
Myślę, że przeciwnie, coraz mniej, i to mi się w sumie podoba. Jakiś czas temu zrobiłam porządki według japońskiej metody Marie Kondo, która radzi, żeby wyrzucić to wszystko, co się trzyma tylko dlatego, że ma wartość sentymentalną. Ja miałam całą skrzynię pamiątek. Starą, wielką, miałam w niej wszystko poukładane: jakiś liścik od przyjaciółki z czwartej klasy podstawówki, plastikowy pierścionek, który dał mi pierwszy chłopak, karteczki, zapiski, zdjęcia. I kiedy się tego wszystkiego pozbyłam, rzeczywiście poczułam się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie wielki ciężar. Nie chodziło mi o to, żeby odciąć się od przeszłości. To raczej proces uwolnienia, oczyszczania swojej przestrzeni, w wyniku czego powstaje więcej miejsca na to, co jest teraz.

Radykalny krok. Ale może celem jest tu pozbycie się przedmiotów, ale wszystko, co wiąże się z naszą przeszłością, zostawiamy sobie w pamięci i głowie?
Oczywiście, wspomnienia pozostają, one są ciekawe, ważne, bywają piękne, bywają przejmująco smutne, ale rzadko mnie rozczulają. Nie tęsknię za przeszłością.

O, dzisiaj na przykład wydarzyło się coś takiego – odwiedziłam szkołę teatralną właściwie pierwszy raz po 17 latach, odkąd ją skończyłam. Był kręcony program na temat całego naszego rocznika, do udziału w którym też zostałam zaproszona. Przechadzaliśmy się po korytarzach, patrzyłam na fragment naszego dyplomu. I bardzo trudno było mi przywołać siebie z tamtego czasu. To znaczy pamiętam mniej więcej, co wtedy myślałam, ale nie bardzo już poznaję tamtą siebie. Jeden z moich kolegów z roku, znany aktor, powiedział, że czuje się tak, jakby te nasze studia były dopiero co, jakbyśmy dopiero je skończyli. Ja mam poczucie, że to było w innym życiu.

O lockdownie sporo osób mówi, że miały szansę zmienić dzięki niemu perspektywę, że ta przerwa była im potrzebna.
Miałam przerwę już wcześniej. Dwa lata temu poczułam, że w jakimś stopniu się wypaliłam, bardzo intensywnie grałam wtedy w teatrze i mój organizm dotkliwe to odczuł. Zbuntował się. Musiałam się zastanowić, czy w ogóle chcę być jeszcze na scenie, czy jeszcze potrafię z tego czerpać przyjemność. Potrzebowałam tej przerwy, wróciłam po roku z poczuciem, że to jednak jest mój zawód, to, co kocham, i wiem, dlaczego to kocham. Pierwsze spektakle po przerwie grałam właściwie w ekstazie. A potem zrobiłam film islandzki, dwa filmy w Polsce, które jeszcze będą miały swoją premierę, zaczęłam serial z Waldkiem Krzystkiem, po drodze był „Kod genetyczny”.

Pandemia zastała nas w Moskwie. Robiliśmy nowy spektakl, w którym gramy razem z Iwanem, jego nowa sztuka „Entertainment”. Najpierw nagraliśmy z tego teatr telewizji, a potem mieliśmy zostać, żeby jeszcze zagrać spektakle. Nie zdążyliśmy. Okazało się, że zamykają polskie granice. Bilety już wyprzedane, pełna widownia, z drugiej strony – wiedzieliśmy, że jeśli od razu nie wrócimy do Polski, to być może utkwimy w Moskwie na bardzo długo. Bardzo wyraźnie poczułam wtedy, że powinniśmy wrócić, chociaż granice rosyjskie były jeszcze wtedy otwarte, oni się tam pukali w głowę, że tak nam się spieszy. Wylądowaliśmy o 20 w Warszawie, kilka godzin później i musielibyśmy już przechodzić kwarantannę. Zdaję sobie sprawę, jak trudny dla wielu ludzi jest ten czas. Smutny i pełen lęku. Ale ja odczuwam za te dwa miesiące izolacji wdzięczność. Jesteśmy jako rodzina blisko, zawsze spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, ale tym razem byliśmy ze sobą 24 godziny na dobę i to było dla nas bardzo cenne.

Krystyna Janda wspominała ostatnio w „Zwierciadle”, że raz po raz śniła jej się scena i kurtyna. Pani też?
Miałam sny aktorskie, myślę, że w tym zawodzie to jest nieuniknione. Ale nie odczuwałam głodu grania. Natomiast bardzo się ucieszyłam, kiedy przyszła propozycja, żeby zagrać w serialu. Zresztą właśnie mi.in. z panią Krystyną Jandą [chodzi o „Królestwo kobiet”, komediową produkcję TVN – przyp. red.]. Propozycja przyszła nieoczekiwanie, nie miałam tego wcześniej w planach. Nagle okazało się, że zaczynamy zdjęcia. Przyszłam na pierwszą próbę, była nas ósemka, a wydawało mi się, że to tłum, zresztą wszyscy mieliśmy podobne odczucie. Z początku było trochę dziwnie, a teraz bardzo się cieszę, uważam, że to pożyteczne. Równowaga jest jednak istotna. Nie było dla mnie odkryciem, że jestem domatorką, a jednak wydaje mi się, że są ludzie, którzy siedząc długo w domu, naprawdę mogą zdziczeć. Nie wiem, czy przypadkiem się do nich nie zaliczam.

Karolina Gruszka, rocznik 1980. Z mężem, Iwanem Wyrypajewem realizuje jego autorski teatr, wystąpiła też w jego filmach: „Tlen”, „Taniec Delhi”, „Zbawienie”. Inne jej kinowe role to te w „Inland Empire”, „Szczęściu świata” czy „Maria Skłodowska-Curie”. Najnowszy „Złotokap” w kinach od 28 sierpnia.

  1. Zwierciadło

UA Infinity Bra - biustonosz, który dba o zdrowe piersi

fot. materiały prasowe Under Armour
fot. materiały prasowe Under Armour
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Źle dobrany biustonosz to problem, z którym boryka się większość kobiet. Noszenie nieodpowiedniego stanika może mieć poważne konsekwencje zdrowotne - bóle pleców, uciski na przeponę, a nawet problemy z oddychaniem czy trawieniem. Under Armour zmienia zasady gry świata biustonoszy sportowych – dzięki innowacjom, które rozwiązują powyższe dwa problemy i wspierają ciało kobiety w naturalnym ruchu.

Aby stworzyć najnowszy model biustonosza Infinity Bra, marka Under Armour testowała prototypy wspólnie z ekspertką w dziedzinie zdrowia piersi dr Joanną Scurr oraz brytyjskim Uniwersytetem Portsmouth. Współpraca miała za zadanie stworzyć perfekcyjnie dopasowany stanik treningowy, który harmonizuje z kobiecym ciałem w zupełnie nowy sposób.

Tradycyjne staniki sportowe powstają poprzez wycięcie miseczek z płaskiej pianki, a następnie ich formowanie i oklejenie warstwami materiałów. Zespół projektantów Under Armour zastosował natomiast technologię wtryskowego formowania płynnej pianki, która zapewnia bardziej naturalny kształt, dopasowanie do ruchu piersi i o wiele niższą wagę.

Elastyczne miseczki zaprojektowano tak, aby niwelować wstrząsy o każdej sile oraz naturalnie otulać ciało kobiety w wahadłowym ruchu w górę, dół i na boki. Płynna pianka ukształtowana jest w formie symbolu nieskończoności – poziomej ósemki, którą ruch piersi wyznacza podczas skakania i biegu. Przełomowa konstrukcja zapewnia odpowiednie wsparcie biustu bez kompromisów na oddychalności i wygodzie.

„Większość osób tego nie zauważa, ale piersi podczas ćwiczeń i biegania poruszają się nie tylko w górę i dół. Kołyszą się także na boki, do środka i na zewnątrz. Projektanci Under Armour przy tworzeniu biustonosza Infinity Bra wzięli pod uwagę ten naturalny rytm, aby stworzyć produkt, który współgra z kobiecym ciałem” - mówi dr Joanna Scurr.

Biustonosz Infinity Bra wykorzystuje jedne z najbardziej zaawansowanych innowacji materiałowych Under Armour. Pozwoliły one na stworzenie najlżejszego i najszybciej schnącego stanika sportowego w kolekcji marki. Najnowocześniejsze technologie zostały wzbogacone o regulowane elastyczne ramiączka, które zapewniają niezrównane wsparcie biustu przy łatwym zakładaniu i zdejmowaniu biustonosza.

Biustonosz UA Infinity Sports Bra jest dostępny w cenach od 169,99 do 259,99 zł i w rozmiarach od XS do 3D.