1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Agnieszka Holland – siłaczka w męskim świecie

Agnieszka Holland na 70. Berlinale – Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie, podczas światowej premiery filmu „Szarlatan” 27 lutego 2020 r. (Fot. Michele Tantussi/ Archiwum: Reuters/ Forum)
W różnych źródłach czytam, że Agnieszka Holland „klęła jak szewc” albo że „paliła jak smok” […] ciągnęła prosto z gwinta likier fiołkowy przelany – dla wzmocnienia wrażenia – do butelki po denaturacie. To właśnie tam, na styku tych anegdot, narodził się w latach 70. wizerunek Agnieszki siłaczki, herod-baby, bo to była tak naprawdę jedyna znana etykieta dla silnej kobiety w męskim zawodzie – pisze Karolina Pasternak, autorka książki „Holland. Biografia od nowa”.

Fragment książki „Holland. Biografia od nowa” Karolina Pasternak, wydawnictwo Znak

W środowisku filmowym krąży pewna anegdota. Świetnie znana – pojawia się w każdej publikacji o Agnieszce Holland. Zastanawiałam się więc długo, czy ją w ogóle przytaczać, gdy zdałam sobie sprawę, że osadzona w nieco innym kontekście jest szalenie istotna.

Rok 1975, hala zdjęciowa w Łodzi. Zaczyna się praca nad „Wieczorem u Abdona”.

Na planie miała z jednej strony wielką gwiazdę – Beatę Tyszkiewicz w roli pięknej aptekarzowej Herminy, z drugiej Michała Bajora, który debiutował w filmie rolą romansującego z nią Michasia.

W tamtych czasach wszystkie produkcje odczuwały ten sam niedobór – taśmy filmowej. Było jej tak mało, że reżyserzy, nawet uznani, mogli sobie pozwolić na dwa, góra trzy duble. Można sobie wyobrazić paraliżujący strach, który ogarniał debiutanta przed każdym ujęciem – żeby go nie położyć, żeby nie trzeba było powtarzać.

Jako debiutantka, a także z racji postury, Agnieszka nie wzbudzała natychmiastowego respektu. Na planie panował harmider, nikt nie zwracał na nią uwagi.

– Proszę państwa o ciszę – powiedziała grzecznie.

Żadnej reakcji.

– Bardzo proszę państwa o ciszę – powtórzyła głośniej.

Nadal nic.

– Do kurwy nędzy, zamkniecie mordy czy nie! – wrzasnęła w akcie desperacji.

Plan zamarł. Wszyscy grzecznie ruszyli na swoje miejsca, a do niej podszedł kierownik produkcji Wilhelm Hollender.

– Agnieszko, będzie z ciebie reżyser – powiedział jej do ucha.

*

– Jestem reżyserką, bo się wydarłam? W reżyserowaniu chodzi o wrzask? O przekleństwo? Dziwnie się poczułam, gdy dostałam ten rodzaj aprobaty – wspomina dziś Agnieszka.

To są rzeczy, które tak naprawdę zaczynamy rozumieć dopiero dzisiaj, w następstwie narodzin ruchu #MeToo i spóźnionej, ale wreszcie podjętej na poważnie dyskusji o przemocowych metodach stosowanych w branży filmowej i teatralnej.

Wracałyśmy do tego tematu wiele razy w czasie pracy nad tą książką. Agnieszka opowiadała mi, że autentycznego napadu furii dostała na planie tylko raz, już na późniejszym etapie kariery.

– Bardzo się tego wstydzę – przyznała. – Warunki produkcji były ekstremalnie niedobre, byłam w potwornym napięciu. Przeprosiłam natychmiast osobę, na którą wybuchłam. Co nie zmienia faktu, że to nie powinno było się zdarzyć. Tłumaczenia, że przemocowe metody są koniecznie w tej pracy, są paskudnym kłamstwem. Oczywiście, że na planie jest presja czasu i że trzeba jednoosobowo zarządzać ogromną liczbą ludzi – ciągnęła. – Nadal zdarza mi się „puszczać dreszcze”, podnieść głos. Częściej w Polsce niż na przykład gdy pracuję w Stanach czy w Czechach, co wiąże się z lepszą organizacją pracy na tamtych planach. Może też mniej nerwowym temperamentem Czechów i Amerykanów? Ale to musi być w pełni kontrolowane, udawane, ci ludzie muszą wiedzieć, że nie mają powodu się mnie bać, tylko mimo zmęczenia zmobilizować się do pracy, bo czas nagli.

*

– Z Agnieszką nigdy nie wiadomo, do jakiego stopnia to jest kontrolowane wyładowanie – mówi mi Kasia Adamik, jej córka. – Na pewno było kilka momentów, gdy autentycznie straciła panowanie nad sobą. Tylko że to nie zdarza się wcale tak często, jak może się zdawać, gdy obserwuje się sytuację z zewnątrz. Często jest to kontrolowane, nawet gdy wygląda jak wybuch.

– To jest wpisane w ten zawód – mówi Magda Łazarkiewicz. – Musi cię być stać na jakiś rodzaj bezkompromisowości w wizji, którą realizujesz. Trzeba mieć w sobie przywódczy bigiel, rodzaj nie wiadomo skąd się biorącej pewności, że to, co mi się urodziło w głowie, jest na tyle ważne, by zmusić ileś osób, żeby zasuwały od świtu do nocy, dając z siebie wszystko. Jedni cel osiągają krzykiem, wzmożonym ego, inni mówieniem ściszonym głosem, delikatnym przekonywaniem ludzi do swojej wizji. Osobiście wolę ten drugi sposób. Nie uważam, że twórcze posłannictwo usprawiedliwia stosowanie przemocy. Ale czasem pojawia się taki moment, kiedy się włącza pewien mechanizm bezwzględny, bo w grę wchodzą ogromne pieniądze, odpowiedzialność za nie.

– Raz byłam świadkiem, jak Agnieszka urządziła awanturę na planie „Ekipy” – wspomina Katarzyna Herman, aktorka. – Przyszła jak zwykle rano na plan, rozłożyła gazetę, zrobiła prasówkę, przejrzała telefon. Wokół nic się nie działo, choć dawno powinno było się dziać. Sprzęt był nierozstawiony, aktorzy niegotowi. Zaczęła ludzi opierniczać na lewo i prawo. Siedziałam z boku i myślałam sobie: „Jak to jest dobrze zagrane!”. To była awantura tak zwana popisowa, żeby pokazać, kto tu rządzi. Niewysoka kobietka, ale przecież reżyserka.

– Potrafiła krzyknąć – wspomina Jakub Gierszał, aktor. – Nigdy na aktorów. Dla nas była zawsze miła. Ale potrafiła huknąć na ekipę techniczną, że „próbują zniszczyć jej film”. Nie powiem, żeby te wybuchy były czymś przyjemnym do słuchania. Czy widziałem tego typu wybuchy u innych? Widziałem. Czy w gorszych odmianach? Zdarzało się. Inna sprawa, że czasami miałem też wrażenie, że te wybuchy u Agnieszki są reżyserowane i wynikają z tego, że jako kobieta reżyserka ma takie wrażenie, wynikające zapewne z wcześniejszych doświadczeń, że musi ten autorytet raz na jakiś czas podkreślić.

*

Gdy myślę o sposobie, w jaki opowiadało się o latach 70. w karierze Agnieszki, zadziwia mnie, że wątek płci był skrzętnie pomijany.

Agnieszka też bardzo długo – co najmniej do emigracji – uważała, że płeć nie ma znaczenia. Kto nakręcił film, mężczyzna czy kobieta? To nie powinno nikogo obchodzić.

Chcę jeszcze sama wrócić z nią do lat 70. Przez Stany przetaczała się wtedy druga fala feminizmu. Kobiety wywalczyły między innymi dostęp do antykoncepcji i aborcji, doprowadziły do zniesienia segregacji płciowej w ogłoszeniach o pracę.

– To cię naprawdę wszystko wtedy nie interesowało? – pytam.

– Głównym wrogiem był w Polsce komunizm – mówi mi. – Feminizm był czymś egzotycznym, zajęciem dla bogatych ludzi z Zachodu. Patriarchalne stosunki były powszechnie akceptowane, nie uznawaliśmy walki o równouprawnienie za palącą kwestię. W Polsce z pokolenia na pokolenie przekazywano kobietom, że mężczyzna i jego potrzeby są ważniejsze niż ambicje kobiety. Trzeba było nieustannie „dowartościowywać mężczyzn”, młode kobiety już w większości nie znają tego pojęcia. Nieszczęście polegało na tym, że musiałyśmy ukrywać swoją tożsamość. I ochoczo to robiłyśmy. Nawet jeśli kobiety robiły zawodowo wspaniałe rzeczy, jednocześnie potrafiły perfekcyjnie udawać, że to, co robi ich życiowy partner czy w ogóle znajomy mężczyzna, jest ważniejsze i lepsze. Na przykład kobiety opozycjonistki były filarem ruchu oporu, szczególnie w latach osiemdziesiątych, tymczasem świadomie chowały się w cieniu, wypychając na pierwszy plan działaczy, bo uważały, że w Polsce tylko mężczyzna może być bohaterem. Poza tym „przecież dla niego to takie ważne, a mnie jest właściwie wszystko jedno, czy ktoś mnie doceni, chodzi tylko o to, żeby zrobić to, co słuszne”. Wydobyła je z cienia dopiero amerykańska feministka Shana Penn, która napisała książkę „Podziemie kobiet” pokazującą sylwetki Heleny Łuczywo, Ewy Kulik, Joanny Szczęsnej. Pracowały dla kraju, ale ich szyldem byli mężczyźni. Przed Shaną Penn nikt w Polsce nie zebrał na ich temat dokumentacji. To jest niebywałe.

*

Patrzę na okulary, kołnierzyki wystające ze swetrów, wąsy, brody – fotograficzny kolaż przedstawiający członków Zespołu Filmowego „X”. Pozują między innymi Wajda, Kłosiński, Bugajski, Kotkowski, Zygadło, Zaorski i przeszło dwudziestu innych mężczyzn z zespołu. Kobiety da się policzyć na palcach jednej ręki. To między innymi Barbara Pec-Ślesicka, szefowa produkcji, i sekretarki, których imion nie jestem w stanie odcyfrować na nadwerężonej zębem czasu fotografii.

Portret Agnieszki (podobnie jak te sekretarek) jest doklejony. Gdy fotografia powstawała, nie mieszkała już w Polsce – budowała życie na nowo, na emigracji w Paryżu. Na zdjęciu jest umieszczona na samym dole, z podbródkiem wspartym na dłoni. Wygląda bardzo młodo.

Dodanie Agnieszki i sekretarek do zdjęcia jako swego rodzaju ciała obcego przyczepionego do monolitu, niewinny przecież efekt zbiegu okoliczności, nabiera z perspektywy czasu symbolicznego znaczenia.

„Zawsze widziałem ich jako grupę – pisał dziennikarz Maciej Parowski w połowie lat 90. o pokoleniu reżyserów urodzonych u schyłku lat 40., a więc Holland, Szulkinie, Kijowskim, Bugajskim, Marczewskim, Zygadle, Falku. – Byli wyraźni, nowi, utalentowani, zbuntowani. […] pielęgnowali grupową mitologię. Pisali sobie nawzajem scenariusze, udzielali przyjacielskich rad”. I dodawał: „Nie od razu spostrzegało się, że Agnieszka Holland jest jedyną w tym reżyserskim gronie dziewczyną. W twórczości nie była ani najbardziej miękka, ani najsłabsza, ani (w potocznym sensie) najbardziej kobieca”.

*

Zastanawia mnie, czy pojawienie się Agnieszki naprawdę nie budziło emocji. W grupie samców alfa, jaką bez wątpienia było środowisko reżyserów w tamtych czasach, pojawia się kobieta, która nie siada do protokołowania zebrań, tylko staje na równi z nimi za sterami filmu – i nikogo to nie wzrusza?

A jeśli faktycznie nie, to dlaczego?

– Pojawienie się Agnieszki w naszym gronie było dla mnie najnormalniejszą rzeczą pod słońcem – twierdzi Krzysztof Zanussi. – Widok kobiety czynnej zawodowo nigdy mnie nie dziwił. Znałem to od dzieciństwa. Moja matka była niezwykle silną osobą. Z dnia na dzień przejęła po swoim ojcu fabrykę.

– Nie było wtedy reżyserek – dodaje Feliks Falk. – Agnieszka wzbudzała szacunek, gdy zaczęła robić filmy. Że kobieta może być taka twarda.

[…]

– Może to nieładnie zabrzmi, ale ona po prostu była jednym z nas – mówi mi Jacek Petrycki. – Była silna, miała bardzo silną osobowość.

To, że „była jednym z nich”, zwykło się podkreślać w dotychczasowych publikacjach o Agnieszce Holland. Cytowany już poświęcony reżyserce artykuł w „Kulturze” wybitny krytyk filmowy Krzysztof Mętrak zatytułował „Zanussi w spódnicy”. „Niski, zachrypnięty głos, w którym słychać setki wypalonych papierosów” – głosił lead tekstu Jacka Wakara w „Życiu”.

W różnych źródłach czytam, że Agnieszka Holland „klęła jak szewc” albo że „paliła jak smok”. Druga anegdota przytaczana równie chętnie jak ta z planu „Wieczoru u Abdona” to ta, w której ze Staszkiem Latałłą na planie „Iluminacji” Agnieszka ciągnęła prosto z gwinta likier fiołkowy przelany – dla wzmocnienia wrażenia – do butelki po denaturacie.

To właśnie tam, na styku tych anegdot, między piciem denaturatu a paleniem jak smok, narodził się w latach 70. wizerunek Agnieszki siłaczki, herod-baby, bo to była tak naprawdę jedyna znana etykieta dla silnej kobiety w męskim zawodzie.

Myślę o tym i dźwięczy mi w uszach słodkie zdrobnienie „Agnisia”, które padało w każdej rozmowie o Agnieszce z jej bliskimi. A potem patrzę na fotografię z czasów studiów w Pradze, podpisaną: „Na planie etiudy szkolnej”. Agnieszka w idealnie leżącym na niej trenczu, w dopasowanej sukience. Długie włosy spływają jej na plecy i ramiona. Klęka z wdziękiem przed dwójką małych chłopców, których chce sfilmować.

(Fot. archiwum prywatne/ materiały prasowe książki)

Albo inne zdjęcie. Zrobione na planie „Blizny” w połowie lat 70. Długie włosy, głęboki dekolt, dziewczęca poza.

I jeszcze jedna fotografia: z malutką Kasią. Zbliżenie, kosmyk grzywki opada Agnieszce na czoło, czule obejmuje córkę.

(Fot. archiwum prywatne/ materiały prasowe książki)

Ten wizerunek Agnieszki Holland – delikatnej, kobiecej, czułej, opiekuńczej – jest kompletnie nieznany.

– Agnieszka zaczęła robić filmy na początku lat siedemdziesiątych – mówi Paweł Pawlikowski, gdy w lutym 2020 roku odwiedzam go w jego domu w Warszawie, żeby porozmawiać o Agnieszce, z którą od lat się przyjaźni. – Film był wtedy jeszcze kompletnie męski. Miała na pewno wokół siebie i pod sobą samych facetów. Musiała ich obsztorcować, żeby jej słuchali. Zastanawiała się pani, dlaczego filmy Agnieszki nie trafiały do Cannes? Tam, w przeciwieństwie do festiwalu w Berlinie, hołubiło się zawsze narcystyczne, artystowskie kino. Agnieszka nie mogła sobie pozwolić na robienie takich filmów. Musiała być jak stereotypowe wyobrażenie na temat faceta: twarda, skryta, chować się za sprawą, za historią.

Minęło wiele miesięcy od mojego spotkania z Pawłem Pawlikowskim, ale nadal bardzo dokładnie pamiętam to wrażenie: poczułam, że dotknął czegoś bardzo istotnego na temat Agnieszki. Że filmy były jej kryjówką.

Żadna polska reżyserka nie odniosła w kinie tak wielkiego sukcesu jak ona. Jest ikoną i – jak czasem mówią o niej młodsi – matką chrzestną całego pokolenia filmowców. Jak się pracowało i tworzyło w męskim świecie kina? Jak wyglądało jej dzieciństwo po tragicznej śmierci ojca? Dlaczego spośród wielu utalentowanych polskich filmowców właśnie ona zrobiła karierę na Zachodzie? Jak odnalazła się w Paryżu jako samotna matka uchodźczyni? Jak trafiła do Hollywood pod skrzydła takich sław jak Coppola? Karolina Pasternak, dziennikarka filmowa, dzięki niezwykłej relacji z bohaterką tej książki mogła stworzyć pełną nieznanych i zaskakujących faktów biografię reżyserki.

Karolina Pasternak, wieloletnia dziennikarka „Newsweeka”, wykładowczyni, redaktorka naczelna. Jej materiały były publikowane w najważniejszych pismach w kraju. Przeprowadzała wywiady z czołówką światowego kina, m.in. z Quentinem Tarantino i Stevenem Spielbergiem.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze