1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Ewa Farna: „Nie będę się biczować”

Ewa Farna, piosenkarka, autorka tekstów, kompozytorka. Wydała w Polsce sześć, a w Czechach pięć albumów. Prywatnie mama trzyletniego Artura i urodzonej w marcu tego roku Elli. (Fot: Iza Grzybowska, stylizacja: Bartłomiej Indyka)
„Patrzę na swoje ciało z wdzięcznością” – mówi Ewa Farna, ale też nie chce koloryzować rzeczywistości. Przyznaje, że to nie jest ten moment życia, o którym dumnie by mówiła, że właśnie tak zawsze chciałaby wyglądać. Ma teraz inne priorytety, własne niezawodne źródło siły i przynajmniej kilka powodów do dumy.

Myślisz o sobie czasem: „Kurczę, ja to jednak jestem twarda!”.
Śmieszne, że pytasz, bo właśnie przedwczoraj dokładnie tak o sobie pomyślałam.

Tak po prostu czy wydarzyło się coś konkretnego?
Przyjechałam z Pragi do Warszawy o 23 samochodem, sama z dzieckiem. Prowadzenie auta wieczorem, kiedy mała śpi, jest akurat super, te parę godzin jazdy mam dla siebie, mogę spokojnie pomyśleć, słucham podcastów, co uwielbiam. Ale kiedy dojechałyśmy do hotelu, okazało się, że do parkingu podziemnego nie wjadę, bo mam za wysoki samochód.
No więc dobrze, parkuję parę ulic dalej, wyciągam składany wózek, trzy torby, walizkę, małą śpiącą w nosidełku. Nie wiedziałam, za co się złapać... Po czym kilkanaście minut potem, już w pokoju hotelowym, pisałam służbowe mejle do godziny 2. A o 6 pobudka.

Obawiam się, że ja w identycznej sytuacji pomyślałabym raczej: „Jeszcze chwila, a się załamię”.
Ja też mam takie momenty, zwłaszcza że w ogóle jestem z natury niecierpliwa. No ale skoro finalnie daję jednak radę, to pozwalam sobie – przynajmniej czasami – myśleć, że jestem twardą babką.
I nie tylko o sobie tak myślę. Od momentu, kiedy sama mam dzieci i rozumiem, z czym to się wiąże, podziwiam każdą mamę, która ogarnia rzeczywistość wokół siebie. (śmiech) W dodatku wiedzie mi się akurat dość dobrze, nie jest dla mnie problemem kupić wózek czy – nie wiem – czapkę i zawsze mogę liczyć na pomoc męża czy bliskich. A jest na przykład mama, która wychowuje dwójkę dzieci sama i do tego pracuje… Przecież to jest jakiś kosmos! Tu nie można wziąć wolnego, to jest rola 24/7.
Dzieci na maksa uczą cierpliwości, a jak już dochodzę do ściany, jak jestem w nastroju pod tytułem: „Zostawcie mnie wszyscy w spokoju!” – liczę do dziesięciu. Albo wchodzę pod prysznic i wracam z trochę chłodniejszą głową. Wszystko z siebie zrzucę i znowu jest okej.

Ewa Farna (Fot: Iza Grzybowska, stylizacja: Bartłomiej Indyka)

Myślisz, że ta umiejętność, takie podejście: „Otrząsam się i pędzę dalej”, to sprawa genów czy bardziej pracy nad sobą?
Może kwestia genów, zważywszy, że moja mama jest bardzo ogarniająca. A do tego totalnie pozytywna. Dla niej praktycznie nic nie jest problemem. Jest w stanie przejechać 400 kilometrów autem na mój koncert, tam spotkać się ze mną na dwie i pół godziny, popilnować dzieci i wrócić do siebie. Czasem mówię do niej, jak już naprawdę coś się sypie: „No, chociaż raz przyznaj, że to nie jest łatwa sytuacja”, ale nie, mama jest nie do zdarcia: „E tam, ludzie mają gorzej, zobacz, co się dzieje na świecie”.

Pamiętam, jak mi opowiadałaś, że kiedy jako 13-latka zaczynałaś muzyczną karierę, a akurat urodziła się twoja siostra, mama karmiła ją piersią na stacjach benzynowych, po czym wsiadałyście w samochód i jechałyście dalej na drugi koniec Polski, żebyś mogła zagrać koncert. Rozumiem, że teraz Ty wsiadasz i jedziesz kilka godzin, bo wiesz, że to nic nadzwyczajnego, bez lęku, że nie dasz rady. Tak to działa?
Z tymi lękami to nie jest jednak takie proste. Prawdę mówiąc, wolę jechać samochodem nawet sześć i pół godziny nie tylko dlatego, że mam wtedy czas dla siebie. Mąż mówi mi: „Słuchaj, po co masz się tyle tłuc, są bezpośrednie loty Praga–Warszawa, zajmie ci to godzinę, jest bezpieczniej”. Tylko że ja nie lubię latać, robię to, ale bardzo rzadko i tylko jeśli muszę. Swoją drogą większość moich koncertów jest poza miejscami, do których można dolecieć, więc po prostu trzeba na nie dojechać, i to często jeszcze dalej niż do Warszawy.

Ale wracając do Twojego pytania, to tak, myślę, że to sprawa wzorców, które się wynosi z domu. Mamę widziałam właśnie taką – twardą, pozytywną, ogarniającą nas i mnóstwo innych rzeczy. Co mi przypomina, że słyszałam teorię, która bardzo mi się podoba, bo w moim przypadku się sprawdziła: że to, jaką masz relację z matką, buduje relację, jaką potem masz sama ze sobą. A z kolei relacja z ojcem decyduje o tym, jak się dogadujesz ze światem zewnętrznym.

Rodzice na pewno zbudowali we mnie poczucie bezpieczeństwa, dzięki nim wiem, gdzie przynależę. Ale też myślę, że po prostu chodzi o bliskość, że to ona jest tu najważniejsza. Z jednej strony my się z rodzicami nie kumplowaliśmy, to nie był taki układ, oni byli jednak dla mnie autorytetami. Z drugiej… dobra, niech już będzie, powiem to. Kiedy miałam swój „pierwszy raz” – no wiesz, poważnego chłopaka – to mamie powiedziałam jako pierwszej.

Ewa Farna (Fot: Iza Grzybowska, stylizacja: Bartłomiej Indyka)

Jak zareagowała? Zostały ci w głowie jej słowa?
Już nawet nie wiem, gadałyśmy przez telefon, ale pamiętam, że dla mnie to nie było jakieś supernaturalne, trochę się wstydziłam, a jednocześnie cieszyłam się, że mogłam się akurat z nią tym podzielić.

Wspomniałaś o przynależności. Jesteś z Zaolzia, miejsca, gdzie nazwy miejscowości są podwójne – polskie i czeskie. Czujesz się Ślązaczką cieszyńską? Na ile Cię to określa? Zdaję sobie sprawę, że ta kwestia jest o tyle skomplikowana, że Ślązacy cieszyńscy dzielą się na górali i dolan, a Ty wychowałaś się w Wędryni, na samej granicy. W ostatniej wiosce przed Bystrzycą, gdzie są już góry, ale jeszcze w dolinie.
No tak, babcia ze strony mamy była góralką z Jabłonkowa. Uwielbiam górali, ale nasza rodzina to procentowo bardziej dolanie. Dlatego na swoją osiemnastkę dostałam tak zwany strój cieszyński miejski. Oryginalny, nosiło go przede mną kilka kobiet z naszej rodziny. Koszula z bufiastymi rękawkami, fartuch, który przykrywa spódnicę. Całość ma ponad 130 lat.

Masz go nadal?
Pewnie. W część tego stroju przebierałam się na swoim ślubie. A teraz mijam go kilka razy dziennie.

W jakim sensie?
Moim marzeniem było mieć w domu garderobę, taką jak Carrie z „Seksu w wielkim mieście”. (śmiech) Do której się wchodzi i wszystko dobrze widać. I to mi się udało. Nie w takiej skali jak w serialu, ale zaszalałam i mam przeszkloną witrynę, a w środku widać suknię ślubną i właśnie strój cieszyński. Dwie ważne dla mnie pamiątki, których nie chciałam mieć schowanych gdzieś na strychu. Kiedy na nie patrzę, uświadamiam sobie, że chociaż nie mieszkam już na Zaolziu, tam są moje korzenie.
Zresztą ja często wracam do swoich rodziców, do przyjaciół, jesteśmy w kontakcie, to nie jest tak, że jestem oderwana, absolutnie nie. I jeśli czegoś mi w Pradze brakuje, to właśnie tej community. Kiedy dorastasz wśród mniejszości narodowej takiej jak nasza, masz specyficzny rodzaj podejścia, bo tam nas wszystkich coś łączy, wszyscy kojarzą ciebie albo przynajmniej kogoś z twojej rodziny, jest wzajemne zaufanie. I teraz, chociaż mam przyjaciół, to mi brakuje tej większej zgrai, społeczności. Mam nadzieję, że przedszkole Artka będzie dobrą okazją i zbliży nas z innymi rodzicami, będą się budować nowe relacje. Z korzyścią dla nas i naszych dzieci. Bardzo wierzę, że na każdego człowieka ogromny wpływ ma to, w jakim gronie ludzi się obraca.

Mówiłyśmy o byciu twardą. Czy taki mocny głos jak Twój, takie możliwości, że jak hukniesz z przepony, zagłuszysz – umówmy się – każdego, przekładają się jakoś na inny rodzaj siły? Na pewność siebie, asertywność.
A wiesz, że nigdy o tym w ten sposób nie myślałam? Od razu widzę tych górali, co to i na co dzień potrafią być stanowczy, a jak zaśpiewają w kościele na mszy w niedzielę, to nikt im nie podskoczy. No, ale też popatrz – taka Billie Eilish. Kiedy śpiewa, jej głos jest raczej delikatny [w tym momencie Ewa nuci fragment piosenki Eilish „Happier Than Ever”], a jednak na co dzień ma własne zdanie i sporo bezczelności w dobrym tego słowa znaczeniu.

Może i potrafię kogoś zagłuszyć, zagadać, ale też nigdy nie byłam rebeliantką, skandalistką. Za to na pewno wcześniej byłam bardziej bezpośrednia. I bardziej stanowcza.

Coś się, jak rozumiem, w tej kwestii zmieniło?
Dzisiaj staram się nie postrzegać wszystkiego tak czarno-biało, rozumieć drugiego człowieka. Co czasem wpędza mnie w nadmierne rozkminianie. O, na przykład niedawno siedziałyśmy z moją menedżerką Karoliną i z naszymi przyjaciółkami, które są parą, i gadałyśmy. A ponieważ żyję na co dzień w Czechach i zdarza mi się czasami źle dobrać po polsku słowa, rzuciłam coś takiego: „Zobaczyłam ich, no, byli razem, normalnie, jak facet z dziewczyną, nie tak, że kumple”. Człowiek czasem coś tak chlapnie w języku, w którym nie posługuje się na co dzień, i ma nieprzespaną noc.

Nie spałaś całą noc?
Zastanawiałam się, czy one przypadkiem nie pomyślały, że skoro powiedziałam „normalnie”, to uważam, że coś innego nie jest normalne. Czy nie zrozumiały mnie źle? I jak się musiały z tym poczuć?
No i widzisz – kiedyś w ogóle bym się nad tym nie zastanawiała, poleciałabym takim tekstem bez głębszej analizy.
Coś jednak jest w tym określeniu „beztroskie dzieciństwo”. (śmiech)

Czyli mówimy o dojrzałości, dorosłości.
Na pewno od jakiegoś czasu jest we mnie więcej empatii, więcej jakiejś – nie wiem – delikatności. Odbieram to w ten sposób, że to zaszła właśnie zmiana z dziewczyny w kobietę.

Twoje postrzeganie kobiecości zmieniło się na przestrzeni lat? Czym kobiecość jest dla Ciebie teraz?
Trudne pytanie. To chyba w sumie właśnie taka mieszanka siły i delikatności. A w praktyce? Kobieco czuję się jako mama, kiedy okazuję dzieciom empatię i cierpliwość. Na scenie kobieco czuję się, kiedy jestem „zrobiona”, a do tego energiczna i stanowcza. Na co dzień – kiedy po całym dniu pozwolę sobie na wieczorną maseczkę, ale też po prostu ogarniając tonę różnego rodzaju obowiązków i myśląc, że my, dziewczyny, to jednak, kurde, jesteśmy dzielne. (śmiech)

A terapia? Do czego ci się przydała?
Minęło już parę lat, odkąd chodziłam na terapię, przy dzieciach nie znajduję na razie czasu. Najchętniej poszłabym znowu, od razu. Traktuję to jako elemet rozwoju osobistego. Ludzie myślą: „No gdzie, ja do psychoterapeuty? Przecież nie jestem w kryzysie”. Ja poszłam prewencyjnie i nie żałuję. Bo kiedy już faktycznie jesteś w kryzysie, kiedy jesteś na etapie please help me, człowiek się chwyta czegokolwiek. A w wypadku terapii dobrze wybierać rozważnie, znaleźć kogoś, kto ci odpowiada.

Ja chciałam się nauczyć stawiać sobie pewne pytania. To był czas, kiedy bałam się pewnych decyzji i zmian z nimi związanych. Jedna z rzeczy, które mi wtedy powiedział terapeuta i którą sobie raz na zawsze zapamiętałam, to że w porządku jest się bać. I że odwaga polega na tym, że pomimo strachu podejmujesz trudną decyzję.

To prawda, w momencie, kiedy decydujesz się na działanie, nie wiesz, czy nie pakujesz się w jeszcze większe kłopoty. Ale dopóki działasz, jest przynajmniej 50 proc. szansy, że to wyjdzie ci na dobre. A jeśli ze swoim problemem nie zrobisz nic, to siedzisz nadal w tym błotku niezadowolenia.

Ewa Farna (Fot: Iza Grzybowska, stylizacja: Bartłomiej Indyka)

Porozmawiamy o chwilach bezsilności? Nigdy nie kryłaś, jak bardzo nienawistne komentarze na temat Twojego wyglądu w mediach i sieci nadszarpują Twoje poczucie własnej wartości.
To też się u mnie zmieniło, ale chyba najbardziej ze względu na życiową kotwicę. Mam wszystko, co dla mnie ważne – faceta, z którym chcę spędzić życie; dzieci, dom. Nie muszę za niczym pędzić. Pewnie powinnam być zbudowana w sobie, lepiej by było, żeby moje poczucie wartości nie było niczym uwarunkowane, ale nie będę ściemniać, te zewnętrzne czynniki mi osobiście w budowaniu poczuciu własnej wartości mega pomogły.

Żeby była jasność – nie jestem teraz w momencie, o którym bym dumnie mówiła, że jestem superpewna siebie albo że właśnie tak chcę zawsze wyglądać, ale jednak cały czas siebie akceptuję i na pewno nie będę się biczować. Mam teraz inne priorytety i wierzę w to, że jeśli postawiłabym siebie i swoje ciało na pierwszym miejscu, wyglądałabym inaczej. Na ten moment mam dwójkę dzieci, w tym bardzo małe dziecko. To jest dla mnie pierwszorzędna kwestia. Fajnie nie porównywać siebie do innych, po prostu.

Ciałopozytywność – kiedy po raz pierwszy usłyszałaś ten termin?
Nie tak dawno, chyba jakoś przy okazji artykułów o Adele. Zaczęły się wtedy pojawiać te wszystkie kampanie reklamowe z modelkami w większych rozmiarach.
Dla mnie to była ważna zmiana, bo sama wyrastałam w czasach, w których ideałem była Kate Moss. Teraz się czuję o wiele bardziej spoko w tym świecie, ale na początku moja walka była samotna. Najśmieszniejsze jest to, że największy hejt na punkcie mojego wyglądu spotkał mnie dziesięć lat temu, a jak teraz patrzę na tamte zdjęcia, które wywoływały te wszystkie komentarze, nie mogę uwierzyć – no, gdzie ten większy tyłek, o którym pisali? Jezuseczku, jak ja bym teraz tak wyglądała jak wtedy!

W duchu ciałopozytywności nakręciłaś teledysk do swojej piosenki „Ciało”. Występujesz w nim z innymi kobietami, a w pewnym momencie w świetle reflektorów pokazujesz swój brzuch z pociążowymi rozstępami. Musiałaś się przełamać, żeby zdobyć się na ten gest?
Kiedy to kręciłam, na planie zapadła cisza, inni wiedzieli, że to jest dla mnie trudny moment. Zresztą dopiero w czasie nagrań zdecydowałam, że tak będzie, wcale tego nie planowałam. To dziewczyny dały mi do tego siłę – to one się odważnie pokazały, w dodatku ze znacznie trudniejszymi historiami, chorobami, niepełnosprawnościami. Patrzyłam na nie z podziwem. Przecież u mnie chodzi o jakiś mały tatuażyk od matki natury, pamiątkę tego, że moje ciało dało radę pomieścić w sobie drugie życie. Zebrałam się w sobie i wyszłam w ciemność, był tylko reflektor oświetlający te fragmenty ciał, które najtrudniej było nam pokazać.

To jaką część swojego ciała lubisz najbardziej?
Oczy. No i rzęsy, jestem dumna, że mam je takie gęste. Słyszałam, że kiedy dostałaś od marki L’Oréal Paris propozycję, żebyś została bohaterką ich kampanii, pierwszą twoją reakcją było: „Ale przecież ja się poza sceną na co dzień nie maluję”.
Zaraz potem dopadła mnie refleksja, że co jak co, może nie na plac zabaw, ale jak jest jakieś wyjście, to rzęsy maluję zawsze. A poza tym, kiedy uczyłam się malować na swoje pierwsze koncerty jako 14-latka, tusz, który wtedy miałam, to był faktycznie Volume Million Lashes L’Oréal Paris. To znaczy „miałam” to za dużo powiedziane, bo wtedy podebrałam go mamie z kosmetyczki. Potem kupiłam swój, a teraz – tadaaam! – jest zmiana pokoleniowa i obecnie moje kosmetyki podbiera młodsza siostra, i niech jej wyjdzie na zdrowie.

Ewa Farna (Fot: Iza Grzybowska, stylizacja: Bartłomiej Indyka)

Podglądałaś w dzieciństwie mamę przed lustrem? Bo ja tak. Uważałam to jej szykowanie się i nakładanie makijażu za jakiś rodzaj wprowadzenia do świata dorosłych kobiet.
Kiedy patrzę wstecz, to widzę mamę, jak maluje się w biegu, w samochodowym lusterku, bo zaraz ma jechać coś załatwić. Zawsze miała kosmetyczkę pod ręką w aucie i ja obecnie coraz bardziej zbliżam się do tego modelu. (śmiech)

Chcesz, żeby twoja córeczka Ella wyrosła na silną kobietę?
Jeśli wyrośnie na jakąś łagodną kruszyneczkę, nie będę jej namawiać do rebelii. Ale chciałabym jej pomóc w tym, żeby była świadoma i pewna siebie. No i mam nadzieję, że będę za nią nadążać, że jej nie zawiodę. Jej i Artka. Będę się starała być otwarta, tak jak otwarci byli moi rodzice, którym nie przyszłoby do głowy, że skoro nie mam dyplomu uniwersytetu, to nie jestem wystarczająco dobra, żeby iść przez życie. Zwłaszcza że dziś wychowujemy dzieci dla świata, o którym nie mamy pojęcia, jaki będzie. Kto wie, jak wyglądać będą czasy, kiedy TikTok pewnie będzie już przestarzały i może na dobre utkwimy w wirtualnej rzeczywistości...
Na koniec nie mogę nie zapytać o twoją jesienną trasę, bo jest inna niż poprzednie.

Wydałam niedawno płytę „Umami” i z tej okazji damy pięć koncertów w Czechach i pięć w Polsce. To moja pierwsza trasa biletowana, nie licząc jednej jazzowo-akustycznej w salach teatralnych. Teraz gram na pełnym powerze, z pełnym składem, w klubach. Jestem przyzwyczajona do dużych występów plenerowych, na które może przyjść każdy, więc to dla mnie wyzwanie i większe ryzyko. Nie wiem, jak to będzie jesienią, ale jestem megapodekscytowana! I ciekawa, jak fani podejdą do tego nowego etapu.
Piosenki, które zagramy, są dla mnie wyjątkowe. Pisałam je, kiedy miałam małego Artka, a więc przed pandemią; w Polsce płyta pojawiła się po siedmiu latach od wydania ostatniej. Nazwałam ją „Umami”, jak piąty smak, ale ten tytuł to też gra słów, ma się kojarzyć ze sformułowaniem „u mamy”, bo dla mnie tym piątym smakiem życia jest właśnie macierzyństwo.

Ewa Farna, rocznik 1993. Piosenkarka, autorka tekstów, kompozytorka. Wydała w Polsce sześć, a w Czechach pięć albumów. Prywatnie mama trzyletniego Artura i urodzonej w marcu tego roku Elli. W ramach trasy „Umami” po Polsce, którą rozpocznie 16 października, zagra w: Katowicach, Bydgoszczy, Poznaniu, Łodzi i Wrocławiu.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze