Barbara Krafftówna: Pestka

fot. BewPhoto

Legendarna aktorka. Zapisała się w pamięci widzów rolami w Kabarecie Starszych Panów, serialu „Czterej pancerni i pies”, arcydziele filmowym „Jak być kochaną”… za chwilę zobaczymy ją w spektaklu Teatru Telewizji „Biesiada u hrabiny Kotłubaj” w reżyserii Roberta Glińskiego. Barbara Krafftówna kończy 89 lat, w planach ma przynajmniej 111.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 1/2018)

Widzę po uśmiechu, że miała pani wielką frajdę z grania. Lubi pani wracać do Gombrowicza?

Ubóstwiam! Cała jestem z Gombrowicza i Witkacego, ich postrzegania rzeczywistości w deformacji, przesadzie. Granie Gombrowicza jest jak lot w kosmos. Grałam przed laty hrabinę Kotłubaj, teraz Starą Markizę. Te próby i nagrania były jak za dawnych lat, kiedy cała ekipa, również techniczna, była absolutnie skupiona na współpracy.

Kiedy myślę o pokoleniu wspaniałych artystów, choćby z Kabaretu Starszych Panów, widzę same osobowości. Trzeba było mieć coś poza talentem. Nie było między wami zazdrości?

Mogła być o rolę, ale nie o osobowość. Kalina Jędrusik, Wiesław Michnikowski, Wiesław Gołas, Jan Kobuszewski… Myśmy byli siebie ciekawi. Na scenie byliśmy partnerami, a zderzenie osobowości musiało eksplodować.

Naprawdę bez zazdrości?

Pamiętam taką sytuację. Przerwa w nagraniu telewizyjnym. Ktoś mówi, że w bufecie jest ta zjawiskowa dziewczyna z burzą loków, lwica o niezwykłym sopranie. Biegniemy ją wszyscy obejrzeć. Ma welon włosów, niskie czoło, gęstą grzywę. To Violetta Villas. Przyjechała ustrojona według własnego gustu – koronki, falbanki. Miała mieć próbę generalną przed wywiadem u Ireny Dziedzic. Telewizja szła na żywo, a Dziedzic chciała mieć pewność, że nie wydarzy się w czasie emisji coś nadzwyczajnego. Kiedy zobaczyła Villas, nie zgodziła się ani na jej fryzurę, ani na ubranie. Elżbieta Czyżewska pobiegła po taksówkę, złapała Violettę za mankiet i zawiozła do siebie. Zgoliła jej grzywę, odsłoniło się czoło. Zrobiła przedziałek. Dała jej swoją bluzkę. Słowem, zmieniła ją w elegancką młodą kobietę. Takie wspólne bufetowe akcje były naturalne. Poza tym myśmy naprawdę lubili ze sobą przebywać.

Pani nie musiała wybierać zawodu. Starsza siostra zabierała panią na zajęcia teatralne do Iwona Galla, dzięki któremu stała się pani aktorką.

To szczęśliwy układ. Ale ważne są okoliczności. Zaczynałam w czasie wojny, w zakonspirowanym mieszkaniu przy ulicy Tamka w Warszawie, gdzie na tajnych kompletach Iwo Gall uczył nas zawodu. Naprzeciwko była siedziba niemieckiej organizacji Todt. Wchodziliśmy dla bezpieczeństwa w odstępach czasu. Dozorca był nam przychylny. Słyszeliśmy wrzeszczących Niemców: Halt! Raus!, biegali po schodach, w górę, w dół, tłukli w drzwi, robili przeszukania… Uczyłam się zawodu w przestrzeni, w której musiało się przetrwać. A przetrwanie to istnienie, codzienność. Nie jest łatwo przetrwać. Ale tego też można się nauczyć. I tego nauczyłam się także w domu.

Co pomaga przetrwać?

Uważność, obowiązkowość, reżim. Byłam mu poddana, odkąd pamiętam. Miałam cztery lata i byłam ubrana jak lalka w fantazyjne kompozycje kolorystyczne. Matka chciała złagodzić wygląd, nad którym dominowały rude włosy i piegi. Bardzo dbała o mój ruch. Chodziłam w szytych na zamówienie trzewiczkach na cienkiej podeszwie, sznurowanych do kostek, by nauczyć się baletowego stawiania stóp. Byłam tresowana w wielu kierunkach, a wówczas zwracano uwagę na to, jak się siedzi, jak się chodzi, jak się mówi. „Nie marszcz czoła, bo będziesz miała zmarszczki” – powtarzała mama. Ale miała hiszpański temperament, tańczyła kankana na stole. Opowiadała, że w sylwestra panowie pili szampana z jej trzewiczków. Miała słuch i pięknie grała na skrzypcach, na pianinie. Miała męskie uderzenie, męską ekspresję gry.

A ojciec?

Był architektem, skrupulatnym analitykiem, bardzo łagodnym – kołki można było mu ciosać na głowie. Nigdy nie wybuchał.

Mamie się zdarzało?

W domu tak. Ale nie na zewnątrz. Reżim obejmował też emocje. Smutki, nerwy, nieporozumienia, ba, tragedie zostają w domu. Wychodzę, zamykam drzwi i nikogo już nie obchodzi, że jest mi źle. Nie dzielę się tym.

Jak się żyje w takim reżimie?

On się utrwala w charakterze. Nie czuje się go.

Dlatego widzimy panią zawsze uśmiechniętą, pełną energii?

Różne stany można maskować wdziękiem. Pomaga mi w wielu sytuacjach. Jestem dość mendliwa dla reżyserów, mam zawsze masę propozycji, pytań, niuansików, z którymi przychodzę, ale używam też wdzięku, który ich rozbraja.

Sam często dostaję od pani różne rady i lekcje. Choćby lekcja o podeszwach…

Bo zobaczyłam, że będąc na scenie, pokazuje pan widowni podeszwy butów. Powiedziałam, że trzeba tak siedzieć, aby publiczność ich nie widziała. To, co na scenie, nie może być przypadkowe. Wszystko musi mieć swoją formę, kompozycję, obraz.

Kiedy wyszła nasza książka „Krafftówna w krainie czarów”, przez ponad rok jeździliśmy razem na spotkania z czytelnikami. Podziwiałem pani siłę. Czy zawsze chce się pani wyjść z domu?

O, nawet niech pan o to nie pyta. Najczęściej się nie chce.

Widząc panią na scenie, zawsze widzę żywioł.

Przecież jestem dla publiczności. W finale pana monodramu „Błękitny diabeł” o ostatnich latach Marleny Dietrich parafrazowałam jej piosenkę: „Bo ja też jestem tylko po to, aby kochać mnie, i to się o mnie wie, i nic więcej”.

Trochę opowiedziała mi pani o sobie w naszej książce.

A jest pan pewien?

Nie do końca. Hanna Krall po jej lekturze, a zna panią rodzinnie, powiedziała: „Ładnie Basia panu zagrała Krafftównę w tej książce”. Zagrała mi pani Krafftównę?

Na to właśnie panu nie odpowiem. Poza tym kobieta zmienną jest i raz mogę panu powiedzieć jedno, a innym razem…

Jak wyglądają te dni, kiedy pani gra?

W życiu? Czy w teatrze? Są wielkim technicznym przygotowaniem. Muszę mieć cały egzemplarz sztuki przeczytany na głos, a najlepiej powiedziany z pamięci. Pamięć wzrokowa jest silnym atutem, daje spokój na scenie. Zawsze proszę, aby w egzemplarzu teksty partnerów były oddzielone, czyli mój tekst – pauza – następna kwestia. Pamiętam każdą stronę, a zwłaszcza tę, na którą mucha nasrała. Więc ten dzień spektaklu, a nawet dwa dni przed, to skupienie. Mobilizuję się: „Odłóż wszystko inne, zrobisz to już po spektaklu”.

Nie boi się pani, że któregoś dnia przyjdzie do teatru i nie będzie pamiętała tekstu?

Jeszcze nie i spokojnie uczę się swojej sklerozy.

Co to znaczy?

To proste. Biorę trzy rodzaje pigułek. Bywało, że nie wiedziałam: „Wzięłam już?”. Wymyśliłam metodę. Najpierw pigułki leżą z prawej strony, a te opakowania, z których biorę, od razu kładę po lewej. Jeśli leżą po lewej, znaczy wzięłam.

Tak pani opracowuje codzienność?

To konieczność. Samoobrona.

Co czuje pani, stojąc w kulisie, czekając na wejście na scenę?

Gram w Och-Teatrze Krystyny Jandy „Trzeba zabić starszą panią”. Trochę w tym spektaklu biegam, więc płuca i mięśnie muszą mi pracować. Zanim wybiegnę na scenę, już biegnę w miejscu. Ćwiczę oddech i mięśnie.

A astma? Na co dzień używa pani inhalatora, który nazywa „dymadełkiem”.

Ten wysiłek jest bolesny. Ale koledzy za kulisami dbają, abym miała jak najmniejszy trud fizyczny. Przeprowadzają mnie sprawnie w ciemności. Kiedy zbiegam ze sceny, widzę białe przedramię, ktoś świeci latarką, chwytam się tego przedramienia jak drążka. Kolega mnie przytrzymuje. Ktoś mi podaje wodę. Chwytam łyka przed wejściem do kolejnej sceny. Poprawiam usta, bo mam tak zjedzoną szminkę, jakbym nic nie mówiła, tylko ją jadła. Garderobiane mnie przebierają. Jestem całkowicie zaopiekowana, więc w tym miejscu chciałabym publicznie kolegom podziękować za czułość, za ich pomoc. Koledzy śmieją się ze mnie, że po ukłonach najszybciej zbiegam za kulisy, wyprzedzając innych, mówią, że jestem Emil Zátopek, słynny biegacz. W garderobie bardzo długą chwilę nie mogę nic powiedzieć. Czasami już zaczynam zdzierać z siebie kostium, bo czuję ból w przeponie i jakby mnie żebra rozsadzały. Uspokajam się. Głos wraca. Oj, ciekawe jest to nasze zakulisowego życie jak z „Garderobianego”…

…który pokazuje też, jak nie mając siły, postawić siebie do pionu, wejść na scenę i zwyciężyć po raz kolejny. Niedawno dostała pani propozycję od wybitnego rosyjskiego reżysera Iwana Wyrypajewa. Chciał obsadzić panią w sztuce Czechowa. Była pani taka szczęśliwa, a jednak odmówiła. Nie bała się pani, że podobna propozycja może się nie powtórzyć?

Póki jestem na chodzie, mam jeszcze tyle pomysłów na siebie samą… Bez takiego czy innego spektaklu. W ogóle się tym nie martwię, idę. Zawsze wyzwania same do mnie przychodziły, i, jak pan widzi, przychodzą, a ja idę za nimi. Ucieszyłam się z samego faktu, że to się zdarzyło. Spotkaliśmy się, były długie rozmowy. Poprosiłam o czas do namysłu. Zważyłam siły, PESEL. Nie mogę być nieobecna na próbach. Mało tego, nie chcę. Chcę być w tym zamieszaniu, wejść w ten krwiobieg. A żyję w wielkiej obsesji braku czasu. Chcąc podjąć się tej współpracy, musiałabym oddać wszystkie siły. A tego się bałam. Jako aktorka i człowiek jestem ciągle nienasycona, bez opamiętania wpadam w nowe. Jednak nie wiem, co będzie jutro, za miesiąc… Nie chciałam ryzykować ze względu na kolegów z obsady, na reżysera.

Ile kosztuje taka decyzja?

Dużo. Podejmowałam ją z żalem, ale kiedy ją podjęłam, żal minął.

Widziałem na Facebooku zdjęcie, jakie zrobiła sobie z panią młoda aktorka i wokalistka Natalia Sikora. Młode aktorki chcą się od pani uczyć warsztatu?

Może ja dla nich jestem eksponat?

Eksponat?! Pani łamie schematy. Pamiętam panią ze spektakli Pawła Miśkiewicza, pani aktorstwo było przekorne, młode.

A jest pan pewien tego, co mówi? Jeśli tak, to bardzo dziękuję. Sama powiedziałabym, że są w moim aktorstwie poszukiwanie i precyzja. Tak długo będę dłubała, przyglądała się, próbowała, aż znajdę. Nie sięgam do tego, co wyuczone, zastane. Dostaję nową rolę i jakbym zaczynała od zera.

Felicja w filmowym arcydziele „Jak być kochaną” działa w przekorze, jakby się odcięła od logiki, od własnych emocji. Zagrała pani postać, którą trudno zracjonalizować. Cały czas się wymyka. Mnie uderza zawsze scena gwałtu, choć przecież nie jest pokazana. Ale wszystko możemy przeczytać na twarzy Felicji, kiedy już jest po.

Do tej sceny zdjęłam pantofle. A mam fobię bosych stóp. Zawsze muszę coś mieć na stopach, nawet na plaży. W tej scenie chodziłam boso po zimnej i brudnej posadzce planu filmowego. Widać przymus, wstręt… Bywa, że aktor musi coś intymnego obnażyć. Ale to on podejmuje decyzję. Był pomysł, abym w „Biesiadzie u hrabiny Kotłubaj” tańczyła z Bohdanem Łazuką do nagrania naszej piosenki „Przeklnę cię” z Kabaretu Starszych Panów. Stoczyłam wojnę, bo pomijając, że ta piosenka nie jest „z Gombrowicza”, to byłoby niezdrowym odcinaniem kuponów od przeszłości. A we wszystko wchodzę od zera. Zanim coś zrobię, muszę mieć stuprocentowe przekonanie, że to właściwe. Zawsze grałam w perukach, by nie być na scenie prywatnie. Dałam się „rozdziewiczyć” tylko raz, w „Alicji” Pawła Miśkiewicza w Teatrze Dramatycznym. U Roberta Glińskiego poprosiłam o perukę. Pani fryzjerka szykowała mnie do jej założenia. Spinała mi włosy, żeby przylegały do głowy, i nagle zobaczyłam w lustrze taką gładką głowę, włosy ni to przylizane, ni to mokre. Już nie chciałam peruki. To było to! Stara Markiza z Gombrowicza. Reżyser zgodził się bez słowa… Dzięki Bogu! Na każdą rolę składają się setki drobiazgów, które muszę odnaleźć, czasem przenosząc je z życia, z obserwacji. Ale na życie też składają się drobiazgi i trzeba poświęcić im uwagę.

Pamiętam z podróży, że w jednej z pani toreb brzęczało szkło. Zapytałem, co pani wiezie.

A to były słoiczki z pestkami awokado, zanurzonymi w wodzie, które postanowiłam wyhodować. Pestka to życie. Kiedy po śmierci ojca na Wołyniu zostałyśmy z mamą same, a wojna była i głód był, zdobyła trochę ziemniaków, niedużo. Kroiła je w tych miejscach, gdzie były kiełki. Wsadzałyśmy do ziemi. I już miałyśmy na chwilę zapewniony byt. Niedawno znalazłam w lodówce ziemniaki, o których zapomniałam. Puściły pędy. Zapakowałam je i zawiozłam do koleżanki, jeszcze z Wołynia, bo ma ogródek. Wiedziałam, że zrozumie.

Zdarza się pani jeszcze nocą wychodzić na lody?

Zlikwidowali mi McDonalda. Noce zawsze mam bezsenne. Ostatnio nocami dobra jest maca. Ba, genialna [śmiech]. Nie mylić z macaniem!

Co powiedziałaby pani sobie młodej?

Ależ ja się charakterologicznie nie zmieniłam. Wiek się zmienił, z nim szczegóły, ale w głowie mam to samo, co miałam. Nadal potrafię się histerycznie śmiać, bez opanowania. Nadal mam tę samą ciekawość. Wokół zrobiło się pusto, tamten świat mojej młodości zupełnie znika. A ja idę. Czy to nie jest szczęście? I jakbym miała umrzeć, to poproszę na scenie. W takim biegu jak w spektaklu w Och-Teatrze. Na razie nie planuję, chcę dożyć trzech kaktusów, czyli 111 lat! Dopóki czuję się młoda, żadnych planów nie zmieniam! Kraina czarów, panie Grzemiku, wsysa mnie, oj, wsysa [śmiech].

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »