Natalie Portman: zwyczajna niezwyczajna

fot. BewPhoto

Ma 36 lat, jej kariera filmowa – 25 lat. Mąż, dwójka dzieci, Oscar. Weganka, ekolożka, ostatnio też aktywistka ruchu Time’s Up. Absolwentka psychologii na Harvardzie, dumna ze swoich żydowskich korzeni, mocno osadzona w rzeczywistości. Mimo że Natalie Portman zawsze wolała raczej zlewać się z tłem, niż z niego wyróżniać – z jej urodą, inteligencją i poglądami, to po prostu nie mogło się udać. Jest dowodem na to, że warto pozostać wiernym sobie.

(Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru: Sens 4/2018)

Dorastała praktycznie na naszych oczach albo razem z nami. Kiedy miała zaledwie 12 lat, zagrała rolę Matyldy w filmie „Leon zawodowiec” u boku Jeana Reno i od razu trafiła do czołówki najbardziej rozpoznawalnych aktorek. Jeszcze jako nastolatka wcieliła się w księżniczkę Amidalę w prequelach kultowych nie tylko w USA „Gwiezdnych wojen”, po czym zawiesiła karierę aktorską, by studiować psychologię na Harvardzie. Zdziwionym dziennikarzom miała powiedzieć wtedy: „Wolę być mądra, niż być gwiazdą filmową”. Po studiach wróciła jednak do pracy na planie, nagradzana za role m.in. w takich filmach „V jak Vendetta”, „Bliżej” i „Powrót do Garden State”. Przełomowy – prywatnie i zawodowo – był dla niej 2011 rok – dostała wtedy Oscara za rolę baletnicy z kruchą psychiką w „Czarnym łabędziu” oraz urodziła syna Alepha – ze związku z choreografem Benjaminem Millepied, którego poznała podczas kręcenia tego filmu. W 2013 roku wyreżyserowała „Opowieść o miłości i mroku” na podstawie autobiograficznej książki Amosa Oza i zebrała za nią całkiem dobre recenzje.

Jako aktorka przez 25 lat kariery zawsze umiejętnie balansowała między kinem kasowym, występując m.in. w takich produkcjach jak „Thor” oraz bardziej ambitnymi propozycjami w rodzaju biograficznej „Jackie”, za rolę w której otrzymała w ubiegłym roku kolejną nominację do Oscara. Była wtedy w ciąży z drugim dzieckiem – córką Amalią.

Choć od początku jest doceniana zarówno przez widzów, jak i krytyków, życie zawodowe nigdy nie było dla niej priorytetem. Nie dała się zwieść blichtrowi hollywoodzkich przyjęć i pokusie sławy. Stroni od używek i wszelkich namiastek luksusu. Choć pojawia się na wielkich galach i w pierwszym rzędzie pokazów mody domu Dior (jest twarzą perfum Miss Dior), na co dzień żyje raczej na uboczu wielkiego świata. Wychowuje dzieci, prowadzi dom, gotuje i pasjami ogląda kulinarne show w telewizji. Ma dystans do nagród i wszelkich rankingów. W środowisku filmowym uchodzi za inteligentną, dowcipną i oczytaną, a także dość wycofaną i pruderyjną – od 2012 roku ma tego samego męża, na koncie zero skandali. Ostatnio, podczas Marszu Kobiet w Los Angeles sama przyznała, że celowo wykreowała taki wizerunek, by z jednej strony uniknąć nadmiernej seksualizacji, a z drugiej – by jej słuchano.

Nie jestem lolitką

Początek przygody z filmem wspominała jako bardzo przyjemny – na planie „Leona zawodowca” cała ekipa z reżyserem Lukiem Bessonem otaczała ją opieką, a aktor Jean Reno, tak jak bohater, którego grał, nawet się z nią zaprzyjaźnił. Po latach często była pytana przez dziennikarzy, czy nie sądzi, że jej rodzice podjęli złą decyzję, tak wcześnie pozwalając jej wejść do świata show-biznesu i godząc się na to, by zagrała w filmie, który nie tylko zawierał sceny przemocy, ale też pozwalał snuć domysły co do prawdziwej natury relacji łączących głównych bohaterów. Odpowiadała, że jej rodzicom w ogóle nie przyszło na myśl, że ktoś mógłby zobaczyć tam coś więcej niż przyjaźń. Szybko jednak przekonała się, że show-biznes to środowisko sprzyjające „seksualnemu terroryzmowi”, jak to określiła w swoim wystąpieniu podczas wspomnianego Marszu Kobiet. Opowiedziała, jak bardzo była przerażona i zszokowana, gdy w wieku 13 lat dostała pierwszego maila od fana, w którym znalazł się opis fantazji seksualnej z nią w roli głównej. W tym samym czasie lokalne radio odliczało czas do jej osiemnastki i momentu, gdy będzie można „legalnie się z nią przespać”, a recenzenci rozpisywali się o jej „pączkujących piersiach”. – Zrozumiałam, że jeśli będę akcentować moją seksualność, przestanę czuć się bezpiecznie i dam przyzwolenie, by mężczyźni uprzedmiotowywali mnie i moje ciało – tłumaczyła. Zaczęła więc odrzucać scenariusze, które ukazywałyby ją jako obiekt seksu (dlatego m.in. zrezygnowała z propozycji zagrania w „Lolicie”), a nawet te, w których były „tylko” sceny pocałunku („Romeo i Julia”). – Czułam potrzebę zakrywania swojego ciała i powstrzymywania swojej naturalnej ekspresji – opowiadała. – Chciałam pokazać, że jestem godna szacunku.

Aktorka, która niedawno bardzo zaangażowała się w akcję przeciwdziałania molestowaniu – Time’s Up, przyznaje jednak, że choć doświadczała uprzedmiotowienia, to nigdy nie była ofiarą przemocy seksualnej. I podziwia kobiety, które odważyły się powiedzieć głośno o tym, co je spotkało.

Jestem kobietą, zasługuję na szacunek

W styczniu na rozdanie Złotych Globów Natalie ubrała się na czarno tak jak inne kobiety wspierające akcję Time’s Up, a prezentując nominacje w kategorii „najlepszy reżyser”, powiedziała: „A oto tegoroczne męskie nominacje”, co było jej głosem przeciwko dyskryminacji kobiet w środowisku filmowym i jednym z mocniejszych akcetów tego wieczoru. Niedawno w wywiadzie dla portalu Buzzfed News wyznała, że żałuje podpisania petycji w sprawie uwolnienia Romana Polańskiego po jego aresztowaniu w Szwajcarii w 2009 roku. – Nie przemyślałam sobie tego dokładnie. Ktoś, kogo szanuję, przekazał mi tę petycję, powiedział, że sam ją podpisał i czy ja też chcę. Zrobiłam to odruchowo. I to był błąd – wyjaśniła. Razem z Oprah Winfrey i innymi działaczkami ruchu Time’s Up w programie CBS Sunday Morning wyraziła poparcie dla Dylan Farrow, córki Woody’ego Allena, która przed laty wyznała, że ojciec molestował ją seksualnie, ale wtedy środowisko filmowe nie dało wiary jej słowom. Natalie przynaje, że to kolejny dowód, że kobiet się nie słucha i im nie wierzy, nawet gdy opowiadają o własnym doświadczeniu. – Jesteśmy ludźmi, takimi samymi jak mężczyźni, i tak samo jak oni zasługujemy na szacunek – mówiła w telewizyjnym wywiadzie.

Dlatego bardzo się cieszy, że w najnowszym filmie „Anihilacja”, który na polskie ekrany wejdzie w kwietniu, gra praktycznie w otoczeniu samych kobiet. W tym klimatycznym thrillerze science fiction aktorka wciela się w postać Leny, biolożki i byłej żołnierki, która z całą ekipą naukowczyń wyrusza na wyprawę poszukiwawczą w celu odnalezienia jej męża na niedostępnych bagnach Florydy w tzw. Strefie X. We wspomnianym wywiadzie dla Buzzfed News przyznała także, że podczas pracy na planie zrozumiała, jak wiele dotąd traciła, będąc zwykle „jedyną dziewczyną na planie”.

– Niesamowite było oglądać inne kobiety przy pracy, dzielić się na bieżąco swoim doświadczeniem, wspierać się i mobilizować – po prostu doświadczać czegoś, co można by nazwać koleżeństwem – mówiła podekscytowana. – Mężczyźni przywykli do tego, że siedzą przy długim stole w otoczeniu samych mężczyzn i debatują o ważnych sprawach, do tego, że pracują w wyłącznie męskich zespołach, dla nas, kobiet odwrotna sytuacja nadal jest czymś niespotykanym. Oczywiście miałam wielu męskich mentorów i przewodników, a także cudownych kolegów, ale zdecydowanie brakuje nam kobiecego mentoringu. Nie dlatego, że on nie istnieje, ale dlatego, że nadal jest bardzo mała reprezentacja kobiet na wysokich stanowiskach – dodała oburzona.

Jestem przeciwko i jestem bardzo zła

Tym, których może zdziwić tak zdecydowana reakcja po dotychczasowych wyważonych wypowiedziach aktorki, warto przypomnieć, że nie pierwszy raz Natalie mówi odważnie i ostro o tym, w co wierzy.

Kiedy przez dwa lata mieszkała w Paryżu (jej mąż był dyrektorem tamtejszej L’Opéra de Paris), otwarcie krytykowała antysemityzm Francuzów. W wywiadzie dla „The Hollywood Reporter” aktorka znana z tego, że jest bardzo dumna ze swoich korzeni, przyznała, że jako Żydówka czuła się w stolicy Francji dość niepewnie. Dodała jednak, że tak samo czułaby się jako czarnoskóra w amerykańskim mieście czy muzułmanka w wielu miejscach na świecie.

Urodzona w Jerozolimie, wychowana w Stanach Natalie czuje silny zwiazek z krajem pochodzenia, ale nie przeszkadza jej to krytykować sytuacji politycznej w Izraelu. Kiedy Benjamin Netanjahu w 2015 roku ponowie został premierem, aktorka skomentowała to wymownie. – Jestem bardzo przeciwna Netanjahu. Bardzo. Jego rasistowskie komentarze uważam za niedopuszczalne. Jestem zła i rozczarowana, że został ponownie wybrany na premiera – powiedziała. Pytana o Johna Galliano, projektanta zwiazanego z domem mody Dior, który po alkoholu publicznie wyrażał miłość do Hitlera, była bardziej wyrozumiała: – Nie widzę powodu, by nie wybaczyć błędu komuś, kto stara się go naprawić. Choć nie zgadzam się z tym, co powiedział i tego mu wybaczyć nie zamierzam, to jednak wszyscy czasem robimy rzeczy, których potem żałujemy.

Swoistym hołdem dla ojczystego kraju była adaptacja napisanej po hebrajsku powieści Amosa Oza. Natalie osobiście poprosiła pisarza o zgodę na nakręcenie filmu. – Był bardzo wspaniałomyślny. Nie tylko się zgodził, ale też poprosił, bym zrobiła ten film tak jak chcę. „Ksiażka już istnieje, więc nie próbuj jej po prostu sfilmować, zrób coś swojego“ – powiedział. To było dla mnie bardzo uwalniające – wyznała w wywiadzie dla „Business Insider”.

Nie jestem taka, jak sądzicie

Na dziennikarzach Natalie robi wrażenie wycofanej, ale jednocześnie zdecydowanej. Silnej i wrażliwej. Kiedy zdziwiony dziennikarz „The Hollywood Reporter” spytał, dlaczego podczas wywiadu włącza dyktafon na swoim iPhonie, usłyszał: – Gdy mówię na ważne i drażliwie tematy, chcę mieć pewność, że w gazecie znajdzie się dokładnie to, co powiedziałam.

– Koniec pytań! – wykrzyczała i roztrzaskała krzesło podczas rozmowy z innym dziennikarzem… Ale, spokojnie, to był tylko fragment jej występu w satyrycznym programie Saturday Night Live w 2006 roku. Potem pojawiał się teledysk, w którym młoda aktorka rapowała o tym, że wcale nie jest taka grzeczna jak się wszystkim wydaje i często przeklina, a na studiach zajmowała się głównie paleniem trawki. Do tego występu Natalie nawiązała całkiem niedawno kolejnym „Natalie’s Rap 2”. W „wypikiwanym” co chwila tekście śpiewała tym razem o tym, że jej mąż wcale nie jest delikatnym baletmistrzem, a podstawą jej diety są raczej żelowe kapsułki do prania niż zdrowe produkty, że nie ma dystansu do komentarzy na temat tego, że prequele „Gwiezdnych wojen” są gorsze od nowych części oraz że jest do tego stopnia wyluzowana jako matka, że podczas porodu nawet nie parła.

Cóż, reżyserzy, z którymi pracowała, wielokrotnie podkreślali, że Natalie ma duże poczucie humoru i że lubi śmiać się z wizerunku, który sama stworzyła. Z drugiej strony ten wizerunek jest jej tarczą, za którą może prowadzić normalne życie, nie będąc smacznym kąskiem dla plotkarskiej prasy. Choć to może sie zmienić, odkąd postanowiła już nie trzymać się z boku i coraz odważniej wypowiadać także na tematy polityczne. Podczas wyborów prezydenckich wspierała sztab Hillary Clinton. Ostatnio powiedziała, że prezydentura Donalda Trumpa jest dla Amerykanów testem na to, czy rzeczywiście ich kraj poradził sobie już z seksizmem, rasizmem i homofobią.

Jestem… outsiderką

– Lubię być obca w nowym miejscu. Lubię czuć się outsiderem – to pozwala ci się określić – powiedziała w jednym z wywiadów. Rzeczywiście, Natalie jest życiową outsiderką, zarówno jako mainstreamowa aktorka, która trzyma się na uboczu Hollywood, jak i Amerykanka (po powrocie z Paryża znów mieszka w Los Angeles), podkreślająca swój związek z Izraelem. Być może ma to związek z tym, że w młodości wiele razy się przeprowadzała. W wieku trzech lat wyjechała z rodzicami z Jerozolimy do Waszyngtonu (jest jedynaczką). Kiedy miała siedem lat, przenieśli się do Connecticut, a dwa lata później do Nowego Jorku na Long Island, gdzie ostatecznie osiedli. – To sprawiło, że łatwiej mi dostosować się do nowego otoczenia i nawiązywać kontakty z innymi – wyznała w wywiadzie dla magazynu „Interview“. – Mama jest artystką, tata lekarzem. Wychowałam się w dość zwyczajnej, konwencjonalnej rodzinie.

Konwencjonalnej, ale zachęcającej córkę do niekonwencjonalnego życia. Odkąd skończyła osiem lat, Natalie jest zdeklarowaną weganką, ubiera się w bawełnę organiczną i nie nosi wyrobów ze skóry. Nie korzysta z Facebooka ani Twittera, choć ostatnio zrobiła wyjątek – za namową aktorki Reese Witherspoon założyła konto na Instagramie. Na razie jednak wrzuca na niego… hasła z poparciem dla ruchu Time’s Up.

10 x Natalie

  1. „Studiowałam psychologię, ale najwięcej nauczyłam się o niej, czytając dobrą literaturę”
  2. „To wielki zaszczyt dostać Oscara, ale jeśli człowiek liczy w życiu na nagrody, nie zajdzie daleko. Największą nagrodą jest sama praca”
  3. „Nie byłabym w stanie poświęcić wszystkiego dla kariery filmowej, moje życie zawsze będzie dla mnie najważniejsze”
  4. „Nie jestem odważna, boję się praktycznie wszystkiego. Ale może jeśli boisz się wszystkiego, to tak naprawdę nie boisz się niczego”
  5. „Jeśli oglądasz film i przez parę godzin przejmujesz się czyimś losem bardziej niż swoim, ćwiczysz empatię”
  6. „Nie ma kryteriów i wyznaczników tego, co to znaczy być feministką albo dobrą matką”
  7. „Być zawsze sobą to bardzo ciężka praca”
  8. „Mądre kobiety kochają mądrych mężczyzn. W większym stopniu niż mądrzy mężczyźni kochają mądre kobiety”
  9. „Zawsze wiedziałam, co lubię i czego chcę, i ciężko pracowałam, by to zdobyć”
  10. „Kiedy codziennie patrzysz w twarz bliskiego człowieka, przeglądasz się w jego oczach niczym w lustrze. I chcesz być jak najlepszym odbiciem siebie samej”

Natalie Portman ur. 9 czerwca 1981 r. w Jerozolimie, ma podwójne, amerykańsko-izraelskie obywatelstwo. Jej ojciec jest potomkiem emigrantów z Polski i Rumunii, zaś matka potomkinią emigrantów z Austrii i Rosji. Dziadek Natalie Portman ze strony ojca pochodził z Rzeszowa. Z wykształcenia psycholożka, zawodowo głównie aktorka oraz reżyserka. Za rolę w filmie „Czarny łabędź” nagrodzona Oscarem i Złotym Globem, żona, matka, aktywistka. Filigranowa, ma zaledwie 160 cm wzrostu

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »