1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Dieta niełączenia, czyli jak odpowiednio łączyć produkty

Dieta niełączenia, czyli jak odpowiednio łączyć produkty

Przyczyną dolegliwości żołądkowych może być złe zestawianie posiłków. Dieta niełączenia sprawi, że energię, którą twój organizm dotąd zużywał na trawienie, będziesz mogła wykorzystać na działanie. (Fot. iStock)
Przyczyną dolegliwości żołądkowych może być złe zestawianie posiłków. Dieta niełączenia sprawi, że energię, którą twój organizm dotąd zużywał na trawienie, będziesz mogła wykorzystać na działanie. (Fot. iStock)
Czy wiesz, że przyczyną dolegliwości żołądkowych może być złe zestawianie posiłków? Poznaj dietę niełączenia, a energię, którą twój organizm dotąd zużywał na trawienie, będziesz mogła wykorzystać na działanie.

"Jesteś tym, co jesz" – program telewizyjny Gillian McKeith, a potem książka pod tym samym tytułem, przyniosły autorce sławę, a setkom tysięcy osób świadomość, co jeść, a czego nie, by dobrze się czuć i zapewnić sobie zdrowe i długie życie. Z rad słynnej dietetyczki chętnie korzystają celebryci, m.in. Jennifer Aniston i Demi Moore. Abstrahując od tego, na ile w osiągnięciu ich świetnego wyglądu pomagał także laserowy skalpel, trzeba przyznać, że dieta niełączenia bardzo im służy.

Dieta diet

Gillian McKeith nie jest pierwszą ani jedyną, która zaleca rozdzielać poszczególne grupy produktów. Już 100 lat temu, w latach 20. ubiegłego wieku, dr William Howard Hay, zaniepokojony swoimi problemami ze zdrowiem, sięgnął do mądrości medycyny naturalnej i udało mu się zapanować nad zapaleniem kłębuszków nerkowych. Propagowany przez niego system odżywiania wspiera m.in. leczenie migren i alergii pokarmowych. Wiele współczesnych diet korzysta z zasad propagowanych przez dr. Haya – również m.in. prof. Michał Tombak, dla wielu „zdrowotne guru” – zwłaszcza że „skutkiem ubocznym” takiej diety jest optymalna sylwetka, czyli zrzucenie zbędnych kilogramów lub też przybranie na wadze, jeśli dręczy kogoś niedowaga.

Dieta niełączenia (inaczej rozdzielna) oparta jest na założeniu, że choroby biorą się z nagromadzonych w organizmie toksyn, a te z kolei są wynikiem złego trawienia połączonych w jednym posiłku produktów. Zatem, aby ich nie łączyć, musimy wiedzieć najpierw, jak je podzielić.

Podziel na dwa

Dr Hay wyodrębnił dwie główne grupy produktów – zakwaszające organizm i zasadowe. To, jak pokarm jest trawiony i spalany, zależy od środowiska, jakie mu zapewnimy. Białka (np. nabiał, mięso) powodują zakwaszanie organizmu, węglowodany (np. kasze) wywołują reakcję zasadową. Łączenie tego, co zakwasza, z tym, co zasadowe, wydłuża czas trawienia (czasami nawet dwukrotnie) – węglowodany i białko trawione są w innym tempie (mięso – około czterech godzin, makaron czy ziemniaki – około dwóch). Jak mawia prof. Tombak, węglowodany zaczynamy trawić już w ustach, białka w żołądku, potrawy roślinne w jelicie cienkim. Stąd problemy m.in. ze wzdęciami, zgagami, ale i z bólami głowy i kręgosłupa, cerą, alergiami. Trawienie nieodpowiednio zestawionych produktów obciąża wydajność układu pokarmowego i osłabia organizm – toksyczne związki odkładają się w nim i wywołują stan zapalny, co jest przyczyną wielu chorób.

Nie ile, ale co

Spowolniony w wyniku złych połączeń metabolizm nie służy zdrowiu i sprawia, że przybieramy na wadze. Zatem nie to, ile zjesz, ale co i w jakim towarzystwie, ma wpływ na wagę ciała, ale i równowagę całego organizmu. Oto kilka zasad, których przestrzeganie przybliży cię do zdrowia, dobrego samopoczucia i zgrabnej sylwetki:
  • unikaj w jednym posiłku łączenia białka i węglowodanów (jeśli kanapka, to nie z wędliną, ale np. z masłem i pomidorem);
  • nie łącz białka z produktami neutralnymi (z produktami neutralnymi możesz łączyć węglowodany);
  • spożywaj pięć posiłków dziennie (trzy większe, tzw. dania główne, i dwie lub więcej niewielkich przekąsek, najlepiej z warzyw lub owoców);
  • ogranicz alkohol, kawę i herbatę – zamiast tego pij wodę, soki warzywne i zioła (dr Hay zaleca szklankę świeżo wyciskanego soku z warzyw przed każdym posiłkiem);
  • potrawy raczej gotuj, niż smaż;
  • na kolację spożywaj wyłącznie węglowodany (są szybciej trawione);
  • owoce jedz zawsze oddzielnie, przynajmniej pół godziny przed albo po innym posiłku (w przeciwnym razie fermentują, powodują wzdęcia, gdy wchodzą w reakcje z jeszcze niestrawionymi produktami z innych grup);
  • rób dwu- lub trzygodzinne przerwy między posiłkami węglowodanowymi i białkowymi (po zjedzeniu węglowodanów odczekaj dwie godziny, zanim zjesz białko, a po białkowym posiłku – trzy, zanim zjesz coś z grupy węglowodanów);
  • jedz powoli, nie spiesz się.
Zwolennicy diety niełączenia twierdzą, że rezultaty odczuwalne są już po kilku dniach – czujemy się lżejsi i mamy więcej życiowej energii. Dzieje się tak dlatego, że energia zaoszczędzona na trawienie szkodliwych produktów przemiany materii poprawia metabolizm i samopoczucie, mamy więcej zapału, nie czujemy się ociężali i ospali, poprawiają się wyniki badań i cera. Trzeba się tylko odrobinę przestawić.

– Najpierw będzie to lekki szok. Nagle okazuje się, że nie mogę zjeść ziemniaków, kaszy, ryżu ani nawet kawałka chleba, gdy mam ochotę na mięso. Przecież tym się nie najem! – mówi Anna Rosiek z portalu zdrowoodchudzeni.pl.

– Ale to nieprawda. Najesz się, i to z dużą korzyścią dla zdrowia organizmu – zapewnia.

Niełączenie pewnych produktów w jednym posiłku pozwala łatwiej strawić pokarm i przyswoić więcej zawartych w nim witamin i minerałów. Unikamy wielogodzinnego zalegania w przewodzie pokarmowym trudniej trawionych składników.

– Każdy, kto choć trochę zajmuje się kuchnią, wie, co dzieje się na przykład z mięsem po kilku godzinach leżenia poza lodówką. A im cieplej, tym proces gnicia, psucia się następuje szybciej – przekonuje Anna Rosiek. – Temperatura w naszym przewodzie pokarmowym to aż 36,6 stopnia Celsjusza – teraz już łatwo można sobie wyobrazić, co się dzieje, gdy dostarczymy żołądkowi mało roztropnie dobrane składniki. Dobrze znany jest wszystkim z pewnością „efekt lenia” po takim posiłku, a później nieuchronnie – wzdęcia, gazy, zgaga itp. Pora wreszcie zrozumieć, że to my sami pracujemy na takie dolegliwości.

Trzy filary zdrowia

Niestety, zła wiadomość jest taka, że stosując się do diety niełączenia, trzeba ograniczyć to, co lubimy najbardziej, czyli węglowodany i cukry. Należy też zmienić nawyki – mimo że łatwo i szybko można przygotować kanapkę z wędliną czy żółtym serem. Jeśli już chcesz zjeść chleb, to najlepiej jak najmniej przetworzony, z ciemnej mąki i z ziarnami, a zamiast plastra szynki polej kanapkę dobrą oliwą lub zjedz ją z grillowaną papryką czy cukinią, suszonym lub surowym pomidorem.

Dieta niełączenia opiera się na trzech filarach zdrowia:

  • jesz oddzielnie produkty białkowe, oddzielnie węglowodanowe,
  • sięgasz po produkty naturalne i pełnowartościowe,
  • pamiętasz o równowadze kwasowo-zasadowej w organizmie (nie zakwaszasz zanadto).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Co jeść, żeby dobrze spać?

Posiłek na dobry sen powinien zawierać  błonnik, nabiał, warzywa. (Fot. iStock)
Posiłek na dobry sen powinien zawierać błonnik, nabiał, warzywa. (Fot. iStock)
Co jeść, aby dobrze spać? Poniżej rozmowa o najważniejszych pokarmach, oraz zawartych w nich składnikach odżywczych, które zdaniem Hani Stolińskiej, doktor nauk o zdrowiu, powinny znaleźć się na naszym talerzu, jeśli chcemy cieszyć się spokojnym snem. Z dietetyczką rozmawia Karolina Szaciłło, współautorka książki „DobraNoc. Ureguluj swój cykl dobowy i śpij spokojnie”.

Czy bezsenność jest dużym problemem w Polsce? W Polsce problem bezsenności występuje aż u 35 proc. populacji, a liczba osób z tym problemem z roku na rok się zwiększa. Zarówno na proces zasypiania, jak i jakość snu wpływa wiele czynników, ale przede wszystkim stres oraz sposób żywienia. Racjonalne odżywianie może pomóc zarówno w efektywnym zasypianiu, jak i wysypianiu się.

Do czego może prowadzić bezsenność? Zaburzenia snu przyczyniają się do rozwoju nadwagi i otyłości poprzez wpływ na przemiany metaboliczne. Osoby z wyższym BMI śpią dłużej, a jednocześnie im większa masa ciała, tym jakość snu jest oceniana jako niższa. Dlatego pierwszym i najważniejszym krokiem w regulacji snu jest zadbanie o prawidłową masę ciała. To jednak działanie długotrwałe. Ale istnieje wiele zasad żywieniowych, które pomogą w prawidłowym śnie praktycznie od zaraz.

Z punktu widzenia dietetyki, co wpływa na nasz dobry sen? Przede wszystkim melatonina. Jak wiadomo melatonina wytwarza się jedynie, gdy znajdujemy się w ciemnym pomieszczaniu, ale przy tym jesteśmy rozluźnieni i nie mamy obciążonego układu pokarmowego. Dlatego też przede wszystkim należy zadbać o objętość i skład ostatniego posiłku. Nie możemy kłaść się spać zarówno bez jedzenia, głodni, ale również przejedzeni. Ostatni posiłek należy spożyć 2–3 godziny przed snem. Więc jeżeli ktoś kładzie się spać o 24.00, może zjeść kolację nawet o 21.00. Warunek jest jednak taki, aby posiłek ten był lekkostrawny, aby nie obciążać układu pokarmowego, który w nocy, tak jak cały organizm, powinien również odpoczywać. Przed snem najlepiej nie spożywać potraw smażonych, zwłaszcza w dużej ilości tłuszczu. Najlepiej postawić na coś ciepłego, gotowanego lub pieczonego. Szczególnie kiedy dbamy o naszą sylwetkę, ważne jest, aby kolacja nie była bardzo energetyczna, ale sycąca. Wtedy warto wieczorem spożywać gęste zupy lub kremy warzywne. Rozgrzeją, nasycą i dostarczą cennych składników. Warzywa na kolację w postaci zupy, lecza, sałatki czy warzyw pieczonych to dobre rozwiązanie również ze względu na obecność błonnika, który daje uczucie sytości i wspomaga pracę przewodu pokarmowego. Ostatni posiłek wspomagający sen powinien zawierać również produkty bogate w białko, jak twarożek lub rośliny strączkowe lub dla osób jedzących mięso: chude mięso bądź ryby, które dadzą uczucie sytości. Ale już nie jajka, które należą do produktów ciężkostrawnych. Pieczona ryba morska bogata w kwasy omega-3 wykazuje korzystne działanie na układ nerwowy. Takie samo działanie mają witaminy z grupy B, występujące m.in. w pełnoziarnistych produktach zbożowych.

Czy mogłabyś powiedzieć więcej o roli błonnika? Wiemy, że błonnik odgrywa ważną rolę w regulacji naszej flory jelitowej. Ta ostatnia z kolei rzutuje na spokojny sen… Błonnik z wielu powodów powinien znaleźć się w naszej codziennej diecie. Mimo że nasz organizm nie może go przyswoić, nie mógłby również bez niego prawidłowo funkcjonować. O tym, jak bardzo jest nam potrzebny, przypominamy sobie w sytuacji, gdy dokuczają nam zaparcia lub chcemy zgubić kilka nadprogramowych kilogramów. A szkoda, bo powinien być obecnym w naszym menu przez cały czas. Co potrafi błonnik i gdzie można go znaleźć?

Błonnik, nazywany także włóknem pokarmowym, to substancja pochodzenia roślinnego, która wchodzi w skład ścian komórkowych roślin. Zbudowany jest z dwóch typów substancji – rozpuszczalnych i nierozpuszczalnych. W produktach pochodzenia roślinnego zazwyczaj występują one jednocześnie, ale w różnych proporcjach.

Błonnik rozpuszczalny w połączeniu z wodą tworzy galaretowatą, żelową substancję, która pęcznieje i wypełnia żołądek. Zapewnia nam poczucie sytości na dłuższy czas. Dodatkowo ten rodzaj błonnika osadza się na ścianach przewodu pokarmowego, co ogranicza wchłanianie trójglicerydów i węglowodanów. Z jego pomocą organizm znacznie szybciej pozbywa się niestrawionych resztek pokarmu oraz oczyszcza, np. z metali ciężkich.

Błonnik nierozpuszczalny doskonale łączy się z wodą, ale się w niej nie rozpuszcza, jedynie zwiększa swoją objętość. Co robi? Przede wszystkim przesuwa się wzdłuż całego układu pokarmowego i zbiera wszystko to, co powinno zostać wydalone z organizmu (zarówno resztki pokarmowe, jak i substancje toksyczne). Dodatkowo poprawia perystaltykę jelit, a także zwiększa objętość i poprawia konsystencję stolca.

Co może błonnik? Pobudza wzrost korzystnej mikroflory. Przez fermentację w jelicie grubym przyczynia się do produkcji krótkołańcuchowych kwasów tłuszczowych – SCFA – (kwas octowy, propionowy i masłowy) oraz gazów (metan, dwutlenek węgla i wodór). Kwasy te spełniają funkcję integralną w utrzymywaniu równowagi immunologicznej, odgrywając rolę cząsteczki sygnałowej, która łączy ze sobą układy: immunologiczny oraz nerwowy. Na dodatek błonnik daje uczucie sytości i nie budzimy się głodni w nocy, a z drugiej strony nie obciąża nas tak jak produkty bogate w białko. Produkty z błonnikiem mają wysoki indeks sytości.

Gdzie go znajdziemy? M.in. w warzywach, owocach, ziarnach, strączkach oraz siemieniu lnianym, orzechach i pestkach. Generalnie we wszystkich produktach pochodzenia roślinnego. Jednak przeciwwskazaniem do diety wysokobłonnikowej są przewlekłe zapalenia układu trawiennego, przewlekłe biegunki, niedobory witamin (ze względu na kwas fitynowy, który może zaburzać wchłanianie witamin, wapnia, cynku, żelaza). Zbyt duże ilości błonnika pokarmowego zmniejszają wchłanianie tłuszczów. Ma to z kolei wpływ na wchłanianie witamin rozpuszczalnych w tłuszczach (witaminy A, D, E i K). Dlatego zawsze zachęcam do skonsultowania ze specjalistą ilości i jakości błonnika w naszej diecie.

Wróćmy do bezsenności. Czy kanapki będą dobrym rozwiązaniem na kolację? Czy raczej zupa i np. kromka pieczywa razowego na zakwasie? Nie oznacza to, że kanapki są dobrą propozycją na kolację. Pieczywo jest produktem energetycznym, a przecież zaraz kładziemy się spać i nie wykorzystamy tej energii. Z drugiej strony, jeszcze nikt nie utył od kromki razowego pieczywa. Ważna jest ilość, mała kromka do sałatki albo trzy łyżki ryżu brązowego do zupy dostarczą ważnych składników, zwiększą uczucie sytości, ale nie obciążą żołądka.

Dużo osób przed snem zamiast kolacji jada owoce. To chyba nie najlepszy pomysł? Nie jest to dobre rozwiązanie, gdyż owoce szybko fermentują, a przede wszystkim zawierają dość duże ilości cukru w postaci fruktozy, co oznacza, że ze względu na skok stężenia glukozy możemy mieć problem z zaśnięciem. Wyjątkowo od czasu do czasu można pozwolić sobie na mniej dojrzałego banana, który jest dobrym źródłem tryptofanu i magnezu. Tryptofan to aminokwas wspomagający tworzenie serotoniny – tzw. hormonu szczęścia. Dlatego garstka orzechów czy szklanka chudego ciepłego mleka, również zawierające tryptofan, to dobre propozycje do wieczornego posiłku. Do mleka jednak nie należy dodawać miodu ani kakao – to cukier, który bardziej pobudzi organizm, niż wyciszy. Takie działanie mają również słone przekąski, które ze względu na zawartość sodu gwałtownie podnoszą ciśnienie.

Czy relaksujący magnez pełni ważną funkcję w zasypianiu? Czy mogłabyś wymienić dobre, spożywcze źródła magnezu poza kakao? Tak, pełni ważną funkcję, bo rozluźnia/relaksuje nasz układ nerwowy i całe nasze ciało. Jeżeli suplementujemy magnez, powinniśmy go brać właśnie wieczorem. Ale jeżeli chodzi o produkty spożywcze, to najlepszym jego źródłem jest kakao, produkty pełnoziarniste, pestki dyni, zielone warzywa, komosa ryżowa, rośliny strączkowe, melasa, awokado, orzechy włoskie, banany, otręby, bób, migdały, kiełki.

Czego jeszcze powinniśmy unikać? Około sześć godzin przed snem nie poleca się również sięgania po alkohol, napoje zawierające kofeinę (kawa, napoje gazowane, napoje energetyzujące czy mocna herbata) ze względu na jej działanie pobudzające, a za to poleca się delikatną zieloną herbatę, herbaty ziołowe typu rumianek, lawenda, melisa. Z ziół nie poleca się jednak pokrzywy, która ma działanie moczopędne i może powodować parcie na pęcherz w nocy. Dla dobrego snu zadbajmy również o trening wcześniejszy niż późnym wieczorem, dokładne przewietrzenie sypialni oraz wyłączenie telefonu komórkowego.

Wywiad pochodzi z książki „DobraNoc. Ureguluj swój cykl dobowy i śpij spokojnie”.

  1. Zdrowie

Nie jedzmy „podróbek”

Przetworzone jedzenie to coś z czego zdecydowanie powinniśmy zrezygnować chcąc zachować zdrowie. (fot. iStock)
Przetworzone jedzenie to coś z czego zdecydowanie powinniśmy zrezygnować chcąc zachować zdrowie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Lubicie rozpoczynać dzień od pachnących i  jeszcze ciepłych bułek na śniadanie? A może wolicie zjeść jogurt light, bo przecież jesteście na diecie? Półki w sklepach uginają się dzisiaj od produktów, które są na zewnątrz piękne, a w środku ukrywają tykającą bombę.

Jak przystało na osobę, która o siebie dba, w waszym koszyku nie brakuje zapewne mięsa fat-free, dzięki któremu z pewnością nie grożą wam choroby serca czy otyłość, jak wynika z wszechobecnych reklam. Wasz koszyk jest też pełen pięknie wyglądających warzyw i owoców. Niestety, chociaż wydają wam się zdrowe, pachną apetycznie i  kuszą swoim wyglądem, wiele z  tych produktów to podróbki. One udają warzywa i owoce, mięso, ser, masło czy chleb, bo w  procesie produkcji pozbawiano je wszelkich wartości odżywczych, aby zapewnić im długą żywotność na półce sklepowej. Następnie nafaszerowano je chemią, aby wyglądem, zapachem, smakiem przypominały wam to, co niektórzy pamiętają jeszcze z  dzieciństwa. W czasch PRL-u produkty czekoladopodobne musiały zastępować niedostępną w  Polsce czekoladę. Takich produktów było wiele.

Choć sądzimy, że czasy się zmieniły na lepsze, to właśnie teraz nastała prawdziwa era podróbek – produków chlebopodobnych, jogurtopodobnych, wędlinopodobnych, sokopodobnych, jabłko- podobnych i innych kuriozalnych pomysłów, jak sojowe kotlety schabowe, zupka w proszku o smaku kurczakowym itp. Żywimy się podróbkami, a  przecież jesteśmy tym, co jemy, więc może też jesteśmy podróbkami?

Błyszczące produkty

W  przeciętnym supermarkecie bardzo trudno zdobyć coś, co faktycznie nadaje się do jedzenia. Jedni producenci chwalą się, że ich wyrób nie zawiera cholesterolu, inni, że pozbawiony jest cukru, jeszcze inni zachwalają szybkość i  wygodę przygotowania, a  stoisko z owocami i warzywami błyszczy jak choinka. To powinien być dla was pierwszy sygnał ostrzegawczy – sprawdzajcie dokładnie, co kupujecie, gdyż próbując zaoszczędzić czas, skracacie sobie życie. Powiecie, że się czepiam – przecież w każdym markecie jest stoisko z warzywami i owocami. Jednak czy na pewno? Nikt nie chce kupować już niesymetrycznych marchewek, niekształtnych pomidorów czy krzywych ogórków. Takie brzydactwa można spotkać często u prawdziwych rolników na bazarkach. Jednak ja kupuję właśnie od nich, jeśli nie są przesiąknięte pestycydami (od których aż roi się pięknie zapakowanych produktach z  hipermarketów). Musimy zdawać sobie sprawę, że niektóre pestycydy mogą ingerować w pracę układu nerwowego, a  inne zakłócają czynności układu endokrynologicznego, powodując zaburzenia wielu funkcji naszego organizmu. Nie istnieje skuteczny sposób, aby pozbyć się wszystkich pestycydów. Samo umycie pod bieżącą wodą nie wystarczy, jednak można przygotować sobie sprej do mycia owoców i  warzyw, który trochę pomoże: szklanka wody, łyżka soku z cytryny (może być kwasek) i 2 łyżki sody oczyszczonej. Wszystkie składniki połączyć, wlać do butelki z  pompką i  gotowe!

Warzywa i owoce lepiej jest kupować od sprawdzonych rolników, zamiast w supermarketach. (fot. 123rf.com) Warzywa i owoce lepiej jest kupować od sprawdzonych rolników, zamiast w supermarketach. (fot. 123rf.com)

Produkty light

W  erze notorycznego odchudzania ciężko się oprzeć jogurtom light. Bardzo łatwo wpadamy w  sidła producentów tych pseudozdrowych pokarmów. Zazwyczaj mają zmniejszoną zawartość tłuszczu czy cukru. Niestety, eliminacja jednego ze składników technologicznie wymaga zwiększenia udziału innego, np. w niektórych jogurtach  light zredukowany o  30 proc. cukier zastąpiony jest syntetycznymi słodzikami i  większoną ilością tłuszczu, przez co nie można uznać produktu ani za zdrowszy, ani za mniej kaloryczny. Z  kolei zmniejszenie zawartości tłuszczu, który jest nośnikiem smaku i  nadaje wyrobom odpowiednią konsystencję, wiąże się z  potrzebą wprowadzenia na jego miejsce stabilizatorów, wypełniaczy, sztucznych słodzików lub cukru czy soli. Ponadto produkty  light dają mniejsze poczucie sytości, przez co zjadamy ich o  wiele więcej, przyjmując często większą ilość kalorii i  związków chemicznych. To samo dotyczy bardzo modnych produktów fat-free. Deklarowana przez producenta niska zawartość tłuszczu nie musi oznaczać, że produkt jest zdrowy, gdyż o wartości odżywczej decyduje także wiele innych czynników. Przetworzony produkt może mieć mało kalorii i  tłuszczu, a  jednocześnie być wypełniony związkami chemicznymi, przez co staje się zdecydowanie niezdrowy.

Dzisiaj, oceniając wartość produktów spożywczych, mówi się raczej o  „gęstości odżywczej”. Żywność, którą spożywamy, powinna być bogata w witaminy, minerały, przeciwutleniacze, błonnik pokarmowy, tłuszcze naturalnego pochodzenia, a  także inne potrzebne nam do życia związki występujące w naturalnym pożywieniu. Jeśli produkt nie posiada odpowiedniej „gęstości odżywczej” lub jest ona znikoma, a  zamiast tego nafaszerowany jest chemią, to nawet przy niskiej zawartości tłuszczu (fat-free) nie można uznać go za zdrowy.

Wędliny

Zapytacie, co z  pachnącymi i  pięknie wyglądającymi szyneczkami? Ja ich unikam, ponieważ wiem, jak wytwarza się dzisiaj szynki, parówki, salami – cechuje je wysoki poziom niekorzystnych dla zdrowia tłuszczów nasyconych i  ogromne ilości substancji chemicznych. Produkty te zawierają czterokrotnie więcej sodu i ok. 50 razy więcej azotanów i  azotynów niż mięso nieprzetworzone.

To, co jest naprawdę czkodliwe dla organizmu, często kusi smakiem i wyglądem. (fot. i Stock) To, co jest naprawdę czkodliwe dla organizmu, często kusi smakiem i wyglądem. (fot. i Stock)

Chcę, żebyście mi uwierzyli, że to nie są przesądy wyssane z  palca nawiedzonej specjalistki od żywienia – według naukowców z Harvard School of Public Healthprodukt u osób, które regularnie spożywają ok. 50 g przetworzonego mięsa dziennie (równowartość dwóch plastrów wędliny lub jednej parówki), o 42 proc. zwiększa się ryzyko chorób układu sercowo-naczyniowego i  muszą liczyć się one z większym (o 20 proc.) ryzykiem rozwoju cukrzycy typu 2 niż osoby, które nie sięgają po takie produkty. Według przeprowadzonego w 2011 roku przeglądu ponad 7 tys. badań klinicznych oceniających związek pomiędzy dietą a  nowotworami wynika, że przetworzone produkty mięsne sprzyjają powstawaniu nowotworów, głównie jelita grubego. Czy to znaczy, że mamy zrezygnować z naszych przyjemności? Niestety, prawda jest taka, że żadna ilość przetworzonego mięsa nie jest bezpieczna. Warto o tym pamiętać, zanim włożymy coś takiego do koszyka z zakupami. Może rozważycie zatem kupienie surowego mięsa i samodzielnie je upieczecie? Wiem, trzeba poświęcić czas, ale to lepsze niż trucie siebie i swoich bliskich.

Cukierki w płynie

O słodzonych napojach gazowanych powiedziano już niemal wszystko, a mimo to wciąż znajdziemy je w wielu domach. Picie ich jest tym samym co spożywanie dużej ilości cukierków w płynie. Są bombą kaloryczną, która wywołując zaburzenia układu hormonalnego, może prowadzić do rozwoju otyłości, zwiększonego ryzyka rozwoju niektórych nowotworów, przedwczesnego starzenia się organizmu i  przedwczesnej śmierci. Większość słodkich napojów gazowanych zawiera konserwanty, sztuczne barwniki, syntetyczne słodziki. Aż ciarki mnie przechodzą na myśl, że rodzice pozwalają to pić swoim dzieciom. Dorośli muszą zdać sobie sprawę, że soczki w kartonikach to też kiepski pomysł. Najczęściej są to produkty sokopodobne, których za nic w świecie nie można nazwać sokami – cukrów i związków chemicznych jest w nich więcej niż witamin i  minerałów, chociaż z  etykiety wynika pozornie coś zupełnie innego. Dlaczego nie można przygotować dziecku buteleczki wody z wyciśniętym sokiem z  pomarańczy lub cytryny? To nie zajmuje przecież wiele czasu.

Kiedy wydajemy kilka złotych na czipsy, pamiętajmy, że to nic innego jak smażona na głębokim tłuszczu skrobiowa przekąska, pełna tłuszczu, kalorii, sodu i  węglowodanów prostych, zawierająca także największe ilości rakotwórczego akrylamidu. Można zastąpić je beztłuszczowymi zamiennikami, takimi jak czipsy z marchewki, pietruszki, jabłka czy pomidorów, które nie tylko będą zawierały mniej kalorii, ale także dostarczą dziecku cennych witamin i minerałów. Czipsy takie można kupić, ale też zrobić samodzielnie: wystarczy zetrzeć na specjalnej tarce lub pokroić w plasterki (grubości ok. 2 mm) marchewkę i  pietruszkę, skropić odrobiną oleju rzepakowego lub oliwy, wymieszać z  przyprawami, np. słodką papryką, czosnkiem. Wsypać aromatyczne warzywa do naczynia żaroodpornego i  piec w 180 stopniach Celsjusza przez ok. 30 minut w termoobiegu. Na koniec posypać odrobiną soli himalajskiej do smaku. Banalnie proste, prawda? A  gwarantuję, że nie tylko pyszne, ale też zdrowe. Wiem, że w codziennej gonitwie nie macie często ani czasu, ani chęci na poszukiwanie zdrowej żywności, jednak zastanówcie się, czy warto wydawać pieniądze na produkty, które są tylko podobne do tych pełnowartościowych i  zawierają w sobie prawie całą tablicę Mendelejewa? Pamiętajcie, że zdrowie macie tylko jedno.

  1. Zdrowie

Ksylitol a cukier. Jakie są właściwości i indeks glikemiczny ksylitolu?

Ksylitol – co to jest dokładnie za substancja? Czy wiemy o niej wszystko? Z dotychczasowych badań i obserwacji wynika, że ksylitol wykazuje wiele ciekawych właściwości. (fot. iStock)
Ksylitol – co to jest dokładnie za substancja? Czy wiemy o niej wszystko? Z dotychczasowych badań i obserwacji wynika, że ksylitol wykazuje wiele ciekawych właściwości. (fot. iStock)
Ksylitol, substancja pochodząca głównie z brzozy, stała się w ostatnich latach popularnym zamiennikiem zwykłego cukru. Wiele osób ma jednak liczne wątpliwości dotyczące jej stosowania. Czy ksylitol jest zdrowy? Ile ksylitolu zamiast cukru można używać? Czy ksylitol jest w pełni bezpieczny dla dzieci?

W Europie ksylitol produkowany jest w Finlandii. Finowie, z powodu niedoboru cukru, zaczęli produkować ksylitol na dużą skalę od czasów II Wojny Światowej. Ich technologia opiera się na przetwarzaniu masy drzewnej z drzew liściastych, a używa się w tym celu przede wszystkim brzozy – stąd nazwa „cukier brzozowy”. Jednak ksylany (rodzaj polisacharydów) występują w ścianach komórkowych prawie wszystkich roślin. Dużą ich zawartość mają kolby kukurydzy, z których ksylitol produkują Chińczycy (przy użyciu jednak innej technologii, mniej przyjaznej dla środowiska).

Ksylitol - co to jest?

Ksylitol to pięciowęglowy alkohol cukrowy. Należy do grupy polioli, czyli alkoholi cukrowych, podobnie jak erytrol (co nie oznacza oczywiście, że ma jakiekolwiek „alkoholowe” właściwości po spożyciu i przyprawi nas o zawrót głowy). Stosuje się go powszechnie jako słodzik w wyrobach cukierniczych. Poza tym występuje również naturalnie w owocach i warzywach (śliwkach, truskawkach, jagodach, kalafiorze, czy dyni). Ma słodkawy smak, podobnie jak sacharoza. Gdy zdecydujesz się wprowadzić do diety ksylitol, możesz zastępować nim cukier, tym bardziej, że ma mniej kalorii i dużo niższy indeks glikemiczny.

Ksylitol – właściwości

Około połowa spożytego ksylitolu jest wchłaniana przez organizm i ogólnie dobrze tolerowana. Jednak, podobnie jak w przypadku wszystkich alkoholi cukrowych, nadmierne spożycie (powyżej 20 g) wiąże się z objawami ze strony układu pokarmowego, takimi jak wzdęcia i luźne stolce.

Niezwykle ciekawe okazały się doświadczenia dotyczące działania ksylitolu na skórę. Ksylitol wykazuje tu właściwości wzmacniające. W doświadczeniach, na modelu skóry przypominającym naskórek, zaobserwowano, że ksylitol poprawia płynność lipidów w najwyższej warstwie ziarnistej, przyspieszając tym samym odbudowę bariery przepuszczalności naskórka. Ksylitol zwiększał ekspresję mRNA białek biorących udział w tworzeniu ścisłych połączeń w skórze. Wiązało się to ze zwiększonym nawodnieniem, zmniejszoną utratą wilgoci oraz zwiększoną grubością skóry i naskórka. Wykazano zatem, że miejscowa ekspozycja skóry na ksylitol zmniejsza utratę wilgoci przez skórę. Wydaje się, że mechanizm ten wiąże się z bardziej zacieśnionym połączeniem białek. Doniesienia z badań świadczą więc o tym, że ksylitol ma właściwości, które poprawiają funkcję bariery w skórze i hamują wzrost potencjalnych patogenów skórnych.

Czy ksylitol jest zdrowy?

Ksylitol ma wiele prozdrowotnych właściwości. Do najlepiej udokumentowanych należy pozytywne działanie ksylitolu na zęby. Ksylitol zastępuje próchnicogenną sacharozę i może stymulować wydzielanie śliny. Poza tym ogranicza powstawanie płytki nazębnej. Dzięki temu, że ksylitol zmniejsza ryzyko próchnicy, dodaje się go obecnie do większości past do zębów. Ksylitol nie tylko nie stanowi pożywki dla bakterii powodujących próchnicę, ale działa też antybakteryjnie.

Podobnie jak ksylitol wzmacnia barierę skórną, poprawia również funkcję błony śluzowej, zwłaszcza w części ustnej gardła. Może też wywierać wpływ na układ odpornościowy - pośrednio przez działanie prebiotyczne lub bezpośrednio, wpływając na metabolizm komórek gospodarza. Ksylitol moduluje układ odpornościowy, przyczyniając się, m.in. poprzez działanie antybakteryjne, do zmniejszenia ryzyka infekcji dróg oddechowych, zapalenia zatok i zapalenia ucha środkowego.

Ksylitol jest substancją, która podlegała (i nadal podlega) wielu badaniom. Wykazano m.in. przeciwpatogenne działanie ksylitolu na niektóre patogeny górnych dróg oddechowych. Donoszono także, że aerozol do nosa z ksylitolem poprawia jakość życia pacjentów z niealergicznym przekrwieniem błony śluzowej nosa.

Czy ksylitol jest zdrowy dla układu pokarmowego?

Ksylitol nie jest trawiony przez ludzkie enzymy, a około 50% spożywanego ksylitolu wchłania się poprzez bierną dyfuzję w jelicie cienkim. Pozostałe 50% dostaje się więc do okrężnicy, gdzie ksylitol może służyć jako źródło energii i węgla dla mikroflory jelitowej (prowadzi to do powstania krótkołańcuchowych kwasów tłuszczowych, które dostarczają gospodarzowi energii i wspomagają homeostazę układu odpornościowego) – są to właściwości ksylitolu bardzo podobne do tych, jakie wykazują prebiotyki (czyli mamy substrat, który jest selektywnie wykorzystywany przez mikroorganizmy żywiciela, przynoszący korzyści zdrowotne).

Niestrawny, ale podatny na fermentację charakter ksylitolu przyczynia się również do łagodzenia zaparć i poprawy gęstości mineralnej kości.

Ksylitol a cukrzyca

Tutaj przede wszystkim warto przyjrzeć się zależności: ksylitol a indeks glikemiczny. Wielu dietetyków zaleca ksylitol, jako względnie bezpieczny środek słodzący, zarówno przy insulinooporności jak i cukrzycy.

Ksylitol ma niski indeks glikemiczny (IG = 13, a niektóre źródła podają nawet IG = 7), więc jego spożycie powoduje niewielki wzrost poziomu glukozy we krwi. Jest metabolizowany bez udziału insuliny. Dlatego w małych ilościach może być spożywany przez cukrzyków.

Ksylitol i kalorie

Niektórym ciężko jest przetrwać bez słodyczy, więc trudno się dziwić, że szukają mniej kalorycznych zamienników cukru. Ksylitol zaleca się osobom będącym na diecie odchudzającej, ponieważ jest o 40 procent mniej kaloryczny i ma o 75 procent mniej węglowodanów od tradycyjnego cukru. Dostarcza 2,4 kcal na 1g, podczas gdy zwykły biały cukier dostarcza 4 kcal.

Ksylitol dla dzieci

Przy tym zagadnieniu warto wrócić do tematu zdrowych zębów. W tej dziedzinie ekspertami są Finowie, którzy praktycznie nie borykają się z wątpliwościami, czy klylitol dla dzieci jest zdrowy czy nie. Już sam fakt, że fińskie dzieci nie mają próchnicy mówi sam za siebie. Ksylitol dodawany jest do cukierków dla dzieci, gum do żucia i innych słodyczy. Pierwsza guma do żucia słodzona ksylitolem pojawiła się na fińskim rynku w 1975 roku. Żucie gum, lub ssanie tabletek z ksylitolem, po posiłkach jest powszechnie stosowane przez dzieci i dorosłych jako profilaktyka próchnicy. Ksylitol neutralizuje kwasy w jamie ustnej i ma działanie antyseptyczne. Podaje się, że 5-10 g ksylitolu w ciągu dnia skutecznie przeciwdziała próchnicy (zresztą badania na Uniwersytecie w Turku wykazały, że regularne stosowanie gum do żucia z ksylitolem obniża ryzyko próchnicy zębów mlecznych o 70%).

Ksylitol dla dzieci jest nie tylko antidotum na próchnicę. Badania wykonane na Uniwersytecie w Oulu wykazały, że żucie gumy z ksylitolem może również obniżać ryzyko infekcji uszu u dzieci i zmniejszać suchość śluzówki w jamie ustnej. W przypadku ostrego zapalenia ucha środkowego u dzieci istnieją dość przekonujące dowody na potencjalne korzyści w zmniejszaniu ryzyka infekcji dzięki spożywaniu ksylitolu. Są źródła, które podają, że ksylitol dla dzieci nie powinien być stosowany bez żadnych limitów ilościowych (maksymalnie do 3 łyżek w ciągu dnia).

Ile ksylitolu zamiast cukru?

Ksylitol ma podobną intensywność słodkości do sacharozy. Można więc zastępować go w skali 1:1 (czyli jedna łyżeczka ksylitolu, zamiast jednej łyżeczki cukru), chyba że nasze jelita wykazują nadwrażliwość i odczuwamy dyskomfort w układzie pokarmowym.

Ksylitol – szkodliwość

Ksylitol po raz pierwszy został otrzymany w 1891 roku przez niemieckich i francuskich naukowców. W 1963 roku, w USA, został dopuszczony do stosowania jako składnik żywności przez Agencję Żywności i Leków (FDA), z kolei w Europie w 1986 roku przez Naukowy Komitet ds. Żywności (SCF). Ponieważ został on uznany za substancję naturalną, bezpieczną do spożycia, nie wyznaczono dopuszczalnej dziennej dawki. Należy jednak pamiętać, że zjedzenie większej ilości ksylitolu może spowodować ból brzucha, wzdęcia, a w większej ilości ma on nawet efekt przeczyszczający. Dlatego też wielu dietetyków zaleca, aby spożywanie ksylitolu zacząć od 1-3 łyżeczek dziennie i w ten sposób przyzwyczajać jelita.

Nie ma badań, które potwierdzałyby, że ksylitol wykazuje jakąkolwiek szkodliwość dla organizmu.

Ksylitol w ciąży

Ponieważ ksylitol jest uznany za bezpieczną substancję słodzącą, nie ma żadnych przesłanek do tego, żeby ksylitol w trakcie ciąży należało wyeliminować z diety. Ksylitol w ciąży może być nawet wskazany, ze względu na niski indeks glikemiczny, co wiąże się z mniejszymi wahaniami glukozy we krwi - jest to szczególnie istotne w przypadku ryzyka wystąpienia cukrzycy ciążowej. Ksylitol w ciąży może być więc najlepszym zamiennikiem cukru, tym bardziej, że przeciwdziała zaparciom (z tym problemem boryka się wiele ciężarnych). Kolejnym problemem ciężarnych są rozpulchnione dziąsła i przez to większa podatność na próchnicę. Dlatego ksylitol stosowany w ciąży (jako dodatek do gum, cukierków) będzie dodatkowo chronił przyszłą mamę przed próchnicą.

Źródła dotyczące właściwości zdrowotnych ksylitolu i doświadczeń: Narodowa Biblioteka Medyczna Stanów Zjednoczonych/ Narodowy Instytut Zdrowia. Źródła dotyczące Finlandii: Ronja.pl

  1. Styl Życia

Jedzenie mięsa w dzisiejszych czasach – co mówi bioetyka?

Czy jedzenie mięsa jest w pełni etyczne? (fot. iStock)
Czy jedzenie mięsa jest w pełni etyczne? (fot. iStock)
Jak zachować w diecie mięso i czyste sumienie? – na to pytanie daje odpowiedź filozof i bioetyk Jan Hartman.

Niektórzy z nas nie lubią smaku mięsa. Są tacy, który lubią, ale uznali że mięso im „nie służy” i wyeliminowali je ze swojej diety. Jeszcze inni wyrzekli się mięsa w imię zasad – nie chcą nawet pośrednio przykładać ręki do zabijania zwierząt. To jak z rzucaniem papierka na ulicy – jeśli nikt nie rzuci, ulice będą czyste. Jeśli wszyscy przestaniemy jeść mięso, nikt nie będzie hodował świń w ciasnych chlewach, nie będzie ubojni ani krwawych jatek, zniknie zawód rzeźnika itd. By wytrwać tej mięsnej abstynencji, wegetarianie głoszą teorię, że jedzenie mięsa nie jest człowiekowi wcale potrzebne do życia i rozwoju. Doskonale można ten produkt zastąpić jakimś innym. No i zachować poczucie pewnej moralnej wyższości nad tymi, którzy folgując swoim apetytom, przykładają rękę do zabijania zwierząt. O ile zdania na temat tego, czy mięso da się w diecie człowieka zastąpić bez szkody dla zdrowia, są mocno podzielone wśród naukowców i lekarzy, o tyle aspekt moralny jedzenia mięsa wydaje się jednoznaczny. Kiedy do dyskusji przystąpią wegetarianie i mięsożercy, ci drudzy od razu są na przegranej pozycji. Wegetarianie występują jako obrońcy zwierząt, mięsożercy – jako krzywdziciele. Jak się przed tą etykietką bronić? Czy jest to w ogóle możliwe?

Profesor Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska proponuje, żeby zostać tak zwanym semiwegetarianinem. Tymczasem filozof-etyk, prof. Jan Hartman, daje zwolennikom mięsnej diety argumenty. Próbuje uwolnić ich od poczucia winy i redukuje poczucie wyższości u wegetarian. Człowiek, mówi prof. Hartman, należy do świata zwierzęcego, w którym wzajemne zabijanie się jest rzeczą zwyczajną. Przestańmy udawać, że nie jesteśmy zwierzętami mięsożernymi. Nie wolno stawiać ludziom wymagań, których nie są w stanie spełnić. Pojedyncze osoby mogą się wyrzec mięsa, ale jako ludzie, jako gatunek, niekoniecznie muszą dążyć do takiego ideału.

Domaganie się od mięsożerców, by zrezygnowali z mięsa w imię humanitaryzmu, to forma moralnego szantażu, a więc działanie nieetyczne. Etyczne działanie jest zawsze łagodne i dobre.

Jedząc mięso, przyczyniamy się do krzywdzenia zwierząt. Czy musimy stać się wegetarianami, jeśli chcemy być naprawdę ludzcy?

Prof. Jan Hartman:
Nie można stawiać ludziom wymagań, których nie są w stanie spełnić. Zabijanie się w świecie zwierzęcym, do którego sami należymy, jest czymś zwykłym i nie ma co udawać, że nie jesteśmy zwierzętami mięsożernymi. Człowiek, który je mięso, nie musi czuć się winny z tego powodu. Jednak powinniśmy dążyć do tego, aby – jeśli to tylko możliwe – jeść mięso pochodzące od zwierzęcia, które miało akceptowalne życie, a śmierć nie była dla niego cierpieniem. Możemy zrobić wysiłek, by życie tych miliardów zwierząt, które powołujemy do istnienia, karmimy, by je potem zabić i skonsumować, nie było tragiczne. Możemy też postarać się o to, by ich śmierć była natychmiastowa i nie poprzedzała jej trauma. Być może to wszystko kosztuje, ale mamy moralny obowiązek te koszty ponosić.

Ale czy to jest w ogóle etyczne, że powołujemy zwierzę do istnienia, by je zabić i zjeść?
To jest pytanie ryzykowne, bo jeśli powiem, że nie, to co z tego wynika? Nie można w dyskursie etycznym jedynie stawiać sobie przed oczy ideałów i odwracać się od rzeczywistości. Mogę przyznać: tak, ludzkość niejedząca mięsa i nieprodukująca broni byłaby lepsza. Ale jest, jaka jest.

W takim razie przyznaje pan, że wegetarianin ma nade mną moralną wyższość, bo ja jem mięso.
Wegetarianin jest idealistą. Kimś, kto robi coś więcej, niż nakazuje obowiązek. Robi coś na rzecz świata bez zabijania.

Powinien być dla nas wzorem?
Nie mamy obowiązku naśladowania osób heroicznych, lecz powinniśmy je doceniać i szanować. Niejedzenie mięsa z powodów etycznych jest takim małym heroizmem. Obowiązek, jaki spoczywa na każdym z nas, to dokładanie starań, by nie wspierać nieetycznej hodowli. A więc nie kupować najtańszego mięsa, z intensywnej hodowli, gdyż wiadomo, że tam zwierzęta miały bardzo złe życie. Już to jest trudne do spełnienia, tym bardziej że wciąż brakuje oznaczeń etycznej hodowli na produktach mięsnych. Ja na przykład, choć bardzo lubię kurczaki i ryby, często wybieram wołowinę. Uważam, że etyczniej jest jeść mięso pochodzące od dużego zwierzęcia. To oznacza bowiem, że jedna śmierć wystarczy do wykarmienia wielu osób. Wyobrażam też sobie, może naiwnie, że ta krowa chodziła po łąkach, a nie stała w oborze, miała więc lepsze życie niż kurczaki stłoczone w kurniku.

Starajmy się jeść mniej mięsa. Jedzmy mniejsze porcje, rezygnujmy z tego produktu w niektóre dni. Ograniczenie spożywania mięsa to znacznie mniej niż wegetarianizm, ale zawsze coś, i korzyść dla zdrowia. Jemy przecież za dużo.
Zwierzętom należy się sprawiedliwe traktowanie.

Nie ma sprzeczności między sprawiedliwym traktowaniem a wykorzystywaniem?
Nie. Inne stosunki moralne wiążą ludzi między sobą, a inne wiążą ludzi z otoczeniem przyrodniczym. Jestem przeciwny myśleniu o przyrodzie jako o zasobach, które są człowiekowi dane i które może sobie wykorzystywać zgodnie z religijnym przekonaniem, że ziemia została oddana nam we władanie. Uważam, że to jest fałszywe i nieetyczne przekonanie, z którym trzeba zerwać. To nie jest tak, że ktoś dał nam ziemię i zwierzęta, a my mamy sobie z tego korzystać. Jesteśmy częścią przyrody. Sami jesteśmy zwierzętami, zwierzęta się wzajemnie zabijają i my też jako zwierzęta zabijamy. Czas, by wreszcie na powrót odkryć własną zrepresjonowaną przez kulturę zwierzęcość. Jako zwierzęta zabijamy inne zwierzęta, ale jako istoty zdolne do empatii i delikatności powinniśmy wyrzec się okrucieństwa wobec innych istot, liczyć się z ich dobrostanem. Relacje moralne, jakie mamy ze zwierzętami, są uboższe niż te, które łączą nas z innymi ludźmi, dlatego że ludzie są wzajemnie dla siebie nie tylko źródłem obowiązków moralnych, ale też wyświadczają sobie świadomie dobro lub zło i wywołują w sobie wzajemnie obowiązek etycznego poszanowania wolności. W relacjach ze zwierzętami tej wzajemności brakuje. Mimo to zwierzę ma uprawnienia moralne jako istota czująca, autonomicznie żyjąca i dzieląca z nami przestrzeń w przyrodzie. Zwierzę, podobnie jak małe dziecko, nie uczestniczy autonomicznie w budowaniu relacji moralnej. Musimy wziąć to na siebie.

Szanujemy zwierzę, ale mamy prawo je zabić?
Tak, ale nie prawo bezwzględne. Tak jak to zwierzę ma „prawo” zabić inne zwierzę, tak i my mamy „prawo” zabijać. Nie to nas czyni złymi, że zabijamy, lecz niewrażliwość, okrucieństwo, bezmyślność. Każdy żyje wedle tego, kim jest i jaki jest. Nie potępiamy lwa za to, że zabija antylopę, bo uznajemy porządek świata, w którym są lwy i antylopy. Nie wtrącamy się w te relacje. My też jesteśmy w tych relacjach, choć one się zmieniły – kiedyś ludzie zabijali i byli zabijani przez zwierzęta, dziś rzadko jesteśmy zabijani.

A czy etyczne jest przeprowadzanie na nich eksperymentów medycznych, testowanie na nich kosmetyków?
Jeśli chodzi o doświadczenia, to z pewnością rozwój medycyny tego wymaga. Ale można te testy przeprowadzać w sposób sprawiający zwierzętom mniejsze lub większe cierpienie. Mówię oczywiście tylko o medycznych testach, bo to ratuje ludzkie życie i zdrowie, nie zaś o kosmetykach. Ważne, by przeprowadzać doświadczenia tylko wtedy, kiedy jest realna potrzeba poznawcza, a nie dla kariery. W Polsce istnieje ponad pięćdziesiąt ośrodków naukowych mających uprawnienia do prowadzenia doświadczeń na zwierzętach. Giną przy tym dziesiątki tysięcy stworzeń i jestem głęboko przekonany, że w bardzo wielu przypadkach doświadczenia te są zupełnie zbędne i przeprowadzane z innych powodów niż realna potrzeba poznawcza.

Jeśli stawia pan tak duży znak zapytania przy moralności naukowców, to czy możemy wymagać od rolnika, by zapewnił humanitarne warunki swojej świni?
Na pewno nie można rolników zostawić samych sobie. Upowszechnianie etycznej hodowli jest długim procesem. To również kosztuje. Nie wystarczą przepisy europejskie i krajowe, bo muszą być również dotacje, szkolenia, ośrodki referencyjne.

Czyli...
To jest taka instytucja, wzorcowa w danym kraju, w danej dziedzinie, która dostarcza wiedzy i pomocy organizacyjnej. W tym wypadku to powinno być gospodarstwo hodowlane połączone z instytutem badawczym, które będzie kształtować w warunkach naszego kraju wzorce jakości hodowli zwierząt, ich transportu i uboju.

Na razie humanitarna hodowla to u nas raczej fikcja, choć w kwestii transportu i uboju jest pewien postęp.
Owszem, ale jest coraz lepiej. Prawo europejskie dopiero się porządkuje, nie ma jednolitego kodeksu, brakuje całościowej wizji gospodarki etycznej, ona powstaje. Polska odstaje od państw Europy Północno-Zachodniej, bo jesteśmy krajem biedniejszym i mamy niższą kulturę rolną. Ale postęp jest. Jeszcze niedawno transport i ubój wolały o pomstę do nieba, dziś mamy coraz więcej specjalistycznych samochodów do transportu żywych zwierząt. Problemem jest masowa, przemysłowa hodowla nastawiona na minimalizację kosztów. Tam zwierzę jako jednostka się nie liczy w ogóle. Można to nazwać, przez analogię do dehumanizacji, „dezanimalizacją”. Właśnie do tych przedsiębiorców trzeba skierować ofertę – dotacje do inwestycji poprawiających warunki hodowli, certyfikaty etycznej hodowli pozwalające trochę podnieść ceny. Społeczeństwo zapewne to zaakceptuje.

Z tym społeczeństwem to jest tak, że pytane przez ankieterów deklaruje, że zapłaci więcej, a potem szuka w supermarkecie najtańszych produktów, najlepiej w promocji. Na jakiej właściwie podstawie twierdzi pan, że ludzie zmieniają swój stosunek do zwierząt?
Widzę, że społeczeństwo jest nieporównanie mniej przepojone agresją niż dawniej.

Dawniej, czyli kiedy?
Nawet w porównaniu z połową XX wieku. A już w stosunku do XIX wieku jest horrendalna różnica w zachowaniach ludzi. Brzydzimy się okrucieństwem i agresją. W połowie XX wieku mieliśmy obozy koncentracyjne, Holocaust, niewiarygodne okrucieństwo. Mówię o codziennych zachowaniach ludzi w czasie pokoju. Nie urządzamy publicznych egzekucji, nie zabawiamy się paleniem kotów.

Może to tylko strach przed prawem?
Nie tylko. Dawniej przemoc była o wiele bardziej akceptowalna społecznie, a ta wobec zwierząt w ogóle nie podlegała refleksji. Ta nasza delikatność, obrzydzenie do przemocy to zdobycz ostatnich dwustu lat.

Czy polowanie mieści się w etycznym zabijaniu?
Jestem wrogiem polowania. Kiedyś to było przedłużenie zwierzęcego sposobu życia. Ludzie polowali tak jak zwierzęta, ponosili przy tym pewne ryzyko, nie uważali się za lepszych, takich, którym wolno zabić, czasem wręcz czcili zwierzęta. Czuli się częścią przyrody. Później wyalienowaliśmy się z przyrody i dziś polowanie jest skrajnie asymetryczne i zbędne – zwierzę nie ma szans. Zabijamy dla przyjemności, a to uważam za kompletną degradację. Nie ma to żadnego związku z potrzebami żywieniowymi. Myśliwi często tłumaczą strzelanie do zwierząt koniecznością utrzymywania równowagi biologicznej w lesie, bo niektóre gatunki nagle ponad miarę się rozmnożyły i zagrażają innym. Owszem, w sytuacji kiedy lasy mają ograniczoną wielkość, pojawiają się zaburzenia równowagi biologicznej, bo np. jest bardzo dużo lisów. Ale to jest z winy człowieka, on tak to urządził. Rozumiem konieczność odstrzału, ale tymi sprawami powinna się zajmować odpowiednia służba publiczna. Nie powinno być tak jak obecnie, że jest sezon polowania na określony gatunek zwierzęcia i praktycznie każdy, kto chce, może sobie całkiem prywatnie polować. Zabijanie dla przyjemności jest w oczywisty sposób nieetyczne. To samo z łowieniem ryb. Ryby nie krzyczą, kiedy wyciągamy je z wody nabite na haczyk. Nie słyszymy ich cierpienia, lecz na to mamy rozum, by o nim wiedzieć. Wędkarz zniża się do poziomu bezmyślnego rekina. Kiedyś, w dawnych wiekach, ludzie nie byli świadomi, że zadają cierpienie zwierzęciu, i to ich usprawiedliwiało. Nie przychodziło im to do głowy, nikt im nie mówił, że to jest jakiś problem. Dziś przychodzi nam to do głowy i od tego momentu tracimy niewinność.

Chce pan pozbawić wędkarzy chwili relaksu nad wodą?
Relaks polegający na tym, że wbijam haczyk w przełyk cierpiącego małego zwierzęcia – nie!

A gdyby wędkarz wyłowił rybkę jakąś siatką, a potem ją zabił, to byłoby w porządku?
Może nieco lepiej, ale nie róbmy zabawy z zabijania. Ktoś, kto idzie na ryby, zabija dla zabawy. Można siedzieć nad wodą z książką zamiast wędki. Ale na to trzeba być istotą rozumną, a nie rekinem.

Powiedział pan kiedyś, że za 50 lat być może nie będziemy hodować zwierząt, by je potem zjeść, tylko mięso będzie pochodziło z hodowli tkanek.
Tak, te tkanki będą zupełnie pozbawione czucia, odrębności. Będziemy je jeść jak jakieś glony. To jest kwestia tylko i wyłącznie bariery kosztowej, bo technologia już jest. Pytanie, czy uda się tak obniżyć koszty, by to się opłacało.

Nie będzie wówczas dylematów moralnych związanych z jedzeniem mięsa?
Nie. Jeśli komórka na odpowiedniej pożywce wyrośnie na kotlet, to możemy go sobie zjeść z czystym sumieniem. Krzywdy mu nie zrobimy, bo nie ma komu.

Może dojdziemy – a przynajmniej niektórzy z nas dojdą do wniosku – że krojenie kotleta go boli, może ten kotlet też jest istotą?
W jabłku, które spadło z drzewa, też toczą się jakieś procesy życiowe. Nie przekraczajmy granicy szaleństwa, gdzieś trzeba się zatrzymać, bo inaczej niczego nie zjemy.

Prof. dr hab. Jan Hartman jest filozofem i bioetykiem. Kieruje Zakładem Filozofii i Bioetyki w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagielońskiego. Jest redaktorem czasopisma filozoficznego „UJ Principia”, a także sekretarzem Komitetu Nauk Filozoficznych PAN.