1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Wyłonione z ciszy

Wyłonione z ciszy

Czy joga może mieć związek z noworocznymi przyrzeczeniami? Jak najbardziej. Wycisza umysł, dzięki czemu możemy dostrzec nasze własne, najgłębsze pragnienia

 

Gdy zbliża się Nowy Rok, mamy nadzieję, że wiele zmienimy w życiu na lepsze. Przebudzają się na nowo nasze marzenia, te bardziej prozaiczne, jak zrzucenie kilku kilogramów, te bardziej odważne, jak podróż do egzotycznego miejsca, i te górnolotne – aby jasno poczuć, że życie ma wartość i sens.

Wedle filozofii jogi poczucie spełnienia zyskujemy wtedy, gdy zaczynamy wypełniać swoją svadharmę, czyli gdy żyjemy, wykorzystując w pełni swój potencjał i talenty, gdy tworzymy coś, co służy nam i ma pozytywny wpływ na świat. Brzmi poważnie, ale svadharma nie jest niczym skomplikowanym ani wyszukanym. Jest dla nas tym, czym dla ryby pływanie w wodzie – przychodzi nam z łatwością, sprawia przyjemność, pozostaje w zgodzie z naszą prawdziwą naturą.

Dziś wiemy już, że w naturze nie istnieje duplikacja, że każdy płatek śniegu jest inny. Podobnie każdy człowiek ma swoje niepowtarzalne, unikatowe talenty, każdy ma swoją svadharmę. Według mistrzów jogi lepiej wykonywać swoją svadharmę, nawet z mniejszym sukcesem, niż svadharmę kogoś innego z większym powodzeniem. Jest tak dlatego, że jeżeli imitujemy cudze życie, budzi się w nas strach. Ten strach pomimo sukcesów i powierzchownych korzyści zamienia się w stres i napięcie, które mogą nam towarzyszyć całe życie i będą przejawiać się zmęczeniem, niezadowoleniem, poczuciem, że ciągle nam czegoś brak. I co rok będziemy przygotowywali listę noworocznych postanowień, które trudno nam będzie spełnić, bo być może są tylko odbiciem tego, czego chcą inni, a nie naszymi własnymi pragnieniami.

Zanim więc wybierzemy tegoroczne postanowienia, zastanówmy się: Co przychodzi mi z łatwością, lekkością, przynosi korzyść mnie i innym? Odpowiedź na to pytanie wymaga wyciszenia umysłu, abyśmy mogli usłyszeć wewnętrzny głos intuicji, nasze najgłębsze pragnienia. W tym spokojnym umyśle niech się przebudzi klarowność tego, czym jest nasza svadharma, i odwaga, aby ją w nowym roku spełnić.

Ćwiczenie nr 12

Oto medytacja na wyciszenie umysłu. Siedzimy wygodnie; kręgosłup jest wyprostowany, dłonie złożone tak, aby kciuk dotykał do palca wskazującego. Oczy są zamknięte, uwaga skupiona na punkcie między brwiami. Oddech będzie składał się z trzech równych części (po minimum 4 sekundy): wdech, wstrzymanie oddechu i wydech. Obserwujemy, jak powietrze wraz z wdechem powoli przechodzi przez nos, gardło, wypełnia klatkę piersiową i podbrzusze. Śledzimy jego drogę powrotną aż do momentu, gdy wychodzi przez nos. Zauważamy towarzyszące oddychaniu doznania, np. to, że powietrze jest chłodniejsze przy wdechu, a cieplejsze przy wydechu. Zaczynamy od 5 minut i wydłużamy medytację do 11 minut. Aby ją zakończyć, pozwalamy, żeby oddech stał się naturalnie głęboki i spokojny. Pozostajemy w tej pozycji przez 2 minuty i obserwujemy coraz głębszą ciszę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Medytacja - lek dla ciała i umysłu

Ukoi przeciążone od stresu ciało, wyciszy niespokojny umysł, pomoże w rozwoju duchowym - dobroczynne skutki medytacji potwierdzono w wielu badaniach (fot. iStock)
Ukoi przeciążone od stresu ciało, wyciszy niespokojny umysł, pomoże w rozwoju duchowym - dobroczynne skutki medytacji potwierdzono w wielu badaniach (fot. iStock)
Z badań wynika, że w przypadku wielu chorób regularna praktyka medytacyjna sprawdziła się jako metoda wspierająca konwencjonalną terapię medyczną. Nieoceniona jest też profilaktyczna rola medytacji w życiu wszystkich zestresowanych.

Artykuł archiwalny 

Medytacja często jest postrzegana jako tajemna praktyka dostępna tylko dla wschodnich myślicieli, buddystów. Praktykowana przez Europejczyków potrafi budzić zadziwienie i sprzeciw. Chciałabym rozwiać te niepokoje i przedstawić wiele niezwykłych korzyści płynących z medytacji.

Na początek definicja. Medytacja, z łac. meditatio, oznacza rozmyślanie, zagłębianie się w myślach. Nie sposób wszystkie techniki medytacyjne wrzucić do jednego worka. Potrafią się różnić od siebie diametralnie, zarówno w technice, jak i w samym celu. Medytację zalecają religie Wschodu: buddyzm, zen, taoizm, hinduizm; modlitwa kontemplacyjna jest jej przykładem w praktyce chrześcijańskiej. Medytacja jest także obecna w psychoterapii i procesach samodoskonalenia się pozbawionych elementów religijnych. Warto wymienić kilka metod medytacyjnych.

W wielu przypadkach medytacja polega na powtarzaniu w kółko jakiegoś dźwięku, zdania, wersetu modlitwy. Pewne dźwięki działają wyjątkowo kojąco i brzmią podobnie w wielu kulturach. Są to szalom, om, amen, salaam.

Vipassana polega na uświadamianiu sobie własnych naturalnych reakcji w ciele na wszystkie zewnętrzne bodźce oraz na koncentracji na oddechu. Zen skupia się na liczeniu oddechów. W buddyzmie tybetańskim to proces tworzenia i niszczenia mandali. Medytacja transcendentalna to powtarzanie mantr, czyli formuł. Są mantry uniwersalne wypowiadane w sanskrycie, za odmianę mantry można także jednak uznać modlitwę różańcową do Matki Boskiej. Jest też medytacja tonglen polegająca na wizualizacji cierpienia – swojego lub czyjegoś, „wdychaniu” tego cierpienia, przetwarzaniu na poziomie serca w stan ukojenia i wydychaniu go w postaci promiennego światła. Wyróżnia się także medytację w ruchu: ćwiczenia tai-chi i qigong, a także tańce transowe.

Po co się medytuje? By osiągnąć oświecenie, pełną kontrolę nad duszą i ciałem, pozbyć się lęku przed śmiercią, a także by poprawić swoje zdrowie – zarówno fizyczne, jak i psychiczne.

Więcej niż relaksacja

Podczas medytacji ciało odpoczywa, a stan głębokiej relaksacji działa uzdrawiająco na cały organizm. W zapisie badania EEG medytującej osoby pojawiają się fale alfa wskazujące na stan najwyższego odprężenia i dobrego samopoczucia. Medytacja może wzmacniać odporność organizmu i przywracać równowagę w autonomicznym układzie nerwowym (unerwiającym narządy wewnętrzne) – między układem sympatycznym, pobudzającym, np. przyspieszającym oddychanie, i parasympatycznym, hamującym, spowalniającym oddychanie. Powoduje rozluźnienie mięśni, często trwalsze niż w trakcie ćwiczeń relaksacyjnych. Co ważne, dzięki medytacji wydolność i aktywność układu nerwowego wzrastają, a nie obniżają się, jak w przypadku innych technik relaksacyjnych.

Już od lat 70. nauka bardzo interesuje się wpływem medytacji na organizm. Badania wykazały, że jest to z jednej strony metoda profilaktyczna, zapobiegająca różnym chorobom, wywołanym przede wszystkim permanentnym stresem, a z drugiej – metoda uzdrawiająca i wspierająca leczenie farmakologiczne, szczególnie w przypadku chorób przewlekłych.

Osoby praktykujące medytację są mniej nerwowe, mniej agresywne, mniej podatne na depresję, za to szczęśliwsze i zdrowsze od tych, które nie medytują. Medytacja to sposób na radzenie sobie ze stresem, a więc jednocześnie na zapobieganie niechcianym następstwom stresu, takim jak nadciśnienie, atak serca, udar, zwiększona podatność na alergie czy rozwój nowotworów. Dlaczego tak się dzieje? Stres powoduje przyspieszone oddychanie, wzrost ciśnienia krwi, napięcia mięśniowego, przyspieszenie akcji serca. Przez ciągłe napięcie wyczerpują nam się naturalne zapasy energii i spada odporność. Regularne codzienne medytowanie po 20 minutach przynosi ulgę i zmniejsza objawy u osób przewlekle chorych m.in. na astmę, cukrzycę, nadciśnienie, migreny. Tam, gdzie lekarze zalecają spokój, opanowanie, zdrowy tryb życia, bo już same leki nie pomagają, z pomocą przychodzi właśnie medytacja.

Wyciszenie umysłu

Dr Dean Ornish (ur. 1953 r.), amerykański lekarz i uczony z Uniwersytetu w San Francisco, a także założyciel Preventive Medicine Research Institute w Sausalito, od lat stosuje terapię łączącą medytację i specjalną dietę niskotłuszczową u pacjentów cierpiących na chorobę wieńcową i nowotwory prostaty.

Zaleca też medytację jako doskonałą terapię na nadciśnienie i obniżanie poziomu cholesterolu.

W jednym z wywiadów szczegółowo opisuje działanie regularnej medytacji: „Medytacja to potężne narzędzie redukujące stres, ale też dużo więcej. To praktyka i proces koncentrowania się na własnej świadomości. W wielu przypadkach medytacja polega na ciągłym powtarzaniu dźwięku, zdania, wersetu modlitwy. (…) Pewne dźwięki działają wyjątkowo kojąco i brzmią podobnie w wielu kulturach. Są to szalom, om, amen, salaam. Jeśli czujesz się lepiej ze świecką medytacją, możesz powtarzać słowo one [ang. jeden]. Rodzice, usypiając czy uspokajając dziecko, często intuicyjnie nucą mruczanki typu aaaa, yhmmmm. Zazwyczaj dźwięki zaczynają się od o lub a, a kończą na m lub n. Na przykład »ommmmmmmmmmmmm«, »amennnnnnnnnnnn« czy »szalommmmmmmm« czy »onnnnnnnnnne«.

Weź wdech i na wydechu wypowiedz swój dźwięk w przeciągły sposób, następnie znów weź wdech i powtarzaj. Możesz powtarzać dźwięk głośno bądź w myśli, choć wielu osobom łatwiej jest się skoncentrować, kiedy powtarzają na głos. Kiedy skupiasz się na swoim umyśle, zaczyna się dziać wiele dobrych rzeczy. Po pierwsze, łatwiej ci się skoncentrować, tak więc cokolwiek robisz, robisz to lepiej. Po drugie, na poziomie zmysłów, kiedy podchodzisz do czegoś z uwagą, czerpiesz z tego więcej korzyści. (…) Twój umysł zaczyna się wyciszać i zaczynasz doświadczać coraz większego wewnętrznego spokoju, radości i dobrego samopoczucia. Wtedy zdajemy sobie sprawę, że to nasz naturalny stan, trwający, dopóki sami go nie popsujemy, co jest bardzo wzmacniającą świadomością. Bo kiedy czujemy się zestresowani, przestajemy oskarżać o to innych, tylko skupiamy się na tym, co możemy z tym stresem zrobić sami”.

 
Przeprowadzono badania grupy osób, które zdecydowały się na zmianę stylu życia według wskazówek doktora Ornisha (regularna medytacja, niskotłuszczowa dieta i udział w zajęciach grupy wsparcia). Po roku okazało się, że zmiany miażdżycowe częściowo się u nich cofnęły, a po pięciu latach ta korzystna tendencja była jeszcze wyraźniejsza.

Zamiast leków nasennych

Jednym z pionierów w dziedzinie psychosomatyki – łączenia umysłu i ciała w jeden system – jest Herbert Benson (ur. 1935), amerykański kardiolog, założyciel Mind/Body Medical Institute pod Bostonem i profesor związany z Harvard Medical School. W swoich badaniach, rozpoczętych 35 lat temu, koncentruje się na szkodliwym wpływie stresu na zdrowie i metodach przeciwdziałania mu. Medytację uznał za jeden ze skuteczniejszych sposobów na ograniczenie negatywnych skutków stresu.

Medytacja jako sposób radzenia sobie ze stresem jednocześnie pomaga zapobiegać nadciśnieniu, atakom serca, udarom, zwiększonej podatności na alergie czy rozwojowi nowotworów.

Benson zauważył, że w czasie wizyt kontrolnych jego pacjenci zawsze mają podwyższone ciśnienie krwi. Wysunął hipotezę, że powoduje to stres związany z wizytą u lekarza. Powrócił na uczelnię – Harvard Medical School – by rozpocząć swoje wieloletnie badania. W czasie studiów spotkał młode osoby praktykujące medytację transcendentalną, które poprosiły go o przeanalizowanie ich poziomu ciśnienia.

Tak więc Benson wraz kolegą Robertem Keithem Wallace’em przeprowadzili badania w dwóch fazach: najpierw gdy ochotnicy po prostu spokojnie siedzieli przez 20 minut, a potem w trakcie ich 20-minutowej medytacji. Wyniki okazały się zaskakujące. W czasie medytacji (w przeciwieństwie do fazy siedzenia) u badanych zaobserwowano obniżony metabolizm, wolniejsze tempo oddechu i bicia serca, a także wolniejszy przepływ fal mózgowych. Benson określił to jako reakcję organizmu na relaksację, przeciwstawiając ten stan reakcji na stres. Na podstawie badań doszedł do wniosku, że aby organizm osiągał reakcję na relaksację, można stosować różne rodzaje medytacji, w zależności od potrzeb pacjenta. Powinny zostać jednak spełnione dwa warunki: powtarzanie jakiegoś dźwięku, słowa, frazy z modlitwy lub ruchu oraz koncentracja na tym powtórzeniu, czyli odłożenie na bok wszelkich przeszkadzających myśli.

Wieloletnie badania wykazały, że od 60 do 90 proc. wizyt u lekarza jest spowodowane dolegliwościami lub chorobami pacjenta wywołanymi przez stres. Program leczenia Bensona obejmuje techniki medytacji, odpowiednią dietę, ćwiczenia fizyczne i grupę wsparcia pomagającą przeformułować negatywne myślenie w pozytywne. Efekty terapii zostały odnotowane.

75 proc. pacjentów cierpiących na bezsenność dzięki medytacji zostało całkowicie uleczonych i mogło odstawić bezpowrotnie leki nasenne, 36 proc. kobiet cierpiących na nieuzasadnioną medycznie bezpłodność zaszło w ciążę w ciągu sześciu miesięcy od zakończenia programu. U pacjentów z nadciśnieniem ciśnienie krwi zdecydowanie się obniżyło. U wielu kobiet ustąpiły napięcia przedmiesiączkowe i dokuczliwe objawy menopauzy.

Druga strona medalu

Medytacje są bezpieczne. Przestrzega się jednak, że regularne praktykowanie medytacji może wzmocnić działanie niektórych leków, zwłaszcza przeciwlękowych i obniżających ciśnienie krwi. Konieczna w takich przypadkach jest konsultacja z lekarzem prowadzącym. Medytacja może być niebezpieczna dla osób ciężko chorych psychicznie. Istnieje teoria, że podczas medytacji może pogarszać się stan osób cierpiących na schizofrenię, odradza się ją również chorym na cyklofrenię.

Konsultacja: lekarz med. Tomasz Nocuń

  1. Styl Życia

Medytacja wyciszająca - oczyść swój umysł

Jogini oczyszczają manomayę, czyli umysł, poprzez głęboką medytację oraz śpiewanie mantr. (Fot. iStock)
Jogini oczyszczają manomayę, czyli umysł, poprzez głęboką medytację oraz śpiewanie mantr. (Fot. iStock)
Manomaya, czyli umysł, odpowiada za nasze myśli i doznania. Spokojny tworzy myśli wzniosłe, wzburzony – pełne lęku i złości. Jogini oczyszczają umysł poprzez głęboką medytację i śpiewanie mantr – mówi Iwona Kozak, nauczycielka jogi kundalini i terapeutka reiki.

Manomaya kośa to trzecia warstwa – po ciele fizycznym i pranicznym (energii życia) – okrywająca naszą duszę. Manomaya to nasz umysł, a dokładnie „ciało zbudowane z myśli”. Umysł generuje je bowiem cały czas. Myśli są energią – wciąż się zmieniają i potrafią przemieszczać w czasie i przestrzeni. Dlatego w kośa manomaya mieści się także pamięć i sny. W tej warstwie rodzi się też nasze ego, poczucie odrębności i opinie.

Natura umysłu jest zmienna. Nieustannie przetwarza on nowe informacje i bodźce oraz w każdej sekundzie tworzy odmienne percepcje rzeczywistości. Tak więc manomaya, zbudowana z myśli przechodzących jedna w drugą, jest złudzeniem – czymś, co przemija, i nie stanowi obiektywnej prawdy.

Zakłócona, niespokojna manomaya będzie tworzyła myśli pełne złości, nienawiści, nieposkromionej żądzy. Spokojna – myśli wzniosłe, które będą regenerować tę kośę, dzięki czemu umysł wypełni świeża energia twórcza, chęć wyrażania siebie oraz chęć pomocy innym.

Jogini oczyszczają manomayę poprzez głęboką medytację oraz śpiewanie mantr. Podczas medytacji odkrywamy, że nie jesteśmy tożsami z umysłem, że stanowi on tylko część naszej istoty. Zaczynamy dostrzegać, że jest w nas coś trwałego i nieporuszonego, co istnieje niezależnie od nieustannego toku myśli. Umiejętność odseparowania się od własnego umysłu może przynieść wielką ulgę w codziennym życiu – wystarczy przypomnieć sobie sytuacje, gdy nie mogliśmy przestać o czymś myśleć, choć wywoływało to emocjonalny ból. Pierwszą praktyczną korzyścią medytacji jest zrozumienie, że myśli mogą nas podnosić na duchu lub przynosić cierpienie, a my mamy na to wpływ.

Drugą metodą oczyszczania manomaya kośa jest śpiewanie mantr, które może zmienić myśli negatywne i wywołujące cierpienie w pozytywne i wzniosłe. Skuteczność mantr zależy od emocjonalnego zaangażowania. Jeśli wkładamy w to serce i głębokie pragnienie zmiany, podniosą nas na duchu i wyciszą umysł. Będzie nam łatwiej świadomie doświadczyć następnej warstwy – vijnanamaya kośa, czyli intelektu, dzięki któremu możemy rozróżniać prawdę od iluzji.

Wyciszająca medytacja

Siedzimy z wyprostowanym kręgosłupem. Oczy są zamknięte, skupione na punkcie między brwiami. Prawe ramię zginamy w łokciu, dłoń unosimy jakby w geście przysięgi. Lewa dłoń rozluźniona leży przed nami. Oba barki są zrelaksowane. Oddychamy przez nos spokojnie i głęboko, obserwując każdy wdech i wydech. Po kilku minutach pozwalamy, aby oddech stał się spokojny, niekontrolowany i cichy. Medytacja trwa od 5 do 11 minut. Po zakończeniu opuszczamy prawe ramię i rozluźniamy je. Pozostajemy przez minutę lub dwie w tej pozycji, absorbując wytworzoną podczas medytacji energię.

Ćwiczenia za zgodą ©The Teachings of Yogi Bhajan. Kundalini Research Institute.

  1. Psychologia

Czy psychoterapia naprawdę leczy duszę?

W dobie pandemii w każdym z nas obudziła się naturalna potrzeba wyciszenia lęku, odnalezienia się w chaosie, odzyskania poczucia sensu życia. (Fot. iStock)
W dobie pandemii w każdym z nas obudziła się naturalna potrzeba wyciszenia lęku, odnalezienia się w chaosie, odzyskania poczucia sensu życia. (Fot. iStock)
Po gloryfikacji intelektu, a potem wierze, że najważniejsze są ciało i czucie – nastał czas duszy. Kim jestem? Jaki jest sens i cel mojego życia? – pytania, które w pewnym momencie zadaje sobie większość z nas, padają coraz częściej także w gabinetach terapeutycznych. Można by powiedzieć: nareszcie, bo psychoterapia oznacza przecież nic innego jak leczenie duszy.

Choć psychologia to nauka o duszy, wymiar duchowy w terapii od czasów Freuda był niedoceniany. Terapeutom wręcz zabraniano poruszania z pacjentem tematów jego duchowości i moralności, bo nie bardzo było wiadomo, co zrobić z tymi informacjami. Od „tych” spraw był duchowny.

Jednak w dobie pandemii, kiedy świat zatrząsł się w posadach, w każdym z nas obudziła się naturalna potrzeba wyciszenia lęku, odnalezienia się w tym chaosie, odzyskania poczucia sensu życia – okazało się, że dotychczas stosowane metody terapii przestały być skuteczne. Zamknięci w domach, odizolowani od innych, pozbawieni oparcia w zewnętrznym świecie, zaczęliśmy szukać go w czymś uniwersalnym, a wiara w coś, co pozwoli przetrwać ten trudny czas, stała się ważniejsza niż wiedza i czucie.

Kiedy choruje dusza

„Psychoterapia zawsze była leczeniem duszy, ale w przyszłości religia i duchowość będzie w niej obecna w sposób bardziej specyficzny i otwarty. Klinicyści włączą religię i duchowość jako standardowy wymiar diagnozy klinicznej, szczególnie jako źródło potencjalnej siły i wsparcia społecznego” – taka oto prognoza znalazła się w opracowaniu „Systemy psychoterapeutyczne. Analiza transteoretyczna” wydanym przez Instytut Psychologii Zdrowia w 2016 roku. I słowo stało się ciałem...

Choć nie ma jeszcze na ten moment wypracowanych i wystandaryzowanych „procedur terapeutycznych”, to terapeuci nie mogą nie reagować na oczekiwania ludzi, którzy przychodzą do gabinetów z prośbą o… – no właśnie, czy na pewno z prośbą o pomoc, raczej z prośbą o wysłuchanie i zrozumienie ich wewnętrznego świata. Jeszcze do niedawna oczekiwali przede wszystkim wskazówek, jak radzić sobie ze swoimi problemami, chcieli „przepracowywać dzieciństwo”, podnosić poczucie własnej wartości czy radzić sobie z toksycznym szefem. Dziś coraz częściej zdarza się usłyszeć: „Nie zgadzam się z twoją interpretacją, posłuchaj, jak ja to widzę, ja wierzę, że to jest tak i tak”. Po okresie zaufania do wiedzy (kult rozumu), po czasach wyniesienia na piedestał czucia (kult emocji) nastała pora wiary – pomaga to, w co człowiek wierzy, że pomaga. Zaczęło się od wiary w rozmaite metody uchronienia się od zachorowania na koronawirusa. Jedni wierzą w homeopatię, inni w oddychanie metodą Wima Hofa, morsowanie czy dietę zgodną wywodzącą się z Tradycyjnej Medycyny Chińskiej.

Storytelling

Mit o wszechmocnym i wszechwiedzącym terapeucie powoli odchodzi w zapomnienie. Ludzie zgłaszający się na terapię bardziej potrzebują słuchacza, który bez oceniania, etykietowania, za to z ciekawością wysłucha ich historii czy sposobów radzenia sobie z pandemiczną rzeczywistością.

Do łask wraca znane, ale dotychczas niedoceniane podejście narracyjne, w ramach którego pacjent snuje swoją opowieść o sobie i o świecie. A terapeuta zapewnia przestrzeń, w której może zaufać, otworzyć się, a nawet zadać pytanie: co o tym myślisz?

Pandemiczna narracja pacjentów często jest właśnie opowieścią ich duszy; w niewielkim stopniu dotyczy codziennych problemów, a jeśli już, to bardziej opowieści o tym, jak sobie z nimi poradzili. Czasami pacjent opowiada o jakimś wydarzeniu z przeszłości, które zdeterminowało jego życie, i swojej wierze w to, że właśnie teraz, kiedy świat wywrócił się do góry nogami, może zmienić ten scenariusz na całkiem inny, zacząć wszystko od nowa. Tematem opowieści często jest miłość, ale nie zawsze jako relacja, bardziej w wymiarze duchowym, jako wartość sama w sobie – miłość do życia albo miłość jako antidotum na lęk. Bywa, że pacjent potrzebuje rozmowy o wierze w coś lub kogoś większego od niego. Pandemia sprawiła, że cała iluzja wielkości, potęgi człowieka rozprysła się jak mydlana bańka, ustępując poczuciu kruchości. W wielu wypadkach potrzeba terapii otwartej na wymiar nie tylko duchowy, ale także religijny. Bywa, że dla pacjenta ma znaczenie, czy i w co wierzy terapeuta, i ma on prawo o to zapytać, a w zależności od odpowiedzi podjąć decyzję o terapii. W rozmowie z pacjentem na temat jego wiary i doświadczenia religijnego najważniejsze jest podejście niedyrektywne, w którym terapeuta staje się towarzyszem, a nie przewodnikiem na drodze pacjenta w poszukiwaniu jego własnej prawdy o sobie i o świecie. Taka zmiana perspektywy z: terapeuta, który wie, i pacjent, który potrzebuje porady, na: pacjent wie lepiej, a terapeuta jest jedynie jego lustrem – potrzebuje czasu, uważności i zaufania.

Opowieści, które snujemy na temat samych siebie i świata, w których wszystko sobie układamy, porządkujemy, wyjaśniamy i próbujemy zrozumieć, są sposobem na ogarnięcie informacyjnego chaosu. Są ważne i nikt nie ma prawa ich kwestionować, ponieważ są głosem naszej duszy. Tak jak kiedyś w dzieciństwie baśnie czy opowieści science fiction pomagały nam zrozumieć świat, dziś indywidualne narracje pozwalają nam poznać samych siebie i odkryć swoje miejsce we Wszechświecie. Bywa, że czujemy pragnienie, by pokazać światu swoją historię: opowiedzieć i zobaczyć ją oczami naszego rozmówcy, zatańczyć, namalować albo przedstawić językiem metafory. To pozwala nam przyjrzeć się z dystansu najpierw naszej narracji, potem naszemu życiu, a na koniec także światu.

Jednym z ćwiczeń duchowych zalecanych przez starożytnych było spojrzenie na wydarzenia na Ziemi z perspektywy gwiazd. To pozwala nam poczuć albo raczej przypomnieć sobie, uwierzyć, że stanowimy jedynie mały punkt we Wszechświecie, w którym panuje ład i porządek, i wszystko się dzieje tak jak być powinno. Być może to jest właśnie remedium na lęk i rdzeń naszego wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa.

Oblicza duchowości

Dla wielu komentatorów pozytywną zmianą w czasach pandemii stało się właśnie odkrywanie duchowości w jej wielorakich postaciach. Ludzie w intuicyjny sposób zaczęli poszukiwać metod radzenia sobie z pandemicznym stresem na przykład poprzez modlitwę czy medytację. Okazało się, że znacząco wzrosło zainteresowanie aplikacjami do medytacji, np. w kwietniu 2020 roku ściągnięto je ponad 10 mln razy. Calm, Headspace czy Meditopia – poprzez ćwiczenia medytacyjne skutecznie pomagały radzić sobie z lękiem i problemami ze snem. Wspólne medytacje online, lekcje jogi, webinary na temat duchowości na portalach społecznościowych, poradniki rozwoju duchowego – nawet ci, którzy do tej pory koncentrowali się przede wszystkim na świecie materialnym, poczuli ciekawość dotyczącą sfery ich ducha. Dotychczasowe problemy dotykające traum z dzieciństwa, toksycznej pracy czy braku satysfakcji w związku odeszły w cień w obliczu pragnienia konfrontacji z prawdą o samym sobie w tu i teraz.

Sposobem kontaktu z duchowością może być również kontakt z naturą, sztuką czy językiem symboli, także poczucie wspólnoty z innymi ludźmi, połączenie duchowe z przodkami czy wartościami rodzinnymi. Zdaniem Wojciecha Bonowicza, poety, publicysty, autora biografii księdza Tischnera, duchowość to wymykanie się utartym ścieżkom, dotykanie sfery niewyrażalnej, czyli tajemnicy, wzruszenie. Duchowość to także obszar, który może łączyć ludzi różnych religii, wierzących i niewierzących.

Ken Wilber, twórca psychologii integralnej, tłumaczy że duchowość wiąże się z każdą ludzką czynnością na jej najwyższym poziomie rozwoju, co oznacza, że człowiek może się realizować i rozwijać duchowo poprzez każdą aktywność, która jest dla niego ważna i w którą angażuje się całym sobą. Duchowość to także (a może przede wszystkim?) kontakt z samym sobą: ze swoją jasną i ciemną stroną, ze swoimi nadziejami, ale także z lękami, z radościami i ze smutkami, ze swoją przeszłością i obawami o przyszłość. To poszukiwanie odpowiedzi na pytania: Kim jestem? Czego nie chcę, a czego chcę? Dokąd zmierzam? Jaki jest sens i cel mojego życia?

Skoro pacjenci pytają dziś terapeutów o to, w co wierzą, może niedługo podobnie będziemy zaczynać rozmowę z nowo poznaną osobą. Zamiast: Czym się zajmujesz? Gdzie mieszkasz? albo: Gdzie byłeś na wakcjach?

Masz prawo

Ostatni rok zmienił oczekiwania pacjentów wobec terapii. Pamiętaj zatem, że:
  • Dylematy duchowe są równie ważne jak problemy codziennego życia i masz prawo poruszać je na sesji.
  • Masz prawo zapytać terapeutę, czy jest wierzący i czy gotów jest wysłuchać twojej duchowej opowieści.
  • Jeśli potrzebujesz terapii bardziej „dla duszy” niż „dla głowy”, masz prawo wybrać terapeutę pracującego w nurcie humanistycznym, psychologii procesu albo takiego, który łączy w swojej pracy wiele metod (terapia eklektyczna).

  1. Psychologia

Różne oblicza pożądania - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Czym jest pożądanie? - Zdaniem terapeuty często jest tym samym, co chciwość. (fot. iStock)
Czym jest pożądanie? - Zdaniem terapeuty często jest tym samym, co chciwość. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Pożądamy na wiele sposobów, bo bywamy w rozmaitych stanach ducha i ciała. Z chciwości, ale i z miłości. To właśnie pożądanie każe nam – czasami za wszelką cenę, lekceważąc normy, obyczaje i reputację – dążyć do seksu z wybraną osobą – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

„Darmo zapędzasz mnie, miła matko Do wrzecion i przęśli; Tymon mi coraz wdzięcznie i gładko Na swej przygrywa gęśli. Nie mogę więcej, ach! Już nie mogę Nagłej wytrzymać chuci. Tymon mi wewnątrz puszcza zażogę, I myśli, i serce kłóci…”

- Pisał Franciszek Dionizy Kniaźnin o pożądaniu. Czym ono jest? Czy tylko natchnieniem dla poetów?
Pożądanie ma wiele postaci i wiele motywacji. Może być także natchnieniem. Najczęściej, niestety, jest tym samym co chciwość. Czyli każe traktować drugiego człowieka jak przedmiot. Pożądamy więc, by jego/ją mieć, posiąść, zawłaszczyć. Tak jak by był/była biżuterią, luksusowym samochodem, designerskim mieszkaniem albo środkiem do zdobycia władzy i splendoru. I bywa, że mamy wokół siebie lub w pamięci kolekcję pożądanych ludzi przedmiotów, z którymi nie potrafimy nawiązać żadnej głębszej relacji. Częsta sytuacja w naszej przesiąkniętej narcyzmem kulturze i nad wyraz smutna.

Mam jednak wrażenie, że nabycie wymarzonego auta jest przeżyciem większym niż seks z pożądanym mężczyzną…
Niestety, coraz częściej doświadczamy tej różnicy: „Wsiadłem w moje nowe porsche i powiem ci, że to lepsze niż orgazm z ukochaną”. Widocznie jest tak z nami od zawsze, skoro w przykazaniach wskazujących drogę zbawienia ostrzega się przed pożądaniem żony bliźniego czy jakiejkolwiek rzeczy, która jego jest. Na pierwszy rzut oka wydaje się to upokarzające dla kobiet, że żonę i rzeczy wymienia się jednym tchem, ale w drugim czytaniu można spostrzec, że jest to przestroga przed uprzedmiotawiającym pożądaniem człowieka. W naszych postpatriarchalnych czasach należałoby tylko dodać, że nie należy pożądać męża bliźniego swego itd.

Ale to geny pożądają, i to tego, a nie innego człowieka, tak nas informując, że potomstwo z nim będzie zdrowe genetycznie.
Tak, to pożądanie biologiczne wpisane w nasze DNA służy podtrzymaniu gatunku. Pierwotnie nie ma nic wspólnego z chciwością ani z żadnymi innymi psychologicznymi motywacjami. Jest identyczne ze zwierzęcą, sterowaną biologicznie potrzebą prokreacji. Uaktywnia się nie tylko przez odczuwalny zapach, również przez odbiór nieświadomych sygnałów feromonowych. U mężczyzn także przez odbiór języka ciała kobiety w okresie jajeczkowania. Listę uzupełniają podświadome kody dotyczące proporcji kobiecego i męskiego ciała, uświadamiane w postaci preferencji estetycznych. Choć w istocie są one preferencjami biologiczno-prokreacyjnymi, bo odpowiednia proporcja obwodu talii do obwodu bioder u kobiety oraz szerokie barki i wąskie biodra u mężczyzny to zapisane w DNA wskaźniki sprawności rozrodczej i seksualnej. To właśnie pożądanie każe nam – czasami za wszelką cenę, lekceważąc normy, obyczaje i reputację – dążyć do seksu z wybraną osobą. Nie zdajemy sobie sprawy, że w gruncie rzeczy napędzani jesteśmy instynktem podtrzymania gatunku, który indywidualnie przeżywamy jako potrzebę rozprzestrzeniania i ochrony własnego genotypu. Z tego samego powodu w chwili zagrożenia będziemy ratować ludzi, a nie zwierzęta, swoje dzieci, a nie cudze. Nasz ludzki egoizm i narcyzm prokreacyjny to potężne siły, które słusznie staramy się okiełznać poprzez wychowanie, normy etyczne.

Wróćmy do głównego tematu...
Jest jeszcze trzeci typ pożądania, który właściwie nie zasługuje na tę nazwę, jest bowiem nierozłączny z miłością i szacunkiem. Dlatego stosowniejszym terminem byłby „zachwyt”. Pragnienie seksualnego kontaktu może nawet w ogóle nie występować, a jeśli do niego dochodzi, to seks nie służy rozładowaniu energii ani prokreacji, ani zawłaszczeniu drugiej osoby, nie karmi też naszego poczucia wartości, lecz staje się szczególną i spełniającą formą wyrażania zachwytu, oddania i miłości. Różnica między pożądaniem motywowanym chciwością a zachwytem wyraża się też tym, że nie dążymy do własnej satysfakcji i przyjemności, bo ważniejsza jest dla nas satysfakcja i znaczące przeżycie partnerki/ partnera. Można powiedzieć, że dostajemy, dając. Słowem, seksualność może się przejawiać w różnych formach, mieć różne motywacje i cele w zależności od tego, na jakim poziomie świadomości znajduje się nasz umysł.

Na jakim poziomie świadomości jest pożądający z chciwości?
Odwołajmy się do nieco uproszczonej wersji typologii zaczerpniętej z tradycji wedyjskiej, czyli do koncepcji czakr. Jeśli nasza świadomość znajduje się na poziomie podstawowym, a dzieje się tak, gdy żyjemy w przekonaniu, że naszą misją na Ziemi jest fizyczne przeżycie, to seks będzie dla nas instrumentem poszukiwania schronienia, bezpieczeństwa, pokarmu, energii. Jeśli jesteśmy na poziomie drugiej czakry i żyjemy w przekonaniu, że naszą misją jest doświadczanie przyjemności, to gdy tylko poczujemy jej brak, w seksie będziemy dążyć do własnej przyjemności, a partner/partnerka będą odgrywali wyłącznie rolę służebną. Na poziomie trzeciej czakry, gdy żyjemy w przekonaniu, że naszą misją jest zdobycie władzy, znaczenia i sławy oraz upokarzanie i budzenie zawiści innych, seks i ludzie, z którymi go przeżywamy, będą podporządkowani naszym narcystycznym celom. Sięgając do kwantowej perspektywy na powyższych trzech poziomach, jesteśmy pogrążeni w świadomości dualnej, odczuwając siebie i świat jako dwa osobne byty. Niedualne widzenie świata zaczyna dochodzić do głosu dopiero na czwartym poziomie i wyższych poziomach. Dopiero od poziomu czakry serca doświadczamy wyższych uczuć i potrzeb, tam zaczyna zanikać „inne”, „inna”, „inny”, czyli nie-dualność staje się naszym żywym doświadczeniem albo, mówiąc inaczej i nieco patetycznie, dokonuje się komunia miłości. Wtedy to już nie partner czy partnerka stają się obiektem naszego zachwytu, tylko życie zachwyca się życiem. Doświadczamy miłości, która jest prawdziwie ludzka.

Chodzić do łóżka z miłości albo z chciwości – jest różnica. Czy jednak zachwyt-miłość budzi w nas tylko pozytywne odczucia?
Czasem miłość bardzo boli, bo gdy w końcu odkrywamy nie-dualny wymiar miłości i seksu, to jednocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, ile błędów wcześniej popełniliśmy, ilu ludzi zraniliśmy. Poza tym doświadczenie miłości nie-dualnej dotyka zarazem bólu zranienia, które kiedyś sprawiło, że się nam serce zatrzasnęło.

Skąd się bierze ten ból?
Wszyscy mamy takie bolesne przeżycie za sobą. Przez pierwsze trzy, cztery lata istnienia jesteśmy życiem zachwyceni, kochamy wszystko i wszystkich nie-dualnie i bezwarunkowo. Z czasem jednak nieuważność, brutalność, a bywa, że i okrucieństwo dorosłych, ich nadmierne wymagania i bezduszne kary zamykają nam serce i wpędzają w dualistyczną iluzję. Bo kochanie ludzi, którzy nas nie rozumieją i krzywdzą, za bardzo boli. Stąd wzięła się druzgocąca diagnoza Krishnamurtiego: „Gdybyśmy potrafili prawdziwie kochać nasze dzieci, na świecie nie byłoby wojen”. Ale dzieci mimo wszystko w głębi zranionych serc kochają swoich krzywdzicieli. Niemniej warunkiem naszego przeżycia w dzieciństwie staje się przyjęcie jakiejś strategii przetrwania w dualnym świecie i, niestety, z tą strategią zaczynamy się z wolna identyfikować. Wówczas staje się ona murem oddzielającym nas od innych, od świata i od nas samych – od naszej niewinnej, kochającej prawdziwej istoty. W rezultacie tracimy wiarę w miłość, a zachwyt życiem zmienia się w egocentryczne pożądanie bezpieczeństwa, przyjemności, luksusu, władzy i sławy. Na szczęście jednak możemy to podstawowe, pierwotne zranienie przekroczyć i ponownie otworzyć serce, by zacząć współodczuwać – z dwóch uczynić jedno.

Lecz czasem bywa tak, że chcesz się w łóżku zachwycić cieleśnie, a on czy ona potrzebują czegoś innego, na przykład czułości?
Jeśli jesteś w stanie nie-dualnym, a więc głęboko współodczuwasz z tą osobą, to odpowiedź na jej potrzebę nie powinna być problemem. A jeśli zabraknie ci empatii, to z języka ciała tej osoby odczytasz bez trudu, o co jej chodzi. Wtedy decyzja należy do ciebie – albo idziesz za popędem, albo uwzględniasz stan i potrzeby partnera/ partnerki. Wybór pierwszej opcji jest jednoznaczny z egocentrycznym uprzedmiotowieniem i nadużyciem. Druga możliwa jest, gdyż człowiek okazuje się istotą zdolną do sublimowania seksualnej energii, czyli używania jej jako napędu działań, uczuć i motywacji innego porządku. Wtedy zamiast w zaślepieniu dążyć do satysfakcji możemy komuś bardzo pomóc troską, czułością i zrozumieniem.

A tymczasem pojęcie sublimacji jest rozumiane jako przejaw dewocji czy dewiacji seksualnych.
To pomylenie pojęć. Skutki, które przytaczasz, są typowe dla wyparcia i zaprzeczenia własnej seksualności i z reguły powodują, że przeradza się ona w hipokryzję, potrzebę poniżania innych, okrucieństwo, agresję i nienawiść. Natomiast sublimacja nie ma nic wspólnego z wyparciem. Wręcz przeciwnie. Energia seksualna jest wtedy silnie i – co bardzo ważne – pozytywnie uświadamiana, lecz na zasadzie świadomego wyboru zostaje przekierowana na inne niż seksualna motywacje i cele. Na przykład na rozwój duchowy, pracę na rzecz innych, sztukę, naukę. Wyparcie i zaprzeczenie to igranie z ogniem. Energia seksualna jest tożsama z potężną twórczą energią życia, tworzącą wszelkie formy istnienia. Wszystko jest z tej energii uczynione. Wypieranie się jej to wypieranie się siebie. Dlatego celibat ma wartość tylko wtedy, gdy jest świadomym wyrzeczeniem się czegoś postrzeganego jako cenne i piękne, a więc dobrze rozumianym poświęceniem. Niestety, w wielu religiach seks jest najpierw stygmatyzowany, a potem wypierany. Wprawdzie łatwiej wyrzec się czegoś, co sobie obrzydzimy, to jednak taki zabieg na seksualności prowadzi do dewiacji lub agresywnej, szaleńczej nadkompensacji.

Wszystko jest energią (materia to energia o niskich wibracjach i częstotliwości – mówi prof. Maciej Adamski z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu), a więc jednością...
To, że wszystko jest jednością, zdarza się ludziom odczuć w trakcie orgazmu – co jest zwiastunem wyższego stanu świadomości. W tantrze używa się właśnie energii seksualnej do podnoszenia poziomu świadomości do tak wysokich wibracji, że zanika zjawisko pożądania. Gdy zaś Jan Paweł II zwrócił uwagę wiernym, że nie tylko żony bliźniego nie powinno się pożądać, ale i własnej, to było wezwanie do miłości. Jednak słowa papieża wzbudziły protesty. O ile wiem, już do tego tematu nie wrócił. A rzecz w tym, by się nie uprzedmiatawiać nawzajem. W świecie nie-dualnym nawet przedmiotów nie ma powodu ani sposobu pożądać, a co dopiero człowieka. All you need is love – jak śpiewali Beatlesi.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Obłaskawić tyrana. Jak zapanować nad nadgorliwym umysłem?

Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. W efekcie żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które jest jedynie mrzonką. (Fot. iStock)
Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. W efekcie żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które jest jedynie mrzonką. (Fot. iStock)
Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. Dlaczego to robi? Czy nie gramy w jednej drużynie? Owszem – i on stara się, jak może, żeby służyć nam zawsze i wszędzie. Sęk w tym, że bywa nadgorliwy i dominujący. Dlatego, aby wieść w miarę spokojne i szczęśliwe życie – trzeba nad nim zapanować.

Jego funkcja od początku była jasna: miał nam zapewnić przetrwanie, chronić przed niebezpieczeństwem. Musiał więc być bardzo czujny, wypatrywać zagrożenia. I stał się wyspecjalizowanym oceniaczem, który nieustannie sprawdza: Dobre – złe? Bezpieczne – niebezpieczne? Pomocne czy szkodliwe? Kiedyś ostrzegał przed wilkiem czy niedźwiedziem, dziś uderza na alarm w zgoła innych okolicznościach: przewiduje utratę pracy, odrzucenie, ośmieszenie, porażkę. Węszy podstęp, nawet kiedy nie ma najmniejszego zagrożenia dla naszego życia czy zdrowia. Rezultat? Marnujemy mnóstwo czasu na zamartwianie się rzeczami, które prawdopodobnie nigdy się nie zdarzą.

Ale to nie wszystko. Terapeuta ACT, dr Russ Harris, autor książki „Pułapka szczęścia”, zwraca uwagę, że w minionych epokach warunkiem przetrwania człowieka była przynależność do grupy. Wykluczenie z niej oznaczało śmierć. W naszym mózgu wciąż tkwi lęk przed takim scenariuszem – stąd potrzeba ciągłego sprawdzania swojej pozycji w grupie i porównywania się z innymi. Czy jestem przydatny? Czy dość się staram? Czy mnie akceptują? Ileż energii tracimy, zabiegając o aprobatę innych i próbując się „naprawić”, przystosować, przypodobać! Ale też tropiąc własne wady i niedociągnięcia... To nie ma końca! Zawsze znajdą się lepsi od nas – mądrzejsi, piękniejsi, silniejsi, bogatsi – zwłaszcza że poprzez powszechny dostęp do mediów liczba osób, z którymi możemy się porównywać, jest przytłaczająca. Podsumowując: żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które w tych warunkach jest jakąś mrzonką... Ratunku!

W kole kontroli

Zanim zajmiemy się wychodzeniem z pułapki, poznajmy ją nieco lepiej, żeby mieć świadomość, gdzie utknęliśmy. Poznajmy mity dotyczące szczęścia. Pierwszy, jaki przywołuje Russ Harris, mówi:
„Szczęście jest naturalnym stanem wszystkich istot ludzkich”
Cóż, statystyki dotyczące depresji, prób samobójczych, zaburzeń psychicznych niekoniecznie to potwierdzają... Nie oszukujmy się: szczęście w czystej postaci jest rzadkością. Jeśli wierzysz, że inni są szczęśliwi, tylko tobie z jakiegoś powodu się nie udaje – jesteś w pułapce.

Drugi mit jest konsekwencją pierwszego:

„Skoro nie jestem szczęśliwy, coś musi być ze mną nie tak”
Przy takim założeniu cierpienie psychiczne wydaje się odstępstwem od normy, chorobą albo (zasługującą na potępienie) słabością. A przecież jest ono elementem ludzkiego losu!

Trzeci mit brzmi niegroźnie, ale może przysporzyć wielu frustracji:

„Żeby zmienić swoje życie na lepsze, musimy wyeliminować z niego trudne emocje”
Wyeliminować? Bardzo nierealistyczna wizja. Trudno cokolwiek zmienić, dokądkolwiek dojść bez doświadczenia po drodze niemiłych doznań – choćby niepokoju, zniecierpliwienia...

I wreszcie czwarty mit, będący kropką nad „i” oraz nakazem nad nakazami:

„Kontroluj swoje myśli i uczucia”
To żądanie niemożliwego! Po prostu nie jesteśmy w stanie tego zrobić, a na pewno nie w takim stopniu, jak byśmy sobie tego życzyli. Tym, co podlega kontroli, są nasze zachowania – myśli, uczucia rządzą się innymi prawami. Wizualizacje, afirmacje, autohipnoza? Cóż, mogą wpływać na samopoczucie, przynieść chwilową ulgę, ale nie usuną negatywnych myśli czy emocji – twierdzi Harris. One wracają, a my czujemy się nieskuteczni, przegrani, może nawet źli... Mity dotyczące szczęścia „wplątują nas w walkę z naszą własną, ludzką naturą, a z nią nie możemy wygrać” – uważa terapeuta. Pułapka rodzi się z tej walki.

Na czele całej rozgrywki stoi, oczywiście, nasz umysł z jego obsesją kontroli. Jest wielki – trudno temu zaprzeczyć. Zdolny do planowania, organizacji, skomplikowanych analiz, uczenia się. Dzięki niemu jesteśmy w stanie kształtować otaczający nas świat, rozwiązywać wiele złożonych problemów. Ale wewnętrzny świat działa inaczej. To, co miało być rozwiązaniem, często staje się tu dodatkowym problemem. Załóżmy, że sięgasz po alkohol, żeby poprawić sobie nastrój, a następnego dnia czujesz się jeszcze gorzej. Do tego uzależniasz się. Albo, w lęku przed odrzuceniem, unikasz ludzi, zaczynasz prowadzić samotnicze życie i... czujesz się odrzucony przez wszystkich. Nie da się ukryć: nasze strategie kontroli (oparte najczęściej na walce lub ucieczce) zawodzą. Wielu psychologów mówi przy tej okazji o mechanizmie unikania doświadczenia. Russ Harris nazywa go po prostu błędnym kołem. „Unikanie doświadczenia jest główną przyczyną depresji, lęków, uzależnienia od narkotyków i alkoholu, zaburzeń odżywiania i wielu innych problemów natury psychologicznej. Tak właśnie wygląda pułapka szczęścia: by doznać szczęścia, staramy się unikać niechcianych uczuć lub je eliminować – ale im mocniej się staramy, tym więcej ich wywołujemy”.

Naszła mnie myśl...

Umysł jest porywającym bajarzem. Zawsze ma jakąś historię na podorędziu. Co więcej – bardzo logiczną, wiarygodną, przekonującą. Kiedy przedstawia nam swój ogląd sytuacji, poparty rozlicznymi argumentami, trudno mu nie wierzyć. Sęk w tym, że większość audycji, które nadaje w trybie ciągłym, ma dość negatywny wydźwięk. Zwykle dowiadujesz się z nich, że nie dasz rady albo w ogóle jesteś do niczego. Być może największą pułapką, w jaką wpada ludzkość (wręcz przekrętem na skalę światową!), jest dawanie wiary myślom. Uznajemy je za ważne, prawdziwe, cenne albo i mądre. Czy takie są? Owszem, niektóre z nich mogą być użyteczne, a nawet genialne. Zwykle łatwo to zweryfikować – o ile potrafimy zachować wobec nich dystans. Takie zdystansowanie to jedna z cenniejszych życiowych umiejętności.

Jak to zrobić? Sposobów jest wiele. Zamiast „kupować” coś, co objawia ci umysł (zwłaszcza gdy rzecz dotyczy osądów pod twoim adresem), możesz stwierdzić: „Naszła mnie myśl, że...”. Albo wyśpiewać ją na wybraną melodię (najlepiej kilka). Nie wdajesz się w dyskusje, po prostu bawisz się słowami. Bo w końcu tym jest myśl – ciągiem słów. Pomocne bywa też nazwanie opowieści umysłu. Ach, to ta o fajtłapie! Ta jest o brzyduli, leniu, ta o niedawaniu rady, a ta o życiu do bani. Znam, znam... Może się pojawiać i znikać, kiedy chce, podczas gdy ty robisz swoje – to, co lubisz i cenisz. Jesteś trochę jak celebryta, o którym opowiadają niestworzone historie, a ty je ignorujesz. No, chyba że wolisz zajmować się sprostowaniami... W zdystansowaniu nie chodzi o kontrolę, tylko o akceptację. Nie znaczy to, że mamy lubić swoje myśli czy uczucia; ważne, by przestać z nimi walczyć. Nie szarpać się z własnym umysłem, uwolnić się spod jego tyranii. Przy okazji możesz poczuć się lepiej, ale potraktuj to jako skutek uboczny, nie główny cel – ostrzega Russ Harris. „Jeśli spodziewasz się, że zdystansowanie się do jakiejś myśli pomoże ci się jej pozbyć, to przygotuj się na rozczarowanie; znowu dałeś się złapać programowi kontroli i uwięzić w pułapce szczęścia. Musisz zaakceptować swoje myśli, a nie pozbywać się ich”.

Szach-mat, pas

To, że nie możemy ufać własnemu umysłowi, że tak często dajemy się mu wyprowadzić w pole – jest dość deprymujące. To jakbyśmy korzystali z oprogramowania, które nie do końca sprawdza się w dzisiejszej rzeczywistości, a nie da się go zaktualizować. Do czego się odwołać? Terapia ACT wprowadza ważne rozróżnienie: na myślące „ja” (czyli umysł) i „ja” obserwujące. To drugie jest aspektem ludzkiej świadomości, do niedawna ignorowanym przez psychologię. Tymczasem – jak zapewnia Russ Harris – uzyskanie dostępu do tej części siebie pozwala na głębsze przekształcenie relacji z niepożądanymi myślami i uczuciami. Jak już wiemy – myślące „ja” ocenia, ostrzega, dyskutuje, krytykuje, analizuje, porównuje, wyśmiewa, oskarża. Obserwujące „ja” natomiast jest ciche. Rejestruje wszystko bez wartościowania. Niczego nie odrzuca. Jest niezmienne, zawsze obecne, ale ponieważ nie raczy nas opowieściami, nie zauważamy go. Zapominamy o nim (o ile w ogóle zdajemy sobie sprawę z jego istnienia). Co za strata!

Obserwujące „ja” odpowiada za koncentrację i świadomość (bywa też utożsamiane z tą ostatnią). Dzięki niemu możemy z łatwością przenosić uwagę na to, co dla nas naprawdę ważne. Oznacza to, że nie musisz podejmować wysiłków, by wyłączyć stację, w której nadaje umysł, czy zmienić audycję na bardziej optymistyczną. Zamiast tego dokonujesz swoistego przesunięcia: coś jest na pierwszym planie, a coś w tle, niczym poszum wiatru za oknem. Nie będziesz chyba szarpać się z wiatrem?

Jak nawiązać kontakt z obserwującym „ja”? Russ Harris poleca technikę dziesięciu głębokich, wolnych oddechów. Wykonując je, obserwuj klatkę piersiową, brzuch, ramiona, ruch powietrza. Niech myśli i obrazy wędrują w tle, jak przejeżdżające samochody. Za każdym razem, gdy jakaś myśl będzie chciała zabrać cię na wycieczkę, wróć łagodnie do obserwacji. Praca z oddechem to dobry punkt wyjścia do bardziej zaawansowanych praktyk. Weźmy rozszerzenie (więcej w ramce poniżej): robimy je, by przygotować miejsce dla nieprzyjemnych uczuć, doznań i potrzeb. Nawet jeśli są ogromne, ty jesteś większy! Dając im przestrzeń, przekonasz się, że nie są takie straszne. I że – po osiągnięciu punktu szczytowego – gotowe są opaść, odejść. Jak by to było otworzyć się na nie, zamiast spinać? Obserwować je, objąć oddechem, a potem uwolnić?

Obserwujące „ja” jest też kluczowe w procesie, który autor „Pułapki szczęścia” nazywa połączeniem. Chodzi o kontakt z chwilą obecną, angażowanie się w to, co właśnie robimy. Nie trzeba chyba przekonywać, że umysł nie jest tu dobrym pośrednikiem – raczej odcina nas od rzeczywistości. Obserwujące „ja” pozwala nam utrzymać więź ze światem i bieżącym doświadczeniem (ćwiczenie na połączenie znajdziesz w ramce na poprzedniej stronie).

Na koniec jeszcze jeden mit – dotyczący samooceny. Russ Harris zwraca uwagę, że samoocena to nic innego jak zbiór myśli na własny temat. Opinii, bo na pewno nie faktów! Tak naprawdę to opinia myślącego „ja”. Chcesz mieć wysoką samoocenę? Musisz przedyskutować temat z umysłem, sprawdzić, co się da wynegocjować. A potem udowadniać, że jesteś dobry, inteligentny, kompetentny... Zdaniem terapeuty przypomina to niekończącą się partię szachów. Figurami są twoje myśli i uczucia: „dobre” (białe) i „złe” (czarne). Atakujesz białymi pionkami („dostałem podwyżkę”, „chodzę regularnie na siłownię”), a czarne przypuszczają kontratak, wysuwając swoje argumenty. A gdyby tak wyjść z tej gry? „Opowieść o tym, że nie jesteś wystarczająco dobry, będzie do ciebie nieustannie powracać, bo tak właśnie wyewoluował ludzki mózg. Chcesz do końca życia z tym walczyć?” – pyta Harris. A może mógłbyś przestać patrzeć na siebie jak na białe czy czarne figury i uznać, że jesteś czymś więcej – że bliżej ci do niezaangażowanej w walkę szachownicy? Pewnie domyślasz się, do czego prowadzi ta metafora... Tak, do obserwującego „ja”! „To akceptacja w swojej najczystszej postaci” – pisze Harris. Nie można go skrzywdzić, obrazić, umniejszyć. Chcesz się do niego dostroić? Skup się na doznaniu, które jest akurat twoim udziałem, obserwuj je z ciekawością. Umysł będzie się wtrącać, komentować, wciskać swoje opowieści. Jeśli złapiesz się na tym, że mu wierzysz, zrób krok do tyłu i obserwuj – radzi terapeuta. Teraz wystarczy, że skupisz się na postaci obserwatora, i będziesz mógł zobaczyć prawdziwego siebie.

„Piątka” - ćwiczenie na połączenie

To ćwiczenie ma pomóc ci zająć centralną pozycję w otoczeniu i połączyć się z nim. Wykonuj je po kilka razy dziennie, zwłaszcza wtedy gdy zauważysz, że błądzisz myślami albo zanadto koncentrujesz się na swoich uczuciach. Dzięki niemu szybko powrócisz do tu i teraz.
  • Przerwij to, co akurat robisz.
  • Rozejrzyj się i wybierz z otoczenia pięć przedmiotów.
  • Wytęż słuch i zarejestruj pięć odgłosów.
  • Zwróć uwagę na pięć rzeczy mających kontakt z twoim ciałem.
Źródło: Dr Russ Harris, „Pułapka szczęścia”, Studio Astropsychologii

Rozszerzenie

Pomyśl o czymś, co budzi twój niepokój albo wywołuje napięcie. Skup się na problemie, aż poczujesz się nieswojo.

Krok 1: Obserwacja. Skoncentruj się na doznaniach ciała. Przeskanuj je, określ, co czujesz i w których miejscach. Poszukaj doznania, które najbardziej ci przeszkadza, przyjrzyj mu się uważnie. Zwróć uwagę, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy. Jaki ma kształt? Jak głęboko sięga? W którym miejscu jest najsilniejsze, a gdzie najsłabsze? Jest lekkie czy ciężkie? Ciepłe czy chłodne? Pozostaje w bezruchu czy się porusza?

Krok 2: Nabranie tchu. Zacznij od kilku głębokich oddechów – im będą wolniejsze, tym lepiej. Zadbaj, by każdy oddech kończył się całkowitym opróżnieniem płuc (pomoże to ciału się rozluźnić). Oddychaj powoli i głęboko, wyobrażając sobie, że dmuchasz na to doznanie. Poczuj, jak twój oddech je opływa, jakbyś tworzył dodatkową przestrzeń wewnątrz ciała. Daj mu trochę miejsca.

Krok 3: Uwolnienie. „Uwolnienie” oznacza, że pozwalasz doznaniu istnieć, chociaż wcale ci nie odpowiada. Gdy twój umysł zacznie komentować to, co robisz, podziękuj mu i wróć do obserwacji. Oczywiście, może pojawić się potrzeba walki z danym doznaniem albo odepchnięcia go od siebie. Rozpoznaj ją, ale nie angażuj się. Wróć do dręczącego cię doznania. Nie próbuj go wyeliminować ani zmienić. Jeśli zmieni się samo z siebie, to dobrze. Jeśli nie – też dobrze. Celem nie jest modyfikowanie go ani wymazywanie. Masz pozwolić, żeby istniało, nawet jeśli za nim nie przepadasz.