1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Na polach energii

Na polach energii

W poszukiwaniu niezwykłości warto choć czasem zwrócić się ku samemu sobie, ku swojemu ciału. A zwłaszcza miejscom, które jogini nazywają czakrami i którym przypisują duży wpływ na jakość naszego życia

 

Jogini od tysięcy lat utrzymują, że gdy nasze czakry są zharmonizowane, takim staje się również nasze życie. Czakry (w sanskrycie słowo czakra oznacza „koło”) to umiejscowione wzdłuż kręgosłupa centra energetyczne, które przyjmują energię i emanują nią. Wibrująca energia czakr manifestuje się na co dzień w naszych emocjach, świadomości i w zdrowiu. Siedem głównych czakr ma szczególne znaczenie, bowiem każda z nich ma energetyczny związek z innym gruczołem i odpowiada za rejon ciała, w którym się mieści. W zależności od tego, czy czakra jest zbalansowana, przesilona energetycznie, czy osłabiona, jakość i właściwości jej energii przejawiają się w różnych doznaniach emocjonalno-fizycznych. Energia pierwszych trzech czakr płynie w dół i na zewnątrz, do świata materii, i przejawia się świadomością ciała.

Pierwsza czakra Muladhara (w sanskrycie „korzeń”), położona między narządami rozrodczymi i odbytem, jest miernikiem naszego poczucia bezpieczeństwa. Tutaj budzi się moc przeciwstawiania się aktywnie temu, co zagraża naszemu przetrwaniu. Energia Muladhary pozwala na samokontrolę umysłu. Czerpiemy ją z systemu naszych podstawowych przekonań, ze związku z miejscem, w którym żyjemy, z rodziną i tradycjami.

Osłabienie energii pierwszej czakry objawia się stanami lękowymi, autodestrukcyjnymi tendencjami, pasywnością i brakiem pewności siebie. W skrajnych przypadkach występuje paranoja, hipochondria, przejadanie się, przesadne wydawanie pieniędzy, chciwość i zaborczość. Przy nadmiarze energii tej czakry rośnie poczucie wyższości, przesadna pewność siebie, która może doprowadzić do chęci dominacji, przemocy i gwałtowności.

Zrównoważona pierwsza czakra daje nam poczucie bezpieczeństwa i ugruntowania. Wiemy, że mamy prawo być tutaj, na Ziemi, i że mamy prawo być takimi, jakimi jesteśmy. Zyskujemy poczucie, że niczego nam nie brakuje, że jesteśmy w stanie zapewnić sobie zaspokojenie podstawowych potrzeb. Ponieważ sami czujemy się w pełni akceptowani i bezpieczni, jesteśmy świadomi różnorodności świata, a przez to mamy pełną akceptację dla wszystkich ludzi, niezależnie od tego, jak bardzo różnią się od nas. Zdrowa pierwsza czakra jest naszym fundamentem. Dając poczucie stabilności, pozwala odważnie rozpocząć wędrówkę ku rozwojowi naszego pełnego potencjału.

Ćwiczenie na wzmocnienie pierwszej czakry

Siedzimy na podłodze z lewą nogą wyprostowaną, a prawą zgiętą w kolanie, wnętrze prawej stopy dotyka do lewego uda. Chwytamy duży palec lewej stopy lub jeśli nie dosięgamy, opieramy dłonie na lewej nodze, tak aby nie nadwyrężać kręgosłupa. Powoli robimy skłon, kręgosłup jest lekko zaokrąglony. Zatrzymujemy się w miejscu dla nas wygodnym i pozostajemy tak od 30 sekund do 3 minut. Obserwujemy, gdzie nasze ciało jest napięte, i świadomie je rozluźniamy, oddychając głęboko i spokojnie. Pozwalamy, aby przy każdym wydechu ciało rozluźniało się coraz bardziej. Aby zakończyć, robimy głęboki wdech i powoli podnosimy się i prostujemy kręgosłup. Wykonujemy to samo ćwiczenie, prostując prawą nogę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak budować zdrową niezależność? - 7 kroków

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
Obniżona samoocena powoduje, że opinie z zewnątrz stają się ważniejsze niż nasze odczucia. Jak sprawić, aby nasze poczucie własnej wartości zaczęło rosnąć, a wpływ otoczenia nabrał właściwych proporcji?

1. Weź za siebie odpowiedzialność

To jeden z 6 filarów poczucia własnej wartości, teorii stworzonej i rozpropagowanej przez Nathaniela Brandena. Co to oznacza w praktyce? Zrozumienie, że mamy jedno życie i że od nas zależy, jak je przeżyjemy. I że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy i co robimy. Jeśli za swoje pomyłki, nieudane związki czy niesatysfakcjonującą pracę obwiniasz innych, stawiasz się w roli ofiary. A przecież ostatecznie to ty i tylko ty dokonujesz wyboru. Rodzice naciskali, żebyś poszła na medycynę, a teraz żałujesz, że nie wybrałaś dziennikarstwa? Cóż, dokonałaś wyboru między własną satysfakcją a zadowoleniem rodziców. Pragnienie funkcjonowania w grupie nie zwalnia cię od wzięcia odpowiedzialności za swoje myśli, dążenia i działania. Nie będąc zależna od innych, poczujesz się nie tylko bardziej kompetentna, ale też staniesz się bardziej wiarygodna dla innych. Zamiast sprawnym, ale przeciętnym lekarzem będziesz doskonałym dziennikarzem.

2. Ćwicz asertywność

Wielu osobom kojarzy się z nawykiem mówienia „nie”, ale to tylko połowa prawdy. Inni uważają, że asertywność to ładna nazwa na szorstkie zachowanie lub egoizm. W istocie asertywność jest jedynie wyrażonym szacunkiem dla własnych potrzeb, uczuć i opinii. Brak asertywności jest lękiem przed zademonstrowaniem swojej odrębności. Jeśli masz z tym problem, zacznij od wyrażania swoich potrzeb w mniej drażliwych kwestiach, np. wyboru filmu w kinie czy dania w restauracji. Gdy dasz sobie prawo do wyrażania siebie, łatwiej będzie ci przyjmować odmienne zdanie, a także odmowę. Zrozumiesz, że nie musisz brać ich do siebie. A jeśli nie jesteś pewna swojego zdania w istotnej sprawie – zamiast przytakiwać od razu – zacznij mówić: „Daj mi chwilę, muszę to sobie przemyśleć”.

3. Twórz instrukcję obsługi siebie

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś, stanowi cenny wkład w jakość grupy, którą tworzysz z innymi. Ale aby wiedzieć, co do niej wnosisz, musisz poznać siebie i swoje poglądy. Dlatego jak najczęściej pytaj samą siebie:
  • Co najbardziej lubię (jakie smaki, zapachy, kolory itd.)?
  • Co o tym sądzę?
  • Co zrobiłabym na jego czy jej miejscu?
  • Czego najbardziej się boję?
To może być świetna zabawa, niejedna własna reakcja może cię zaskoczyć. Najważniejsze, że w ten sposób tworzysz instrukcję obsługi siebie – przydatną innym, ale głównie tobie.

4. Praktykuj świadome życie

Może ci w tym pomóc Praktyka Obecności na bazie koncepcji Colina P. Sissona, medytacja, joga lub technika mindfulness – wszystkie one wyczulają na odbieranie sygnałów z własnego ciała oraz rewidowanie pojawiających się w głowie myśli. Kiedy twoje podejście do życiowych wyzwań opiera się na fabrykowaniu teorii spiskowych („na pewno wszyscy się dowiedzą o mojej pomyłce”, „jestem beznadziejna, nic mi się nie udaje”), twoja samoocena staje się krucha, a cudza opinia, szczególnie gdy dotyczy wrażliwych punktów, bywa niszcząca. Kiedy decydujesz się, by karmić się tylko pozytywnymi myślami i w bezpieczny sposób dawać ujście swoim emocjom (na przykład zadając sobie kluczowe pytania: Dlaczego mnie to tak zdenerwowało? Co mogę zrobić następnym razem, by bardziej nad sobą panować?) – spirala znowu idzie w górę i coraz mocniej ufasz sobie.

5. Określ swój życiowy cel

To nie oznacza, że masz podporządkować życie realizacji planu, który stanie się wypełniającą je ideą, usuwającą wszystko inne w cień. Chodzi raczej o zmianę myślenia z: „oby mi się udało nie popełnić błędu” na: „zrobię wszystko, by to, czego pragnę, stało się realne”. Pomyśl… Czy patrząc z perspektywy, widzisz, że zmiany w twoim życiu wyznaczyły decyzje, które podjęłaś, czy też sploty okoliczności? Gdy mamy skłonność do dryfowania, znacznie mniej zaufania pokładamy w sobie. Często więc czyjaś ocena sprawia, że zaczynamy wątpić, czy kierunek jest słuszny. Świadomość celu to pozytywna energia. Jeśli wiesz, że dla ciebie ważna jest rodzina i przyjaźń, albo chcesz tańczyć ponad wszystko, to nawet gdy ktoś mówi, że postępujesz głupio lub naiwnie – ty odpowiadasz mu, że gdyby nie marzyciele, Ziemia nadal byłaby płaska.

6. Zaakceptuj siebie

Jak powiedział Nathaniel Branden, „akceptacja jest odmową bycia swoim wrogiem”. Bo kiedy negujemy swoje myśli i zachowania, których nie lubimy, zazwyczaj nie przyznajemy się do nich. Gdy uważamy, że czegoś nie potrafimy – wycofujemy się lub udajemy, że jest inaczej. Kiedy nie podoba nam się nasze odbicie w lustrze, za małe oczy, za duży nos, za gruba lub za chuda sylwetka – staramy się to maskować ubraniem, makijażem. Choć próbujemy w taki sposób chronić siebie, robimy rzecz odwrotną – odrzucamy siebie. Przy takim nastawieniu każda krytyka, a nawet żart, stają się naprawdę raniące. Nie jest możliwe, aby mieć dobrą samoocenę i jednocześnie nie akceptować siebie.

7. Bądź wierna swoim zasadom

Jeśli twój wewnętrzny kodeks nie przyzwala na kłamstwa, a sama mijasz się z prawdą, by nie narazić się otoczeniu, to ma tu miejsce spory dysonans. W ten sposób znowu rezygnujesz z części siebie, by zyskać akceptację. Ale tracisz szacunek do siebie – ważny filar samooceny. Pamiętaj, że przestrzegając swoich zasad, uniezależniasz się od tego, co myślą o tobie inni.

Joanna Godecka: life coach, praktyk Integracji Oddechem i Integrującej Obecności. 

  1. Psychologia

Czy poczucie fizycznej atrakcyjności wpływa na karierę?

– Jeśli bezkrytycznie ulegamy trendom mody lub szaleńczo usiłujemy zrobić karierę w sposób niezgodny ze swoim wnętrzem, pokazujemy światu, że nie czujemy własnej unikalności – mówi Joanna Godecka. (Fot. iStock)
– Jeśli bezkrytycznie ulegamy trendom mody lub szaleńczo usiłujemy zrobić karierę w sposób niezgodny ze swoim wnętrzem, pokazujemy światu, że nie czujemy własnej unikalności – mówi Joanna Godecka. (Fot. iStock)
Tak, ponieważ wiąże się z nią poczucie własnej wartości, a z niej wynika to, jak zarządzamy własnym potencjałem, również w pracy.

"Jesteś piękna!”. Jak często słyszymy takie słowa na co dzień – od bliskich, znajomych, tych, których kochamy i z którymi pracujemy? Zdecydowanie za rzadko. Może dlatego mamy tak kiepskie zdanie o własnej atrakcyjności?

Po co ci szkolenie?

Joanna Godecka, life coach, uważa, że niską samoocenę, wynikającą także z tego, że nie czujemy się pięknie, staramy się kompensować na różne sposoby. W sferze zawodowej stosunkowo łatwo to osiągnąć: nadrabiamy inteligencją, pracowitością, podnoszeniem kwalifikacji oraz zawodowej rangi. Działanie takie nie jest złe samo w sobie, ale jeśli u źródła zapisywania się na kolejne kursy i szkolenia oraz pragnienia awansu czy posiadania władzy znajduje się kompensacja niskiego poczucia atrakcyjności, nie osiągniemy prawdziwego i trwałego spełnienia. Działamy bowiem w kierunku „od”, uciekamy od wewnętrznego dyskomfortu, ponieważ chcemy poczuć ulgę. To do niczego dobrego nas nie doprowadzi. Owszem, możemy wspiąć się na kolejny szczebel kariery, poprzez podniesienie kwalifikacji umocnić swoją wartość na rynku pracy, ale czy to będzie, po pierwsze, trwałe osiągnięcie, a po drugie, czy przyniesie nam wewnętrzną satysfakcję? Niekoniecznie. Zauważmy, że ten wyścig zaczyna się już w szkole, kiedy środowisko, w którym wyrastamy, popycha nas w kierunku bycia bardziej prymuską niż cieszącą się swoim unikalnym pięknem dziewczynką. Stwierdzenia typu: „Pięknością nie jesteś, więc ucz się i ciężko pracuj” kodują nas na długi czas. Gdy próbujemy zagłuszyć wewnętrzny ból płynący z niskiego poczucia własnej wartości, istnieje niebezpieczeństwo, że wpadniemy w pułapkę konieczności podejmowania coraz to bardziej wymagających wyzwań: zdobywania nowych umiejętności oraz wyższej pozycji. Zatrzyma nas dopiero wypalenie zawodowe, porażka, choroba, poczucie bezsensu życia. Jak temu zapobiec? Możemy zacząć od tego, że inaczej spojrzymy na samo piękno.

Kogo widzisz w lustrze?

– Pojęcie piękna, w tym szczególnie kobiecego, możemy rozpatrywać na wielu płaszczyznach – mówi Joanna Godecka. – Zdecydowana większość Polek kojarzy je przede wszystkim z aspektem urody: zgrabną sylwetką, pięknymi włosami czy rysami twarzy. Jeśli jednak zejdziemy na obszar mniej oczywistego piękna, przekonujemy się, że Polki zaczynają doceniać takie wartości, jak optymizm, osobowość, dobroć. Okazuje się bowiem, że dzięki takiemu spojrzeniu jest nam bliżej do akceptacji różnorodności. Wówczas lansowane agresywnie przez media trendy nie wpływają na nas destrukcyjnie.

Joanna Godecka podkreśla, że definicja piękna zmienia się wraz ze wzrostem świadomości. Odkrywamy, że liczą się nie tylko idealne proporcje i harmonijne rysy, ale także specyficzna aura, która wynika z poczucia wewnętrznej spójności, radości, swobody. I to jest przepis na wszelki sukces, też zawodowy. – Można powiedzieć, że świat kocha ludzi, którzy kochają świat, a za pięknych uważamy tych, którzy pięknem emanują – mówi Joanna Godecka. – Ten proces, czyli wymiana energii między nami i otoczeniem, zaczyna się od odkrycia w sobie potencjału, zasobów i zatroszczenia się o nie.

Jakie są te zasoby? Należą do nich między innymi:

  • osobowość, czyli unikatowość naszych cech sprawiająca, że jesteśmy tym, kim jesteśmy;
  • poczucie własnej wartości pozwalające na wyrażanie siebie w sposób autentyczny i empatyczny;
  • wynikająca z poczucia własnej wartości nienarzucająca się pewność siebie, która sprawia, że czujemy się atrakcyjne;
  • optymizm, ponieważ osoba, która szczerze się uśmiecha, automatycznie staje się piękna;
  • inteligencja emocjonalna powodująca, że umiemy nawiązywać wspierające relacje;
  • dbanie o siebie, które dowodzi, że cenimy i szanujemy siebie;
  • szeroko pojęta elegancja, czyli umiejętność podkreślania swoich walorów odpowiednim, gustownym strojem, a wynika ona ze świadomości, w czym dobrze się czujemy i wyglądamy.

To są składowe definicji piękna, którego odbiór staje się coraz bardziej indywidualną sprawą. A piękno zewnętrzne? – Poczucie bycia piękną możliwe jest tylko w sytuacji, w której doceniamy siebie i patrzymy w lustro z akceptacją – podkreśla Joanna Godecka. – Najważniejszy jest powód, dla którego codziennie spoglądamy w to lustro. Jeśli szukamy jedynie mankamentów, które uwypukla nasz Wewnętrzny Krytyk, wtedy swoje wysiłki skupiamy wokół prób uczynienia problemu mniej widocznym. A przecież nie o to właśnie chodzi. Chodzi o skupianie się na tym, co w nas jest piękne. To my same uczymy ludzi, jak mają na nas patrzeć. Jeśli my widzimy tam piękno, inni także je zauważą. Jeśli my go nie dostrzegamy, nie przekonamy o tym świata.

Wsparcie koleżanek zza biurka

Wiele kobiet przyznaje, że ważna jest dla nich opinia innych kobiet. Chętnie prosimy o pomoc w ocenie córkę, przyjaciółkę czy też mamę, licząc na ich szczerą opinię, bo trudno nam odnieść się do własnej atrakcyjności. W miejscu pracy, gdzie spędzamy przecież tak dużo czasu, tym bardziej możemy się wspierać.

– Chodzi o umiejętność dawania innym kobietom wsparcia w dążeniu do bycia najlepszą wersją samej siebie – podpowiada Joanna Godecka. – Nie wszystkie z nas zdają sobie sprawę z tego, jak ważna jest relacja pomiędzy kobietami w pracy, jak wiele może ona wnieść w nasz sposób postrzegania siebie. Może nam dodać skrzydeł, ale także je podciąć. Bo w zespole tworzymy wspólne wzorce.

Dlatego zamiast rywalizacji i wzajemnego oceniania warto postawić na współpracę oraz życzliwość. Poczucie emocjonalnego bezpieczeństwa w przyjaznym otoczeniu jest nieocenionym elementem sprzyjającym rozwojowi najlepszych cech. Wzmacnia odwagę bycia sobą. Gdy życzliwe koleżanki udzielają pozytywnej informacji zwrotnej, łatwiej nam uwierzyć w piękno własnego ciała oraz duszy. Wówczas poczucie własnej wartości ugruntowuje się. Zaczynamy traktować siebie z czułością i odrobiną dystansu. Tworzymy nowy, pozytywny wzorzec i dzielimy się nim z innymi.

Uczymy się od siebie także przez obserwację, dlatego starajmy się wzajemnie dostrzegać swoją indywidualność i ją podkreślać. Radość i poczucie piękna są zaraźliwe!

– Jeśli bezkrytycznie ulegamy trendom mody lub szaleńczo usiłujemy zrobić karierę w sposób niezgodny ze swoim wnętrzem, pokazujemy światu, że nie czujemy własnej unikalności – mówi Joanna Godecka. – Podczas gdy projektanci, kosmetolodzy oraz trenerzy motywacyjni zasypują nas komercyjnymi pomysłami, my skontaktujmy się ze sobą. Pielęgnujmy poczucie własnej wartości, dostrzeganie siebie jako wyjątkowej istoty ludzkiej, obdarzonej unikatowym pięknem.

A wtedy życie zawodowe nie będzie nam niczego rekompensować, a wprost przeciwnie – idealnie dopełniać.

Joanna Godecka, life coach, zajmuje się psychoterapią w nurcie pozytywnym, coachingiem oraz sesjami Integrującej Obecności i Synchronizacją Pozytywną.

  1. Psychologia

Poczekać ze zjedzeniem cukierka. Kilka słów o samoograniczaniu

Wydaje się, że samoograniczanie ma niewiele wspólnego z sukcesem. Co innego dowodzi jednak eksperyment z cukierkami, który wiele lat temu przeprowadzono w Ameryce. (Fot. iStock)
Wydaje się, że samoograniczanie ma niewiele wspólnego z sukcesem. Co innego dowodzi jednak eksperyment z cukierkami, który wiele lat temu przeprowadzono w Ameryce. (Fot. iStock)
Samoograniczanie to żaden masochizm. To szansa na to, abyśmy mogli cieszyć się z tego, co mamy – mówi trenerka rozwoju osobistego Ewa Zaremba.

Dlaczego tak trudno nam powściągnąć żądzę posiadania coraz większej liczby rzeczy?
Samoograniczanie ma duży związek z umiejętnością odkładania na później gratyfikacji. Jeżeli nie mamy tej umiejętności, może być nam trudno sobie czegoś odmówić. Jeśli natomiast potrafimy czekać z konsumowaniem nagrody, to nie tylko łatwiej będzie nam się samoograniczać, ale także może nam to zapewnić w przyszłości sukces.

Co ma piernik do wiatraka?
Wydaje się, że samoograniczanie ma niewiele wspólnego z sukcesem. Co innego dowodzą jednak badania, które wiele lat temu przeprowadzono w Ameryce. Do udziału w nich zaproszono dzieci. Powiedziano im: Każde z was ma dwa cukierki, możecie zjeść albo obydwa naraz, albo jednego teraz, a drugiego za pół godziny. Jeżeli zostawicie drugiego cukierka na później, to za te pół godziny dołożymy wam dwa. Dzieci były na tyle duże, że wiedziały, co znaczy pół godziny, potrafiły rozłożyć je sobie na osi czasu. Niektóre zjadały obydwa cukierki, inne moment zjedzenia drugiego odkładały. Po 20 latach zbadano sytuację tych ludzi i stwierdzono nieprawdopodobną wprost prawidłowość. Otóż okazało się, że te osoby, które jako dzieci potrafiły poczekać ze zjedzeniem drugiego cukierka, odniosły zdecydowanie większe sukcesy niż te, które zjadały wszystko od razu. Z tego doświadczenia płynie prosta lekcja – że samoograniczanie na dłuższą metę popłaca.

Co powoduje, że jedne dzieci potrafią odraczać przyjemność, a inne nie?
Wiele umiejętności dziedziczymy w genach. Badania pokazują, że coś takiego jak poziom odczuwania szczęścia dziedziczymy w 50 procentach. Podobnie jest z odkładaniem gratyfikacji.

To bardzo wygodne alibi: Nie umiemy się samoograniczać, bo tak mamy zapisane w genach.
Ale geny to tylko 50 procent i jednocześnie aż 50 procent możliwości do zmiany!

Co oprócz genów wpływa na naszą nadmierną chęć posiadania i gromadzenia? Pachnie mi to autosabotażem. Z 12 wzorców autosabotażu aż sześć dotyczy relacji człowieka z samym sobą lub z najbliższymi. Każda taka relacja przekłada się na jego stosunek do pieniędzy, przedmiotów, rzeczy.

Na przykład?
Wzorzec, który ja nazywam wzorcem porzucenia, czyli przekonanie, że wcześniej czy później ktoś nas porzuci, powstaje, kiedy ktoś wychowuje się w rodzinie niezaspokajającej jego potrzeb emocjonalnych, na przykład bliskości i miłości, a także kiedy doświadcza w dzieciństwie śmierci bliskiej osoby lub odejścia któregoś z rodziców. Takie przekonanie o tym, że zostaniemy porzuceni, przekłada się na nasze relacje z ludźmi, na stosunek do rzeczy i pieniędzy.

W jaki sposób?
Jako dorośli kurczowo trzymamy się każdego człowieka, a zarabiane pieniądze, rzeczy gromadzimy na czarną godzinę. Chcemy to wszystko mieć zamiast poczucia bliskości, bo te dobra nas nie opuszczą, tak jak w przeszłości zostawili nas rodzice. Albo zachowujemy się wprost przeciwnie – wydajemy wszystko, co mamy, na zasadzie: bo taki jest mój scenariusz, że pieniądze się mnie nie trzymają, po co więc oszczędzać.

W dłuższej perspektywie brak umiejętności samoograniczania nie wychodzi nam zatem na dobre. A w krótszej?
Też nie, bo zubaża nasz kontakt ze światem i innymi ludźmi. Im więcej posiadamy, tym mniej doceniamy to, co mamy. Ktoś trafnie porównał nasze współczesne życie do rejsu na „Titanicu”. Każdy walczy o lepsze miejsce, a za chwilę wszyscy utoniemy. Najlepszym przykładem tego, do czego może doprowadzić taka postawa, jest obecna sytuacja w Stanach. Rozpasana do granic konsumpcja, kredyty za minimalną cenę – i koniec ewidentny.

Ale my, Polacy, jesteśmy chyba jednak trochę usprawiedliwieni. Rekompensujemy sobie lata braków i biedy.
Zgadzam się, to odreagowywanie tamtych niedostatków. Kupujemy najdroższe ubrania, największe domy, najnowocześniejsze auta. Kiedy mój brat po latach przyjechał do Polski z Kanady, stwierdził, że nawet tam nie widział na ulicach takich modeli jaguarów. Ludzie chcą się tymi dobrami nasycić. Trzeba jednak pamiętać, że ten głód może być wiecznie niezaspokojony. Od czego tak naprawdę zależy sukces? Od wiedzy, stosowania konkretnych procedur, ale także od zdolności do odczuwania spełnienia, gdy już dotrzemy na szczyt. A co my na tym szczycie robimy? Rozglądamy się za następnym szczytem do zdobycia, zamiast postać, powdychać powietrze, popatrzeć, kto jeszcze tam dotarł albo co stamtąd widać. Samoograniczanie to żaden masochizm. To szansa na to, abyśmy mogli cieszyć się z tego, co mamy.

Ewa Zaremba, trenerka rozwoju osobistego i NLP, właścicielka i dyrektorka firmy Masters zajmującej się szkoleniami z zakresu szybkiego i efektywnego uczenia się, samodoskonalenia, rozwoju i motywacji. Prowadzi autorskie szkolenia i Akademię Life Masters.

  1. Psychologia

Życie w lęku nie pozwala nam na pełny rozwój

Lęk sam w sobie nie jest zły. Kłopot pojawia się wtedy, gdy indywidualny system ostrzegania człowieka ulega „przeprogramowaniu” i sprawia, że reakcje stają się nieadekwatne do sytuacji. (Fot. iStock)
Lęk sam w sobie nie jest zły. Kłopot pojawia się wtedy, gdy indywidualny system ostrzegania człowieka ulega „przeprogramowaniu” i sprawia, że reakcje stają się nieadekwatne do sytuacji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Lęk sam w sobie nie jest zły. Spełnia istotną ewolucyjnie funkcję – informuje o zagrożeniach, każe reagować na niebezpieczeństwo. Kłopot pojawia się wtedy, gdy indywidualny system ostrzegania człowieka ulega „przeprogramowaniu” i sprawia, że reakcje stają się nieadekwatne do sytuacji.

Sebastian ma 30 lat. Kilka lat temu zrozumiał, że żyje w niewoli kompleksów i strachu, że za chwilę zniszczy swój związek. Postanowił z tym walczyć – poddał się półrocznej psychoterapii indywidualnej metodą poznawczo-behawioralną. W rozmowie z Zofią Rokitą dzieli się swoim doświadczeniem wychodzenia z lęku. Opowiada o przebiegu i efekcie terapii, którą podjął w tym celu.

Z jakim problemem zgłosiłeś się do terapeuty?
Głównie z różnego rodzaju lękami – przed odtrąceniem, wyśmianiem, upokorzeniem. Czułem, że mam ze sobą jakiś problem, ale nie wiedziałem jaki. Wtedy pomyślałem o psychoterapii. Skoro innym pomaga, może warto spróbować? Miałem 23 lata, byłem studentem geografii.

W jakich sytuacjach najczęściej dopadały cię lęki?
Wśród ludzi: na zajęciach, na spotkaniach towarzyskich. Miałem wrażenie, że jestem mało interesujący, gorszy od innych, nudny, beznadziejny... Że mnie nie akceptują, nie mają ochoty przebywać w moim towarzystwie. Z trudem przychodziło mi wyrażanie opinii, jąkałem się, głos mi drżał, serce wpadało w galop. Często zamykałem się w swoim świecie i zastanawiałem, jak inni mnie odbierają, dlaczego każda próba nawiązania z kimś bliższego kontaktu kończy się odrzuceniem. Pytanie „dlaczego” stało się moją obsesją. W głowie kłębiły się dołujące i gnębiące myśli, a takie jeszcze bardziej napędzały moje lęki. Mówiłem sobie: „Jeśli z ciebie taki palant, to nie dziw się, że inni się do ciebie nie garną”. Gdzieś w głębi nosiłem jednak przekonanie, że wcale nie musi tak być.

Dlaczego właśnie wtedy zdecydowałeś się na terapię?
W moim życiu wydarzyło się coś, co dało mi potężnego kopa, ogromnie zmotywowało, by zwrócić się po pomoc do specjalisty. Poznałem dziewczynę i po raz pierwszy naprawdę się zakochałem. Ewa też mnie pokochała. I zaczęła się udręka! Zamiast się cieszyć, żyłem w ciągłym niepokoju, strachu, że mnie porzuci. Byłem pełen myśli typu: „Jesteś frajerem, to nie może być prawda. Jak taka dziewczyna mogłaby zainteresować się facetem takim jak ty...”. Lęki przed porzuceniem stały się natrętne, czułem, że przejmują nade mną kontrolę, zbierają się nade mną niczym czarne chmury. Ciągle domagałem się od Ewy potwierdzeń, zamęczałem ją pytaniami: „Naprawdę mnie kochasz? Dlaczego mnie wybrałaś?

Czy na pewno między nami jest OK?...”. Cierpliwie odpowiadała, ale ja nie umiałem tego przyjąć. Byłem na wszystko strasznie wyczulony, nieufny, podejrzliwy. Drobne nieporozumienia jawiły się w mojej głowie jako pożegnania. Wybuchałem złością graniczącą z agresją, choć nie miałem żadnych racjonalnych powodów. Cierpiałem. Pomyślałem wtedy: „Jeśli nic z tym nie zrobię, to spieprzę związek, na którym tak mi zależy”. Zdecydowałem się na terapię. To było jak z bólem zęba: kiedy dokucza ci tak, że nie możesz wytrzymać, nie zastanawiasz się, czy pójść do stomatologa, po prostu idziesz. Podobnie jest z bólem psychicznym.

Ewa wiedziała, że zapisałeś się na terapię?
Tak i miałem jej wsparcie. Wracałem z sesji i opowiadałem, jak przebiegała. Mieliśmy wspólny cel: by było nam ze sobą jak najlepiej.

Często spotykałeś się z terapeutką?
Raz w tygodniu. Sesja trwała godzinę. To była osoba niezwykle ciepła, spokojna, czułem, że mnie słucha i rozumie. Bardzo szybko jej zaufałem i otworzyłem się przed nią.

Opowiedz, jak przebiegały sesje.
Na pierwszych spotkaniach koncentrowaliśmy się na moich zachowaniach i bieżących problemach. Terapeutka prosiła, bym opowiadał o istotnych wydarzeniach z ostatniego tygodnia i sytuacjach, podczas których zmagałem się z lękami. Potem wspólnie je analizowaliśmy. Kiedyś od progu gabinetu zacząłem opowiadać o tym, co przydarzyło mi się kilka godzin wcześniej: Szedłem ulicą i zobaczyłem moją dziewczynę w towarzystwie kolegów. Po prostu rozmawiali, ja jednak od razu pomyślałem: „No tak, oni są interesujący, a ja nudny, beznadziejny. Tracę ją”. Poczułem się zdołowany, tak, jakby mnie coś nagle przywaliło, choć w gdzieś w głębi zdawałem sobie sprawę, że nie mam sensownych argumentów, by tak się czuć.

Strach ogranicza nasze postrzeganie, powoduje, że rezygnujemy z wielu cennych rzeczy. (Fot. iStock) Strach ogranicza nasze postrzeganie, powoduje, że rezygnujemy z wielu cennych rzeczy. (Fot. iStock)

Jak terapeuta pomaga w takich przypadkach?
Słuchając, rozmawiając, analizując zdarzenia. Moja terapeutka pytała mnie: „Z jakiego powodu uważasz się za osobę gorszą od innych? Co lubi w tobie Ewa?...”. Wspólnie szukaliśmy argumentów potwierdzających moje negatywne odczucia, ale i takie, które temu zaprzeczały. Prowadziłem też tzw. zapis myśli – to jedno z głównych narzędzi terapii poznawczo-behawioralnej. Pisałem np. „jestem nieciekawy, mało atrakcyjny, głupi...”, a na drugiej kartce: „jestem wysportowany, wczoraj napisałem najlepszą pracę na roku...”. Kiedy później czytałem ten negatywny zapis, wydawało mi się, że to nie o mnie, tylko o kimś innym. Słowa na papierze brzmiały ostro, biły po oczach, jakoś do mnie nie pasowały. To jasno pokazywało, że moja pierwotna, negatywna myśl była zniekształcona. Terapeutka mówiła wtedy: „Widzisz, twierdzenie w twojej głowie jest nieprawdziwe”. Kiedyś poprosiła mnie, bym wyobraził sobie, że patrzę na siebie siedzącego na drugim krześle i powiedział, co widzę i czuję. Pamiętam, że się rozpłakałem, bo zrozumiałem, że mam przed sobą dorosłego, ciepłego, fajnego mężczyznę. Pierwszy raz uświadomiłem sobie, że noszę w głowie zniekształcony obraz siebie i sytuacji, w jakich się znajduję. Odkrywałem błędy w swoim myśleniu.

Dostawałeś jakieś „zadania domowe”? Tak – przemyśleć i przećwiczyć sytuacje oraz przetrawić wnioski. Pracą domową było też prowadzenie „zapisów myśli” po różnych niepokojących mnie zdarzeniach, samodzielne ich analizowanie i powracanie do nich, by utrwalać nowe, bliższe prawdzie mechanizmy myślenia o sobie. Wiele razy, rozkładając na składniki swoje myśli, dochodziłem do wniosku, że moje obawy nie mają sensu. Eksperymentowałem, by sprawdzić, jak jest naprawdę, np. odmawiałem czegoś dziewczynie lub przyjacielowi, a potem przekonywałem się, że mimo to nadal są przy mnie.

 
Co podczas terapii poruszyło cię najbardziej?
Powrót do przeszłości, odkrycie źródeł moich problemów. Na pewnej sesji terapeutka poprosiła mnie, żebym opowiedział o swoim dzieciństwie, latach szkolnych. Pytała, czy takie negatywne myśli pojawiały się dawniej – kiedy, w jakich sytuacjach. Czy pamiętam jakieś szczególne wydarzenia z domu, ze szkoły, ze spotkań towarzyskich, w których paraliżował mnie strach, ogarniał niepokój? Jaki rodzaj lęku był wówczas dominujący? Padło wiele pytań dotyczących przeszłości. Zrozumiałem, że moje lęki zaczęły się rodzić w podstawówce.

Co takiego się tam działo? Rządziła chuliganeria?
To zbyt delikatne określenie. Byłem w bardzo niedobrej szkole, w patologicznym środowisku. Obrzucanie nauczycieli wulgaryzmami, opluwanie ich, picie alkoholu na lekcjach, regularne walki, no i nękanie uczniów, którzy nie chcieli w tej „zabawie” uczestniczyć – to było na porządku dziennym. Znajdowałem się w grupie wyśmiewanych, napiętnowanych, w zespole maminsynków. Atmosfera w szkole była pełna agresji i nienawiści. Podczas terapii okazało się, że tu tkwił jeden z korzeni moich problemów. Doświadczenia wyniesione z podstawówki ukształtowały we mnie przekonania o własnej beznadziejności. Później wyrastały z niego chwasty w postaci różnych lęków.

A inne korzenie?
Drugi wyrósł w relacji z rodzicami. Stale mnie krytykowali, bardzo rzadko chwalili. Zwracali uwagę na moje braki, zaniedbania, a nie zauważali rzeczy dobrych. Miałem być grzecznym, mądrym i dzielnym chłopcem. I takim starałem się być: dobrze się uczyłem, nie żaliłem, ale też z niczego nie zwierzałem. Byłem jedynakiem i często zamykałem się w swoim pokoju sam na sam z kłopotami i rozterkami. Czułem się bardzo samotny, nie miałem z kim porozmawiać.

Dlaczego ten powrót do przeszłości uznajesz za tak istotny?
Bo dotarłem do źródeł tak niskiej samooceny. Zrozumiałem, dlaczego nie byłem zadowolony z nowych relacji i nie potrafiłem się nimi cieszyć – na wszystkie padał cień wcześniejszych doświadczeń, obawy, że zaraz wszystko się zepsuje, że znów zostanę odrzucony, wyśmiany. Żyłem w cieniu własnych lęków. Z negatywnymi zdarzeniami i emocjami jak z zadrami wszedłem w dorosłe życie. Latami nosiłem w sobie poczucie krzywdy, wciąż płakało we mnie ranione dziecko i nie pozwalało zobaczyć, że ludzie, którzy mnie otaczają są inni niż tamci, od których doznałem kiedyś bólu i upokorzeń. Teraz myślę o tym ze spokojem, jestem pogodzony z tym, co się stało. Opowiadając w gabinecie o swoim dzieciństwie, rodzicach, szkole, wydobyłem te negatywne wspomnienia na powierzchnię, z podświadomości do świadomości, i przyjrzałem się im z bliska. Sam bym tego nie zrobił. Terapeutka pokazała mi związek między przeszłością i teraźniejszością. Kiedy mówiłem o sprawach dla mnie trudnych, czułem, że mnie rozumie, że mi współczuje. Dzięki temu mogłem wypłakać ten żal, smutek i złość, wyrzucić to z siebie. Coraz bardziej docierało do mnie, że tamto minęło, że teraz jest już inaczej. Trochę to trwało, ale w końcu mogłem powiedzieć: „zamykam ten rozdział, chcę żyć nowym życiem”. Ewangelia głosi: prawda was wyzwoli – wydaje mi się to bardzo celne w kontekście tej terapii. Dopiero poznanie prawdy, choćby była najgorsza, może uwolnić nas i otworzyć na nowe, inne życie.

Co terapia zmieniła w twoim życiu?
Przede wszystkim inaczej się postrzegam, mam więcej wiary w siebie, pewności, bardziej się cenię. Potrafię być z drugą osobą i nie potrzebuję jej nieustających zapewnień, że między nami dobrze się układa. Potrafię brać od ludzi to, co chcą mi z siebie dać: zainteresowanie, akceptację, przyjaźń. Tego najbardziej mi w życiu brakowało. I bardzo ważne: otrzymałem narzędzia terapeutyczne. Gdy czuję, że lęki powracają, wiem, jak je okiełznać, jak sobie z nimi poradzić. Uruchamiam poznane na terapii nowe wzorce reagowania – analizuję swoje emocje, potrafię dostrzec zniekształcenia myśli. Robię ich zapis. Stosuję też techniki relaksacyjne redukujące napięcia. Mam świadomość własnych potrzeb. Nawet jeśli się przewrócę, to szybko się podniosę, bo wiem, czego się uchwycić i jak wstać.

A jak terapia wpłynęła na związek z Ewą?
Wspaniale. Wreszcie zamiast trwonić energię na rozpracowywanie moich lęków – inwestowaliśmy ją w przyjemniejsze działania. A od kilku miesięcy jesteśmy małżeństwem.

Komentarz Michała Czyżewskiego, psychologa, psychoterapeuty:

Dzieje się tak, jak np. w przypadku Sebastiana – pod wpływem wcześniejszych wydarzeń, które zachwiały poczuciem bezpieczeństwa, lub gdy najbliższe otoczenie formuje pewien sposób postrzegania siebie. Przez lata próbujemy sami radzić sobie z lękami, unikając najczęściej sytuacji, w których się pojawiają. Skutkiem tego mogą być zaburzenia codziennego funkcjonowania, np. wycofanie z życia społecznego. Strach powoduje, że nie wychodzimy z domu (bo inni źle nas ocenią), zawalamy studia (bo boimy się przystąpić do egzaminu ustnego), nie rozwijamy się zawodowo, rezygnujemy z nawiązywania bliskich kontaktów z ludźmi. Dopiero gdy brakuje sił, by dłużej uciekać przed lękiem lub staje on na drodze do osiągnięcia ważnych celów, pojawia się myśl, żeby szukać pomocy u specjalisty.

  1. Psychologia

Portrety rozbieżne. Dlaczego postrzegamy siebie inaczej, niż widzą nas inni?

Na siebie samych patrzymy z perspektywy aktora - osoby, która robi pewne rzeczy i chce, żeby te rzeczy doprowadziły ją do pewnego celu. Inni natomiast patrzą na nas z perspektywy biorcy, czyli kogoś, kto może na naszym działaniu coś zyskać albo coś stracić. (Fot. iStock)
Na siebie samych patrzymy z perspektywy aktora - osoby, która robi pewne rzeczy i chce, żeby te rzeczy doprowadziły ją do pewnego celu. Inni natomiast patrzą na nas z perspektywy biorcy, czyli kogoś, kto może na naszym działaniu coś zyskać albo coś stracić. (Fot. iStock)
Myślisz o sobie: „silna i zdecydowana”. Inni o tobie: „wiecznie się waha, nie wie, czego chce”. Albo: „uparta, wymagająca”. Kto ma rację? Wszyscy!

Jak to jest, że postrzegamy siebie samych zupełnie inaczej, niż widzą nas inni? Nawet bardzo bliskie osoby? Bierze się to z fundamentalnej różnicy perspektyw. Mianowicie: na siebie samych patrzymy z perspektywy aktora, osoby, która robi pewne rzeczy i chce, żeby te rzeczy doprowadziły ją do pewnego celu. Inni, także bliskie osoby, patrzą na nas z perspektywy biorcy, czyli kogoś, kto może na naszym działaniu coś zyskać albo coś stracić.

Jest jeszcze jedna różnica: my patrzymy na swoje działania, znając cele, ale też intencje. Kiedy patrzą na nas inni, widzą tylko nasze zachowanie, a jeśli spytają o intencje czy cele, możemy im oczywiście o nich powiedzieć, ale nie muszą w to uwierzyć. Stąd ich ocena może diametralnie różnić się od naszej. Zderzenie obu perspektyw może powodować konflikty.

Ludzie, z którymi jesteśmy blisko, znają pewnie nasze intencje. Są zatem większe szanse, że odbiorą nas tak, jak chcielibyśmy być odebrani? Tak, ich zdanie może być znacznie bliższe temu, co sami o sobie sądzimy, ale zaznaczam, że pełna zgoda nigdy nie nastąpi. Kiedy patrzymy na kogoś bliskiego, spoglądamy na niego trochę jak na siebie, czyli też przyjmujemy perspektywę aktora. Trzymamy kciuki, żeby mu się udało, tak samo jak zwykle kibicujemy sobie.

Problemem jest to, że mamy tendencję do zniekształcania własnego obrazu. Lubimy myśleć o sobie jak najkorzystniej, wszelkie nasze potknięcia staramy się tłumaczyć na własną korzyść, żeby się nie załamać psychicznie i mieć siłę do dalszego działania. Dlatego, choć znamy siebie teoretycznie najlepiej, nie mamy pełnego i obiektywnego obrazu siebie samych. On będzie zawsze subiektywny. Tendencyjność to ludzka natura. Nawet jeśli sądzimy, że sami nie jesteśmy tendencyjni, to pewnie myślimy, że inni są. Tylko że to właśnie potwierdza naszą nieobiektywność.

A może problem polega na tym, że w obecności różnych osób różnie się zachowujemy? I tu pojawia się kwestia ról. Bo chociaż jesteśmy cały czas jedną i tą samą osobą, to jednocześnie jesteśmy wieloma różnymi osobami naraz. Rozmaite konteksty sytuacyjne oczekują od nas innych zachowań i postaw. Jakaś kobieta wstaje rano i jest opiekuńczą matką swojego dziecka – wszystkie czynności, które wykonuje, sprawiają, że tak może być właśnie postrzegana, zarówno przez siebie, jak i przez innych. Odwozi dziecko do przedszkola, jedzie kilometr dalej do pracy i nagle jest szefową – wymagającą i upartą. A przecież to cały czas ta sama osoba. Takie skrajne role mogą powodować pytania u innych, ale i wątpliwości w nas samych: „Jaka ja naprawdę jestem – opiekuńcza czy wymagająca?”.

Inni ludzie potrafią nas trafniej osądzać w danej roli. Nam samym może być trudniej, bo zdajemy sobie sprawę, że pełnimy wiele ról i nie zawsze udaje nam się je wszystkie oddzielić. Ktoś, kto nas zna z konkretnej roli, może lepiej nas określać jako osobno: żonę, matkę, przyjaciółkę, szefową.

Podobnie jak jedna opinia powtarzana przez dłuższy czas, zwłaszcza w dzieciństwie, potrafi ukierunkować myślenie o sobie na błędny trop. Zgadza się, najczęściej dzieje się tak we wczesnym okresie kształtowania się naszego charakteru. Małe dziecko, które w obecności nieznajomych chowa się za nogi rodziców i niewiele mówi, z pewnością często słyszy od nich, że jest nieśmiałe. Po pewnym czasie zaczyna tak o sobie myśleć: „Jestem nieśmiały, wstydliwy”, bo dostaje gotowe wytłumaczenie swojego zachowania, ale wcale nie musi być ono zgodne z prawdą.

Jak w takim razie odbierać opinie innych? Brać je do serca, rozważać, czy też nie przykładać do nich zbyt dużej wagi? Mówi się, że usłyszeć czyjąś opinię to dar, ale przyjąć ją to łaska. Czasem myślimy o sobie: „Ależ inteligentnie to rozegrałam”, a potem słyszymy od kogoś: „To miało być inteligentne?! To było po prostu wyrachowane!”. Informacja zwrotna jest darem w sytuacji, kiedy może zawrócić nas z błędnej drogi, bo inni ludzie biorą zwykle pod uwagę odmienne aspekty niż my sami i potrafią wskazać nam punkty, w których mogliśmy kogoś np. urazić. Dlatego wzięcie pod uwagę opinii innych może być bardzo rozwijające.

Oczywiście może się też tak zdarzyć, że inni ludzie usiłują nam powiedzieć coś, co wcale nie służy naszym interesom, ale ich. Dlatego trzeba być bardzo uważnym, przyjąć taką informację do wiadomości, ale też zastanowić się, na ile ona dotyczy nas, tego, co moglibyśmy zmienić w swoim zachowaniu, żeby stać się lepszym człowiekiem, a na ile ma służyć temu, by komuś innemu było lepiej czy wygodniej. Lepiej pomyśleć, o czym świadczy to, że dana osoba chce, żebym była taka, a nie inna, niż zmieniać się pod jej dyktando. Trzeba zachować umiar i trzeźwość umysłu. Trochę chronić siebie przed opiniami innych, a trochę jednak je rozważać, bo jeśli tego nie zrobimy, zatrzymamy się w rozwoju.

To chyba działa też w drugą stronę: trzeba być ostrożnym w wygłaszaniu sądów. Niekiedy lepiej ugryźć się w język i nie powiedzieć tego, co ciśnie nam się od razu na usta, a co jest nieprzemyślane. Zanim wytknie się komuś: „zachowujesz się zbyt śmiało, zbyt agresywnie” itp., trzeba pomyśleć, co by było, gdyby ktoś inny wygłosił na nasz temat taką opinię. Jak byśmy to przyjęli? Spytać siebie, czy gdyby moja przyjaciółka powiedziała mi właśnie to, co ja chcę jej przekazać, to pomyślałabym sobie: „To wredna małpa, a nie prawdziwa przyjaciółka” czy: „Czy ona jest ślepa, żeby tak o mnie myśleć?”, czy też: „A może ma rację, a ja czegoś nie widzę?”. Jeśli chcemy wyrzucić z siebie wyłącznie własną frustrację, to możemy to zrobić na milion innych sposobów, chyba że zależy nam na tym, by rzeczywiście dać komuś jakąś wskazówkę, wpłynąć na jego zachowanie. Wtedy trzeba postarać się o większą delikatność.

Dr Aleksandra Cisłak, psycholog, zajmuje się problematyką spostrzegania społecznego, SWPS.