1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Uszczypnięci. Jak żyć z rakiem?

Uszczypnięci. Jak żyć z rakiem?

Trauma, którą jest rak, daje odbicie do działania i zmiany. (Fot. Getty Images)
Trauma, którą jest rak, daje odbicie do działania i zmiany. (Fot. Getty Images)
„Szkoda, że do raka nie jest dołączona instrukcja obsługi” – mówią pacjentki psychoonkolożki Adrianny Sobol. Rzeczywiście instrukcji nie ma, ale jeśli nauczymy się prosić o wsparcie i je przyjmować – będzie nam lżej. A czasem nawet uda się zbudować nową siebie.

Diagnoza: rak – to zawsze szok. Nie wierzę, żeby dało się przyjąć ją spokojnie. Czy są jakieś typy reakcji na: mam raka, czy to jednak indywidualne?
Nie ma osoby, która jest na to przygotowana. Ta choroba zaskakuje. Z miejsca rzuca na głęboką wodę. Reakcja zawsze jest indywidualna, bo przecież każdy jest inny, to jasne. Kiedy rozmawiam po raz pierwszy z pacjentem po diagnozie, pytam o trudne sytuacje w jego życiu. I o to, jak sobie z nimi radził. To skłania do refleksji: co mi pomogło, kto był moim wsparciem, jak to wsparcie się sprawdziło. Jeśli tamta sytuacja pokazała, że umiem sobie poradzić, to daje siłę i wiedzę, jak działać. I jednocześnie możliwość, żeby zweryfikować, coś poprawić, zastanowić się, jaki mechanizm reakcji był dobry. Ale to jedno. Bo jest także pewien schemat. Amerykańska psychiatra Elisabeth Kübler-Ross wyróżniła pięć etapów reakcji na diagnozę: rak. Najpierw jest etap szoku i niedowierzania, a potem złości. I tu pojawia się problem – bo my, zwłaszcza kobiety, nie pozwalamy sobie na to, żeby tę złość wyrazić.

Jesteśmy tego uczone – mamy być opanowane i spokojne. „Grzeczne”.
Tak, mamy być grzeczne, nie krzyczeć i nie płakać, bo nie wypada. I to, niestety, widać w chorobie. Kobieta stara się nie obciążać swoimi emocjami bliskich. Partnera, dzieci, rodziny. Dusi te emocje, blokuje w sobie możliwość ich wyrzucenia, pokazania tego, co naprawdę czuje. A czuje często złość. Dookoła słyszy komunikaty: „bądź dzielna”, „dasz radę”, „kto, jak nie ty!”. Mówią to, w dobrej wierze, bliscy, rodzina. A kiedy pacjentka trafia do bezpiecznej teoretycznie przestrzeni, szpitala, gdzie są ludzie, którzy powinni ją rozumieć – bo albo, jak lekarze, świetnie znają chorobę, albo, jak inni pacjenci, właśnie ją przechodzą – często pękają bariery, kobieta pozwala sobie na ujście emocji. I nagle alarm! Panika! Personel medyczny w trosce o nią woła psychologa – a przecież dobrze jest się wypłakać, wykrzyczeć, wyzłościć. Wywalić z siebie to wszystko. Kolejny etap to targowanie się z losem. Szukamy kogoś, kto powie: „Będzie dobrze. Na pewno wyzdrowiejesz. Znam metodę, która cię wyleczy”. Tymczasem żaden odpowiedzialny lekarz nie da pacjentce stu procent gwarancji. Powie: „Rokowania są dobre, ale czeka cię leczenie”. A ono bywa trudne, wszyscy to wiemy. I pacjentka jest wtedy podatna na działania rozmaitych szarlatanów, którzy dadzą jej „pewność” powodzenia.

Lekarz nie da pewności, ale powinien dać nadzieję.
Oczywiście. Nie wszyscy to potrafią, nie wszyscy mają odpowiednio dużo empatii, nie wszyscy mają odpowiednio dużo czasu, żeby porozmawiać, dotrzeć do chorego. Tymczasem dziś diagnoza daje duże szanse na wyleczenie. Pełne. Towarzyszę od lat kobietom na oddziałach onkologicznych, widzę pacjentki, które były w lęku, panice, łzach – a teraz są 10 czy 20 lat po chorobie i wspierają inne. Raka się leczy, zawsze jest szansa, ale nie wolno ulegać komuś, kto powie: „Na sto procent będziesz zdrowa”. W życiu, nie tylko w chorobie przecież, nic nie jest pewne na sto procent.

Kolejny etap to…
Etap depresji. To taki moment, który nazywam żałobą po sobie zdrowym. Wtedy kobieta wie już na pewno, że jest chora, że rak to kolejny etap w życiu i że nigdy nie pomyśli o sobie samej tak jak przed chorobą. Ta żałoba wymaga poukładania emocji, tego, żeby ją przeżyć, żeby tych emocji nie zagłuszać, tylko nazwać. Mówić o tym głośno. Ale, co jest ważne, żałoba po sobie zdrowej nie oznacza, że już zdrowa nie będę. Będę, ale o sobie i o swoim zdrowiu będę myśleć inaczej. Nie gorzej. Wielokrotnie dostrzegam, że pacjentki przewartościowują swoje życie, robią rodzaj analizy, czasem bardzo fajnej, bo uczą się, że teraz ja jestem ważna, moje pragnienia, marzenia, moje życie. Depresja, a może nie depresja, tylko smutek, lęk, obniżenie nastroju – to towarzysze diagnozy. I nie ma się czemu dziwić– choroba zagrażająca życiu to zawsze trauma. Często także leczenie – intensywne, toksyczne – jest traumą. Ale kobiety – te siłaczki – nie chcą się do depresji przyznać, nie chcą pokazać „słabości”, w dodatku słyszą, że trzeba myśleć pozytywnie, bo to pomaga pokonać raka. I często nikt nie widzi, co się dzieje. Personel medyczny nie zauważa, a rodzina nie dopuszcza myśli, że trzeba poprosić o pomoc psychologa czy psychoonkologa. Niektórzy wciąż jeszcze uważają, że to niepotrzebne, że to znak słabości albo choroby psychicznej, a przecież ja mam raka, ale nie jestem wariatką. Ludzie boją się, że jeśli trzeba będzie walczyć nie tylko z rakiem, lecz także z depresją – to już na pewno nie dadzą sobie rady. Ale przy znakach obniżenia nastroju, braku apetytu, kłopotach ze snem zwróćmy się do specjalisty.

Ale etap depresji nie jest chyba ostatnim?
Na końcu jest etap akceptacji. Choć ja nie lubię słowa „akceptacja”, bo nie ma przecież osoby, która gdzieś głęboko akceptuje chorobę. Chodzi o to, by potrafić przyjąć rolę pacjenta i być gotowym do rozpoczęcia pracy – tak, bo leczenie onkologiczne to konkretna, ustrukturalizowana praca, którą trzeba na siebie wziąć. I mieć gotowość, żeby prosić o pomoc i ją przyjmować. A moje pacjentki to często zosie samosie, które są dzielne i to one przecież dają, pomagają, zajmują się. Proszenia o pomoc i jej przyjmowania trzeba się nauczyć. To ważna lekcja konieczna do odrobienia.

Jeśli leczenie raka zaczyna się zaraz, jeśli wszystko dzieje się szybko, operacja już jutro, potem chemia i nie ma czasu na przejście kolejnych etapów – co się wtedy dzieje?
Rzadko zdarza się, żeby wszystko działo się błyskawicznie. Najpierw jest etap podejrzenia choroby, diagnostyki, oczekiwania – to czekanie jest bardzo destrukcyjne i obciążające. Kiedy zaczyna się leczenie, przychodzi rodzaj ulgi. Bo leczenie to działanie, a kiedy działamy, czujemy się bezpieczniej. Czas trwania każdego z tych etapów u każdego jest inny. Choć spotykam osoby, które na cały okres leczenia uzbrajają się w postawę zadaniowca. Myślą tylko o kolejnych punktach na liście: operacja, chemia, kontrole, badania – idą od punktu do punktu i skupiają się tylko na tym. Ale po zakończeniu leczenia na ogół następuje odmrożenie emocji. Pojawiają się te wszystkie etapy, którym nie daliśmy szansy na zaistnienie. I atakują ze zdwojoną siłą. A to przecież taki moment, kiedy miało być dobrze, kiedy mieliśmy odetchnąć, bo leczenie się skończyło – a właśnie nic z tego, przerabiamy je po kolei…

Trudno przechodzić przez taką chorobę jak rak samotnie czy samodzielnie. Pewnie zna pani pacjentki, które nie chcą o pomoc prosić, bo albo nie potrafią, albo nie chcą „obciążać innych”, ale chyba jednak coraz częściej umiemy o pomoc prosić?
Tak, to się na szczęście zmienia. Bardzo poprawiło sytuację pojawienie się organizacji pacjenckich. Działają, nagłaśniają historie, przypadki, oferują wsparcie. Nawet w pandemii się nie rozsypały, działały online. Cieszę się z tego, bo ciągle widzę samotność w chorobie. No i zawsze jestem szczęśliwa, kiedy przychodzą do mnie pacjenci z rodzinami.

Zachęca pani do tego?
Bardzo, bo choroba dotyka całą rodzinę. Innego wsparcia potrzebuje pacjentka, innego jej partner czy dzieci, czasem rodzina jest kompletnie zagubiona, nie wie, co to znaczy być dobrym wsparciem, co robić, co mówić, a czego nie.

W pewnym sensie choremu jest łatwiej, bo on ma konkretną pracę do wykonania – leczenie. A rodzina tej pracy nie ma i nie bardzo wie, co dalej.
Nie wie, jest bezradna. Samo słowo „rak” paraliżuje. Choroba jest testem dla związku, dla rodziny. Albo ją scala, albo uwypukla te trudności, które już gdzieś tam się rysowały. Pamiętajmy, że obie strony się boją. Ten lęk jest jeszcze podbity brakiem wiedzy – bo co wiemy o raku, dopóki nas nie dotknie? Wyobraźnia więc pewne rzeczy wyolbrzymia, straszy nas, karmimy się opowieściami innych, nie zawsze pozytywnymi, przypominamy sobie filmy, nie zawsze te z happy endem… Na przykład rak piersi to choroba podwójnie trudna, bo nie dość, że zagraża życiu, to dotyka kobiecości. Choć muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o to ostatnie – widzę zmiany na plus. Coraz częściej kobiety gdzie indziej lokują swoje poczucie kobiecości, samoakceptacji, seksualności, własnej wartości, szukają głębiej, tak więc groźba utraty piersi już tak nie straszy. Zresztą coraz więcej mamy operacji rekonstrukcyjnych, więc można to odwrócić. Ale związek jest, jak to mówię, uszczypnięty rakiem. I kobieta, i mężczyzna stają przed gigantycznym zadaniem, żeby się w tym odnaleźć. Choroba uwypukla to, co już wcześniej nie grało. I nagle okazuje się, że zmagamy się nie tylko z rakiem, lecz także z całą masą innych problemów. Czasem problemy ciągną się przez lata, ale „jakoś jest”, a kiedy przychodzi rak, okazuje się, że już jakoś nie jest, że jest źle. Mam pacjentki, które wtedy mówią: „Trudno, trzeba to skończyć”. Czasem partner nie wytrzymuje napięcia, poczucia odpowiedzialności i ucieka. Choroba uwypukla lęk przed śmiercią. A żyjemy w czasach, kiedy wszyscy są młodzi, piękni i bogaci, bo tak wyglądają na Instagramie czy Facebooku. Choroba nas nie dotyczy. A tu nagle okazuje się, że dotyczy. I choroba, i śmierć. Niektórzy uciekają, żeby takiej sfery nie dotykać, bo się jej panicznie boją. Ale jeśli przed chorobą związek był dobry, to w chorobie tylko się umacnia.

Jak dawać sobie nawzajem wsparcie?
Za dużo zastanawiamy się, jacy powinniśmy być. Szukamy recept. Regułki, która zawsze się sprawdzi. Tyle że takiej regułki nie ma. Najważniejsze to być. Razem, obok. A to może się udać tylko wtedy, kiedy obie strony będą mówić o uczuciach. Nie można zostawiać przestrzeni na niemówienie, niedopowiedzenie, na myślenie: „A on to powinien wiedzieć, powinien się domyślić, jeśli mnie kocha”. A skąd on ma to wiedzieć?

Czyli mówić i o lęku, i o potrzebach?
Tak, rozmawiać ze sobą. Na tematy trudne też. Często kobiety przychodzą do mnie i mówią: „Wie pani, ja się boję, że umrę. I pomogłoby mi, gdybyśmy mogli pogadać o tym, jaki bym chciała mieć pogrzeb”. Ale jak zaczynam, słyszę: „Nie, o tym nie będziemy rozmawiali!”. Czyli nie dajemy przestrzeni lękowi. Ale on przez to nie znika, wręcz przeciwnie, rośnie. Czasem największym wsparciem jest siedzieć obok w milczeniu. Czasem ocierać łzy. Nie bać się łez! Płakać można i trzeba, to wcale nie jest wyraz poddania się czy słabości.

Tu pewnie działa ten mechanizm: nie chcę cię obciążać…
Tak, ale każde ma ten lęk na plecach, każde ucieka z nim w swoją stronę, chowa się. Nie zauważają, jak wyrasta między nimi mur. Gigantyczny, taki, którego nie sposób przebić. Lęk należy rozbroić, zbliżając się do niego, im bardziej czujesz, że męczy i dusi, tym mocniej musisz to wykrzyczeć, tym wyraźniej nazwać. A kiedy mur urośnie, to chora idzie w jedną stronę, jej partner w drugą. Ale od razu chcę powiedzieć, że ważne jest też, by nie zawiesić się na sobie wzajemnie. Zarówno jedna, jak i druga strona musi mieć swoją przestrzeń, swój świat. Nie można też żyć tylko chorobą. Musi być miejsce na luz, na odpoczynek, na radość, na pasję. Musi się pojawić normalność. Są takie myśli i emocje, którymi chcemy się podzielić, ale niekoniecznie z partnerem, i nic w tym złego.

Razem z chorobą zmienia się myślenie o sobie, o życiu. Czasem słychać głosy: „Choroba była doświadczeniem ekstremalnie trudnym, ale dała mi coś dobrego”. Brzmi dziwnie?
Każdy z nas wpada w życiu w pewien rytm. Różne rzeczy ciągniemy, działamy, jesteśmy zmęczeni, wiemy o tym, ale myślimy: „Sobą zajmę się później, najpierw dziecko, mąż, kredyt, praca”. I nagle bach, rak. Wszystko wywrócone do góry nogami. I kiedy ta rozpędzona maszyna naszego życia się zatrzymuje, można skupić się na sobie. Na leczeniu, na drodze do zdrowia. I pojawia się pytanie: skoro mam na drodze ten znak STOP, to co ja z tego mogę wyciągnąć, co zrozumieć? I czasem dochodzimy do ważnych wniosków. Że na przykład wykonuję pracę, która mnie w jakiś sposób niszczy. Że mój związek nie jest dobry. Że ja sama nie byłam dla siebie dobra, czuła, troskliwa. Że odsuwałam nieprzyjemne myśli, zamiast się z nimi skonfrontować. I zaczynamy myśleć o życiu. W obliczu tego, że możemy je utracić, widzimy je inaczej. Doceniamy. Chcemy się nim cieszyć. I nie zawsze chodzi o plany na „po raku”. Zaczynamy żyć pełniej właśnie w chorobie. Te zmiany to także bardziej świadome podejście do zdrowia, do diety, do odpoczynku, do aktywności fizycznej. Uważności na sygnały, które wysyła nam ciało. Dokonywanie lepszych wyborów. Widzę to codziennie u pacjentów. Wiem, że to może zabrzmieć jak absurd, ale niektóre pacjentki po leczeniu mówią, że czują się wolne. Uświadomiły sobie, że dały radę, nabierają odwagi, są silniejsze. I robią rewolucję. Zmieniają zawód, męża, jadą w podróż, budują nową tożsamość. Nie boją się mówić o swoich potrzebach, uczą się zdrowego egoizmu. To oczywiście nie dzieje się ot tak, w pięć minut. To proces, czasem długi, bo i leczenie bywa długie. Ale zdarza mi się słyszeć: „Dziękuję za raka, on mnie obudził”. W psychologii nazywamy to wzrostem posttraumatycznym. Trauma, którą jest choroba, daje odbicie do działania i zmiany.

Kryzys naszą szansą?
Tak, choć jestem przeciwniczką twierdzenia, że kryzys zawsze coś daje. Daje wtedy, kiedy wykona się ciężką pracę. Czasem jest to wejście w proces terapeutyczny, czasem w grupy wsparcia, czasem w duchowość. Są różne drogi. Każda dobra.

Adrianna Sobol psychoonkolog, wykładowca Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Członek zarządu Fundacji „OnkoCafe – Razem Lepiej”, współautorka książki „Oswoić raka. Inspirujące historie i przewodnik po emocjach”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Narkolepsja – gdy sen wymyka się spod kontroli

Podstawowy objaw narkolepsji to nadmierna senność w ciągu dnia. Może przejawiać się jako nagły napad snu – nie do odparcia, albo też tzw. mikrosen – gdy chory zdaje się normalnie funkcjonować, ale jego stan czuwania przerywany jest króciutkimi drzemkami, podczas których traci kontakt z rzeczywistością. (Fot. iStock)
Podstawowy objaw narkolepsji to nadmierna senność w ciągu dnia. Może przejawiać się jako nagły napad snu – nie do odparcia, albo też tzw. mikrosen – gdy chory zdaje się normalnie funkcjonować, ale jego stan czuwania przerywany jest króciutkimi drzemkami, podczas których traci kontakt z rzeczywistością. (Fot. iStock)
Narkolepsja atakuje jedną osobę na tysiąc. Objawia się nagłymi drzemkami: w pracy, za kierownicą, w kolejce do kasy czy w czasie zabawy z dzieckiem. Chorzy są boleśnie świadomi ograniczeń swojego ciała – jeden udany dowcip, mocniejsze wzruszenie grożą odpłynięciem w niebyt.

Artykuł archiwalny

Pazury skrobią betonową posadzkę, czarny ogonek kiwa się energicznie, całe ciało psiaka wyraża skrajne podekscytowanie. Zwierzak kręci się niespokojnie, popiskując, podczas gdy dwunastka widzów siedzących pod ścianą wymienia nerwowe spojrzenia. Seiji Nishino, asystent doktora Emmanuela Mignota, pracownika Centrum Badań Snu na Uniwersytecie Stanforda, sięga po swe przyrządy naukowe: łyżkę i puszkę psiej karmy.

Czart, bo tak się wabi zwierzak, na co dzień może liczyć tylko na zwykłe suche granulki. Zdrowe, zbilansowane i całkowicie pozbawione aromatu. Czy można się dziwić, że wspaniały, pachnący, soczysty przysmak wprowadza go w euforię? Nishino otwiera puszkę. „Proszę, to dla ciebie, dobry piesek” – Nishino stawia na podłodze michę wypełnioną przysmakiem. Czart strzyże uszami, węszy z upodobaniem, rzuca się do jedzenia i... pada na posadzkę, bezwładny, z nosem tuż koło upragnionej miski. Jego łeb uderza ciężko o ziemię. Śpi.

Dwunastka milczących obserwatorów tego eksperymentu najpierw parska śmiechem, a zaraz potem z ich ust wydobywają się pomruki pełne współczucia i zrozumienia.

Jednym z najbardziej dramatycznych przejawów narkolepsji są napady senności pod wpływem silnych emocji. Oni znają to z własnego doświadczenia.

Urwany film

Pierwsze sygnały dają się zauważyć zwykle w młodości, choć niektórych choroba dopada dopiero w późniejszych latach. Podstawowy objaw narkolepsji (od greckiego narke– odrętwienie, i lepsis– atak) to nadmierna senność w ciągu dnia. Może przejawiać się jako nagły napad snu – nie do odparcia, albo też tzw. mikrosen – gdy chory zdaje się normalnie funkcjonować, ale jego stan czuwania przerywany jest króciutkimi drzemkami, podczas których traci kontakt z rzeczywistością. Atak może nastąpić w dosłownie każdym momencie – podczas prowadzenia samochodu, miłosnego zbliżenia, ważnego egzaminu czy po prostu niedzielnego spaceru w lesie. Ale senność to jeszcze nie wszystko.

Drugim, równie często nękającym narkoleptyków objawem jest katalepsja – nieoczekiwana utrata panowania nad mięśniami, zwiotczenie uniemożliwiające wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Przypomina to omdlenie, z tą różnicą, że chorzy słyszą i są świadomi tego, co dzieje się dookoła, choć nie mogą otworzyć oczu ani wydobyć z siebie głosu.

Mimo że dzień wypełnia im walka o zachowanie przytomności, nie wypoczywają wcale w nocy. Za dnia przysypiają, ale w łóżku budzą się niemal co chwila. Blisko połowa chorych skarży się też na tzw. paraliż przysenny – kilkuminutową utratę władzy w ciele pojawiającą się tuż przed zaśnięciem. Innych dręczą halucynacje – sugestywne omamy, których doświadczają na jawie. To nic innego jak marzenia senne – takie same, które każdy z nas przeżywa podczas nocnego wypoczynku. Często powtarza się jeden, dramatyczny motyw: chory widzi obcych ludzi wdzierających się do jego domu, którzy rzucają się na niego, wiążą go lub duszą, ale on jest niezdolny do reakcji. Podczas gdy my, śniąc, uświadamiamy sobie, że uczestniczymy w spektaklu iluzji i możemy spoglądać na nasze przygody z dystansem, ci przekonani są o realności swoich wizji.

U zdrowych ludzi marzenia senne są oddzielone od jawy. Kiedy udajemy się do łóżek, najpierw zapadamy w głęboki sen, podczas którego gałki oczne poruszają się powoli (faza NREM). Dopiero po blisko godzinnym „przygotowaniu” następuje krótka, 15-minutowa faza, podczas której gałki oczne poruszają się szybko (tzw. faza REM). To wówczas śnimy. Żebyśmy – podczas marzeń nocnych – nie walczyli z nawiedzającymi nas wyobrażeniami, nasze mięśnie robią się bezwładne, rozluźnione. Jednocześnie spada temperatura ciała, a do krwi uwalniany jest hormon wzrostu. Nawet jeśli już nie jesteśmy dziećmi i nie rośniemy, sprawia on, że rany szybciej się goją, organizm regeneruje się i wypoczywamy.

U narkoleptyków ten naturalny porządek jest zaburzony. Faza REM pojawia się u nich nagle i bez uprzedzenia, kiedy mózg jeszcze pamięta dobrze jawę, więc widziane sny mogą być z łatwością brane za rzeczywistość. Fazy snu REM pojawiają się też w ciągu dnia, wtrącone w stan czuwania – ale ze wszystkimi charakterystycznymi dla REM symptomami – przede wszystkim więc z wyłączeniem kontroli nad mięśniami. Nagła drzemka z twarzą w talerzu spaghetti – to wygląda niemal na slapstikowy gag. Napady katalepsji mogą wydawać się śmieszne, jeśli nie dopadną kogoś akurat w trakcie wchodzenia po schodach albo za kierownicą.

Ryzyko na każdym kroku

Narkoleptycy nie chodzą do kina na komedie, nie słuchają programów rozrywkowych. Doświadczenie uczy ich, że lepiej unikać silnych uczuć, tłumić porywy pasji. Dzielą się swoimi problemami na forach internetowych.

„Ocknęłam się, pływając na plecach w moim przydomowym basenie – miałam szczęście, że nie zasnęłam podczas nurkowania” – skarży się 64-letnia Patrycja, której z uwagi na nękające ją zaburzenia snu przyznano właśnie grupę inwalidzką.

„Wiem, co czujesz – odpowiada jej 48-letni mężczyzna. – Nie jestem w stanie nawet poczytać książeczki dzieciom. Pierwsze pełne zdanie, które wypowiedziała moja córka, brzmiało: »Tatusiu, obudź się!« (...) Nie dość, że najprostsza, zdawałoby się, czynność niesie ze sobą poważne zagrożenie, to jeszcze inni postrzegają cię jako lenia, śpiocha albo skacowanego imprezowicza”.

„Moją najlepszą przyjaciółką jest moja czarna kotka. Sypia przytulona do mojego boku, znosi moje gadanie i krzyki przez sen i nie opowiada nikomu, że mam koszmary nocne. A co najlepsze, pozwala mi odróżniać, czy moje mary to halucynacje, czy prawda” – zwierza się na stronie internetowej grupy wsparcia Miranda. „Jeśli widzę, że ktoś znów włamał się do mojego mieszkania i myszkuje po kątach, a moja kotka leży jak gdyby nigdy nic przy moim ramieniu, mrucząc, wiem, że mogę jej zaufać. To, czego kot nie widzi, nie istnieje”.

Co jest przyczyną schorzenia, w którym sen zamiast przynosić ukojenie, staje się ciężarem? Jako pierwszy na trop wpadł Seiji Nishino (ten sam, który w charakterze pomocy naukowych wykorzystywał psią karmę i miskę). Zauważył, że w płynie mózgowo-rdzeniowym pobranym od nieszczęśników, którym nie dane było zaznać spokojnego snu, brakuje pewnego białka – hipokretyny. To substancja, która bierze udział w regulowaniu dobowego rytmu snu i czuwania. Pośmiertne badania mózgów osób cierpiących na narkolepsję wykazały, że w ich podwzgórzu prawie w ogóle nie można znaleźć komórek nerwowych zawierających hipokretyny.

Wiele wskazuje na to, że te komórki niszczy... sam organizm chorego. Narkolepsja byłaby więc jedną z wachlarza tzw. chorób autoimmunologicznych, wynikających z nadgorliwości układu odpornościowego, który zamiast atakować szkodliwe mikroby, zwraca się – omyłkowo, prawdopodobnie na skutek działania nieprawidłowych genów – przeciwko komórkom swego ciała.

Centrum Badania Snu na Uniwersytecie Stanforda dorobiło się licznego stada narkoleptycznych psów. Są między nimi popularne niegdyś ratlerki, słodkie, łagodne labradory i jamniki. Wszystkie – wskutek mutacji – pozbawione receptorów hipokretyny. Chorują podobnie jak ludzie, z tą tylko różnicą, że potomstwo dwóch czworonogów z wadliwym genem zawsze cierpi na zaburzenia snu. U ludzi sam uszkodzony gen nie wystarcza. Musi jeszcze wydarzyć się coś, co wyzwoli fatalną reakcję układu odpornościowego. Takim czynnikiem może być zakażenie, spadek odporności, uraz, zmiany hormonalne, stres. Dlatego też u ludzi narkolepsja rozwija się dość późno – w wieku kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. Zwierzęta cierpią na nią od urodzenia.

Narkotyk pracoholików

Obserwacje psów na Uniwersytecie Stanforda pozwoliły wprawdzie znaleźć gen odpowiedzialny za brak hipokretyny, ale nie przyniosły najważniejszego – lekarstwa. Najprościej byłoby po prostu podawać doustnie brakujący hormon, ale niestety, nie potrafi on przenikać przez barierę krew – mózg.

Podawane obecnie farmaceutyki nie usuwają przyczyn, jedynie likwidują objawy choroby. Jeszcze dziesięć lat temu, by nie przysypiać w ciągu dnia, chorzy zmuszeni byli przyjmować stymulanty oparte na amfetaminie. Od 1999 r. dostępny jest nowy lek – modafinil. Mechanizm działania tego środka nie jest dobrze znany, przypuszczalnie pobudza korę przedczołową mózgu – obszar odpowiedzialny za uwagę, pamięć i planowanie. Wydaje się całkowicie pozbawiony skutków ubocznych – nie uzależnia, pozwala długo zachować przytomność i uwagę. Piloci wojskowi byli w stanie pod działaniem modafinilu wykonywać bardzo skomplikowane operacje przez ponad dwie doby bez wypoczynku. Nie musieli też potem odsypiać tej przedłużonej aktywności.

Modafinil zyskał sobie sławę jako „drzemka w pigułce”: pomaga osobom cierpiącym na jet lag (po pilotach wojskowych zaczęli używać go piloci i stewardesy na liniach transatlantyckich). Po lek sięgają też ci, którym szkoda czasu na sen – pracoholicy poświęcający karierze nie tylko dnie, ale i noce.

O ile dopuszczenie do sprzedaży modafinilu, coraz częściej wykorzystywanego przez zdrowych, budzi kontrowersje, o tyle drugi medykament, przepisywany, by umożliwić narkoleptykom zaśnięcie, cieszy się jednoznacznie złą sławą. To GHB (hydroksymaślan sodu), specyfik kojarzony z przestępstwami w nocnych klubach. Ma na sumieniu setki ofiar śmiertelnych i niezliczone gwałty. Jest jakby stworzony do zbrodni doskonałych: bezbarwny i bezwonny, o słonawym smaku, może być łatwo dodany do drinka. W niewielkiej ilości daje efekty przypominające działanie alkoholu – uczucie rozluźnienia, relaksu, zawroty głowy. Później pojawia się silna senność, a także amnezja. Ofiara GHB nawet nie pamięta, z kim wyszła z imprezy, komu, zasypiając, zdradziła numery do swych kart bankomatowych. A że preparat w ciągu 12 godzin jest całkowicie rozkładany przez organizm, w chwili gdy poszkodowany dochodzi do siebie i odkrywa, co mu się przytrafiło, nie ma już najmniejszych dowodów zbrodni.

Pies na pomoc

„Po 20 latach przyjmowania leków mój organizm przestał na nie reagować” – opowiadała przed kamerami telewizji Joan, nauczycielka matematyki z Ontario. „Stałam się niezdolna do samodzielnego życia – zasypiałam na ulicy, ludzie traktowali mnie jak pijaczkę. Kiedy miałam ataki katalepsji, nie mogłam wydobyć z siebie słowa, z trudem bełkotałam, nie mogąc poruszyć bezwładną szczęką. Moje życie zmieniło się, odkąd jest ze mną Morgan – pudel wytresowany do pomocy takim jak ja. Morgan potrafi mnie obudzić, jeśli sytuacja jest niebezpieczna, czuwa przy mnie, dzięki niej nie boję się wychodzić z domu”. Niekiedy, jak widać, najlepszym lekarstwem bywa… pies. Oczywiście nie może pochodzić ze stadka doktora Mignota ze Stanfordu.

Tymczasem stanfordzkie psy zrobiły już wszystko, co mogły. Emmanuel Mignot uznał, że dalsze badania czworonogów nie przyczynią się do postępu w leczeniu ludzi, i zajął się sennością u... zeberek, niewielkich akwariowych rybek. Chcecie zobaczyć, jak sypiają i jak pływają narkoleptyczne ryby? Zajrzyjcie na stronę Uniwersytetu Stanforda.

  1. Psychologia

Depresja młodzieńcza – jak rozpoznać, gdy dziecko woła o pomoc? Rozmowa z psycholożką Ewą Woydyłło

- Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie radzi psycholożka Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
- Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie radzi psycholożka Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
Oprócz pały, złamanego serca i pryszczy – nastolatkom coraz częściej grozi depresja. Co z tym czynić? Oto elementarz psycholożki Ewy Woydyłło. 

Gdzie szukać korzeni depresji młodzieńczej?
Depresję u dzieci zaczęto diagnozować dopiero w latach 70. ubiegłego wieku. Badania przeprowadzone m.in. w Kanadzie pod kierunkiem prof. Sylvany Côté z uniwersytetu w Montrealu pokazały, że u około 15 proc. małych dzieci, od 5. miesiąca do 6. roku życia, czyli niemowlaków i przedszkolaków, występują objawy depresyjne: niechęć do zabawy, opóźniona reakcja na bodźce, smutek, płaczliwość, wybuchy złości, nerwowość. Dzieci te długo się moczą, źle sypiają, nie mają apetytu, a co za tym idzie wolniej się rozwijają. Uczeni dostrzegli wyraźny związek między tymi objawami a depresją u matek. Sugerują, że jeżeli matka zajmująca się małym dzieckiem sama ma przez dłuższy czas obniżony nastrój, to dziecko może niejako odwzorowywać jej zachowania. Ono jest pewnym lustereczkiem, echem rodzica – jeśli ten zadba o swój stan ducha i psychiki, to nie musi się specjalnie martwić o wystąpienie depresji u dziecka. Jeżeli jednak dziecko od maleńkości rzadko spotyka się z uśmiechem, pieszczotą, to siłą rzeczy nauczy się chować przed światem, w którym jest zimno i smutno.

Ale nastolatek, nawet utulany w dzieciństwie, dojrzewa i nie radzi sobie z pewnymi sytuacjami...
No tak, w domu zawsze czekała mięciutka poduszeczka, a gdy zaczęła się szkoła i kontakty zewnętrzne, coraz więcej czasu spędza poza bezpiecznym środowiskiem rodziny – rano na 8 do szkoły, powrót wieczorem – i często... pustka. Nawet jeśli rodzice się pojawiają, to często są zajęci swoimi sprawami. Dziecko zaczyna tworzyć własne relacje z nowym otoczeniem, a w nim zachodzą procesy, nad którymi samo może nie potrafić zapanować, np. nad przykrościami ze strony rówieśników czy bezdusznością lub krzywdą ze strony dorosłych. I jeśli w rodzinie nie ma nawyku prowadzenia rozmów z dzieckiem, to na pytanie: „Co ci jest syneczku?”, odpowie: „nic”, bo wcześniej, gdy przychodził i mówił: „Mamo, a dzisiaj w szkole...”, ona nie pozwalała mu nawet dokończyć: „Oj, synku, daj spokój, widzisz, że jestem zajęta”. Teraz boi się, że znów usłyszy: „Nie zawracaj mi głowy drobiazgami”.

To drobiazgi dla nas – dorosłych, ale nie dla nastolatki, której kolega wykrzyczał, że ma krzywe nogi.
Tak, to dla niej katastrofa i wystarczy, by – jak to teraz mówią młodzi – dziewczynka złapała doła. Zwłaszcza gdy rodzina nie znajdzie czasu na okazanie zainteresowania. Często tak się dzieje. Na przykład wraca Jasiek ze szkoły ze smutną miną, a mama pyta: „Co się stało?”. „Pobił mnie Krzysiek” – żali się syn, na co mama: „No to mu oddaj!” – i koniec rozmowy. Dziecko może się w tym momencie zamknąć w sobie, bo jemu nie chodzi wcale o to, czy oddać czy nie, tylko dlaczego Krzysiek go nie lubi. A może jeszcze podczas bójki śmiała się z niego cała klasa? Dziecko wyśmiane czy odrzucone przez rówieśników czuje się podobnie jak np. tata wyrzucony z pracy. I właśnie to samopoczucie jest ważne, o nim należy z dzieckiem rozmawiać.

Film Jana Komasy „Sala samobójców” obrazuje dramatyczną sytuację wielu współczesnych dzieci. Bohater tego filmu bierze udział w pewnym szkolnym incydencie, zostaje przy całej klasie ośmieszony i już się z tego nie podźwiga. Jego rodzice zajmują wysokie stanowiska, chłopca wozi kierowca, można powiedzieć, że niczego mu nie brakuje. A jednak brakowało – wysłuchania, pochylenia się najbliższych nad tym, co tak naprawdę przeżywał. Głośny był też dramatyczny wypadek dziewczynki z Gdańska, którą chłopcy skrzywdzili seksualnie, wszystko nakręcili komórkową kamerą i filmik puścili w internecie. Dziewczynka popełniła samobójstwo. Dlaczego? Dlatego, że nie była w stanie sobie sama z czymś takim poradzić i nie uzyskała w wystarczającym stopniu pomocy dorosłych.

Jak rozpoznać, że dziecko woła o pomoc?
Depresja jest stopniowo pogłębiającym się procesem i z początku człowiek nie czuje się jeszcze tragicznie. Np. mama pyta 12-letniego synka: „Stasiu, niedługo twoje urodziny. Gdzie je w tym roku urządzimy?”, a Staś: „Nie, nie, mamo, nie będziemy nic robić, zaniosę cukierki do szkoły i już” – dziecko rezygnuje z czegoś, co wcześniej było dla niego atrakcją, przyjemnością. A to oznacza, że musiało odebrać jakieś negatywne sygnały. I myśli: „A może na moje urodziny nikt nie przyjdzie?”. Coś mu przeszkadza wierzyć, że się uda. Wrażliwe, niepewne siebie dzieci tak bardzo boją się odrzucenia, że wolą zrezygnować. Nieuważni dorośli mogą sprawę zlekceważyć: „Nie, to nie”.

Zanim u dorastającego dziecka rozwinie się poważny stan depresyjny, wysyła ono mnóstwo różnych sygnałów, jak gdyby wołało: „Zauważcie mnie!” „Pomóżcie mi!”. To nigdy nie jest tak, że od razu popada w skrajną rozpacz i chce sobie odebrać życie.

Jakie zachowania powinny być sygnałami ostrzegawczymi, których nie wolno lekceważyć?
Długotrwały smutek, pogorszenie wyników w nauce, zerwanie kontaktów z innymi dziećmi, coraz dłuższe przebywanie w odosobnieniu, niechęć do tego, co wcześniej było jego pasją lub sprawiało przyjemność.

Czy objawy stanów depresyjnych u dzieci i młodzieży są podobne jak u dorosłych?
Tak, bardzo podobne: wycofanie, izolacja, płaczliwość, nerwowość, wybuchowość, unikanie towarzystwa, często zaburzenia łaknienia – szczególnie dziewczynki nie mogą sobie z tym poradzić, załamują się psychicznie, wpadają w anoreksję lub bulimię. Jednym z objawów depresji jest także niechęć do ruchu, sportu, wszelkich form aktywności.

Okres dojrzewania generuje depresyjne nastroje?
Nie, wcale nie. Biologia wyposażyła człowieka w niezbędne mechanizmy służące przetrwaniu. Ale współczesne pokusy, nadmierna wolność i wynikające z niej zagrożenia powodują, że młoda osoba może sobie nie poradzić z wyborami. Nastolatki zbyt często słyszą: „Nic z ciebie dobrego nie wyrośnie”, „Ty nigdy nie znajdziesz męża”, „Na imprezie cię zgwałcą i będziesz mieć zszarganą opinię”... Nawet gdy są to tylko przestrogi, pozostawią ślad, zrobią wyrwę w psychice, szczególnie u osoby wrażliwej.

Inna sprawa: w Polsce wiele tematów nadal jest tabu, np. prawie w ogóle nie porusza się kwestii bezpiecznego seksu. A tabu, niestety, nie chroni przed zagrożeniami, tylko powoduje, że młodzi ludzie pozostają sami ze swymi pytaniami i decyzjami.

Nie mogą też często udźwignąć zbyt wygórowanych oczekiwań, jakie stawiają im rodzice...
Zwłaszcza gdy wysokim wymaganiom towarzyszy brak uwagi: nieważne, co przeżywasz, musisz przynosić ze szkoły same szóstki i już. No cóż, w naszych czasach panuje okrutny dyktat osiągnięć. Dziecko nieodnoszące sukcesów jest narażone na poczucie bezwartościowości. Wróży mu się życie pełne niepowodzeń. Mało kto zatrzyma się przy takim dziecku i spróbuje dodać wiary w siebie, otuchy i wsparcia.

A dobre rodzicielstwo opiera się na szacunku, zaufaniu i tworzeniu życzliwych, dobrych relacji. Dziecko powinno jak najczęściej słyszeć od matki i ojca: „Cieszę się, gdy cię widzę. Jaka jestem szczęśliwa, że jesteś. Nie chciałbym, żebyś był inny...” – dostawać komunikat, że jest ważną częścią życia taty i mamy, niezależnie od tego, czy odrabia lekcje czy nie.

I czy swój smutek wyraża agresją, buntuje się, staje się opryskliwy i wrogi?
Agresja zwykle wynika z lęku. Dziecko może się bać potępienia, poniżenia, podważenia swej godności. Opryskliwość i wrogość bywają też odwzorowaniem zachowań, jakie dziecko obserwuje u najbliższych dorosłych. Jeśli nie może bezpiecznie z nimi rozmawiać o swoich uczuciach, to będzie je ukrywać i tłumić – ten zgromadzony, pełen napięć stan psychiczny musi gdzieś znaleźć ujście i często znajduje w agresji lub autoagresji – sznyty, okaleczenia, piercing czy deformujące urodę tatuaże... to również akty buntu, złości...

Jak pomagać?
Rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Ale nie wtedy, gdy wystąpią już poważne nieporozumienia. Więź buduje się od urodzenia. Małe dzieci są otwarte i spragnione kontaktu z rodzicami. Nie wolno ich odpychać, dawać do zrozumienia, że ważniejsze są telewizja, gazeta, znajomi, zajęcia domowe czy praca zawodowa. Dziecko odtrącane zapamięta to i potem samo do rodziców nie przyjdzie. Najlepsze relacje z dziećmi zależą nie od pieniędzy, markowych ubrań czy drogich wakacji, tylko od tego, ile czasu dorośli i dzieci spędzają razem i towarzyszą sobie we wszystkim, co się w rodzinie wydarza.

Rodzice zapytają: „A kto zarobi na życie?”.
No jasne, że dorośli, tylko może opłaci się czasem troszkę mniej zarobić, a więcej czasu poświęcać dziecku. Jak ktoś decyduje się na dziecko, musi mieć dla niego czas, bardzo dużo czasu i to przez kilkanaście lat jego życia. Oczywiście nie dotyczy to tylko rodziców. Dziecku potrzebni są także dziadkowie, inni krewni, przyjaciele. Suma tego czasu zaowocuje w przyszłości jego odpornością na wszelkie niepowodzenia i problemy.

Mówi pani „rozmawiać...”. A co, jak rodzic nie potrafi dotrzeć do dziecka, otworzyć go?
Nie zawsze rozmowę musi prowadzić rodzic, może to być ktokolwiek, kto ma z nim dobry kontakt – ciocia, dziadek, ulubiony nauczyciel, trener, ksiądz... Czasami trzeba pójść do szkoły, do druha z harcerstwa, do rodziców kolegi... – wszędzie tam, gdzie są ludzie, którzy to dziecko znają i je rozumieją. Jeśli nikt z tych osób do niego nie dotrze, należy szukać pomocy w poradni wychowawczej, u psychologa dziecięcego, lekarza.

Jakie słowa skierowałaby pani wprost do nastolatka?
Zawsze, kiedy masz doła, znajdź osobę, ale powinna to być osoba dorosła, z którą możesz w zaufaniu porozmawiać o tym, co czujesz i przeżywasz. Unikaj samotności – nie zamykaj się w sobie, nie uciekaj w wirtualny świat internetu, bo prawdziwe życie jest tylko z prawdziwymi ludźmi, w realu. Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie.

Jak pomóc dziecku przerwać milczenie i skłonić do ujawnienia, co je gnębi?

Trzeba w stosunku do niego wyzbyć się gniewu, wstydu, żalu, pretensji. Ważny jest dobór słów. Oto kilka zdań, od których można zacząć rozmowę. Pozwolą dziecku uwierzyć w możliwość rozwiązania problemów:

  • Przejdziemy przez to, poradzimy sobie...
  • Nie myśl, co będzie kiedyś. Chodź, zastanówmy się, co można zrobić teraz...
  • Z różnymi trudnościami zwykle radzisz sobie nienajgorzej, podziwiam cię...
  • Na pewno znajdziemy dobre wyjście, możesz na mnie liczyć...
  • Każdy ma kłopoty, nie zostawię cię z nimi...
  • Wiem, że starasz się najlepiej, jak umiesz. Nikomu nie układa się zawsze wszystko po jego myśli...
  • Bardzo chcę, żeby minął ten trudny okres. Powiedz, jak ci w tym ulżyć...
  • Cieszę się, że ciebie mam. To nic, że czasem napotykamy na jakieś trudności. Przecież po to jestem, by je z tobą rozwiązywać...
  1. Zdrowie

Joga tybetańska - wsparcie podczas leczenia raka

Praktykowanie jogi powoduje wiele pozytywnych zmian w ciele: obniżenie ciśnienia krwi, zmniejszenie bólu, poprawę odporności. (Fot. iStock)
Praktykowanie jogi powoduje wiele pozytywnych zmian w ciele: obniżenie ciśnienia krwi, zmniejszenie bólu, poprawę odporności. (Fot. iStock)
Lekarze koncentrują się na ogół na farmakoterapii, często zapominając o uczuciach pacjentów. Prawie połowa osób chorych na raka szuka więc wsparcia psychicznego w metodach niekonwencjonalnych. O korzyściach, jakie przynosi chorym metoda integracji ciała i umysłu za pomocą jogi, przekonuje dr Alejandro Chaoul.   

Czym można wytłumaczyć to, że ćwiczenia jogi tybetańskiej pomagają lepiej się poczuć osobom wyczerpanym rakiem i ubocznymi skutkami leczenia onkologicznego? Praktykowanie jogi powoduje wiele pozytywnych zmian w ciele: obniżenie ciśnienia krwi, zmniejszenie bólu, poprawę odporności. Pacjenci śpią lepiej i dłużej, nie muszą zażywać takiej ilości lekarstw nasennych jak wcześniej. Zmniejszają się efekty uboczne radioterapii i chemioterapii, przede wszystkim uczucie zmęczenia i mdłości. Wzrasta także uważność i sprawność umysłowa, ludzie pozbywają się obsesyjnych myśli. Kiedy wyciszamy umysł, mamy możliwość spojrzenia na swoje myśli „od wewnątrz”, to fantastyczne. Decydujemy, w którym momencie zatrzymać naszą uwagę.

Jeśli się uspokoimy i wyciszymy, zwolni się rozwój choroby? Niektórzy naukowcy przypuszczają, że stres emocjonalny przyczynia się do nasilenia raka. Stres to niedostrzegalny symptom towarzyszący chorobie nowotworowej. W szpitalu, w którym prowadzę zajęcia, lekarz podczas rozmowy z chorym i jego rodziną zawsze pyta, czy w życiu pacjenta zdarzyło się coś negatywnego. 60 proc. osób odpowiada, że tak. Z całą pewnością stres ma wpływ na rozwój raka u zwierząt, a zmniejszanie napięcia nerwowego hamuje chorobę, co potwierdziły badania. Czy w ten sposób można zwolnić rozwój nowotworu także u ludzi – to dopiero się okaże.

Chyba niełatwo jest przekonać i zmotywować ciężko chorych ludzi do rozpoczęcia ćwiczeń... Tak naprawdę to nic nie obiecuję. Nie mówię im, że wyleczą się z raka. Będą mogli za to z innej perspektywy spojrzeć na swoją chorobę, a dzięki praktykom jogi poprawi się jakość ich życia i zmniejszy stres. Niektórzy pacjenci mówią: „Nie czuję bólu, nie czuję się tak źle jak wcześniej, teraz czuję się lepiej, czuję się fantastycznie – co było wcześniej nawet nie do pomyślenia!”. I to jest bardzo istotne, bo jeśli w tym momencie czuję się dobrze, to dlaczego nie może tak być za minutę, za godzinę, za jakiś czas?

Jogę znam z ćwiczeń, po których jestem rozluźniona głównie fizycznie. Co szczególnego jest w praktykowaniu jogi tybetańskiej, że tak odmienia i czucie, i myślenie? Wszystkie praktyki medytacyjne biorą pod uwagę ciało i umysł. Niestety, na Zachodzie uważa się na ogół, że joga jest zbiorem fizycznych ćwiczeń. Nawet sami instruktorzy zwracają uwagę przede wszystkim na ciało. Tymczasem praktyka obejmuje trzy elementy: pozycje ciała, czyli asany, pranajamy, czyli oddechy, oraz część medytacyjną. Dlatego my jako instruktorzy jogi tybetańskiej zwracamy uwagę na te elementy „od drugiej strony”. Najpierw rozwijamy umysł, później rozwijamy oddech, w końcu dochodzimy do ciała. Na przykład w pierwszym tygodniu pacjent uczy się wyciszać i przekłada uwagę z gonitwy umysłu na własne ciało. W drugim tygodniu pracuje głównie z samym oddechem i emocjami, jakie można uwolnić poprzez oddychanie.

Wydychając powietrze w specjalny sposób, wyrzucamy z siebie złe emocje? Oczywiście, używamy nawet specjalnych wizualizacji. Wyobrażamy sobie dym, który symbolizuje wszystkie negatywne rzeczy, które nam szkodzą. Zaczynamy autentycznie doświadczać, że poprzez taki wydech czegoś się pozbywamy. Przy wdechu wyobrażamy sobie przyjemne światło. Trzeci tydzień ćwiczeń jest związany z przeniesieniem uwagi na ruch ciała. Umiejętność wyciszenia umysłu i pracy z oddechem wykorzystujemy w pracy z ciałem, a poprzez ruch obszar naszego doświadczenia staje się coraz szerszy. Na następnych sesjach rozwijamy coraz bardziej świadomość oczyszczającego procesu praktyki. Pacjenci uczą się, jak wykorzystywać ją w swoim codziennym życiu. Po zakończeniu praktyk każda osoba dostaje podręcznik i płytę DVD, żeby nadal wykonywać te ćwiczenia w domu.

Umysł z ciałem

Terapia raka oparta na psychologii buddyjskiej i jodze tybetańskiej w połączeniu z farmakologicznym postępowaniem medycyny akademickiej jest jednym z przykładów rozwijającej się dopiero dziedziny – medycyny integracyjnej, której założeniem jest ścisła współpraca dla dobra pacjenta lekarza specjalisty i przedstawiciela metody niekonwencjonalnej. Badania i terapia są wspierane grantem naukowym z Narodowego Instytutu Raka w USA.

Rozmowę tłumaczył instruktor jogi Wojciech Pluciński. 

  1. Psychologia

Psychosomatyka a stres. Jakie sygnały z ciała świadczą o tym, że należy się zatrzymać?

Rezygnacja z walki z samą sobą, próby reanimacji na siłę, zatrzymanie się w tym stanie niemocy, odszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi, to jedyny sposób, by odzyskać energię. (Fot. iStock)
Rezygnacja z walki z samą sobą, próby reanimacji na siłę, zatrzymanie się w tym stanie niemocy, odszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi, to jedyny sposób, by odzyskać energię. (Fot. iStock)
W dzisiejszych czasach nadaktywność to warunek konieczny sukcesu. Drobna dolegliwość czy choroba, która wyłącza nas na chwilę z codziennego pędu, może być okazją do zatrzymania i ogarnięcia rozdźwięku, jaki powstał pomiędzy tym, co w twoim sercu, głowie i ciele.

Dla wielu życie bez kalendarza wypełnionego po brzegi, odwoływanie ważnych spotkań, przerwa na chorobę czy choćby kilka dni wolnego, ot tak po prostu, bez wyraźnego powodu – jest nie do pomyślenia. Jeśli i ty należysz do tej grupy, pewnie podświadomie uważasz, że musisz działać, pracować po 12 godzin na dobę, by być widoczna. Boisz się, że kiedy twoja aktywność spadnie poniżej pewnego poziomu, po prostu… znikniesz, przestaniesz istnieć, świat o tobie zapomni. A tu nagle totalna klapa, wstajesz z łóżka i nic ci się nie chce. Albo dopada cię przeziębienie, ból głowy nie pozwala odpowiedzieć na e-maile, zaplanować dzisiejszego dnia i jak zwykle wcisnąć w grafik jeszcze kilku bardzo ważnych spraw do załatwienia.

Życie na dopalaczu

Kiedy trafia do mnie pacjent pogodzony ze swoją niemocą, jestem pełna optymizmu. Nie liczy na to, że dam mu czarodziejski bacik, którym uda mu się pogonić samego siebie do aktywności, ale odważnie mówi: „Mam wszystkiego dość. Dłużej już nie dam rady. Poddaję się”. To dobry znak, że przestał walczyć z samym sobą, zmuszać się do czegoś, co nie jest „jego”, jest gotowy do zatrzymania i refleksji. Do tego, żeby wreszcie zacząć czuć. Bo czuć możesz jedynie w bezruchu, zatrzymaniu, chwilowym odcięciu się od wszystkiego, co na zewnątrz. Tylko w takim stanie masz szansę ogarnąć panujący w tobie chaos. Niestety, taka optymistyczna wizja nie zdarza się często. Tym, którym wysiadły wewnętrzne baterie, świat oferuje „cudowne” dopalacze, do wyboru, do koloru. Kawa, napoje energetyczne, preparaty na „dotlenienie” mózgu, magiczne witaminy, zestaw ćwiczeń na pobudzenie energii, a w najgorszym wypadku – łagodny antydepresant. Kiedy te cudowne specyfiki nie przynoszą pożądanych rezultatów, znajomi, lekarze, instruktorzy fitness bezradnie rozkładają ręce, a poganiane ciało zaczyna demonstrować coraz to nowe, nieprzyjemne symptomy – pacjent trafia do terapeuty i ostatkiem sił domaga się błyskawicznego doładowania baterii, z której, niestety, nic się nie da wykrzesać, dopóki chwilowa lub długotrwała niemoc nie zostanie zaakceptowana i do końca przeżyta.

Kiedy nie chce ci się chcieć

Robert E. Thayer, profesor psychologii, autor książki „Źródło codziennych nastrojów. Kontrola energii, napięcia i stresu”, wyróżnił cztery stany nastroju, zestawione na dwóch ciągach pobudzenia: spokój–energia, spokój–zmęczenie, napięcie–energia i napięcie–zmęczenie.

W stanie spokoju–energii znajdujesz się wtedy, gdy jesteś wypoczęta, masz energię do działania, dobry nastrój. Stan spokój–zmęczenie wskazuje na funkcjonowanie na obniżonym poziomie, trudno jest ci się skoncentrować na pracy, ale jeśli akceptujesz to i bez poczucia winy odpoczywasz albo zajmujesz się czymś, co sprawia ci przyjemność, ten stan szybko mija. W stanie napięcie–energia działasz, ale twoje ciało jest napięte do granic możliwości (zwłaszcza szczęki, barki, szyja i plecy). Z perspektywy ewolucyjnej ten stan przypomina gotowość do walki bądź ucieczki, które uaktywniają się w sytuacji stresu. Napięcie–zmęczenie to stan, w którym poczucie „nic mi się nie chce” uaktywnia się w całej okazałości. Opadasz z sił, czujesz się wykończona, nie możesz spać, być może próbujesz ratować humor kolejną kawą albo czymś słodkim. Oprócz przygnębiających uczuć pojawiają się również negatywne myśli, brak wiary we własne możliwości, czarne wizje przyszłości, przekonanie o poważnej chorobie.

Rezygnacja z walki z samą sobą, próby reanimacji na siłę, zatrzymanie się w tym stanie niemocy, odszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi, to jedyny sposób, by odzyskać energię.

Posłuchaj swojego silnika

Kilka tygodni temu jechałam na ważne spotkanie. W pewnym momencie silnik samochodu zaczął dziwnie pracować, jakby zwolnił, samochód stracił moc. Wyłączyłam go i spróbowałam zapalić jeszcze raz. Ruszył do przodu, a potem znowu zwolnił. Kiedy odholowałam samochód do warsztatu, mój mechanik przez kilkanaście minut uważnie przysłuchiwał się pracy silnika: „Posłuchajmy, co ma nam do powiedzenia”. Właśnie tak. Jeśli twoja niemoc trwa dłużej niż dwa tygodnie, poddaj się jej, przestań walczyć, nie popędzaj się dopalaczami. Nie słuchaj natrętnych myśli w stylu: „No dalej, do roboty, przestań się lenić”. Połóż się i posłuchaj, co ciało ma ci do powiedzenia. Co czujesz? Napięcie czy osłabiające rozluźnienie? Co z twoją energią do działania? Pierwszy, ważny krok to rozpoznanie, czy twoje „nic mi się nie chce” to stan: spokoju–zmęczenia, napięcia–energii czy raczej napięcia–zmęczenia.

Jeśli jesteś zmęczona, ale spokojna, być może wystarczy kilka dni odpoczynku. Napięcie–energia domaga się zwolnienia tempa pracy i znalezienia najlepszej dla ciebie metody na rozładowanie stresu. Świetnie sprawdzi się tu umiarkowana aktywność fizyczna, np. półgodzinny spacer. W stanie napięcia nie pomogą ćwiczenia relaksacyjne, jeśli wcześniej ich nie stosowałaś. Nie wytrzymasz leżenia w bezruchu. Jeśli brakuje ci energii, ale nie czujesz napięcia w ciele, dobrą metodą na jej podniesienie będzie medytacja albo jakikolwiek sposób na zaspokojenie potrzeby przyjemności. Pomyśl, co zwykle ci pomaga, kiedy czujesz zmęczenie psychiczne, choć ciało jest wypoczęte. Może rozmowa z przyjaciółką, lektura ciekawej książki czy karmiący seks?

Jeśli twój stan to napięcie–zmęczenie, a na dodatek pojawiają się nieprzyjemne symptomy w ciele, np. migrena, bóle żołądka czy bezsenność, skorzystaj z pomocy terapeuty – psychologa albo zaufanego terapeuty manualnego. Najważniejsze, byś uciszyła negatywne myśli, lęki, że do niczego się nie nadajesz, strach, że to na pewno jakaś poważna choroba albo co najmniej wypalenie zawodowe. Zaufaj swojemu organizmowi; zatrzymaj się, wejdź w stan „nic mi się nie chce”, nawet wzmocnij go tak, by dobrze go poczuć. Przeżyj do końca swoją niemoc, nie bój się rozpadnięcia, zniknięcia – to tylko twoje przerażające fantazje, nic złego ci się nie stanie. Czasami akceptacja stanu rzeczy wystarczy. Nie potrzeba głębokich analiz, szukania ukrytych powodów, sięgania do traum z dzieciństwa. Wewnętrzne akumulatory każdego z nas mają prawo od czasu do czasu się rozładować, tak po prostu. Kiedy w pełni przeżyjesz stan ,,nicniechcenia”, energia wróci ze zdwojoną siłą.

Ból to najsilniejszy komunikat

- Pod wpływem długotrwałego bólu zmienia się sylwetka, chód, mimika twarzy, ciało traci naturalną spontaniczność. Ciało, przez lata lekceważone, zaczyna krzyczeć coraz głośniej, symptomy się przemieszczają, ból rozprzestrzenia się na pozostałe organy. Następuje rozdzielenie pomiędzy głową, ciałem i sercem. Kiedy dominują głowa i serce – pacjent racjonalizuje swoje symptomy, szuka rozwiązania ,,z umysłu”: cudownej tabletki, rehabilitanta czarodzieja. Połączenie ciała i serca powoduje, że pacjent podchodzi zbyt emocjonalnie, boi się reakcji własnego ciała, oddaje odpowiedzialność za swój stan zdrowia i życia w ręce specjalistów. Połączenia głowy i ciała to reagowanie na objawy, bez odkrywania ich przyczyny. Dlatego głównym celem mojej terapii jest pomoc w zintegrowaniu głowy, ciała i serca. Uświadamiam pacjentowi, jaki jest związek pomiędzy jego zachowaniem (np. sposobem pracy przy komputerze) a symptomem z ciała (np. bólem barku). Kolejnym krokiem jest nauczenie pacjenta szukania powiązań pomiędzy sytuacją życiową a dyskomfortem w ciele, czyli połączenie głowy z ciałem. Dalej sprawdzamy, jakie emocje wywołuje konkretna sytuacja, czyli związek pomiędzy ciałem i sercem. Połączenie głowy z sercem i z ciałem pozwala na świadome życie i podejmowanie dorosłych decyzji, co dalej chcemy z nim zrobić - mówi Jacek Sobol, rehabilitant, osteopata.

Czujesz zmęczenie? Może warto udać się do lekarza

  • Jeśli od dawna nie wykonywałaś podstawowych badań krwi, zrób je. Ogólne osłabienie i zniechęcenie może być oznaką anemii.
  • Jeśli oprócz osłabienia dokucza ci senność i przez ostatnie 2–3 miesiące przybrałaś na wadze 3–4 kg, dodatkowo masz suchą skórę, wypadają ci włosy – może to świadczyć o problemach z tarczycą.
  • Jeśli zmęczeniu towarzyszą zaburzenia miesiączkowania, odwiedź ginekologa i zrób badania poziomu hormonów płciowych.

Praca z symptomami w 11 krokach

Jeśli bardziej niż zmęczenie dokucza ci wiecznie powracająca dolegliwość, jak ból głowy, przeziębienie czy rozstrój żołądka, albo nawykowo reagujesz nimi na różne ważne wydarzenia w swoim życiu, spróbuj regularnej pracy z symptomami. Jest wiele metod, z których możesz skorzystać. Najważniejsze, by nie próbować kontrolować dolegliwości (np. poprzez tłumienie objawów lekami) i nie traktować swojego ciała jak wroga, którego ktoś lub coś ma ujarzmić. Nie walcz ze swoim ciałem – to, z czym walczysz, staje się coraz silniejsze.
  1. Znajdź chwilę dla siebie, połóż się albo usiądź wygodnie, zrób kilka głębokich oddechów, zamknij oczy.
  2. Postaraj się połączyć symptom ciała z tym, co aktualnie dzieje się w twoim życiu, np. w związku z jakim wydarzeniem zaczęłaś cierpieć z powodu bolesnych miesiączek
  3. Przypomnij sobie inne sytuacje, momenty ze swojego życia, kiedy czułaś się podobnie, np. na co najczęściej chorowałaś w dzieciństwie?
  4. W wyobraźni zapakuj do jednego worka wszystko, co wiąże się z twoim problemem (myśli, sytuacje) i poczuj, co teraz dzieje się w twoim ciele (głównie w obszarze brzucha i klatki piersiowej). Pamiętaj, że prawdziwe uczucia pojawiają się w twoim tułowiu, począwszy od klatki piersiowej, na okolicach miednicy skończywszy. Dolegliwości dotyczące głowy i szyi to przede wszystkim komunikaty płynące z głowy, a nie z serca. Symptomy zlokalizowane w nogach, stopach, rękach, dłoniach wskazują na problemy z przynależnością (korzeniami), ugruntowaniem (związkiem z bliskimi), a także dawaniem i przyjmowaniem (relacjami).
  5. Kiedy w brzuchu czy klatce piersiowej pojawi się jakieś doznanie, nawet najbardziej subtelne, nie analizuj go, nie nazywaj, a jedynie oddychaj do tego miejsca, możesz też położyć tam lewą rękę.
  6. Kiedy już zaakceptujesz pojawiające się doznanie, pozwól, by z tego niejasnego odczucia wypłynęło jakieś słowo, obraz, dźwięk lub gest. Jeśli czujesz potrzebę wyrażenia go, zrób to, powiedz: ,,Czuję ogień w brzuchu”, krzyknij, kopnij, zaciśnij pięść itp.
  7. Kiedy poczujesz, że nadałaś już swojemu doznaniu jakąś formę (słowa, dźwięku, gestu, obrazu), kilkakrotnie wzmocnij ją i poczuj, czy w doznaniu coś się zmieniło. Jeśli np. pojawi się potrzeba głębokiego oddechu, rozluźnienie czy płacz, to znak, że trafiłaś – połączyłaś niejasne doznanie w ciele ze sposobem wyrażenia go.
  8. Na moment wróć do głowy i zastanów się, w jakich sytuacjach w codziennym życiu czujesz się podobnie. Kiedy, w jakich momentach wzdychasz z ulgą, czy pojawia się w tobie potrzeba oczyszczającego płaczu? Przez cały czas wykonywania ćwiczenia postaraj się nie nadawać swojemu doznaniu medycznej etykietki, np. „ogień w brzuchu to objaw mojej choroby wrzodowej”.
  9. Jeśli pojawi się w twojej głowie wspomnienie traumatycznych przeżyć, zatrzymaj się przy nich na chwilę, ale nie stapiaj się z nimi w jedno. Nie szukaj przyczyn swojej choroby w przeszłości, bo w ten sposób jedynie znajdziesz zajęcie dla swojego umysłu i odetniesz się od przeżywania. Najważniejsze jest to, co teraz odczuwasz w swoim ciele.
  10. Kiedy w trakcie pracy z symptomem pojawią się silne uczucia, obserwuj je z właściwego dystansu; bez oceniania, nadmiernego wchodzenia w nie, bez lęku, poczucia winy, z akceptacją i ciekawością. Bądź blisko swoich przeżyć, ale nie identyfikuj się z nimi.
  11. Wróć do swoich doznań w brzuchu i klatce piersiowej. Gdyby te doznania umiały mówić, co by powiedziały? Czujesz ucisk? Może chcą powiedzieć: „Potrzebuję więcej przestrzeni”. Idź za tym i wyobraź sobie, że stajesz się bardziej niezależna, bronisz swojej intymności. Może potrzebujesz teraz jakiegoś zdania, potwierdzenia, np.: ,,Jestem po twojej stronie”. Jeśli po jego wypowiedzeniu rozluźnienie w ciele zwiększy się, to znak, że trafiłaś w dziesiątkę. Przez kilka najbliższych dni powtarzaj sobie to zdanie jak mantrę, do momentu, aż poczujesz, że umocniłaś się w swojej nowej postawie życiowej.

  1. Zdrowie

Tężyczka - choroba życia w biegu, napięcia i przerostu ambicji

Pacjentów z tężyczką przybywa, zwłaszcza w czasie pandemii - to efekt życia w stresie. 
(Fot. iStock)
Pacjentów z tężyczką przybywa, zwłaszcza w czasie pandemii - to efekt życia w stresie. (Fot. iStock)
Objawy są nieprzyjemne – skurcze mięśni. Bywa, na szczęście rzadko, niebezpieczna, może nawet zagrażać życiu. W dodatku trudno się ją diagnozuje. – Tężyczka jest trochę przez lekarzy pomijana. Część w nią wierzy, część nie do końca – mówi neurolog dr Katarzyna Toruńska, zajmująca się tą chorobą.

Kilka lat temu moja przyjaciółka, mieszkająca wtedy w Londynie, zaczęła odczuwać dziwne objawy. Najpierw mrowienie rąk. Potem nóg. Doszły do tego skurcze mięśni. Majka, przestraszona, poszła do lekarza. Ten zaczął przeprowadzać diagnostykę w kierunku stwardnienia rozsianego. Pamiętam, jak dzwoniła do mnie w panice. Na szczęście szybko okazało się, że to nie SM. Więc co? – Wyobraź sobie, mam tężyczkę – powiedziała.

Czym jest ta choroba?

– Właściwie to zespół objawów – mówi neurolog dr Katarzyna Toruńska. – Niecharakterystycznych, z różnych grup. Wynikają z nadpobudliwości błony nerwowo-mięśniowej, a to z kolei powodowane jest różnego rodzaju niedoborami tkankowymi. Głównie niedobory dotyczą magnezu i potasu a także witaminy D – jeżeli mówimy o tężyczce utajonej. Ten zespół objawów jest bardzo uciążliwy. Trzeba szukać, co jest jego źródłem w przypadku konkretnego pacjenta.

Czy łatwo tężyczkę zdiagnozować? – Bardzo trudno, niestety. Bo przyczyn może być dużo. Od psychicznych, psychogennych, poprzez gastrologiczne, endokrynologiczne diabetologiczne, przyjmowane leki, nieprawidłową dietę. Diagnoza nie jest prosta, ale staramy się mieć swoje schematy w diagnostyce, żeby pacjentowi pomóc, żeby znaleźć przyczynę tych dolegliwości – tłumaczy dr Toruńska. – Zwykle na początku rzeczywiście sprawdzamy, czy to nie stwardnienie rozsiane. Robimy rezonans mózgu, żeby je wykluczyć, choć w tej chorobie przebieg jest jednak inny. Tężyczka nie daje objawów konkretnego zespołu neurologicznego, trzeba wykonać podstawowe badania, żeby SM wykluczyć i dalej szukać przyczyny, źródła. Zwykle to źródło znajdujemy.

Mogą to być na przykład choroby tarczycy, nadczynność, niedoczynność, Hashimoto. Choroby przewodu pokarmowego, wszelkiego rodzaju nietolerancje pokarmowe, na gluten, na laktozę. Są pacjenci po zapaleniu błony śluzowej żołądka, tacy, którzy bardzo długo przyjmują inhibitory pompy protonowej (IPP), zaburzające wchłanianie pierwiastków i witamin. Bywa to też niewykryta insulinooporność albo monodiety, często wyniszczające organizm. Także niektóre leki oraz, oczywiście, wszelkie używki.

Zwykle tężyczka sama w sobie nie jest chorobą, a efektem innych chorób. Choć, jak tłumaczy dr Toruńska, jest taka jednostka jak hipomagnezemia rodzinna, gdzie tężyczka jest pierwotna, bo mamy tu jedną przyczynę – genetyczną. Ale to się zdarza niezwykle rzadko.

Tężyczka - do kogo po pomoc

Żeby jeszcze bardziej sprawę skomplikować, trzeba powiedzieć, że tężyczki są dwie: jawna i utajona. Endokrynolodzy zajmują się tężyczką jawną, czyli wapniową, pojawiającą się (oczywiście nie zawsze) po operacjach tarczycy, przytarczyc, przy chorobach tarczycy, kiedy są duże niedobory wapnia. Ta postać tężyczki jest bardziej niebezpieczna, czasami nawet zagrażająca życiu – występują tu bardzo silne skurcze, może – przy gwałtownych spadkach wapnia – dojść do skurczu głośni, utraty przytomności.

Neurolodzy leczą tężyczkę utajoną. Łagodniejszą w przebiegu, choć trudniejszą do wykrycia. Pojawiają się mocne samoistne skurcze mięśni, ale może je wywołać zewnętrzny bodziec. – Choćby hiperwentylacja – czyli szybkie, głębokie oddychanie. Zaburza się wtedy równowaga kwasowo-zasadowa i dochodzi do utraty pierwiastków, głównie magnezu, z tkanek. Każdy mówi: jak się boisz, to głęboko oddychaj. No właśnie nie. Wtedy się pogarsza, zamiast poprawiać – tłumaczy dr Toruńska.

Nieprawidłowe oddychanie może być pogłębiane przez stres. Na początku, kiedy jeszcze nie wiemy, co nam dolega, a objawy są niepokojące, można się porządnie przestraszyć. Czasem pojawiają się bóle w klatce piersiowej, czasem duszności, a razem z tym nakręca się spirala lęku.

Wydawałoby się, że skoro przyczyną tężyczki utajonej są niedobory magnezu, potasu i witamin, wystarczy zrobić badanie krwi, żeby wykryć chorobę.

– Nie jest to takie proste – mówi dr Toruńska. – Ja się zajmuję tężyczką utajoną, tu pacjenci mają zwykle prawidłowy poziom wapnia czy parahormonu, a z kolei niski magnezu czy potasu. Jednak na ogół w badaniu krwi te pierwiastki nie wychodzą nieprawidłowo, bo organizm dąży do homeostazy – krew więc wygląda dobrze, ale kosztem tkanek. Mamy już na szczęście możliwość wykonania badań na poziom magnezu w erytrocytach, to najbardziej wiarygodnie pokazuje, co dzieje się w tkankach, nadal jednak mamy trudności w oznaczeniu poziomu magnezu zjonizowanego, a to jest frakcja aktywna, więc nawet to badanie w erytrocytach jest badaniem tylko pośrednim.

Tymczasem pacjentów z tężyczką przybywa. Z czego to wynika? – Ze stylu życia. Z biegu, pędu, permanentnego braku czasu, braku możliwości czy chęci skomponowania odpowiedniej dla siebie diety – tłumaczy dr Toruńska. – Ludzie się nie badają, mówią, że źle się czują, że mrowienie, skurcze, w reklamach słyszą, że niedobór magnezu, więc łykają suplementy, które nie działają… I kolejny znak naszych czasów, czyli żywność wysokoprzetworzona, z dużą ilością fosforanów, które blokują wchłanialność magnezu. Jest też dużo produktów, które ten magnez wypłukują, a których na co dzień nadużywamy. Kawa, cola, mocna herbata, napoje energetyzujące, alkohol, używki, a nawet niektóre leki. A leki przecież ludzie przyjmują, bo muszą, wszystko to powoduje, że mamy ujemny bilans magnezu czy potasu w organizmie W tkankach.

Oczywiście byłoby idealnie, gdyby pacjenci razem z receptą na leki blokujące wchłanianie magnezu dostawali od lekarza informację, że powinni ten magnez uzupełniać. Jednak dr Katarzyna Toruńska mówi, że tak, niestety, dzieje się rzadko: – Tężyczka jest trochę przez lekarzy pomijana. Część w nią wierzy, część nie do końca. Twierdzą, że każdy, kto się zhiperwentyluje i zrobi próbę tężyczkową, ta wyjdzie dodatnia. Co jest nieprawdą. My 20 lat temu też nie wiedzieliśmy, że jak będziemy podawać inhibitory pompy protonowej, żeby pacjent nie krwawił z wrzodów żołądka, to za jakiś czas się okaże, że chory ma niedobory. Nigdzie nie mogliśmy o tym przeczytać, o pewnych lekach uczymy się dopiero na przestrzeni czasu.

Leczenie

To zależy, czy to tężyczka jawna, czy utajona. I jaka jest przyczyna. Oczywiście podstawa to suplementacja, zwykle magnezowo-potasowa. – Niekiedy, jeśli u pacjenta widzimy wysoki poziom lęku czy depresję, włącza się leki antydepresyjne. Jeśli są problemy z tarczycą, chory musi być pod opieką endokrynologa. Przy insulinooporności – diabetologa. Czyli leczenie często musi przebiegać na kilku poziomach. I bardzo ważna jest współpraca między lekarzem a pacjentem – tłumaczy dr Toruńska. – Lekarz nie da pigułek na wszystko. Nie zawsze jest to proste. Jeśli źródłem permanentnego stresu jest nasza praca, idealnie byłoby ją zmienić. Ale na ogół nie jest to możliwe. Na pewno można odstawić używki. I włączyć techniki relaksacyjne. Wyciszenie, joga. Wyłączyć za to nieustanne myślenie o obowiązkach, kłopotach, pracowanie 24 godziny na dobę – nawet jeśli nie siedzimy cały czas przy biurku, to głowa nie odpuszcza. – Mam takich pacjentów – mówi dr Toruńska. – To tylko zwiększa dolegliwości. Nie umiemy dziś radzić sobie ze stresem, odpoczywać, odpuścić sobie. Często nawet urlopu nie potrafimy wykorzystać, w wolnym czasie też nie dajemy sobie taryfy ulgowej. W dodatku pandemia nasiliła tężyczki. I więcej mamy tych świeżo rozpoznawanych, i ci pacjenci, którzy są po diagnozie i regularnie się suplementują, też odczuwają silniejsze dolegliwości.

Jest grupa osób szczególnie narażonych – to ludzie ambitni, trochę neurotycy, perfekcjoniści, osobowość typu A. Często też sportowcy – tu przyczyną jest duży wysiłek fizyczny bez mądrej suplementacji.

– Zawsze staram się szukać przyczyny, jak się nie da, zostaje styl życia. Tu zmiana zależy od nas. Choć nigdy – a szczególnie w  dobie pandemii – nie jest to łatwe. Ale daje efekty, można się pozbyć objawów. To długie leczenie, ale na ogół z sukcesem – mówi dr Katarzyna Toruńska.