1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Życiodajny szpik

Życiodajny szpik

Potencjalnym Dawcą szpiku może zostać każdy między 18. a 55. rokiem życia. (Ilustracja: Getty Images)
Potencjalnym Dawcą szpiku może zostać każdy między 18. a 55. rokiem życia. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Czasem jedyny ratunek dla chorych na nowotwory krwi to przeszczep szpiku. Najczęściej dawcą może być ktoś z najbliższej rodziny. A co, jeśli nie? Trzeba szukać dawcy niespokrewnionego. A tych jest ciągle za mało. Możesz pomóc. Możesz zostać jednym z nich. 13 października to Ogólnopolski Dzień Dawcy Szpiku.

Czy masz bliźniaka? Na to pytanie zdecydowana większość z nas odpowiada przecząco. Czy słusznie? Nie do końca. Bo możesz mieć bliźniaka genetycznego. Mieszkającego w tym samym mieście albo na drugim końcu świata. To osoba, której antygeny zgodności tkankowej są takie same, jak twoje. Tak, to rzadkie. Nawet bardzo. Prawdopodobieństwo, że ktoś taki gdzieś jest, to 1:20000. Czasem to nawet 1 do kilku milionów.

Oczywiście na co dzień nie ma dla nas znaczenia, czy taka osoba istnieje. Ale jeśli ty – albo ona – zachorujecie na nowotwór krwi, taka wiedza może być kluczowa. Bo przeszczep szpiku bywa jedyną metodą ratującą życie. A choroby krwi to wcale nie jest rzadkość. W Polsce co 40 minut, na świecie co 27 sekund ktoś dowiaduje się, że cierpi na białaczkę lub inny nowotwór krwi…

Dlatego tak ważne jest, żeby zarejestrować się w bazie potencjalnych dawców szpiku. Może się zdarzyć (i raczej tak właśnie będzie), że telefon nigdy nie zadzwoni, że nigdy nie dostaniesz wiadomości: twój szpik jest potrzebny. Jeśli jednak okaże się, że tak, masz szansę na uratowanie czyjegoś życia. Czy może być coś ważniejszego? Piękniejszego?

W dodatku cała sprawa nie wiąże się z ryzykiem. Wokół pobierania szpiku narosły rozmaite mity, warto więc się im przyjrzeć.

Największą obawą jest – według statystyk – to, że szpik „pobiera się z kręgosłupa”. Brzmi groźnie. Nie ma jednak nic wspólnego z prawdą. W większości przypadków krwiotwórcze komórki macierzyste pobiera się z krwi obwodowej za pomocą aferezy. Wygląda to tak, jakbyście po prostu oddawali krew, tyle że trwa to dłużej. W 15 procentach przypadków szpik pobiera się z talerza kości biodrowej w znieczuleniu ogólnym.

Dalej – boimy się bólu. Tyle że oddanie krwi przecież nie boli. Odczuwamy mały dyskomfort przy zakładaniu wenflonu i to wszystko.

Kolejny lęk: to zaszkodzi naszemu zdrowiu. Specjaliści odpowiadają zdecydowanie: nie zaszkodzi. Przed pobraniem Dawca przechodzi szczegółowe badania, sprawdzające, czy jest gotowy na tę procedurę – to jedno. Drugie – organizm człowieka ma ogromne zdolności regeneracyjne, krwiotwórcze komórki macierzyste mnożą się przez całe nasze życie, na pewno więc nam ich nie zabraknie. Jeśli pobranie odbywa się z talerza kości biodrowej, organizm regeneruje się całkowicie w ciągu 2–3 tygodni. A czym jest kilka tygodni w porównaniu z całym życiem naszego „bliźniaka”, życiem, które mamy szansę ocalić?

Potencjalnym Dawcą szpiku może zostać każdy między 18. a 55. rokiem życia. Jeśli chcesz pomóc, jesteś ogólnie zdrowy, a twój wskaźnik BMI nie przekracza 40, zgłoś się do Fundacji DKMS (to największy Ośrodek Dawców szpiku w Polsce). Rejestracja ze względu na pandemię odbywa się online.

Zamawiasz bezpłatny pakiet rejestracyjny, przyjdzie on do ciebie pocztą w ciągu tygodnia. Znajdziesz tam formularz i pałeczki do samodzielnego pobrania wymazu z wewnętrznej strony policzka. Odsyłasz – i to koniec całej procedury. Warto to zrobić.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Sewing Together - projekt, który wspiera kobiety w Kenii

Maja Kotala z jedną ze swoich studentek z Sewing Together (fot. archiwum prywatne)
Maja Kotala z jedną ze swoich studentek z Sewing Together (fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Dla kenijskich dziewcząt dzień zaczyna się zwykle od prac domowych i rodzinnych obowiązków. Jednak coraz więcej z nich docenia możliwość nauki. Każda nowa umiejętność, jak szycie czy projektowanie ubrań, może dać im szansę na zarobienie własnych pieniędzy i większą niezależność. – Cały kurs jest za darmo. W tej chwili uczę 5 dziewczyn. Szyjemy letnią kolekcję. Za 3 tygodnie robię zmianę i zaczynam naukę z nowymi osobami – mówi Maja Kotala, pomysłodawczyni programu Sewing Together.

Dla kenijskich dziewcząt dzień zaczyna się zwykle od prac domowych i rodzinnych obowiązków. Jednak coraz więcej z nich docenia możliwość nauki. Każda nowa umiejętność, jak szycie czy projektowanie ubrań, może dać im szansę na zarobienie własnych pieniędzy i większą niezależność. – Cały kurs jest za darmo. W tej chwili uczę 5 dziewczyn. Szyjemy letnią kolekcję. Za 3 tygodnie robię zmianę i zaczynam naukę z nowymi osobami – mówi Maja Kotala, pomysłodawczyni programu Sewing Together.

Większość uczennic w szkole jest między 19 a 25 rokiem życia. Chociaż pochodzą z różnych plemion (Luhia, Masajowie) dobrze się dogadują i są dla siebie nawzajem wsparciem. – Mam 15 lat doświadczenia w branży modowej i chciałam się z tym doświadczeniem podzielić z innymi. – podkreśla Maja Kotala – Pierwszy projekt edukacyjny uruchomiłam za swoje oszczędności oraz pieniądze zebrane od rodziny i przyjaciół. Wyjechałam do Ugandy, żeby przetestować program Sewing Together i dołączyłam wówczas do marki Kimuli Fashionability. Zajmowałam się produkcją płaszczy przeciwdeszczowych, szytych z worków po cukrze. Wyszkoliłam wtedy pierwsze 4 studentki, które bazując na moich metodach, wyszkoliły kolejne 5 osób.

Projekt Sewing Together powstał w 2018 roku. Jego idea polega m.in. na tym, że wyedukowane kobiety szkolą kolejne. Maja jednak nie tylko uczy szycia. – Uczę je jak tworzyć kolekcje. Uczę podstaw biznesu, marketingu, sprzedaży, umiejętności targowania się i tego jak zachować się wobec klienta. Zapraszam też ich rodziców, żeby mogli zobaczyć prace swoich córek.

Maja Kotala ze światem mody zetknęła się w wieku 18 lat. Przez 5 lat mieszkała w Sydney, gdzie ukończyła studia projektowania mody. Kolejne 6 lat spędziła w Paryżu, pracując dla branży modowej (reprezentowała marki modowe na rynku światowym).

Dlaczego Afryka? – Kontynent afrykański od zawsze był w moim sercu. Od dziecka byłam podróżnikiem. Cztery lata temu zaczęłam szukać swojego miejsca w życiu. Zrozumiałam jakie życie przyniosło mi szczęście i postanowiłam dzielić się tym, co otrzymałam. Po Australii i Paryżu odnalazłam swoje miejsce w Afryce. Afryka jest pełna piękna, kolorowa, otwarta. Nigdy nie spotkałam się z tak dobrym nastawieniem. Tu poczułam się naprawdę wolna – mówi Maja – Pomimo ogromnej biedy i problemów nie widać tego na twarzach ludzi, zawsze pogodnych i uśmiechniętych. Ci ludzie są pełni radości i determinacji. Nabrałam więc siły, żeby walczyć o te utalentowane dziewczyny.

Dzień Kobiet Dzień Kobiet

Swoją przygodę z Afryką i z działalnością na rzecz innych ludzi Maja zaczynała od Ugandy i Nairobi. W 2019 r. w Nairobi przyłączyła się do Armii Zbawienia, która miała pod opieką dziewczęta z Girls Training Center (szkoła dla młodych kobiet, które ze względów ekonomicznych nie dokończyły edukacji). Jak wspomina: - Podczas tego wyjazdu wyszkoliłam 20 kobiet, dając im umiejętność projektowania, szycia, umiejętności prowadzenia biznesu i coś, czego nie uczą w żadnych szkołach - „women empowerment”. Każdego dnia inspirowałam je do walki o siebie, wiary w swoje siły, pokazywałam jak pielęgnować kobiecość, czego zwieńczeniem był zorganizowany wspólnie pokaz mody. Dziewczyny prezentowały stworzoną wspólnie kolekcję, a same wcieliły się w role modelek. Skupiłam się bardziej na tym, żeby je zmotywować do działania. Dzięki temu one nabrały chęci do nauki, za co były bardzo wdzięczne. Nie inspiruje się tutaj kobiet do tego, żeby się uczyły. Nie budują one wiary w siebie. Mężczyźni zwykle podchodzą do nich „z góry”, jak do niższych rangą.

Kolekcja spodni uszytych z kikoy - jednego z ostatnich materiałów, który jest ręcznie tkany w Kenii (fot. archiwum prywatne) Kolekcja spodni uszytych z kikoy - jednego z ostatnich materiałów, który jest ręcznie tkany w Kenii (fot. archiwum prywatne)

Dla większości dziewczyn w Kenii (ale też w innych afrykańskich państwach) poranek zaczyna się od prac związanych z domem (gotowanie, sprzątanie). Starsi z rodzeństwa odpowiedzialni są za młodszych, więc tutaj też trzeba wywiązać się z przydzielonych obowiązków. Pozycja kobiet w Kenii jest wciąż dosyć trudna. Pomocne jest jednak to, że niemal wszystkie młode kobiety mówią po angielsku, który jest podstawowym językiem w szkole (dzieci uczą się w języku angielskim już od szkoły podstawowej). Znają też suahili oraz swoje języki plemienne.

Dziewczynom w szkole Sewing Together ta nauka daje możliwość odcięcia się od silnego stereotypu, według którego kobieta ma przede wszystkim siedzieć w domu i zajmować się z dziećmi. – Jedna z moich uczennic pochodzi z rodziny muzułmańskiej i nie wolno jej iść na studia. W szkole radzi sobie najlepiej. Jest bardzo zdolna. Inna z kolei jest młodą matką, która walczy o swoją niezależność. Mam też uczennicę, która z przymusu studiuje coś w rodzaju hotelarstwa, ale jej pasją jest moda – wymienia Maja.

Sewing Together, wraz z marką Nago, angażuje się w walkę z ubóstwem menstruacyjnym (fot. archiwum prywatne) Sewing Together, wraz z marką Nago, angażuje się w walkę z ubóstwem menstruacyjnym (fot. archiwum prywatne)

Program Sewing Together współdziała z lokalnymi organizacjami, które również niosą pomoc (m.in. z polską Fundacją Mogę Się Uczyć, także działającą na miejscu). Dziewczyny, które zaczynają naukę szyją torebki i podpaski wielorazowego użytku. Razem z Fundacją wspomagają akcję związaną z ubóstwem menstruacyjnym. – Miałam możliwość podróżować po Kenii, więc tutaj problem ubóstwa menstruacyjnego jest bardzo widoczny. Niektóre dziewczynki, nie mając żadnych środków na czas menstruacji, ze wstydu nie przychodzą do szkoły. W niektórych odległych wioskach dzieciom brakuje ubrań. Brakuje więc materiałów, które można by użyć jako popaski – podkreśla Maja Kotala. – Uszyłyśmy właśnie 100 podpasek wielorazowego użytku, które zostaną za chwilę dostarczone do wioski Masajów. U Masajów nie mówi się o takich rzeczach jak menstruacja czy seksualność. Nawet bieliznę suszy się pod innymi ubraniami. Uszyłyśmy więc dodatkowo woreczki, w których dziewczęta będą mogły suszyć swoje podpaski.

Oprócz charytatywnie działającej szkoły, założeniem programu Sewing Together jest też ekologiczne i zrównoważone podejście do mody. Większość kolekcji bazuje na upcyklingu. Ubrania szyte są najczęściej z bawełnianych prześcieradeł i pościeli. Szkoła zakupiła też dobrej jakości żagle od miejscowych żeglarzy, z których dziewczyny uszyły kurtki.

– Mam takie podejście, że nie chcę prosić o pieniądze. Wolę, żeby ktoś coś kupił i w ten właśnie sposób wsparł nasz projekt. Dlatego też założyłam internetowy Charity Shop z naszymi produktami (T-shirtami, biżuterią), wszystko po to, aby utrzymać szkołę i móc szkolić kolejne osoby. Coraz szerzej współpracujemy też z polskimi markami, które dedykują nam swoje produkty (Moja Butelka, Feba, Many Mornings), a część dochodu ze sprzedaży wspiera działania Sewing Together – podkreśla założycielka. – Moim celem jest, żeby ten projekt coraz bardziej się rozwijał. Zależy mi, żeby niebawem stworzyć dla tych uczennic miejsca pracy…

www.mkotala.com

  1. Styl Życia

Przemysław Kossakowski: Wystrzelili mnie w kosmos

Przemysław Kossakowski: Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam. (Fot TVN/M.Wojtal)
Przemysław Kossakowski: Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam. (Fot TVN/M.Wojtal)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Mam swoje opus magnum, zdecydowanie. I nie chodzi mi o to, że znalazłem się w telewizji… „Down the Road” i to, co wydarzyło się po tym programie, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie zrobiłem. Mam też bardzo dobry czas w życiu prywatnym. Zdecydowanie nie tylko nieszczęścia chodzą parami – mówi Przemek Kossakowski, dziennikarz, dokumentalista i podróżnik.

Jesteś człowiekiem „w drodze”, wciąż w podróży, w każdym razie takiego cię znamy. Jak przetrwałeś ten miniony rok w zamknięciu? Mam to szczęście, że nie jestem uzależniony od żadnego stanu. Nie muszę się przemieszczać, żeby żyć. Jedyne, czego rzeczywiście potrzebuję koniecznie, to wysiłek fizyczny, ale ten mogę zapewnić sobie w każdym miejscu. W moim życiu były bardzo długie okresy „stacjonarności”. Zupełnie mi to nie przeszkadzało, potrafię także w tym odnaleźć przyjemność, nie czuję się źle. Poza tym, tak naprawdę, to moje intensywne podróżowanie związane jest z telewizją, więc zaczęło się stosunkowo niedawno, kiedy byłem już w pełni ukształtowanym człowiekiem. Ta nowość nie zdążyła mnie jeszcze w tej kwestii zmienić, ale na pewno bardzo mnie wzbogaciła. Jedyny problem, jaki mi doskwiera, to ograniczony z powodu pandemii kontakt z drugim człowiekiem. Ale umiem siedzieć w domu, wiele lat przesiedziałem w domu.

Mówisz o kontakcie z drugim człowiekiem. Gdy ogląda się twoje programy, można odnieść wrażenie, że to jest właśnie coś, co cenisz sobie najbardziej. Czy w podróży liczy się dla ciebie przede wszystkim jej cel, czy towarzystwo? Zdecydowanie to drugie! Jasne, to wielka frajda poznawać świat, zmieniać strefy klimatyczne i scenerię, oglądać różne oblicza natury. To fascynujące, ale bez tego mógłbym się obyć. Kontakt z drugim człowiekiem to dla mnie esencja odkrywania. Nie wiem, z czego to wynika, ale najbardziej frapuje mnie różnorodność charakterów, osobowości, obyczajów i przyzwyczajeń ludzkich, a nie różnorodność krajobrazu.

Czy to znaczy, że gdyby nie ludzie, nie umiałbyś czerpać, korzystać z podróżowania? Od czasu do czasu, dla higieny psychicznej, wyjeżdżam sam. Zapadam się wtedy w lesie na Podlasiu w naturę i czerpię z tego siłę. Tkwię w ciszy i bezruchu. Lubię tę intymność. Ale w każdym innym podróżowaniu, w tym podróżowaniu, które opisuję w telewizji, liczy się właściwie wyłącznie człowiek. Tylko przez ludzi umiem opisać rzeczywistość.

Przemysław Kossakowski, na drugim planie od lewej: Adam Wdówka, Szymon Grzech i Jan Skiba. (Fot. TVN/M.Wojtal) Przemysław Kossakowski, na drugim planie od lewej: Adam Wdówka, Szymon Grzech i Jan Skiba. (Fot. TVN/M.Wojtal)

Czy jesteś człowiekiem, który uważa, że można śmiać się absolutnie ze wszystkiego? Wiem, o co pytasz. Nie, uważam, że są granice, ale ja mam je dosyć daleko przesunięte. I sądzę, że to powód, dla którego tak dobrze „zagrałem” w kontakcie z osobami z zespołem Downa. Bardzo dużo się ze sobą śmialiśmy. To był dla mnie powrót do dziecięcej substancji w przeżywaniu. Oni mnie wciągnęli na swoją orbitę. A ta orbita składa się ze wszystkiego, co dorosły człowiek z czasem traci. Tracimy zachwyt nad prostymi rzeczami. Jeśli się na coś napatrzymy, już się nigdy tym nie zachwycimy. A dziecko może zachwycać się czymś, co dobrze zna, bez końca, bo potrafi wciąż nadawać temu inne znaczenie, inny kontekst. W kilku zbitych deskach potrafi zobaczyć galeon, na który można wsiąść i popłynąć, żeby odkryć nowe lądy. Im jesteśmy starsi, tym ten „galeon” coraz mocniej się zaciera, aż w końcu zostaje tylko kilka zwyczajnych desek – to oznacza, że jesteśmy dorosłymi! Krzesło, na którym siedzimy, już nie może być fotelem w statku kosmicznym itd.

Robi się smutno? W pewnym sensie tak, choć raczej większość z nas w ogóle nie zauważa źródła tego smutku. Ja miałem szczęście, bo bohaterowie „Down the Road” zaproponowali mi powrót do tego stanu, wystrzelili mnie – i wciąż wystrzeliwują, bo mamy ze sobą kontakt – w kosmos. Ale nie chciałbym być źle zrozumiany – nie chcę powiedzieć przez to, że ludzie z zespołem Downa są infantylni, absolutnie nie. Tu chodzi o coś innego, o umiejętność korzystania z potencjału wyobraźni. Z wielką przyjemnością dałem im się wciągnąć w ten świat i, wracając do twojego pytania, śmialiśmy się razem ze wszystkiego, wkręcaliśmy siebie nawzajem. Choć przyznam, że musiałem się przełamać, na początku pierwszego sezonu programu czułem się skrępowany. Uruchomiły się rozmaite blokady: „Nie powinienem”, „Nie wypada”, „Robienie sobie żartów z osoby z zespołem Downa jest nie na miejscu” itd. Poszedłem wtedy na konsultację do pracujących na planie terapeutek i zwierzyłem się, że mam problem, bo moja natura jest taka, że często sobie z ludzi, z siebie też, żartuję, a nie wiem, czy w tym przypadku mogę to robić. Usłyszałem, że jeżeli zamierzam poddać się takiej autokontroli, jeżeli będę się ciągle zastanawiał się, czy to, co chcę zrobić, albo to, co chcę powiedzieć, jest właściwe czy nie, to stracę szansę na dogadanie się z tymi ludźmi! Oni nie będą czekać na wynik moich kalkulacji, a poza tym oni tę kalkulację wyczują i odsuną się ode mnie, tak jak ludzie uczciwi odsuwają się od kłamców.

Wyczują sztuczność? Dokładnie. Jeśli nie będę robił tego, na co mam ochotę, oni w mig to wychwycą – to bardzo bystre osoby – i nawet jeśli tego nie powiedzą, nie nazwą, to nie pozwolą się do siebie zbliżyć, bo nie będę dla nich wiarygodny. Będę w ich oczach obserwatorem, cenzorem, a nie przyjacielem. Przede wszystkim poczują, że jestem na nich zamknięty, a oni mają wokół siebie wystarczająco dużo zamkniętych na nich ludzi, ludzi, którzy sprawiają im cierpienie, bo nie chcą ich do siebie dopuścić.

Przełamałem się raz, a potem już to wszystko gładko popłynęło. Jest taka scena w drugim sezonie, kiedy jedziemy samochodem i w pewnej chwili mówię do nich, że już mam dość tej naszej sielanki i chciałbym się z nimi pokłócić. Oni jednym głosem odpowiadają: „No co ty, nie ma mowy!”, ale za moment jeden z nich, Janek Skiba, podejmuje rękawicę. I nagle zaczynamy przerzucać się wyzwiskami! Janek mówi do mnie, że jestem: matołem, tępakiem, prostakiem, a ja nie pozostaję mu dłużny. Pomyślałem sobie chwilę po tej soczystej wymianie, że to jest nieprawdopodobne, co ci ludzie ze mną zrobili. Rok temu w życiu bym sobie na to nie pozwolił, bo byłem poblokowany i myślałem, że nie wolno mi powiedzieć do kogoś z niepełnosprawnością przykrej rzeczy. A tymczasem umówiliśmy się na jakąś konwencję i poszliśmy w nią ramię w ramię! Zabawa była genialna – powstała świetna scena, w której prowadzący program obraża człowieka z zespołem Downa, a ten nie pozostaje mu dłużny, cała reszta kibicuje, oczywiście nie mnie, tylko Jankowi! Skończyliśmy, zapadł werdykt, że wygrał Janek, dostanie więc nagrodę, którą sobie wcześniej wymyślił – dowiedziałem się dopiero wtedy, że była nią moja żona i że ją właśnie przegrałem!

Miałem potem taką refleksję, że w tym naszym świecie, coraz bardziej kneblowanym przez coraz silniej patologizowaną poprawność, taka sytuacja mogła wydarzyć się tylko w towarzystwie tych ludzi. Mam wielki przywilej, że jesteśmy ze sobą blisko, że siebie mamy, że mogłem ich poznać. Ekscytujące.

Ci, którzy oglądają twoje programy, wiedzą, że ty tych ekscytujących historii masz na swoim koncie już całkiem sporo, ale rozumiem, że to coś zupełnie nowego, zupełnie inny rodzaj ekscytacji. Tak, to jest kompletnie inny rodzaj doświadczenia. W moich wcześniejszych projektach spotkanie z człowiekiem było tylko chwilą, spędzaliśmy wspólnie kilka intensywnych dni, a potem każdy szedł w swoją stronę i nasze drogi już nigdy się nie przecinały, nie było kontaktu. Więc to nigdy nie była głęboka więź, bo głębokiej relacji nie da się zbudować w kilka dni. A tu, po pierwsze, wyjeżdżamy razem na trzy tygodnie, jesteśmy non stop razem. Po drugie, kiedy kończy się projekt, i w przypadku pierwszego, i w przypadku drugiego sezonu, my wciąż mamy ze sobą stały kontakt. Pół godziny temu rozmawiałem właśnie z Jankiem Skibą, umówiliśmy się na jutro na spotkanie.

Masz z nimi kontakt, bo za nimi zwyczajnie, tak po ludzku, tęsknisz? Tęsknię bardzo. Za każdym z nich z osobna, za charakterem, poczuciem humoru, za twarzą, ale to jest też coś więcej. To jest tęsknota za stanem, w którym się dzięki nim znajduję. Wiem, egoistyczne, ale taka jest prawda. I to był jeden z powodów, dla których po powrocie z pierwszego wyjazdu z moimi bohaterami postanowiłem zostać w tym świecie.

To znaczy? To znaczy, że ostatni rok regularnie uczęszczałem jako wolontariusz na warsztaty terapii zajęciowej w Warszawie, na Pradze. Spędzałem tam czas z ludźmi nie tylko z zespołem Downa, lecz także ze schizofrenią czy z autyzmem.

I nie jest to poświęcenie. Potrzebowałem tego, to na pewno, wiele z tego czerpię dla siebie. Ale chcę też powiedzieć, że to nie tylko „łatwe, miłe i przyjemne” spotkania. Bohaterowie „Down the Road” to osoby, które przeszły przez castingi, mówiąc fachowym językiem – to ludzie wysoko­funkcjonujący: wiele rzeczy są w stanie robić sami, są dość niezależni. Natomiast i zespół Downa, i autyzm mają swoje szerokie spektrum i są także osoby niskofunkcjonujące, które nie mają zbyt dużej autonomii, wymagają praktycznie ciągłej opieki i pomocy. Takie także spotykam na terapii zajęciowej – i to już nie są wyłącznie radosne chwile… Tu dołącza się jeszcze inny aspekt – myślę o tym w kategoriach mojej moralnej powinności. To już nie jest tylko zabawa, śmiech i powrót do dzieciństwa, to już coś, co mogę nazwać – nawet jeśli zabrzmi to dla niektórych patetycznie – posługą. Posługą, którą jako neurotypowa większość jesteśmy tym ludziom winni. I tyle. Oni i ich rodziny bardzo często pozostawieni są przez system, ale też przez społeczeństwo sami sobie.

Czy ta posługa bywa frustrująca? Bywa. Spotykam osoby, które mają kłopot z mówieniem w ogóle, ale też takie, które nie są w stanie nazywać swoich emocji, opisać, co czują. Ktoś płacze, a ty nie wiesz dlaczego, nie możesz do niego dotrzeć w żaden sposób, zrozumieć. Tak, to bywa frustrujące…

Co zobaczyłeś w sobie, kiedy zetknąłeś się z takim murem? Że mam bardzo duże braki, że dużo nauki przede mną, to tak, jakbym zaczynał uczyć się zupełnie nowego języka, i to z grupy tych trudnych. Ale akurat to mnie motywuje, chcę w to wchodzić głębiej, chcę – znowu będzie patetycznie – jakoś, na miarę swoich możliwości, im pomóc, dawać chwilową ulgę. Jak pierwszy raz udało mi się kogoś zza tego muru rozbawić, byłem naprawdę szczęśliwy.

Wiesz, ja pierwszy raz w życiu, właśnie teraz, poczułem się przydatny, tak naprawdę pożyteczny. Od pewnego czasu chodziły mi po głowie myśli, żeby zrobić coś sensownego, dobrego, ale zupełnie nie miałem pojęcia, co by to mogło być. Poza tym to były tylko myśli, a nie prawdziwa, głęboka potrzeba. Kiedy poznałem ludzi z zespołem Downa, to wszystko samo się ułożyło – wykiełkowała potrzeba i jednocześnie znalazł się na to sposób. Dwa w jednym. Tu, gdzie teraz jestem, czuję się pożyteczny i chcę zachęcić innych do wolontariatu. Proszę wierzyć, to nie jest coś, co zabiera życie, dramatycznie każe zmienić codzienność, to mogą być zaledwie trzy godziny w tygodniu. Tylko tyle i aż tyle. Chciałbym, żeby zachwyt widzów programu „Down the Road” nie był jedynie chwilą zabawy przed telewizorem, tylko żeby coś w ludziach rozpalił, przeniósł się na realne, nawet drobne działania. Narzucam się z opowieścią o moim wolontariacie nie dlatego, że chcę ci się pochwalić, ale dlatego, że to naprawdę jest dużo prostsze, niż sądzimy, a można w ten sposób coś realnie poprawić. Jestem samozwańczym ambasadorem wolontariatu! Dziś pole do działania jest gigantyczne. Marzy mi się, że wolontariat stanie się modny.

Motywacje i intencje cię nie interesują? Zupełnie nie, akurat tu naprawdę liczy się wyłącznie efekt. Wiem, że ludzie czasem by chcieli, ale się boją. Rozumiem, też się bałem przed pierwszym spotkaniem z moimi bohaterami „Down the Road”. Bałem się, że nie będę wiedział, jak się zachować. Bałem się, czy dam radę. I tu znowu miałem szczęście, bo oni doskonale wiedzieli, co zrobić z moim lękiem. Skracanie dystansu wzięli na siebie i zrobili to po mistrzowsku. Oswoili mnie bardzo fachowo. Ale myślę, że ja też się sprawdziłem i sprawdzam się nadal.

To jedna z najważniejszych „przygód” w twoim życiu? To moje opus magnum, zdecydowanie. I nie mówię o tym, że znalazłem się w telewizji… „Down the Road” i to, co wydarzyło się po tym programie, to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Mam też bardzo dobry czas w życiu prywatnym, więc zdecydowanie nie tylko nieszczęścia chodzą parami. Moje życie obfitowało w wiele, czasem dość dramatycznych zmian. Długo byłem zawieszony, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, nie miałem żadnej konkretnej wizji siebie. Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam.

Przemek Kossakowski, dziennikarz, dokumentalista i podróżnik. Ukończył studia na Wydziale Wychowania Artystycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie. Początkowo zajmował się malarstwem. Później pracował jako nauczyciel, drwal, mechanik samochodowy. W 2012 roku został zatrudniony jako dokumentalista w stacji TTV i zaczął pracować jako dziennikarz i prowadzący programy. W lutym na antenie TTV będzie można oglądać nowy sezon formatu „Down the Road”.

  1. Styl Życia

10 sposobów, aby wyrazić miłość

Walentynki można celebrować na co dzień. (Fot. iStock)
Walentynki można celebrować na co dzień. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Jak wyrazić miłość? Oto 10 sposobów, dzięki którym najbliższe osoby poczują się kochane. Walentynki można celebrować na co dzień.

Jak wyrazić miłość? Oto 10 sposobów, dzięki którym najbliższe ci osoby poczują się kochane. Walentynki można celebrować na co dzień.

1. Okaż wdzięczność. Powiedz wprost, jak bardzo doceniasz obecność tej osoby w swoim życiu.

2. Zaoferuj pomoc. Zapytaj: „Co mogę dla ciebie zrobić, żeby uczynić twoje życie lepszym, radośniejszym, mniej stresującym?”

3. Zamień się w słuch. Znajdź czas i kilka chwil spokoju, aby wysłuchać drugiej osoby całą sobą. Nie komentuj, nie doradzaj. Słuchaj.

4. Bądź wielkoduszna. Wszyscy mamy swoje dziwactwa, nikt z nas nie jest idealny. Doceniaj pozytywne cechy, nie skupiaj się na tym, co niedoskonałe - w ten sposób pokażesz, że naprawdę kochasz.

5. Znajdź czas na chwile beztroski. Kolacja z ukochanym, zabawa z dzieckiem, wypad na zakupy z przyjaciółką... a może po prostu ulubiony serial pod kocem na kanapie? Życie składa się z drobnych przyjemności. Jeśli będziemy stwarzać sobie ku nim okazję, będziemy mieli więcej powodów do wspólnej radości.

6. Podaruj coś bez okazji. To może być drobiazg, ale zrobiony albo kupiony z myślą o tej osobie. Coś, co sprawi że poczuje, że o nim myślisz i jest dla ciebie ważna.

7. Upiecz ciasto lub ugotuj coś pysznego. Przez żołądek do serca - nakarm ukochaną osobę czymś, co lubi najbardziej.

8. Ofiaruj kwiaty bez powodu. Kwiaty to jeden z piękniejszych sposobów na podziękowanie za czyjąś obecność - dzięki nim „Dziękuję za to, że jesteś” brzmi piękniej.

9. Napisz krótki liścik. Mała karteczka zostawiona w kuchni przy ulubionym kubku z ciepłą kawą, liścik miłosny pod poduszką, kartka z pozdrowieniami z wakacji... małe, codzienne wyznanie miłości.

10. Nie bój się słowa "kocham" - słowa mają moc, a to chyba szczególną. Jednak nie wtedy, gdy wypowiadamy je od niechcenia. Wyznanie miłości potrzebuje dotyku, spojrzenia w oczy, intymnej chwili.

 

  1. Zdrowie

Dlaczego nie ma leku na raka?

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Jak to możliwe, że przy takim postępie medycyny nie ma skutecznego leku na raka?  Gwen Olsen (nagrodzona Human Rights Award) twierdzi, że koncerny farmaceutyczne nie są zainteresowane znalezieniem go, a to one nadają kierunek służbie zdrowia. „Skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu” – dodaje Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, autor książki „Być lekarzem, być pacjentem”. A jeśli tak jest, to jak dziś skutecznie leczyć się i dbać o zdrowie?

Jak to możliwe, że przy takim postępie medycyny nie ma skutecznego leku na raka?  Gwen Olsen (nagrodzona Human Rights Award) twierdzi, że koncerny farmaceutyczne nie są zainteresowane znalezieniem go, a to one nadają kierunek służbie zdrowia. „Skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu” – dodaje Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, autor książki „Być lekarzem, być pacjentem”. A jeśli tak jest, to jak dziś skutecznie leczyć się i dbać o zdrowie?

Postęp medycyny jest złudzeniem albo dzieje się coś złego, skoro rak wciąż zabija. Krytycy systemu leczenia twierdzą, że autorzy 80 proc. publikacji w prasie medycznej są związani z koncernami farmaceutycznymi. Czy więc mogą być obiektywni? Zacznijmy od być może krzywdzącego dla medycyny i farmacji podejrzenia o złamanie świętej zasady: przede wszystkim nie szkodzić (z łac. Primum non nocere). A nawet o złą wolę i chęć szkodzenia. Prawdą jest, że logika systemu wolnorynkowego i cele funkcjonowania koncernów mogą rodzić podejrzenie, że zysk, a nie zdrowie czy inne dobro publiczne, stanowi wartość nadrzędną. W świecie konkurencji można łatwo, wręcz bezwolnie, ulec pokusie ignorowania tej wartości, jeśli stoi to w sprzeczności z zyskiem firmy. Dlatego punkty serwisowe nie apelują do producentów o zwiększenie bezawaryjności produktów. Na podobnej zasadzie wspierane przez korporacje instytuty naukowe mogą zdradzać skłonność do eliminowania badań nad tanimi i profilaktycznymi procedurami oraz prawdziwymi przyczynami chorób, zwłaszcza cywilizacyjnych. Ale mimo tych uwarunkowań systemowych nie można jednoznacznie przypisać medycynie i tzw. Big Pharmie złowrogich intencji. Z drugiej strony – trzeba uwolnić się od złudzenia, że rynek ma interes w tym, byśmy byli zdrowi. Z punktu widzenia chorujących komercjalizacja usług medycznych ani finansowanie tworzenia i wdrażania nowych leków przez zainteresowane zyskiem korporacje nie są dobrym pomysłem. Biznesowe myślenie musi skutkować m.in. kreowaniem popytu na leki i usługi medyczne. A popyt ten jest większy, gdy ludzie chorują. To oczywiste, że skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu.

System jest chory i dlatego coraz częściej cierpimy na przewlekłe lub nieuleczalne choroby? W pewnym sensie tak. Sądzę jednak, że najistotniejsza przyczyna kryzysu medycyny i służby zdrowia leży znacznie głębiej. Mam na myśli pokutujące w zbiorowej podświadomości lekarzy dogmatyczne przekonanie, że organizm ludzki jest materialną, wyodrębnioną  z otoczenia  autonomiczną maszyną. Dlatego także onkologia nie postrzega ciała, psychiki, ducha i środowiska człowieka jako jedności, którą tylko jako całość można zrozumieć i dzięki temu rozstrzygać, jaka konfiguracja i interferencja tych wszystkich czynników wyzwala chorobę. Na domiar złego medycyna reaguje na swój kryzys, usztywniając konserwatywny, ograniczający paradygmat, który jest powodem jej kryzysu. Tak można interpretować na przykład upartą wiarę w determinizm genetyczny. Ten powszechnie komunikowany pogląd ignoruje liczne dowody badawcze, wskazujące na fakt, że genotyp odpowiada jedynie za predyspozycję i może być modyfikowany przez wpływy środowiska biologicznego, społecznego, a także mentalnego, w których funkcjonuje organizm ludzki. Szczególnie uznanie wpływu środowiska mentalnego – innymi słowy psychiki – na ciało stanowi dla konwencjonalnej medycyny barierę trudną do przejścia. Tymczasem lęk przed genami jest dziś tak skutecznie promowany, że Angelina Jolie z powodu niekorzystnej genetycznej diagnozy kazała amputować sobie piersi. Trzeba mieć nadzieję, że taki sposób rozumienia profilaktyki onkologicznej się nie rozpowszechni. Jest on bowiem uznaniem porażki medycyny w zakresie profilaktyki rozumianej jako prawdziwe zapobieganie chorobie. Amputację zdrowych piersi Angeliny Jolie w najlepszym razie możemy uznać za – problematyczny zresztą – wybór mniejszego zła.

Dlaczego onkologia broni się przed szerszym spojrzeniem na przyczyny i metody leczenia chorych na nowotwory? Z pewnością nie dlatego, że z wyrachowania chce zarabiać na ludzkim cierpieniu. Utknęła tylko w anachronicznym paradygmacie zakładającym, że świat, a w nim człowiek, to zbudowane z materii mechanizmy składające się ze współpracujących ze sobą części. W konsekwencji medycyna nieustannie się fragmentaryzuje i specjalizuje, traci z oczu obraz całości, gubi się w szczegółach i w coraz większym stopniu angażuje swój potencjał w leczenie skutków leczenia. Z czego wynika smutna konstatacja, że coraz rzadziej naprawdę pomaga.

Gdy leki zaleczają, a nie leczą lub mają wiele skutków ubocznych, potrzeba leków cały czas, także nowych leczących te skutki itd. Ta sytuacja niewątpliwie zaprasza do działań szkodliwych z punktu widzenia ludzkiego zdrowia. Chyba czas najwyższy, by powstała jakaś niekomercyjna instytucja, powiedzmy, Narodowy Instytut Leków i Procedur Terapeutycznych nastawiony na poszukiwanie skutecznych leków i przyczynowo oddziałujących procedur, a nie osiąganie zysku. Znalezienie skutecznych procedur, a po części także leków, wymaga poważnego potraktowania przypuszczeń i wyników wcześniejszych badań, uprawdopodobniających tezę, że nasze kłopoty ze zdrowiem wynikają z konsumpcji żywności i wody o złej jakości, z zatrucia powietrza, nadmiaru szkodliwych substancji chemicznych obecnych w środkach czystości, w kosmetykach, w tkaninach, w opakowaniach żywności, farbach i w zanieczyszczeniu przestrzeni smogiem elektromagnetycznym (radio, TV, GSM, Internet, GPS itd.). Do tej listy należałoby też dodać poziom stresu i stan ludzkich umysłów, a szczególnie narastającą powszechność zaburzeń depresyjnych. Korelacje pomiędzy nasileniem się tych zjawisk a wzrostem zachorowań na raka są bowiem alarmujące. Jednak ogarnięcie tak skomplikowanej macierzy wpływów i ich ewentualnych wzajemnych oddziaływań wymagałoby powołania interdyscyplinarnych think tanków i instytutów badawczych finansowanych przez państwo lub niezależne fundacje. Nie trzeba też być przenikliwym prorokiem, by mieć prawie całkowitą pewność, że konkluzją takich badań byłoby wskazanie na pierwszorzędne znaczenie w etiologii raka czynników środowiskowych. A na to jedynym sensownym lekarstwem jest odtruwanie organizmu, odzyskiwanie naturalnej odporności, zdrowa żywność, ruch, redukcja stresu itd., czyli procedury, które proponuje medycyna holistyczna. W skali państwa oznaczałoby to rewolucję opartą na rządowym programie prawdziwej i skutecznej ekoprewencji chorób cywilizacyjnych.

Ta rewolucja miałaby na sztandarach to, co dziś lekarze konwencjonalni nazywają „zabobonem”, więc pewnie oni by jej nie poparli. Niestety, konserwatywne, ograniczone, aroganckie i egoistyczne myślenie dominuje dzisiaj w wielu ludzkich głowach, a także instytucjach i środowiskach. Stanowi bowiem doskonały filtr chroniący przed dostrzeżeniem rozmiarów grożącej nam katastrofy i koniecznością radykalnej zmiany. Działania idące w dobrym kierunku wymagałyby kosztownych zmian w rolnictwie, w przemyśle spożywczym, w energetyce itd. To znaczy, że zyski wielu ludzi i korporacji znacznie by się ograniczyły, a wiele firm straciłoby rację bytu. W dodatku tak głębokie przekształcenia wymagałyby solidarnej i zdeterminowanej postawy wszystkich sił politycznych i zmiany świadomości elit z egocentrycznej na planetarną i solidarną. Na razie wydaje się to mało prawdopodobne. Tak więc nie pozostaje nic innego, tylko ratować się własnymi sposobami i na własny rachunek. Świadoma część społeczności już to robi: ucieka z miast pełnych smogu, szuka zdrowej żywności, docenia wypoczynek i czas na budowanie emocjonalnych więzi, ćwiczy, szuka alternatywnych, nierujnujących odporności sposobów wychodzenia z kryzysów zdrowotnych itd. Wśród nich są również „nawróceni” lekarze, którzy dostrzegli, że relacja między farmacją a medycyną się odwróciła. Że farmacja nie służy już medycynie, lecz medycyna służy farmacji jako pośrednik i sprzedawca. Takich lekarzy jest na szczęście coraz więcej, i to oni są solą w oku Big Pharmy, bo uczą realnej profilaktyki i propagują leczenie metodami naturalnymi, dokonując twórczej syntezy metod konwencjonalnych i naturalnych. Zapewne powoduje nimi autentyczne poczucie lekarskiej, uzdrowicielskiej misji. Dzięki temu mogą unieść ogromne wizerunkowe i zawodowe ryzyko. Bo jeśli lekarz alternatywny nie zdoła uratować chorego, natychmiast podnosi się potępiający krzyk całego środowiska. Przyzwolenie na niepowodzenia w kręgach medycyny konwencjonalnej jest bez porównania większe. Wystarczy trzymać się procedur, by być wolnym od zarzutów i mieć czyste sumienie – nawet jeśli odstępstwo od procedur mogłoby uratować życie. Wiara w procedury medycyny konwencjonalnej jest tak wielka i bezkrytyczna, że bez trudu przykrywa konformizm, niedouczenie czy brak wyobraźni. Z drugiej strony – rozwój rynku medycyny alternatywnej dowodzi, że coraz więcej ludzi dostrzega bezradność medycyny konwencjonalnej i poszukuje nowych dróg leczenia. To niełatwa i często samotna podróż pełna przeszkód i przeciwieństw. Oto przykład: Unia Europejska (Rozporządzeniem 1924/2006/WE) ograniczyła ostatnio swobodny obrót lekami i suplementami naturalnymi, nakładając na producentów obowiązek uzyskania kosztownych i czasochłonnych pozwoleń. W proteście przeciwko temu rozporządzeniu powstał m.in. Institut Pour la Protection de la Santé Naturelle [Instytut Obrony Zdrowia Naturalnego] broniący medycyny naturalnej. Zapewne powstanie też czarny rynek ziół i preparatów ziołowych.

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka.

Ale jak to zrobić? W sytuacji zbliżającej się pandemii nowotworowej już teraz trzeba się dogadywać. Trzeba zawiesić spory i choć medycyna konwencjonalna ma problem z uznawaniem tych terapii i procedur, których nie daje się wyjaśnić w kategoriach materialno-biochemicznych, to jednak zaakceptować wszystko, co pomaga i może pomóc. To wymaga odwagi stawiania niewygodnych pytań i wielkodusznej rezygnacji z ambicji i chwały własnej na rzecz skutecznego pomagania rakowaciejącej ludzkości. Skrajnie przepracowani onkolodzy, doświadczający śmierci pacjentów znacznie częściej niż wyleczeń, nie mogą leczyć bez wiary w słuszność tego, co robią. Potrzeba spójnego i ugruntowanego poglądu na stosowaną metodę terapii jest w takiej sytuacji ogromna. To zrozumiałe, że nie chce się wówczas słuchać o tym, że być może uratowałoby się kogoś, postępując inaczej. Tym bardziej że wielu udało się uratować, postępując zgodnie z doktryną. Sami pacjenci odpowiadają za wybór metody leczenia. Z reguły wybieramy lekarza posiadającego światopogląd zgodny z naszym. To dobrze. Bo tam, gdzie nasza wiara, tam większa szansa na wyleczenie. Szczególnie gdy jest wsparta wiarą lekarza. Tego placebo nie wolno wykluczać z gry o zdrowie.

Wojciech Eichelberger: psycholog i psychoterapeuta, ceniony trener i dyrektor Instytutu PsychoImmunologii, warszawskiego ośrodka psychoterapii, autor książki o medycynie „Być lekarzem, być pacjentem” i o rozwoju etycznym człowieka oraz biznesu „Quest”.

  1. Styl Życia

WOŚP 2021 - najciekawsze aukcje od serca na Allegro

WOŚP 2021 - Jurek Owsiak dyryguje Orkiestrze od blisko 30 lat. (Fot. materiały prasowe) aukcje od serca na Allegro
WOŚP 2021 - Jurek Owsiak dyryguje Orkiestrze od blisko 30 lat. (Fot. materiały prasowe) aukcje od serca na Allegro
Zobacz galerię 17 Zdjęć
Finał z głową! – to hasło przewodnie tegorocznej akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która już po raz 29. zjednoczy miliony Polaków. Tym razem bowiem dochód zostanie przeznaczony na zakup sprzętu dla laryngologii, otolaryngologii i diagnostyki głowy.

29. Finał WOŚP odbędzie się 31 stycznia. Transmisja internetowa ruszy już 30 stycznia wieczorem. Głównym punktem działań WOŚP w Warszawie, po rocznej przerwie, będą znów okolice Pałacu Kultury i Nauki.

https://www.youtube.com/watch?v=et9Ul-y3IBM&feature=youtu.be

WOŚP można wspierać na wiele różnych sposobów – między innymi wrzucając pieniądze do puszek, wpłacając na konto Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a także kupując przedmioty wystawione na charytatywnych aukcjach Allegro - platforma wspiera WOŚP od początku swojego istnienia. 20 lat współpracy przełożyło się na niemal 80 mln zł przekazanych na konto Fundacji WOŚP. Dotychczas (27 stycznia 2021, przyp.redakcji) zebrano już 11 092 245 zł w 206230 aukcjach. Kwota jest wyższa niż rok temu w momencie zakończenia dnia 28. Finału. Wśród przedmiotów licytacji można znaleźć rękodzieło, rzeczy z ciekawą historią, ale także warsztaty i niecodzienne atrakcje. Aukcje wystawiają osoby prywatne, sztaby, firmy, artyści, celebryci, politycy i ambasadorzy - różnorodność jest ogromna. Oto kilka aukcji, które przyciągnęły nie tylko naszą uwagę.

WOŚP 2021 - najciekawsze aukcje na Allegro

1. Kosmiczne, złote buty ozdobione rysunkami Jana Bajtlika

Absolutnie niezwykłe męskie buty ozdobione charakterystyczną kreską artysty Jana Bajtlika. Na lewym bucie wymalował postacie Marii Skłodowskiej-Curie i Jurka Owsiaka wznoszących toast w chemicznych probówkach, planetę Mars z flagą WOŚP i numerem 29. Finału, oraz swojego psa Kluskę wśród komet i gwiazd. Na prawym bucie widnieje sylwetka Mikołaja Kopernika pokazującego swoją teorię Ziggy Stardustowi z charakterystyczną błyskawicą na twarzy i gitarą elektryczną, której wzmacniacz z napisem “WOŚP” podłącza świstak oraz rakieta z numerem “29”. Wszystkie postacie na skafandrach mają puszki na datki oraz serduszka.

WOŚP 2021 - Jan Bajtlik przy pracy nad kosmicznymi butami, które wystawił na aukcji Rzeczy od serca. (Fot. materiały prasowe) WOŚP 2021 - Jan Bajtlik przy pracy nad kosmicznymi butami, które wystawił na aukcji Rzeczy od serca. (Fot. materiały prasowe)

2. Kostium krewetki z programu "MasterChef Junior" od Michela Morana

Oryginalny kostium krewetki z 6. edycji programu "MaserChef Junior". Wyjątkowy, bo uszyty na miarę, specjalnie dla Michela Morana, francuskiego restauratora i mistrza kuchni.

WOŚP 2021 - Michel Moran występował w tym kostiumie w czasie 6.edycji programu Master Chef Junior. (Fot. materiały prasowe) WOŚP 2021 - Michel Moran występował w tym kostiumie w czasie 6.edycji programu Master Chef Junior. (Fot. materiały prasowe)

3. Fotel, będący pamiątką z urodzin Janusza Gajosa

Aktor otrzymał go 10 lat temu, w trakcie zdjęć do filmu Ryszarda Bugajskiego „Układ zamknięty”. Teraz Janusz Gajos przekazuje gona rzecz aukcji WOŚP. „Bądźcie hojni i wszystkiego najlepszego na święta i Nowy Rok. Niech nas opuszczą wszystkie wirusy” – życzy Janusz Gajos.

WOŚP 2021 - Janusz Gajos wspiera Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, przeznaczając na aukcję pamiątkowy fotel. (Fot. materiały prasowe) WOŚP 2021 - Janusz Gajos wspiera Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, przeznaczając na aukcję pamiątkowy fotel. (Fot. materiały prasowe)

4. Rakieta z French Open oraz pamiątkowa piłka z autografem Igi Świątek

Iga Świątek, zwyciężczyni French Open 2020 podarowała na aukcje WOŚP jedną z sześciu rakiet, którymi rozgrywała mecze w czasie pamiętnego turnieju. Do rakiety jest dołączona pamiątkowa piłka, która niesie ze sobą wyjątkową atmosferę kortów Rolanda Garrosa.

WOŚP 2021 - rakieta od Igi Świątek to niezwykła pamiątka nie tylko dla fanów tenisa. (Fot. materiały prasowe) WOŚP 2021 - rakieta od Igi Świątek to niezwykła pamiątka nie tylko dla fanów tenisa. (Fot. materiały prasowe)

5. Kuferek pełen muzyki od Marka Niedźwieckiego

Najsłynniejszy dziennikarz muzyczny od 33 lat zbiera płyty kompaktowe i dla zwycięzcy aukcji wybrał 30 tych najlepszych, najbardziej ulubionych. Wiele z płyt opatrzonych jest autografami wykonawców! „To będzie na pewno fajna sprawa, posłuchać sobie płyt z kolekcji Marka Niedźwieckiego, więc polecam!” – tak do aukcji namawia Marek Niedźwiecki.

WOŚP 2021 - Marek Niedźwiecki na aukcję WOŚP kolekcję płyt. (Fot. materiały prasowe) WOŚP 2021 - Marek Niedźwiecki na aukcję WOŚP kolekcję płyt. (Fot. materiały prasowe)

6. Sprzątanie mieszkania od Andrzeja Chyry

Niecodzienna okazja do osobistego spotkania z Andrzejem Chyrą! Aktor proponuje zwycięzcy aukcji sprzątanie mieszkania . „Myślę, że poradzę sobie w każdych warunkach” – podkreśla Andrzej Chyra, czekając na propozycje kwot aukcji, z której uzyskana suma trafi na rzecz WOŚP.

WOŚP 2021 - Andrzej Chyra nie boi się żadnych wyzwań, zwycięzcy akcji WOŚP wyczyści mieszkanie na błysk. (Fot. materiały prasowe) WOŚP 2021 - Andrzej Chyra nie boi się żadnych wyzwań, zwycięzcy akcji WOŚP wyczyści mieszkanie na błysk. (Fot. materiały prasowe)

7. Kurtka z autografami znanych osób od Kayah

Kayah przekazuje na aukcję na rzecz WOŚP wyjątkową kurtkę na której znajdują się podpisy znanych osób, między innymi: Jolanty Kwaśniewskiej, Beaty Kozidrak, Kasi Kowalskiej, Pezeta, Viki Gabor, Adama Sztaby. Do kurtki dołożony zostanie specjalny pendrive z nagraniami osób składających autografy na kurtce. „Zawsze czekam na początek stycznia, bo wtedy okazuje się, że tylu wspaniałomyślnych ludzi chce pomagać innym razem z Jurkiem Owsiakiem” – mówi Kayah.

WOŚP 2021 - kurtka zostanie wręczona zwycięzcy aukcji WOŚ osobiście przez Kayah. (Fot. materiały prasowe) WOŚP 2021 - kurtka zostanie wręczona zwycięzcy aukcji WOŚ osobiście przez Kayah. (Fot. materiały prasowe)

8. Wrocławski Krasnal z wizerunkiem Jurka Owsiaka

Krasnale opanowały Wrocław - stały się symbolem miasta. Teraz pojawia się okazja, żeby wylicytować kolejnego krasnala przedstawiającego Jurka Owsiaka i jego największe w Polsce Serce WOŚP. Krasnal projektu artystki, rzemieślniczki Beaty "Beby" Zwolańskiej - Hołod, powstał w jej pracowni. Figura ma ok. 50 cm wysokości i została wykonana z brązu.

WOŚP 2021 - powstały dwa krasnale z wizerunkiem Jerzego Owsiaka powstały dwa: jeden z nich trafił do rąk Jurka Owsiaka i Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - będzie witał gości odwiedzających Fundację. WOŚP 2021 - powstały dwa krasnale z wizerunkiem Jerzego Owsiaka powstały dwa: jeden z nich trafił do rąk Jurka Owsiaka i Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - będzie witał gości odwiedzających Fundację.

9. Spacer po Puszczy Białowieskiej z Adamem Wajrakiem

Spotkanie z autorem książek, dziennikarzem "Wyborczej" i obrońcą Puszczy. Plus jeden nocleg w Białowieży dla czterech osób w dogodnym dla obu stron terminie (z uwzględnieniem obostrzeń sanitarnych związanych z pandemią).

WOŚP 2021 - dla zwycięzców licytacji mamy też zestaw książek autorstwa Adama Wajraka z autografem. (Fot. materiały prasowe) WOŚP 2021 - dla zwycięzców licytacji mamy też zestaw książek autorstwa Adama Wajraka z autografem. (Fot. materiały prasowe)

10. Możliwość nadania nazwy pociągu na wybranej trasie

Na aukcjach WOŚP  pojawiają się także niecodzienne oferty, jak na przykład ta - zwycięzca aukcji ma prawo do nadania nazwy dotyczy pociągów uruchamianych w regularnym rozkładzie jazdy pociągów 2020/21 Kolei Wielkopolskich. Nazwa pociągu będzie wyeksponowana na przedniej oraz bocznych elektronicznych tablicach kierunkowych pojazdu, na drukowanych oraz elektronicznych rozkładach jazdy pociągów, na pragotronach, na stacjach, gdzie urządzenia te są zamontowane, a także będzie wygłaszana w komunikatach głosowych zapowiadających pociągi na stacjach.

WOŚP 2021 - pociąg z nazwą nadaną przez zwycięzcę licytacji WOŚP będzie kursował w Wielkopolsce.(Fot. materiały prasowe) WOŚP 2021 - pociąg z nazwą nadaną przez zwycięzcę licytacji WOŚP będzie kursował w Wielkopolsce.(Fot. materiały prasowe)

11. Warsztaty kuchni tajskiej od Darii Ładochy

Spotkanie z Darią Ładochą połączone z warsztatami tajskiej kuchni. Warsztaty mogą odbyć się na dwa sposoby. Online, kiedy zwycięzca aukcji zbierze swoich znajomych i połączy się na wideorozmowie z Darią Ładochą lub w tradycyjny sposób twarzą w twarz, w uzgodnionym ze zwycięzcą aukcji terminie i miejscu wskazanym przez Darię Ładochę.

WOŚP 2021 - najciekawsze aukcje od serca na Allegro WOŚP 2021 - najciekawsze aukcje od serca na Allegro

12. Spotkanie z Panią Swojego Czasu, czyli Olą Budzyńską

Ola Budzyńska, twórczyni marki Pani Swojego Czasu, autorka, blogerka, przedsiębiorczyni, zapewnia apartament, a w nim czekoladę, wino oraz kawę i herbatę. W ramach czasu spędzonego w Krakowie pokaże zwycięzcy ulubione miejsca w Krakowie i zapewni inne wspólne atrakcje, między innymi kolację i wieczór filmowy. „Licytujcie dużo, licytujcie hojnie, to wszystko idzie na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy” – przypomina Ola Budzyńska.

WOŚP 2021 - Pani Swojego Czasu deklaruje, że zwycięzcy poświeci sporo… czasu. (Fot. materiały prasowe) WOŚP 2021 - Pani Swojego Czasu deklaruje, że zwycięzcy poświeci sporo… czasu. (Fot. materiały prasowe)

13. Portret Agnieszki Osieckiej autorstwa Iwony Chmielewskiej

Ta aukcja jest nam szczególnie bliska, bowiem ten portret Agnieszki Osieckiej: "Na całych jeziorach ty" powstał na zamówienie "Zwierciadła". Ukazał się we wrześniowym numerze obok artykułu "Nie mogę być ptakiem uwięzionym".

WOŚP 2021 - Portret będzie sygnowany, na życzenie artystka wykaligrafuje specjalną dedykację. (Fot. materiały prasowe) WOŚP 2021 - Portret będzie sygnowany, na życzenie artystka wykaligrafuje specjalną dedykację. (Fot. materiały prasowe)

14. Remigiusz Grzela "Z kim tak ci będzie..." z autografem

Kolejna aukcja bliska naszemu serca, ponieważ Remigiusz Grzela, autor książki "Z kim tak ci będzie" o związku Kaliny Jędrusik i Stanisława Dygata to stały współpracownik naszego pisma. Remigiusz Grzela obala w książce mit o tym, że błyskotliwy pisarz stworzył kobietę wampa. Tworzy jednocześnie wielowymiarową opowieść o pięknej, ale i niszczycielskiej miłości. Przygląda się karierom obojga, ich związkom, brzemiennym w skutkach decyzjom i wyborom. Zastanawia się, dlaczego nie poznano się na talencie Kaliny i z jakich powodów pisarz tak wybitny i aktualny jak Dygat przebywa obecnie w literackim czyśćcu.

WOŚP 2021 - Książka o niezwykłym związku ludzi, którzy byli dla siebie stworzeni. I byli dla siebie przekleństwem. (Fot. materiały prasowe) WOŚP 2021 - Książka o niezwykłym związku ludzi, którzy byli dla siebie stworzeni. I byli dla siebie przekleństwem. (Fot. materiały prasowe)