1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Akupunktura japońska - czym jest, na co pomaga?

Akupunktura japońska - czym jest, na co pomaga?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Akupunktura kojarzy wam się z człowiekiem naszpikowanym igłami jak fakir? Tak być nie musi, a może nawet nie powinno – uważa Elżbieta Pathak, specjalistka akupunktury japońskiej. I dodaje, że prawdziwa akupunktura to dużo więcej niż usuwanie bólu. To takie wyregulowanie całego ciała, żeby ból nie wracał.

Czym właściwie jest akupunktura? Powiem, czym nie jest. Nie jest po prostu wkłuwaniem igieł w punkty. Akupunktura jest regulowaniem całego ciała. Wzmocnieniem naturalnej zdolności organizmu do wyzdrowienia. Ciało to całość. Wszystko jest ze sobą połączone. Medycyna akademicka ma inne poglądy, tymczasem fizyka kwantowa udowodniła już, że przestrzeń i tak zwana materia oddziałują na siebie nawzajem, nie ma oddzielenia. Autentyczna akupunktura opiera się na tym właśnie poglądzie. Jeśli jakieś obszary w ciele zaczynają słabnąć i jest w nich niedobór, to w innych miejscach z czasem może powstać niezdrowy nadmiar. Tak jakbyś miała wokół siebie tłok, że trudno się normalnie poruszać. Takie procesy zachodzą w meridianach: niektóre słabną, w innych zaczyna się zastój. Tu za mało, tam za dużo i energia nie może płynąć. Powstają blokady. I to, czego nie chcemy, zaczyna boleć. W pulsie można to wszystko zobaczyć.

Czytasz tylko z pulsu? Nie. Filarów diagnozy jest więcej. Mówimy o czterech. Pierwszy to widzenie. Obserwujesz, czy pacjent jest blady, czy ma twarz raczej zaczerwienioną, czy może siną. Jak się porusza – czy krok jest energiczny, czy raczej powolny. Już wtedy widzisz, jaki jest poziom energii. Dalej: słuchanie. Słuchasz nie tylko, co mówi, ale i jak mówi. Czy głos jest słaby, czy silny, czy cichy, niepewny, czy rozkazujący. Kolejny filar: węch. Im ktoś bardziej chory, tym ostrzejszy ma zapach. I w końcu dotyk. Brzucha, nóg, rąk, karku, ramion, samej skóry.

Mówisz o medycynie chińskiej, a prowadzisz gabinet akupunktury japońskiej. To inne metody? Inne. Na początku nauczyłam się akupunktury chińskiej. W najlepszej szkole w Berlinie. Byłam bardzo pilna, nagrywałam każdy wykład, po czym, nie będąc na 100 proc. pewną swojego niemieckiego, przepisywałam wszystko do zeszytów. Wiedziałam, że chcę być dobrą lekarką, chcę skutecznie pomagać innym. Zdałam egzaminy, zrobiłam dyplom, zaczęłam pracować. I nie rozumiałam, czemu mam kłopoty. Czasem umiałam pomóc, czasem nie. I nie wiedziałam dlaczego.

I co zrobiłaś? Zaczęłam szukać, żeby dowiedzieć się, czego nie wiem. W Rottenburgu, na kongresie tradycyjnej medycyny chińskiej, poznałam Japonkę Kiiko Matsumoto, która prezentowała tam swój sposób leczenia. Jeśli rzeczywiście regulujemy organizm, regulujemy Qi – esencję witalną, to właściwie od razu widać efekty. Możesz nie uwierzyć, ale tak właśnie jest. Zmienia się twarz, rozluźnia, inny jest blask oczu, skóry. I to właśnie zobaczyłam, kiedy obserwowałam pacjenta Kiiko. Od tego momentu wiedziałam, że japońska akupunktura to moja droga. Na początek kupiłam wszystkie książki o akupunkturze japońskiej, które mogłam dostać, ale w każdej były przedstawione inne metody! Wtedy zrozumiałam, że muszę znaleźć nauczyciela. Trochę to trwało, ale znalazłam. Spędziłam trzy weekendy na kursie terapii meridianów Stephena Bircha w Monachium – i nagle wszystko zaczęło stawać się jasne. Na przykład wreszcie dogłębnie zrozumiałam, jak mam diagnozować puls. Steve uwielbia uczyć i robi to doskonale. Bardzo wiele mu zawdzięczam.

W szkole chińskiej tego nie uczono? Uczono nas 27 rodzajów pulsu, ale są one ważne raczej dla tych, którzy leczą ziołami. Akupunkturzysta musi badać puls inaczej. W Monachium poczułam się jak ktoś, kto miał zamazany obraz i nagle zoom – wszystko widać wyraźnie. Okazało się, że nie ma czegoś takiego jak jedna japońska akupunktura. W Japonii, tak jak w Chinach sprzed rewolucji, jest wielu różnych mistrzów. Mają swoje style pracy, stworzyli własne szkoły. Mniej więcej 15–20 proc. z nich to akupunktura holistyczna, do której zalicza się szkoła Toyohari. Moim nauczycielem stał się właśnie Stephen Birch. Kiedyś sam uczył się w szkole chińskiej akupunktury – i za każdym razem, kiedy go nakłuwano, mdlał. Aż pewnego razu zrobił mu akupunkturę japoński mistrz – i Stephen nie zemdlał. Został jego uczniem, potem asystentem – to był profesor Yoshio Manaka, chirurg akademicki, genialny naukowiec i akupunkturzysta. Później Steve poznał styl Toyohari, razem z żoną, Japonką Junko Idą, założyli własną szkołę w Amsterdamie. Ukończyłam u nich dziesięciomiesięczne szkolenie podyplomowe i dopiero wtedy poczułam się prawdziwą akupunkturzystką z szansą na stanie się dobrym lekarzem.

Na czym polegają różnice w tych metodach? W stylu Toyohari stosujemy niezwykle delikatne, bardzo precyzyjne i bardzo różnorodne, bezbolesne techniki akupunktury. Uczyliśmy się ich przez dziesiątki godzin. Wiele czasu spędziliśmy na nauce szukania punktów. W klasycznych dziełach chińskich podana jest lokalizacja punktów, ale to pewien obszar – nieraz aż dwa centymetry kwadratowe. Jeśli punkt ma dokładniejszą lokalizację, na przykład na przecięciu fałdy kolanowej i jakiegoś ścięgna, to to nadal jest lokalizacja teoretyczna. Prawdziwy akupunkturzysta musi sam znaleźć właściwy punkt. Przez dziesięć miesięcy uczyliśmy się, jak znajdować punkty. Którą częścią palca dotykać, jak układać rękę, jak ją przesuwać. Po krótkim porannym wykładzie teoretycznym pracowaliśmy całymi dniami przy leżankach. Szukaliśmy u siebie nawzajem punktów, oznaczaliśmy je kolorowymi długopisami i weryfikowaliśmy je, sprawdzając puls. To była wielka nauka. Jako jedyna Polka przeszłam przez ten trening, w Berlinie jest nas parę osób. Piękne w japońskiej szkole Toyohari jest też to, że cały czas się uczymy. Nawet 80-letni mistrzowie spotykają się, żeby ćwiczyć. To rzadkie w obecnym świecie. Spotykamy się z japońskimi mistrzami raz w roku – przylatują do Europy i pracujemy z nimi przez trzy dni przy leżankach. Poza tym dwa razy do roku przyjeżdżają do nas Steve, Junko lub ktoś inny o podobnym doświadczeniu, no i oczywiście ćwiczymy regularnie w lokalnych grupach.

Znajdowanie punktów jest najważniejsze? Znajdowanie punktów i wykonanie na nich odpowiednich technik jest zwieńczeniem procesu diagnozy i, podobnie jak dobra diagnoza, decyduje o efekcie leczenia. Punkt ma często dwa milimetry średnicy – jeśli trafimy w środek, mamy 100 proc. efektu. Jeśli na obrzeżach, efekt będzie o wiele mniejszy. A jeśli umieścimy igłę poza obrzeżem punktu, efektu nie będzie w ogóle. W chińskiej szkole bada się dodatkowo język, ale w szkole Toyohari uważa się, że na tym nie można polegać. Ja czasem sprawdzam język, ale dodatkowo, jako potwierdzenie tego, co ustaliłam wcześniej. Toyohari to szkoła niewidomych mistrzów, tutaj dotyk odgrywa najważniejszą rolę. Dotykamy tułowia, nóg, rąk, pleców, badamy puls (to też dotyk!). Jeżeli umiesz to dobrze zrobić, zbierasz wiele cennych informacji. Bo na podstawie jedynie wywiadu można wyciągnąć błędne wnioski. Dlatego tak ważna jest zbudowana na wielu filarach diagnoza. Możesz wtedy użyć niewielu punktów, żeby pomóc. Nie trzeba wcale dużej liczby igieł.

Mam całkiem inne doświadczenia. Byłam na akupunkturze w pewnym znanym miejscu w Warszawie. Diagnozę postawiła lekarka po dziesięciominutowej rozmowie, zapisała coś na karteczce i akupunkturzysta już mnie nie badał – po prostu w błyskawicznym tempie wkłuwał igły. Leczenie najlepiej jest oceniać po skutkach. Nie mogę powiedzieć, że akupunktura bez dokładnej diagnozy całkiem nie ma sensu. Jeśli na przykład umieścimy igły w pewnych punktach, możemy usunąć ból. Tak jak proszek od bólu głowy: bierzesz, działa. Ale potem ból wraca. Leczenie symptomatyczne, nieoparte na właściwej diagnozie, nie przyniesie z reguły trwałych rezultatów. Albo nawet żadnych.

Czyli jeśli ktoś mówi, że bóle głowy w skroniach, to… Odpowiada za to meridian woreczka żółciowego. Można ten meridian „naprawiać”, opierając się jedynie na tych symptomach. Ale każdy meridian jest połączony ze wszystkimi innymi. Najlepiej znaleźć przyczynę tego, że właśnie ten meridian ma „problem” – a te przyczyny mogą być różne. Jeśli znajdę przyczynę, efekty będą długotrwałe.

I udaje ci się to zrobić podczas jednej wizyty? Usunąć ból można bardzo szybko. Ale jedna wizyta to jeden krok. Jeden krok nie wystarczy, jeżeli trzeba przejść pewną drogę. Ale za każdym razem staram się zrobić najlepszy możliwy krok i tu podstawą jest właściwa diagnoza. Nieraz jest to łatwe, nieraz nie. Bo na przykład eksces (nadmiar) w pulsie jest tak silny, że trudno poczuć dno pulsu. Wszyscy chcą szybko – ja też bym chciała! Trzeba jednak cierpliwości. Wtedy największy pożytek odniesie pacjent, który ją ma.

Przychodzi ktoś i mówi, że niby badania ma dobre, wszystko w porządku, a on się źle czuje. Źle śpi, nie ma siły… Jeśli meridiany są elastyczne, dobrze wypełnione, nie ma blokad, mamy wolny przepływ energii i krwi, to człowiek dobrze się czuje, jest zdrowy i szczęśliwy (stan zdrowia jak najbardziej widać w emocjach). Ale już samo to, że ktoś mówi: nie mam siły, świadczy o niedoborze, prawda? Moim zadaniem jest stwierdzenie gdzie – i leczenie. Jeśli pacjent mówi, że nie widzi zmiany, sprawdzam wszystko bardzo dokładnie od początku. Czasem, jeśli pacjent ma bardzo silny niedobór, nie poczuje się od razu o wiele lepiej, zobaczy poprawę dopiero po trzech, czterech spotkaniach. Ale zawsze sprawdzam, czy się nie pomyliłam. Na szczęście zdarza mi się to po latach pracy rzadko.

Akupunktura wielu osobom kojarzy się z leczeniem bólu. Tak, panuje taki pogląd. I nie jest mylny, bo czym jest ból? Ból jest efektem zastoju. Jeśli regulujesz całe ciało, energię, to usuwasz zastój. Usunięcie bólu to jedna z najprostszych rzeczy, ale akupunktura to o wiele więcej. To, jak już mówiłam, regulacja całego ciała. Taka, żeby symptomy – jak ból – nie wracały. A żeby wróciły siły, dobre samopoczucie, dobre trawienie, zdrowy sen.

Czy są do stosowania akupunktury przeciwwskazania? W stylu Toyohari nie ma, bo to bardzo subtelne techniki. Nie nakłuwa się głęboko lub nie nakłuwa się w ogóle. Jeśli zagłębiam się w skórę, to na pół milimetra, milimetr. To techniki powierzchowne, ale ponieważ są precyzyjne, nie trzeba wiele, żeby osiągnąć wspaniałe efekty. W medycynie chińskiej panuje pogląd, że trzeba nakłuć głęboko. Nie chcę deprecjonować tych metod, ale mogę odważnie powiedzieć, że jeśli chcesz uzupełnić niedobory, technika powinna być bezbolesna. Wszędzie, gdzie sprawiasz ból, ujmujesz Qi, czyli esencję witalną. Rozpraszasz je. I jeśli ktoś jest osłabiony, taki zabieg osłabi go jeszcze bardziej, będzie czuł się gorzej.

Czy przy chorobach ciężkich, jak nowotwór, można pomóc? Akupunkturą nie wyleczysz raka. Ale jest to wspaniała pomoc przed, w czasie i po chemioterapii – bo przez cały czas reguluje organizm, czyli na przykład w czasie chemii usuwa skutki uboczne. W leczeniu nowotworu sprawdzają się metody Guolin Qigong. Ale to już inna historia. Nie można też wyleczyć na przykład epilepsji. Ale są choroby, z którymi medycyna akademicka nie radzi sobie za dobrze, a autentycznie regulująca akupunktura może dać wspaniałe efekty. Dobrym przykładem są stany zapalne zatok czy osłabiona odporność. Mam nawet w Berlinie pacjenta ze stwardnieniem rozsianym. Przychodzi od bardzo dawna, co tydzień. I mówi, że czuje się coraz lepiej. Ma stabilniejszy chód, lepszy wzrok, mówi wyraźniej. I nie pojawiają się kolejne rzuty choroby.

Akupunkturą japońską można leczyć między innymi:

● Dolegliwości układu kostno-mięśniowego – bóle pleców, karku, ramion, bioder, kolan, zespół cieśni nadgarstka, stany zapalne stawów, rwę kulszową. ● Choroby wewnętrzne – astmę, choroby uszu, gardła, nosa, żołądka, jelit, chroniczne uczucie zmęczenia, choroby wątroby i woreczka żółciowego, pęcherza moczowego i nerek, niepłodność, dolegliwości neurologiczne. ● Problemy psychologiczne i emocjonalne – stres, depresję, stany lękowe. ● Skutki uboczne terapii medycznych – choćby przy chorobach nowotworowych (uniknięcie nudności i wymiotów podczas chemioterapii); wzmocnienie w procesie rekonwalescencji po zabiegach chirurgicznych i radioterapii.

Elżbieta Mielczarek była piosenkarką bluesową. Ma na koncie takie przeboje, jak „Poczekalnia PKP” i „Hotel Grand”. W pewnym momencie zdecydowała: chcę leczyć. Została lekarką, specjalistką akupunktury japońskiej. Jako Elżbieta Pathak pracuje w Berlinie, Warszawie i Łodzi.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Lekcja długowieczności z Okinawy

Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. I sprzyja długowieczności. (Fot. iStock)
Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. I sprzyja długowieczności. (Fot. iStock)
Okinawa to jedna z tak zwanych Niebieskich Stref  - miejsc, gdzie żyje wielu tak zwanych superstulatków. Czemu zawdzięczają swoją długowieczność mieszkańcy japońskiej wyspy? Podobno tradycyjnemu trybowi życia, hartowi ducha i specyficznemu poczuciu humoru. Oto kilka zasad, którymi kierują się na co dzień.

1. Znajdź swoje ikigai Ikigai to ważny element japońskiej filozofii życia. Tłumaczy się jako przyjemność i istotę życia. Japońskie iki to czasownik „żyć”, natomiast gai oznacza dosłownie „powód”. Filozofia ikigai opisywana jest jako system motywacji, który sprawia, że każdego dnia chce nam się wstawać z łóżka.

2. Stosuj roślinną dietę W diecie Okinawczyków przeważają warzywa, słodkie ziemniaki, tofu oraz owoce.

3. Jedz więcej soi Flawonoidy zawarte między innymi w ziarnach soi i przetworach z soi wspomagają układ krążenia, są również cenne dla kobiet w okresie menopauzy.

4. Uprawiaj ogródek Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. Pozwala odreagować stres, działając kojąco na wszystkie zmysły.

5. Stwórz krąg moai Maoi to grupy przyjaciół którzy nawzajem angażują się w swoje życie i wspierają w trudnych chwilach zarówno emocjonalnie jak i finansowo. Tradycja silnych więzi społecznych jest jednym z czynników decydujących o długowieczności mieszkańców Okinawy.

6. Czerp energię ze słońca Wpływ słońca na samopoczucie jest nie do przecenienia, to nie tylko źródło witaminy D, dzięki której mamy mocne kości, ale również dawka pozytywnej energii i dobrego samopoczucia.

7. Utrzymuj aktywność Codzienna umiarkowana aktywność to klucz do dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Może to być zarówno gimnastyka czy spacer, jak i praca w ogrodzie czy domowe porządki.

8. Carper diem Okinawczycy nie myślą o przeszłości, cieszą się chwilą obecną i drobnymi przyjemnościami. Są sympatyczni i nawet w podeszłym wieku otaczają się młodymi ludźmi.

Źródło: Dan Buettner, „Niebieskie strefy. 9 lekcji długowieczności od ludzi żyjących najdłużej”

  1. Zdrowie

Refleksologia – na stres, wyczerpanie i napięcia nerwowe

Dobry refleksolog potrafi, w zależności od sytuacji, odwołać się do odpowiedniej mapy – łączyć techniki, dostosowując się do potrzeb klienta. (fot. iStock)
Dobry refleksolog potrafi, w zależności od sytuacji, odwołać się do odpowiedniej mapy – łączyć techniki, dostosowując się do potrzeb klienta. (fot. iStock)
Ludzkie ciało przypomina wielki atlas świata – pełne jest map, wyznaczających ważne punkty, połączenia komunikacyjne... Refleksolog potrafi je czytać. Wie, który punkt dotknąć, by wywołać pożądane działanie.

Skądś już to znamy – chociażby z akupresury, akupunktury. Czyli z medycyny chińskiej – z jej teorią meridianów (kanałów energetycznych), biegnących przez całe ciało. Kiedy przepływ energii w meridianach zostaje z jakichś powodów zakłócony, tworzą się zastoje energetyczne, będące przyczyną dolegliwości i chorób. Akupresura i akupunktura, polegające na uciskaniu i nakłuwaniu odpowiednich punktów (receptorów) w ciele, pomagają rozbić te zastoje, a tym samym przywrócić sprawne funkcjonowanie organizmu.

Refleksologia działa na podobnej zasadzie – przyjmuje, że narządy wewnętrzne są we wzajemnej komunikacji, że można na nie oddziaływać z zewnątrz. Tyle że tutaj, stymulując receptory (przynajmniej te na twarzy i dłoniach), można wywoływać dużo przyjemniejsze odczucia. Refleksolog Beata Sekuła mówi, że takich punktów na skórze człowiek ma kilkanaście tysięcy (na samej twarzy około sześciuset). Pobudzając je poprzez dotyk, wpływa się na poszczególne części ciała, na organy wewnętrzne. Organizm sam wie, co zrobić z takim bodźcem, jak go wykorzystać. Ty masz się tylko zrelaksować...

Podróż przez kontynenty

W Polsce to stosunkowo młoda metoda. Refleksologia stóp rozwija się u nas od 26 lat, twarzy – od 2003 roku, właśnie za sprawą Beaty Sekuły.

– Kiedy zetknęłam się z refleksologią stóp, tak mnie to wciągnęło, że zaczęłam szukać innych tego rodzaju technik – wspomina. Dotarła w tych poszukiwaniach do Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Stanów Zjednoczonych. Poznała różne szkoły, podejścia. Różne mapy... Tak naprawdę różnią się między sobą milimetrami, nakładają się na siebie. Autorką pierwszej współczesnej mapy stóp była Amerykanka Eunice Ingham: stworzyła ją 70 lat temu. Nic dziwnego, że Stany Zjednoczone uchodzą za kolebkę dzisiejszej refleksologii. Ale korzenie metody sięgają starożytności – prawdopodobnie znana była w Chinach, Egipcie, Japonii, na Sumatrze... – Niektórzy przyjmują, że wszystko zaczęło się w Chinach, że masaż stóp rozwinął się na bazie akupresury. Nie znaleziono jednak żadnego dowodu na to, że Chińczycy uprawiali refleksologię – mówi Beata Sekuła. Pokazuje zdjęcie płaskorzeźby, datowanej na 2500 rok p.n.e. Rzeźba pochodzi ze starożytnego Egiptu, z grobowca kapłana Słońca Ankhmahore. Przedstawia sytuację przypominającą masaż stóp i rąk. – Chociaż historycy kosmetologii twierdzą, że jest to pierwszy uwieczniony w sztuce manicure i pedicure, refleksolodzy dopatrują się znamion zabiegu leczniczego. Mamy tu dwie osoby o ciemniejszej karnacji, pochodzące z Egiptu północnego, który słynął ze światłych ludzi, dysponujących ogromną wiedzą i wyczuciem. Jedna z tych osób dotyka rąk, druga stóp pacjentów, a ci chwytają się za różne części ciała, co może świadczyć o reakcjach odruchowych organizmu – o tym, że odpowiada on na bodziec. Nikt nie wie, czego dotyczy ten obrazek – my, refleksolodzy, lubimy myśleć, że jest to dowód na stosowanie refleksoterapii rąk i stóp w starożytnym Egipcie.

Podróż przez ciało

Jedno nie ulega dziś wątpliwości: mapy somatotropowe – bo tak się nazywają – występują na całym ciele: na powierzchni ramion, przedramion, ud, podudzi, na brzuchu, plecach, wokół pępka...

Beata Sekuła pracuje ze wszystkimi podstawowymi systemami: ze stopami, uszami, rękami, twarzą. Najczęściej jednak z twarzą.

– Leży ona w bezpośredniej bliskości mózgu, centralnego komputera naszego ciała, więc zabieg jest skuteczniejszy, a jego efekty szybsze – opowiada. – Kiedy pobudzane są stopy czy ręce, impulsy – by trafić do mózgu – muszą przejść przez sploty nerwowe, stawy i często napotykają tam na zaburzenia utrudniające przewodnictwo. Stopy traktuję bardziej jako narzędzie do pracy z „lokalnymi” problemami kończyn: obrzękami, bólem, zaburzeniami krążenia. Chociaż są też sytuacje, w których nie można zastosować refleksologii twarzy, choćby przy trądziku ropnym, stanach zapalnych ucha czy dziąsła – wtedy pracuję ze stopami.

Dobry refleksolog potrafi, w zależności od sytuacji, odwołać się do odpowiedniej mapy – łączyć techniki, dostosowując się do potrzeb klienta. Na przykład zaczyna od twarzy, a potem stymuluje wybrane receptory również na innych częściach ciała. Jest to tzw. refleksologia integracyjna. – Jeżeli ktoś zgłosi się do mnie z bólem kolan, prawdopodobnie, w celu pobudzenia organizmu, zaczęłabym zabieg od refleksologii twarzy, po czym skupiłabym się na punktach refleksologicznych odpowiadających za kolana, leżących na stopach i rękach – wyjaśnia Beata Sekuła. – Natomiast jeśli pacjent przychodzi z powodu nerwicy, pracuję na twarzy, ewentualnie na dłoniach. Stymulacja stóp działa bardzo pobudzająco, dostarcza dużej dawki energii – niezależnie do tego, czy organizm potrzebuje tej energii, czy nie. Osoba z problemami nerwicowymi mogłaby poczuć się po takim zabiegu bardzo rozedrgana.

Upiększyć i uzdrowić

Beata Sekuła zwraca uwagę na jeszcze jedną zaletę refleksologii twarzy, na cenny efekt uboczny – kosmetyczny. W praktyce oznacza to poprawę owalu twarzy, mikrokrążenia, eliminację zastojów, obrzęków limfatycznych, worków pod oczami, szarości cery, drobnych zmarszczek... – Głębokie bruzdy na twarzy mogą wskazywać na poważniejsze zaburzenia w pracy pewnych narządów – podpowiada refleksolog. – Są osoby, znane z życia publicznego, których czoło przecina pośrodku wyraźna, pionowa bruzda. Świadczy ona o poważnym zaburzeniu wątroby i pęcherzyka żółciowego – mówiąc obrazowo, tych ludzi zalewa żółć. Z kolei Sharon Stone – zanim zaczęła „rozprostowywać” twarz – miała na policzkach bruzdy wskazujące na zaburzenia płuc i jelita grubego, prawdopodobnie wynik palenia papierosów.

Oczywiście, nie ma tu sztywnych, matematycznych przełożeń. Refleksolog nie stawia diagnozy fizycznej, co najwyżej energetyczną. – Receptory dają obraz stanu energetycznego człowieka, ale nigdy nie mówię mu, że ma chory jakiś narząd, na przykład serce – od tego jest kardiolog. Refleksolog może powiedzieć, że wyczuł zaburzenie na poziomie meridianu serca, a to dwie różne rzeczy – mówi Beata Sekuła. I podkreśla, że refleksologia jest racjonalna, opiera się na ścisłych zależnościach fizjologicznych. – Bodźce z receptorów płyną do mózgu, on decyduje, gdzie je dalej przesłać. Czasem ktoś niepokoi się, że stymuluję mu żołądek, który już jest „nadczynny”. Ja wysyłam impuls, ale dalej już mózg zadba o to, żeby ten żołądek rzadziej się kurczył i wydzielał mniej soków. Pobudzony bodźcem organizm potrafi uruchomić mechanizmy regulacji i regeneracji, prowadzące do stanu równowagi wewnętrznej, optymalnej dla danej osoby. Bo co innego będzie oznaczała równowaga dla osoby z niewielkimi dolegliwościami, co innego dla tej, która ciężko choruje. Medycyna konwencjonalna zarzuca nam czasem, że polegamy na inteligencji organizmu, że pozwalamy mu decydować o tym, gdzie potrzebuje pobudzenia, a gdzie nie. Organizm naprawdę wyposażony jest w taki samoregulujący komputer, wybiera to, co dla niego najlepsze.

Rozświetlić emocje

– Refleksologia to bardzo precyzyjna technika, ale również sztuka – twierdzi Beata Sekuła, która ma też spore osiągnięcia w pracy z emocjami. – Masaż refleksologiczny może wpływać na łagodzenie pewnych emocji albo odwrotnie: na ich przywracanie. Możemy doprowadzić do bezpiecznego wybrzmienia emocjonalnego, pozwolić na to, żeby coś się skończyło, żeby ciało oczyściło się z tego, co mu nie służy – zapewnia. Czy to znaczy, że można sobie „zamówić” wybraną emocję? – Można „zamówić” i „odmówić”, ale człowiek musi się najpierw przyznać, że jest mu z czymś niewygodnie. Rzadko zdarza się, żeby ktoś powiedział: „jestem bardzo agresywny i chciałbym to wyregulować”. Bo być może bardzo tej agresji potrzebuje, być może po prostu nie ma innej możliwości ekspresji...

Beata Sekuła nie ukrywa, że najczęściej przychodzą do niej ludzie cierpiący z powodu miłości: porzuceni przez partnera, złamani po jego utracie, również śmierci. – Widzę, że przechodzenie przez tego rodzaju sytuacje odbywa się w podobny sposób, niezależnie od tego, czy bliska osoba pozostaje przy życiu, czy je traci. W jednym i w drugim przypadku przeżywa się żałobę.

Okazuje się, że refleksologia twarzy wpływa na pewną, niezwykle ważną dla emocji, strukturę w mózgu – ciało migdałowate.

– Jest ono elementem układu limbicznego, który odpowiada za różnego rodzaju więzi: macierzyńskie, ojcowskie, za przyjaźń, miłość – więc również za ich nadmiar czy brak – tłumaczy Beata Sekuła. – Ciało migdałowate magazynuje emocje, na szczęście możemy je oczyścić, odnaleźć równowagę. Pięknie to widać na obrazach uzyskiwanych dzięki tomografii komputerowej czy rezonansowi magnetycznemu – po regulacji ciało migdałowate i otaczający je obszar zaczynają się świecić...

Dla wszystkich, nie na wszystko

Podczas zabiegu doznania bywają różne: jednym będzie przyjemnie, inni przy tej samej technice mogą odczuwać dyskomfort. – Czasem pojawiają się mdłości, uderzenia gorąca, cierpnięcie rąk i stóp, bulgotanie w żołądku czy w jelitach. Zdarza się, że nagły ból przeszywa kogoś w miejscu, które dawało mu się we znaki wiele lat wcześniej i które formalnie zostało wyleczone. Te objawy są rezultatem tego, że coś się w ciele reguluje.

Beata Sekuła dzieli klientów na dwie podstawowe grupy: „łatwopalnych” i „niełatwopalnych”. – „Łatwopalna” osoba natychmiast reaguje na dotyk, na przykład pyta: „na czym pani pracuje?”. Mówię: „na żołądku”, a ona: „tak, właśnie czuję”. Po czym nagle wstaje, idzie do łazienki i wymiotuje. W ciągu kilkunastoletniej praktyki zdarzyły mi się 2–3 takie przypadki; „niełatwopalny” może nawet zasnąć podczas zabiegu albo stwierdzić: „nie wiem, czy to działa, chodzę, chodzę i nic się dzieje”. Zwykle jest to człowiek zdrowy, więc co niby miałoby się wydarzyć? Skoro nie było wcześniej żadnych dolegliwości, cała rzecz polega na podtrzymaniu energetycznego i fizycznego dobrostanu organizmu.

– Refleksologia jest dla wszystkich, ale to nie oznacza, że jest antidotum na wszystko – zaznacza Beata Sekuła. Poleca ją przede wszystkim jako terapię antystresową. Na przemęczenie fizyczne, psychiczne, stany zwiększonego napięcia nerwowego. Na wyczerpanie pracą, wypalenie zawodowe. – Po zabiegach pojawia się zwiększona odporność na czynniki stresotwórcze – sytuacje, które wcześniej doprowadzały nas do szału, przestają już mieć nad nami władzę. Takie reakcje jak pobudzenie pracy serca, wzrost ciśnienia, ból głowy tracą na sile – mówi terapeutka. Inne wskazania to kłopoty z pamięcią, koncentracją, z przyswajaniem informacji, kojarzeniem. Refleksologia może też wspomagać pracę z nadwagą. – Uwalniające się podczas zabiegu endorfiny wpływają na uczucie satysfakcji, zmniejsza się zapotrzebowanie na słodycze i tłuste pokarmy. To wspiera dietę.

Ważne: utrwalenie bodźców

Zabieg refleksologii twarzy jest głęboko odprężający, wprowadza w stan błogości, rozluźnienia, ale przy stopach jest już inaczej, może pojawić się ból. Tylko że ból w receptorze nie zawsze musi oznaczać zaburzenia w odpowiadającym mu narządzie. – Zawsze będą bolały receptory leżące blisko kości – ze względu na ich silne unerwienie – tłumaczy Beata Sekuła. – Kiedy pojawia się ból, zwalniam ucisk, pozwalam klientowi odetchnąć, żeby uniknąć napięcia w splocie słonecznym. Splot słoneczny to ważny przekaźnik impulsów na drodze do mózgu – jeśli się zaciśnie, mózg zacznie nadawać sygnał: „kończ, bo nie wytrzymam.”

Jeszcze większy ból można odczuwać przy refleksologii narzędziowej. Przybory nie muszą być wyszukane – wystarczy długopis, chińskie pałeczki... Beata Sekuła zapewnia, że posługując się tego rodzaju narzędziami, można w 2–3 minuty uzyskać takie same efekty jak po „pełnowymiarowym” zabiegu przy użyciu palców. Jaki to wymiar?

– Zabieg refleksologiczny nie powinien przekroczyć 40 minut. Mózg ma swoją wydolność, jeżeli go przestymulujemy, to – zamiast uruchomić mechanizmy regeneracji i samoregulacji w organizmie – wywołamy złe samopoczucie. Dojdzie do przesytu, ciało nie przyjmie nowych informacji w sposób konstruktywny, nie przetworzy ich na bodźce terapeutyczne. Niewskazane jest też kumulowanie rozmaitych bodźców: jednego dnia refleksologia, drugiego masaż ciała, trzeciego joga... Można przedawkować – jak ktoś, kto wraca ze SPA z bólem głowy.

Ale faktem jest, że refleksologia działa w seriach – dla skuteczności zabiegów ważne jest, by były wykonywane z dużą regularnością, w niewielkich odstępach czasowych. – To jak z psem Pawłowa – żeby utrwalić bodziec, potrzebne są kolejne powtórki. Nasz organizm chętnie przestawi się na nowy tryb – o ile zechcemy mu w tym pomóc.

Beata Sekuła: refleksolog twarzy, stóp, dłoni, uszu, twórczyni Międzynarodowego Instytutu Refleksologii Twarzy w Warszawie.

Podręczna refleksologia

Objawy zbliżającego się lub już istniejącego przeziębienia, katar, ból zatok, kichanie

Palcem wskazującym pocieraj energicznie pionową linię na środku czoła, od nasady nosa do linii włosów. Powtórz te ruchy 30–40 razy. Następnie, oboma palcami wskazującymi równocześnie, pocieraj miejsca, gdzie boczne krawędzie nosa łączą się z twarzą. Zrób 30–40 energicznych powtórzeń. Teraz, również oboma palcami wskazującymi naraz, pocieraj skórę tuż nad górną wargą. Pracuj w kierunku do środka i na boki, palce miej ułożone równolegle nad wargą. 30–40 powtórzeń, energiczne tempo.

Stosuj tę technikę kilka razy w ciągu dnia. W ten sposób stymulujesz strefy odruchowe zatok czołowych, nosowych i szczękowych.

Trema, lęk, niepokój, pobudzenie nerwowe, zbliżający się wybuch emocjonalny, bezsenność

Punkty pomagające odzyskać równowagę emocjonalną znajdują się w okolicy uszu. Znajdź mniej więcej półcentymetrową pionową linię z przodu ucha (tam gdzie łączy się ono z twarzą). Pocieraj tę linię, po obu stronach twarzy, ok. 15–20 razy.

Punkty uspokajające znajdują się też w dołku za uszami, tuż pod płatkami uszu. Pocieraj je jednocześnie 15–20 razy.

Opisaną technikę stosuj kilka razy dziennie, by złagodzić występujące objawy, lub doraźnie.

  1. Zdrowie

Nagietek i jego lecznicze właściwości

Korony nagietków przez cały dzień zwracają się w stronę słońca, a po zachodzie zamykają. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze. (Fot. iStock)
Korony nagietków przez cały dzień zwracają się w stronę słońca, a po zachodzie zamykają. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze. (Fot. iStock)
Tak zadomowiony dziś w naszych ogródkach nagietek przywędrował do Polski z okolic Morza Śródziemnego. Znany przede wszystkim jako roślina ozdobna, ma także wiele właściwości prozdrowotnych. I to im zawdzięcza popularność w kosmetologii i ziołolecznictwie.

Od ostatnich dni maja aż do późnej jesieni rabaty mienią się pomarańczowymi i pomarańczowozłotymi płatkami nagietków. Te kwiaty są wielkimi amatorami słońca, korony nagietków przez cały dzień zwracają się w jego stronę, a po zachodzie zamykają aż do następnego poranka. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze, opisywane choćby przez Hildegardę z Bingen, autorkę traktatu o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin i minerałów z XII wieku.

Kolorowa apteka

Obserwując energetyzujące odcienie nagietków, nietrudno uwierzyć, że ich kwiaty zawierają naturalne barwniki z grupy karotenoidów (w kolorach: żółtym, pomarańczowym, różowym, czerwonym) – przede wszystkim luteinę. Organicznie luteina obecna jest także w plamce żółtej oka i soczewce, gdzie odpowiada m.in. za przeciwdziałanie zaćmie. Problem w tym, że ludzie nie syntetyzują karotenoidów, więc muszą dostarczać je organizmowi w pożywieniu lub preparatach aptecznych – wśród których nie brak i tych z luteiną pozyskiwaną z „oblubienicy słonecznej”.

Także karotenoidom nagietek zawdzięcza działanie gojące. A to dlatego, że przyspieszają one zabliźnianie się ran i wspomagają regenerację komórek. Nic więc dziwnego, że wyciąg z nagietka jest składnikiem maści gojących stosowanych w różnych uszkodzeniach skóry, a także kosmetycznie używanych kremów oraz maseczek.

W nagietku, oprócz karotenoidów, występują również flawonoidy, olejek lotny, związki żywicowe i śluz. Są to substancje aktywne o właściwościach przeciwzapalnych i antybiotycznych. Napar z kwiatów nagietka jest stosowany do przemywania skóry w przypadku trudno gojących się ran, oparzeń, w owrzodzeniach żylakowatych i zastrzale.

W kwiatowym chruśniaku

Nagietki zaczynają kwitnąć ok. 2 miesięcy po zasianiu, a że nie mają wygórowanych wymagań glebowych, samodzielnie się rosiewają i są lubiane przez pszczoły – mogą zdobić nasz ogród aż do pierwszych mrozów.

Wykorzystywane po ususzeniu do robienia leczniczych i kosmetycznych specyfików kwiaty nagietka najlepiej zbierać (bez łodyżek) w pełnym rozkwicie, w słoneczny dzień. W domowych warunkach koszyczki kwiatów można suszyć w temperaturze otoczenia, a po wysuszeniu – przechowywać je w suchych i przewiewnych miejscach, np. wsypując do płóciennych woreczków.

Sprawdzone receptury

Suszone kwiaty nagietka można wykorzystać do przygotowania maseczki do twarzy o działaniu przeciwzapalnym i kojącym czy olejku do masażu skóry suchej, podrażnionej oraz dotkniętej rozstępami. Olejek warto również wsmarować od czasu do czasu w zniszczone końcówki włosów lub skórę głowy.

Olejek nagietkowy – sposób przygotowania

  • wsyp garść suszonych płatków nagietka do słoika lub butelki, a następnie zalej dowolnym olejem roślinnym
  • wymieszaj lekko całą zawartość naczynia i odstaw w nasłonecznione, ciepłe miejsce
  • mieszaj delikatnie raz dziennie
  • po upływie dwóch tygodni przecedź olej przez gazę.
Maseczka nagietkowo-owsiana (polecana do cery trądzikowej) – sposób przygotowania
  • wymieszaj 4 łyżki płatków owsianych z 4 łyżkami suszonych kwiatów nagietka i zalej niewielką ilością ciepłego mleka
  • gdy płatki zmiękną, dodaj łyżkę oliwy lub innego oleju i pół łyżki miodu (pod warunkiem że skóra nie jest przesuszona)
  • nałóż maseczkę na twarz na ok. 10 min (potem możesz rozmasować ją jak peeling).

  1. Psychologia

Praca z procesem - metoda terapeutyczna, dzięki której zajrzysz za kulisy samego siebie

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem jest przekraczaniem progu, masz więc prawo odczuwać lęk i czuć się zagubiony. Trzeba będzie podjąć wysiłek zaprzyjaźnienia się z tym, czego w sobie nie akceptujesz. Uchylić drzwi, zanim zostaną wyważone...

Człowiek żyje z pewnym wyobrażeniem o tym, kim jest, jakie są jego słabe i mocne strony, jak zachowuje się w określonych sytuacjach. Właśnie – wyobrażeniem... Za nim skrywają się zlekceważone pragnienia, nieuświadomione potrzeby, wewnętrzne konflikty. Jeśli nie dopuścimy do głosu odrzuconych, wypartych części swojej osobowości, możemy w nieskończoność zastanawiać się, czego nam brakuje, co sprawia, że czujemy się poirytowani, smutni, niespełnieni...  Metoda terapeutyczna nazywana pracą z procesem (w skrócie POP) polega właśnie na zaglądaniu za kulisy.

Podpowie ci sen

Twórcą metody jest Amerykanin Arnold Mindell – fizyk, który pod koniec lat 60. przyjechał do Europy, do Zurychu, by na tamtejszej uczelni zrobić doktorat. Miasto liczyło wówczas 800 tysięcy mieszkańców, z czego 20 tysięcy było psychologami i psychoterapeutami. Ten klimat zaczął mocno oddziaływać na Mindella: niezwykłe poruszenie, dzikie sny... Kiedy wreszcie trafił na Marie-Louise von Franz, uczennicę Carla Gustava Junga, uznał, że jego drogą jest psychoterapia. Zrobił doktorat, i owszem, tyle że z psychologii. Podążając śladami Junga, zgłębiał zagadnienia nieświadomości zbiorowej i synchroniczności, mity i archetypy, łącząc to wszystko z wiedzą z zakresu fizyki kwantowej. Przez wiele lat badał też zjawiska snu, rolę symptomów fizycznych i ich wzajemne powiązania. Z przekonaniem, że nie tylko sny, ale i dolegliwości mają nam wiele do powiedzenia... Pracując z chorymi czasami wręcz prosił ich, żeby lepiej poczuli ból, tym samym własne ciało.

Podczas jednej z takich sesji mężczyzna chory na raka żołądka przyznał, że czuje, jakby coś w jego brzuchu chciało wybuchnąć. Dodał, że zawsze miał trudności z wyrażaniem siebie, ale nigdy nie pozwoliłby sobie na wybuch... W tym  momencie przypomniał sobie sen o tym, że jest nieuleczalnie chory i że lekarstwem na jego chorobę ma być właśnie coś na kształt bomby. Dla Mindella stało się jasne: ten człowiek stłumił swoje emocje, a jego ciało i sen wyrażały potrzebę eksplozji. Ze względu na wyraźne zależności między snami a symptomami cielesnymi, Mindell nazwał swoją metodę „pracą ze śniącym ciałem”. Właściwie nie była to jeszcze odrębna metoda – wciąż odnosił swoje badania do psychologii analitycznej. Z czasem jednak zauważył, że działanie w obrębie szkoły jungowskiej staje się ograniczeniem. Chciał eksplorować nowe obszary, szukać własnych rozwiązań. Tak powstała praca z procesem.

„Ja” spotyka „nie ja”

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. – Człowiek ma tendencję do utożsamiania się tylko z częścią doświadczeń, myśli, aspektów, inne wyrzuca poza margines. Tak tworzy się sfera „ja” i „nie ja” – tłumaczy Tomasz Teodorczyk, psychoterapeuta z Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie. – Im większy rozdźwięk pomiędzy tymi dwiema sferami, tym większa nierównowaga. Odrzucone, zaniedbane aspekty, pozostające poza sferą „ja”, zaczynają się do niej dobijać, czasem bardzo gwałtownie. Chcą zostać zauważone, uwzględnione – po to, by człowiek objął całość swoich doświadczeń.

Wydarzenia, które oceniamy jako negatywne – choroby, wypadki, zdrady – zwykle zmuszają nas do zmiany i pomagają w ustaleniu nowej równowagi. Podobną rolę spełniają sny, zwłaszcza te naładowane silną energią. Te, z których budzimy się przerażeni, spoceni, poruszeni. Często pojawia się w nich jakaś postać albo zwierzę, jesteśmy gonieni, atakowani. To jakiś zmarginalizowany aspekt psychiki upomina się o przyznanie mu należnego miejsca... W języku Mindella mówi się, że mamy na pewne zachowania próg. Załóżmy, że oznajmiamy (z dumą): „Nie jestem zachłanny”. Niby wszystko w porządku, ale być może oznacza to tak naprawdę, że odmawiamy sobie jakichś dóbr, przyjemności, jesteśmy zamknięci na przyjmowanie? Nie chodzi przecież o to, żeby zacząć się rozpychać łokciami, czasem wystarczy lekkie przesunięcie na skali, większa otwartość. Postawienie sobie pytania: „co jest takiego w krytykowanej przeze mnie postawie, co mógłbym wykorzystać w swoim życiu, włączyć do swojego repertuaru zachowań?”.

Tomasz Teodorczyk lubi porównywać człowieka do wielopokojowego domu: do niektórych pomieszczeń nie wchodzimy, może nawet nie wiemy o ich istnieniu. Rozwój polega na tym, że zaglądamy do kolejnych pokoi, oswajamy je, uczymy się korzystać z nich w odpowiedni dla siebie sposób. Praca z procesem ma doprowadzić do objęcia całego domu. Bo każdy przekroczony próg to dodatkowa przestrzeń, nowe możliwości. – Większość progów jest wynikiem wychowania – mówi Teodorczyk. – Jeśli chłopcu koduje się od najmłodszych lat, że mężczyzna musi być silny, twardy, zaradny, to jego miękkie aspekty – wrażliwość, czułość – nie będą wspierane, akceptowane i możemy się spodziewać napięcia z powodu konfliktu pomiędzy dwiema rozszczepionymi częściami.

 

Próba siły

W „nie ja” zawarty jest ogromny potencjał. To energia, z której nie korzystamy, która często sprawia nam problemy, a która – włączona w obszar „ja” – może okazać się niezwykle pożyteczna, stać się naszą siłą.

Zdaniem Agnieszki Wróblewskiej, trenerki pracy z procesem, każdy z nas może uzyskać dostęp do tej siły, do osobistej mocy. – Szkopuł w tym, że ona często budzi w nas lęk, kojarzy się ze zranieniem, krzywdą – mówi Agnieszka Wróblewska. – Boimy się ludzi, którzy posługując się siłą, tracą nad nią kontrolę. A jeśli zdarzy się, że sami posłużymy się własną, mamy wyrzuty sumienia...

Jakie to mogą być sytuacje? Załóżmy, że ktoś na nas krzyknie – czujemy lęk, drżenie, opór, oskarżamy drugą osobę, że nadużywa siły. A za jakiś czas być może popełniamy podobne „nadużycie” wobec innej osoby, odgrywając się za niedawną krzywdę. Takie zdarzenia, a także nasze negatywne doświadczenia z przeszłości, sprawiają, że zaczynamy unikać siły, boimy się jej zarówno w innych, jak i w nas samych.

– Tymczasem jest też inny jej rodzaj – mówi Agnieszka Wróblewska. – Moc osobista, która nie ma nic wspólnego z tego typu przepychankami. Prawdziwa siła dodaje nam skrzydeł. Coś nas niesie, wszystko się układa. W tym sensie nie jest ona tak do końca osobista... Można to porównać z żeglarzem, który swoje pomysły na to, dokąd płynąć dopasowuje do kierunku wiatru. Może wtedy rozwinąć dużą prędkość, bez żadnego wysiłku, bez korzystania z silnika – tłumaczy trenerka. I przywołuje podstawową zasadę taoizmu wu wei (po chińsku „niedziałanie”), która mówi, że należy pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z ich naturą, a zdarzeniom przydarzać się – podążając za ich znaczeniem. W praktyce oznacza to, że dopóki płyniemy z nurtem naszej rzeki, sprawy przyjmują pomyślny obrót, czujemy własną moc. Kiedy wypadamy z tego nurtu, zaczynają się kłopoty.

Co właściwie sprawia, że komplikujemy sobie życie, zaczynamy żłobić dodatkowe koryto? – Często bierze się to z błędnych przekonań, z presji społecznej – mówi Agnieszka Wróblewska. – Na przykład dziewczyna jest urodzoną wojowniczką, indywidualistką, ale w dzieciństwie wciąż widziała w reklamach obrazki rodzinnej sielanki, w której kobieta odgrywa rolę rozpromienionej pani domu. I zaczęła wierzyć, że tylko w takiej wersji może jako kobieta osiągnąć spełnienie. Ważne, żeby to odkryć, zdemaskować zewnętrzne źródło takich pragnień, wyjść ze stereotypu narzuconego przez innych: rodzinę, grupę towarzyską czy zawodową, społeczeństwo.

Stań się nim

Żeby spotkać się ze swoją siłą i przyjąć ją, Agnieszka Wróblewska proponuje ćwiczenie w parach. Wieloetapowe. Szukamy takiej sfery naszego życia, w której szczególnie czujemy się pozbawieni mocy, kontroli, sprawczości, i opowiadamy o niej partnerowi. Potem mamy przywołać postać tej samej płci (historyczną, baśniową itp.), obdarzoną mocą i władzą. Taką, która nas fascynuje. Opisujemy jej cechy, zachowanie, koncentrując się na sprawowanej przez nią władzy. Próbujemy wyrazić tę władczość – gestem, ruchem, dźwiękiem, wreszcie całym ciałem... To samo robimy z postacią odmiennej płci: sprawdzamy, jakie są podobieństwa i różnice pomiędzy bohaterami. I wreszcie kluczowy moment: mamy stać się drugą z badanych postaci (tą przeciwnej płci), zachowywać się, mówić, poruszać, jak ona... Czy pojawia się opór? Co powstrzymuje nas przed przyjęciem fascynującej nas energii, siły i władzy? Jak moglibyśmy ją wykorzystać? Teraz już możemy wrócić do punktu wyjścia i zadecydować, jak wprowadzić energię, z którą nawiązaliśmy kontakt, do własnego życia.

Rezultaty są zaskakujące: ktoś stał się Silvio Berlusconim po to, żeby przekonać się, jakie poczucie siły daje... poczucie humoru. Niekoniecznie wyrafinowane, grunt, że gotowe do zastosowania nawet w najtrudniejszej sytuacji. Ktoś inny miał okazję przekonać się, jak to jest być Królową Śniegu – odkrył, że taka chłodna, niewzruszona siła to znakomita przeciwwaga dla jego nadwrażliwości.

Agnieszka Wróblewska tłumaczy, dlaczego w ćwiczeniu kładzie się większy nacisk na osobę przeciwnej płci. Bo prawdopodobnie w takiej konfrontacji trafimy na większy próg – osobników innej płci trudniej jest naśladować. Także trudniej pewnie będzie nam zaakceptować, że moglibyśmy być tacy, jak oni. Tym samym mają nam więcej do zaoferowania, dają szansę na wyrażenie się w zupełnie nowy sposób.

Nie walcz, zaakceptuj

  1. Kiedy czegoś nie lubimy, zwykle chcielibyśmy to natychmiast i bezpowrotnie wyeliminować z naszego życia. Tymczasem praca z procesem mówi: zamiast z tym walczyć, spróbuj odkryć znaczenie tego zdarzenia dla swojego rozwoju, po czym zaakceptuj i zintegruj ten aspekt siebie, który domaga się twojej uwagi. Przyjrzyj się osobie, której nie znosisz – sugeruje Arnold Mindell. Po czym zadaj sobie pytanie: co mnie w niej najbardziej denerwuje? Spójrz na świat z jej perspektywy: w jakich sytuacjach ta drażniąca jakość mogłaby być przydatna w moim codziennym życiu?
  2. Możesz też zbadać swój stosunek do ziemi: sprawdź, z jakimi uczuciami patrzysz na rzeczy piękne, a jakie emocje budzą w tobie pozostałe widoki. Czy potrafisz je zaakceptować, dostrzec w nich ukryte piękno, potencjał?
  3. Ćwiczenie z książki Mindella: wyjdź na dwór i rozejrzyj się, bez pośpiechu, za dwoma przedmiotami wielkości dłoni – jednym, który ci się podoba, i drugim, do którego czujesz niechęć. Następnie rozpocznij medytację, trzymając w ręku najpierw jeden, potem drugi przedmiot. Zapisz spostrzeżenia. Obiekt, który ci się podoba, zwykle przypomina w jakiś sposób kochaną czy podziwianą osobę. Według Mindella jest on wyobrażeniem całkowitej i pełnej osobowości, do której zmierzasz w swoim procesie. Nielubiany przedmiot symbolizuje odrzucaną część ciebie – to, czego nie znosisz, a co potrzebujesz lepiej poznać.
 

  1. Zdrowie

Zdrowy sen to wyższa odporność i lepsze życie. Jak leczyć bezsenność i spać spokojnie?

Żyjemy w świecie, który dezorganizuje nasz naturalny rytm, a to z kolei zaburza wiele funkcji w naszym organizmie, w tym sen. Warto o nocną regenerację świadomie zadbać. (Fot. iStock)
Żyjemy w świecie, który dezorganizuje nasz naturalny rytm, a to z kolei zaburza wiele funkcji w naszym organizmie, w tym sen. Warto o nocną regenerację świadomie zadbać. (Fot. iStock)
Bezsenność to choroba cywilizacyjna, skutek życia w nadmiernym stresie i wzbudzeniu. Już ponad połowa Polaków ma problemy ze snem, a około 10 proc. cierpi na bezsenność. Rozmowa z dr. n. med. Małgorzatą Fornal - Pawłowską, psychologiem klinicznym, psychoterapeutką.

Bezsenność to choroba cywilizacyjna, skutek życia w nadmiernym stresie i wzbudzeniu. Już ponad połowa Polaków ma problemy ze snem, a około 10 proc. cierpi na bezsenność. Rozmowa z dr n. med. Małgorzatą Fornal - Pawłowską, psychologiem klinicznym, psychoterapeutką.

Od 16 lat pracuje Pani w Poradni Leczenia Zaburzeń Snu przy Szpitalu Nowowiejskim w Warszawie - kto i jak tam trafia? Poradnia Leczenia Zaburzeń Snu funkcjonuje przy przyszpitalnej poradni zdrowia psychicznego. Pracują w niej lekarze psychiatrzy i psycholodzy, którzy specjalizują się w leczeniu zaburzeń snu. Naszymi pacjentami są najczęściej osoby, których kłopoty ze snem wynikają ze stresu albo problemów emocjonalnych. Oni najczęściej kierowani są do nas przez psychologów i psychiatrów. Mamy też pacjentów, którzy dowiedzieli się o nas z wyszukiwarek internetowych. Żeby się u nas leczyć nie trzeba mieć skierowania.

Z jakimi konkretnie problemami zgłaszają się pacjenci? Najczęściej skarżą się na przewleką bezsenność. Ale częstym problemem jest też nadmierna senność, albo nietypowe zjawiska występujące we śnie, które przekładają się później na codzienną jakość życia.

Czy bezsenność jest chorobą? Zdecydowanie. W  najnowszej klasyfikacji problemów zdrowotnych mamy odrębną kategorię nazwaną "zaburzenia snu”. Dawniej była ona podpięta pod zaburzenia psychiczne, neurologiczne, albo związane z oddychaniem. Znajduje się w niej sześć głównych typów zaburzeń snu:

  • bezsenność - najczęściej występująca choroba;
  • zaburzenia snu związane z zaburzeniem oddychania;
  • nadmierna senność, czyli hipersomnia;
  • zaburzenia rytmu snu okołodobowego - to problemy występujące najczęściej u osób, które pracują zmianowo, albo mają nieregularny tryb życia;
  • parasomnie - nietypowe zachowania w trakcie snu - np chodzenie, mówienie, krzyczenia, koszmary senne;
  • zaburzenie ruchowe w trakcie snu np. zespół niespokojnych nóg;

W sumie mamy kilkadziesiąt jednostek chorobowych związanych ze spaniem.

Jak diagnozuje się zaburzenia snu? Diagnoza polega przede wszystkim na zebraniu szczegółowego wywiadu. Pytamy pacjentów na czym dokładnie polegają ich problemy ze snem. Oni najczęściej skarżą się, że długo nie mogą zasnąć, albo nawet kiedy uda się im usnąć, w nocy się wybudzają i nie mogą ponownie zasnąć. Często problemem jest również to, że trudno pacjentom wstać po nocy i poczuć się rozbudzonym. Podczas wywiadu dowiadujemy się również tego, że to jak źle pacjenci śpią, a raczej nie śpią, wpływa znacząco na jakość ich życia, na codzienne funkcjonowanie. Jeśli problem występuje minimum 3 razy w tygodniu i trwa od trzech miesięcy, to wiadomo, że taka osoba kwalifikuje się do leczenia. Jednak diagnoza nie opiera się jedynie na wywiadzie dotyczącym samego snu. Zbieramy również informacje na temat ogólnego stanu zdrowia pacjenta, potencjalnych chorób, które mogą wpływać na sen, np. niedoczynność tarczycy. Jeśli ktoś ma na przykład dolegliwości bólowe i nie może zasnąć, to wiadomo, że to może być główny powód zakłócający sen. Jednak u wielu pacjentów nie ma takich oczywistych przyczyn problemów ze snem. Są one bardziej złożone, zwłaszcza, gdy bezsenność utrzymuje się przewlekle.

Co zatem może być przyczyną tego, że nie śpią? 60-80 proc. pacjentów, którzy mają przewlekłe problemy ze snem ma równolegle diagnozę innych chorób - najczęściej są to zaburzenia lękowe i depresyjne. Dlatego lekarz robiący wywiad podczas diagnozy, zbiera informacje dotyczące tego, co dzieje się w życiu emocjonalnym pacjenta, pyta o jego nastroje, lęki, kondycję psychiczną. Jeśli pacjent zgłasza, że ma w życiu intensywny stres, to nie ciężko się domyślić, że problemy ze snem mogą być wtórne i łączyć się z tą sytuacją. W diagnostyce zaburzeń snu bardzo ważny jest też wywiad dotyczące samego snu - o której godzinie chodzimy spać, wstajemy, czy zachowujemy stały rytm. itp. Bo okazuje się, że osoby, które mają kłopoty ze snem często same pogarszają swoją sytuację pogłębiając złe nawyki związane ze spaniem. I nawet jeśli początkowa przyczyna zaburzeń snu leżała gdzie indziej, to brak właściwej higieny snu, i narastający lęk przez kolejną nieprzespaną nocą, stają się czynnikami napędzającymi problem.

Wpadają w błędne koło? Dokładnie. Dlatego osoba, która trafia do poradni zaburzeń snu, dostaje dziennik snu, taki arkusz, w którym prowadzi zapiski dotyczące tego, o której godzinie wstaje, o której kładzie się spać, jak długo zasypia, czy budzi się w nocy, czy uprawia jakiś sport, ile spożywa kofeiny, jak czuje się w ciagu dnia i jakie leki przyjmuje. Lekarz diagnozujący po lekturze takiego dziennika, jest w stanie rozpoznać, czy osoba ma regularny rytm snu, albo czy w łóżku nie spędza za dużo czasu, pomimo tego, że nie śpi, co może być przyczyną fragmentacji snu, czyli zwiększenia nocnych przebudzeń. Z dzienniczka można też wyczytać, że pacjent źle przyjmuje leki, albo że ich nadużywa. Wszystkie tego typu informacje - dla nas ekspertów zajmujących się zaburzeniami snu - są bardzo ważne w diagnozie i programie leczenia.

Czy problemy z oddychaniem, np. krzywa przegroda nosowa, chrapanie, mogą zaburzać sen? Kiedy wywiad pokaże, że osoba może mieć problemy z bezdechem, bo w trakcie snu ma przerwy w oddychaniu lub chrapie, budzi się z bólem głowy lub suchością w ustach, a w ciągu dnia jest bardzo senna, pomimo tego, że w nocy odpowiednio długo śpi, zlecamy wówczas badanie pod kątem zaburzeń oddychania w trakcie snu. Jest to specjalistyczne nocne badanie polisomnograficzne, podczas którego mierzy się różne parametry organizmu ludzkiego w czasie snu, w tym przepływ powietrza przez drogi oddechowe, wysycenie krwi tlenem, wzbudzenia. Wykonuje się w je w specjalistycznych laboratoriach snu, funkcjonujących zwykle przy poradniach laryngologicznych albo pulmunologicznych. Możliwa jest też prostsza wersja tego badania wykonywana w domu. Leczenie bezdechu sennego jest zależne od jego nasilenia. Przy lżejszych postaciach wystarczą interwencje behawioralne – odpowiednia dieta, w celu zmniejszenia masy ciała, unikanie alkoholu czy leków wpływających na obniżenie napięcia mięśniowego. U osób, u których występują niedrożności dróg oddechowych (np. krzywa przegroda nosowa), zabieg laryngologiczny może całkowicie rozwiązać problem bezdechów. W bardziej złożonych przypadkach konieczne jest stosowanie specjalnego urządzenia do snu, które wytwarza ciśnienie w drogach oddechowych.

Przypomnijmy - dlaczego zdrowy sen jest ważny? Odpowiedź na to pytanie zna każdy, kto ma za sobą nieprzespaną noc, albo kilka. Podczas snu nasz organizm regeneruje się, wypoczywa - to podstawowa potrzeba człowieka. Po nieprzespanej nocy mamy słabszą koncentrację uwagi, gorszą sprawność intelektualną i poznawczą, marny nastrój, trudniej nam kontrolować emocje, jesteśmy bardziej impulsywni. Eksperci od medycyny snu podkreślają, że sen jest bardzo ważny dla naszego zdrowia. Długoterminowo problemy ze snem mogą przyczyniać się do pogorszenia przemiany materii a nawet wystąpienia otyłości. Po nieprzespanej nocy, kiedy jesteśmy zmęczeni i poddenerwowani, mamy tendencje do sięgania po niezdrową żywność, przekąski, które szybko nas „pocieszają”. Prawidłowy sen reguluje też nasze funkcje immunologiczne. Kiedy śpimy w naszym organizmie zachodzą różne procesy naprawcze, komórki się regenerują, organizm nabiera sił. Przy deprawacji snu zmniejsza się aktywność komórek układu odpornościowego tzw. naturalnych zabójców. Są badania, które wykazały, że u osób, u których zdiagnozowano zaburzeniami snu, mniej skuteczna okazała się szczepionka przeciw grypie. Wiadomo też, że osoby, które mają zaburzony proces spania, wykazują większą skłonności do łapania infekcji. Wykazano, że nieleczona bezsenność zwiększa ryzyko chorób układu krążenia, cukrzycy oraz depresji.

W pandemii wzrosła liczba osób, które nie śpią. Jaka może być tego przyczyna? Jest to związane zarówno z nasilonym poziomem stresu, w różnych obszarach życia (zdrowotnym, ekonomicznym, społecznym) oraz zmianą trybu życia. Zamknięcie w domach, odcięcie od dotychczasowych ważnych aktywności, ograniczenie ruchu, mniejszy kontakt ze światłem dziennym, a większy ze sztucznym, zdecydowanie pogorszyły jakość naszego snu. U osób, które przechodzą zakażenie wirusem, zaburzenia snu mogą być też następstwem reakcji organizmu na infekcję np. tzw. burzy cytokinowej w układzie odpornościowym, która wpływa na układ nerwowy. Eksperci akcentują, żeby w okresie pandemii o sen zadbać szczególnie, bo to wzmacnia organizm, a silny organizm jest w stanie dobrze poradzić sobie z infekcjami. Dlatego teraz jest to tym ważniejsze, ale też trudniejsze.

Czy w zdrowym spaniu najważniejsza jest liczba przespanych godzin? Ważna jest długość, ale też jakość snu, i jeszcze to, żeby dostosować sen do swojego chronotypu. Musimy wiedzieć, czy jesteśmy bardziej sową czy skowronkiem. Kilka najważniejszych punktów jakościowego snu:

  1. Odpowiednia dawka snu - dla osoby dorosłej to jest 7-8 godzin na dobę. Warto jednak wiedzieć, że zarówno spanie krócej niż 7-8 godzin jak i dłużej, będzie szkodliwe. Nie jest prawdą, że im dłużej śpimy, tym lepiej. To trochę tak jakbyśmy się przejadali. Są badania, które pokazują, że wydłużanie snu prowadzi do podobnych konsekwencji, co zbyt krótki sen.
  2. Właściwa pora, czyli w nocy. Nie jest dobrze jeśli część naszego snu przeniesiemy na długą drzemkę w ciągu dnia. Ponieważ nasz organizm ewolucyjnie jest przyzwyczajony do tego, że jak jest ciemno to ma spać. Wtedy w naszym mózgu wydziela się melatonina, która daje sygnał reszcie naszego organizmu, że czas zwolnić różne procesy – np. obniżyć temperaturę ciała, akcję serca, wydzielanie hormonów związanych z aktywacją organizmu, by przygotować się do snu.
  3. Dostosowanie snu do wewnętrznego zegara biologicznego. Każdy z nas musi wyczuć jakie pory są dla niego lepsze na sen. Jeśli jesteśmy typem skowronka, to dobra pora na spanie wypadnie między godziną 22 a 5 rano. A jeśli jesteśmy sową, to wydzielanie melatoniny  będzie opóźnione i lepiej chodzić do łóżka bliżej północy. Nie można jednak przesadzać z tym przesunięciem godzin spania - chodzenie do łóżka o 4 rano i wstawanie o 12 nie jest zdrowe i kwalifikuje się jako zaburzenie, które trzeba leczyć.
  4. Tryb życia. Nasze codzienne nawyki wpływają na jakość snu. Na przykład to jakie substancje, i o której przyjmujemy, ile pijemy kofeiny, czy spożywam alkohol, czy mamy drzemki w ciągu dnia, czy korzystamy nadmiarowo ze światła sztucznego - to wszystko są „pogarszacze” snu. Ich nadmiar może zaburzyć naturalny rytm odpoczynku nocnego. Na jakość snu wpływa również to, jak w ogóle podchodzimy do tej części naszego życia. Warto zadać sobie pytanie, czy odpowiednio przygotowuję się do snu, czy mam czas by zwolnić wieczorem, zrelaksować się, czy przeznaczam na sen odpowiednią liczbę godzin.

Czy to znaczy, że do snu trzeba się specjalnie szykować? Chodzi o to, żeby zadbać o tzw. higienę snu. Zaleca się, żeby na 4 a nawet 6 godzin przed snem nie spożywać kofeiny. Naukowo dowiedziono, że podwójne espresso wypite przez zdrową osobę na 6 godzin przed snem powoduje skrócenie snu głębokiego, nawet jeśli nie mamy problemu z zaśnięciem po kawie.

Na godzinę przed snem trzeba ograniczyć intensywny wysiłek. Nie jest prawdą, że jak człowiek się intensywnie zmęczy, to szybko uśnie, bo ciało w wysiłku fizycznym się wzbudza. Lepiej, żeby sport uprawiać w ciagu dnia, najlepiej w połączeniu z ekspozycją na światło słoneczne.

Ważne jest również to, by na minimum godzinę przed snem ograniczyć korzystanie z urządzeń emitujących świtało niebieskie. A już na pewno nie można zabierać telefonów, tabletów i laptopów do łóżka. Taki sygnał świetlny w porze snu jest informację dla mózgu, że jest dzień i czas się pobudzić, a my przecież chcemy iść spać.

Nie polecam również alkoholu przez snem - to pogarszacz jakość snu. Działa wprawdzie rozluźniająco, wiele osób szybciej po spożyciu usypia, ale warto wiedzieć, że w wyniku metabolizowania alkoholu powstaje aldehyd octowy, który pobudza - stąd po alkoholu może wystąpić wiele przebudzeń w ciagu nocy i w sumie słaba jakość snu.

Warto też zadać o świeże czyste powietrze i odpowiednią temperaturę w sypialni - powinno być między 18 a 20 stopni C.

Rytuały przed snem - dla niemowlaka czy dla każdego? Nasz mózg zdecydowanie lubi rytuały. Nawet jeśli ktoś nie ma problemów z zasypianiem warto, żeby wyrobił w sobie nawyk dbania o to, żeby wieczór był czasem zwolnienia. Z trybu gotowości przechodzimy w tryb relaksu i wyciszenia. Warto pod koniec dnia zrobić dla siebie coś, co jest odprężające, co sprawia nam przyjemności. Medytacja, relaksacja, czytanie, szydełkowanie. To nie musi być zawsze to samo. Jednak odradzam, żeby wprowadzać te rzeczy do łóżka. W łóżku śpimy.

Jak w Polce leczy się bezsenność? Wiele osób nie robi z tym nic, niestety - wynika to z badań. Myślą: „A, jakoś to będzie.” Jedynie co dziesiąta osoba konsultuje ten problem z lekarzem rodzinnym. Zdecydowana większość (31,3 proc.) nic nie robi, aby lepiej spać. Tylko, że problem sam się nie rozwiąże, a z czasem kłopoty ze snem się pogłębiają. Jest też spora grupa ludzi, sięgających po tabletkę. Tymczasem lekarze na całym świecie są zgodni, że najlepsza metodą wychodzenia z  bezsenności jest zastosowanie technik poznawczo-behawioralnych.

Na czym ta metoda polega? Terapia poznawczo-behawioralna to jeden z nurtów psychoterapii, stosowany w leczeniu różnych zaburzeń (np. depresji, zaburzeń lękowych). Polega na wprowadzeniu odpowiednich zachowań i pracy nad myślami towarzyszącymi danemu problemowi, co przekłada się na zmniejszenie objawów. Ponieważ sen jest bardzo związany z naszymi myślami i zachowaniami, podlega procesom uczenia się - odpowiednie nawyki, pory snu, techniki behawioralne dobrane do danej osoby (np. skrócenie czasu snu, albo jego wydłużenie), zadbanie o pełną higienę snu, pomagają pacjentom wyjść z bezsenności. Terapia zwykle wymaga od 4 do 8 sesji. Metoda poznawczo – behawioralna uznawana jest w świcie naukowym za złoty standard w leczeniu bezsenności. Leki wprowadza się dopiero wtedy, kiedy te metody okażą się niewystarczające. Dlaczego? Bo tabletka nie zmienia nawyków, a wręcz może utrwalić skojarzenie, że zasypia się tylko po pigułce. A celem leczenia jest, żeby pacjent powrócił do automatyczności snu - jego naturalnego rytmu.

Jest Pani współautorka pierwszego w Polsce program niefarmakologicznego leczenia bezsenności oraz aplikacji Terapia Bezsenności do poprawy snu w oparciu o terapię poznawczo-behawioralną. Jak to działa? To 6 -tygodniowy program on-line z pełną bazą materiałów edukacyjnych, ćwiczeń i analiz opartych na zasadach terapii poznawczo-behawioralnej. Pierwszy tydzień naszego kursu jest otwarty dla każdego. To sesja cyfrowa stworzona na wzór tradycyjnej - zawiera ankiety, na podstawie których każdy może zobaczyć spersonalizowane czynniki, które mogą odpowiadać za utrzymujące się problemy ze snem. Pokazujemy jakie zachowania pozwalają pogłębić nasz sen, co robić w sytuacji, gdy nie możemy zasnąć lub wybudzamy się w nocy oraz jak radzić sobie z niepokojem czy gonitwą myśli w porze snu. Kurs pozwala zrozumieć przyczyny problemów ze snem, daje wiedzę, narzędzia i indywidualny plan poprawy snu.

Wychodzenie z bezsenności to praca nad zdrowymi nawykami. Nie ma tu drogi na skróty - nie liczmy na opaski, po założeniu których stanie się cud, albo maszyny, które wpłyną na prace naszych fal mózgowych. Zdrowy sen jest w naszych rękach. To powrót do regularnego rytmu, do natury.