fbpx

Bunt, czyli wołanie o pomoc

Bunt, czyli wołanie o pomoc
Corbis

Jeśli traktujemy nastolatka z pozycji siły i wyższości, budzimy jego sprzeciw. Nie tyle wobec tego, co mówimy, ile wobec tego, jacy jesteśmy. A jesteśmy na ogół wszystkowiedzącymi rodzicami na piedestale. Kim być powinniśmy – wyjaśnia psycholożka Małgorzata Ohme.

– Nasze dziecko nagle stawia sobie irokeza i zakłada glany. To znak, że powinniśmy być czujni?
– Bardzo często rodzice, a zwłaszcza dziadkowie, stereotypowo oceniają nastolatków: młodzież, która się wyróżnia, to zła młodzież. Takim atrybutem upadłego nastolatka są według nich irokezy na głowie, glany do kolan, krzykliwe ubrania. Oceniając dziecko po wyglądzie, zapominamy, że chęć wyróżniania się to jeden z wyznaczników poszukiwania tożsamości.

Z czego wynikają takie oceny?
– Z niezrozumienia, dlaczego dziecko tak się zachowuje. Nie rozumiemy, że za każdym buntem stoi jakaś potrzeba, np. wyrażenia czegoś. Rodzice nie zastanawiają się, co nastolatek chce nam powiedzieć poprzez fryzurę, trzaśnięcie drzwiami, listy. Nie odczytują tych znaków, reagują lękiem, co jest zrozumiałe, bo żyjemy w czasach pełnych zagrożeń, a oni boją się, że ich dziecko zejdzie na złą drogę, jeśli czegoś nie dopilnują. Jednak warto pamiętać, że bunt ma inne funkcje. Kryje się za nim potrzeba oddzielenia się od rodziców, samodzielności, próba przekształcenia się w dojrzałego człowieka. Często te dzieci, które najbardziej się buntują, wyrastają na wybitne jednostki.

Jak reagować na tak mocno wyrażaną potrzebę stanowienia o swoim życiu?
– Ważne, aby być OBECNYM rodzicem. Próbować zrozumieć sygnały, które dziecko wysyła nam poprzez swoje zachowanie. Wsłuchajmy się w to, co mówi. Rozmawiajmy nie tylko o „negatywnym” zachowaniu, ale również o potrzebach dziecka. Pamiętajmy, że dorastanie dzieci jest jeszcze trudniejsze dla nich samych niż dla rodziców.

Co takiego się dzieje, że ten okres jest szczególnie dla wszystkich trudny?
– Nastolatki zostają zaskoczone wielością zmian: w swym organizmie, potem psychice, emocjach. Po stronie dorosłości, w którą wkraczają, wita ich chaos. Zaczyna się od dojrzewania biologicznego: buzują hormony, dziewczynki dostają miesiączki, chłopcy mają polucje, zmieniają się proporcje ciała. 12-latek nie rozumie tych zmian, najczęściej nie jest na nie przygotowany. Przeżywa huśtawkę nastrojów, czuje się zagubiony. W ślad za dojrzewaniem biologicznym idzie dojrzewanie psychiczne. W głowie pojawiają się pytania: „Co się ze mną dzieje? Kim jestem? Dokąd zmierzam?”. Dziecko wchodzi na kolejny poziom myślenia, więcej w tym abstrakcji, pytań filozoficznych. Pytania o tożsamość mają pomóc mu ułożyć sobie jakoś wszystkie te zmiany na poziomie ciała, oswoić je.

Potem jest już lepiej?
– Po tak zwanym etapie rozproszenia przechodzi się do następnego, tzw. lustrzanego, czyli do poszukiwania wzorców. Bo to naturalne, że jak człowiek nie wie, co się z nim dzieje, szuka jakiegoś idola, z którym mógłby się identyfikować, przejąć trochę jego cech, a wszystko po to, żeby lepiej samemu się poczuć ze sobą. Nastolatka myśli: „Może jestem Kasią Nosowską, może Britney Spears?”. Ja nazywam ten okres wchodzeniem do przebieralni – to czas bezkrytycyzmu, wybierania na oślep. Przymierza się różne ubrania: czerwone, niebieskie, żółte, krótkie, długie. Te przymiarki często nie są logicznie powiązane, ale pozwalają człowiekowi dowiedzieć się czegoś o sobie. Ta wiedza zawsze jest cenna, nawet jeśli dowiemy się tylko, że na przykład nie jest nam dobrze w czerwonym.

Gdzie jest w tym wszystkim miejsce rodziców?
– Rodzice powinni przeformułować w tym okresie swoją rolę. Kiedy dziecko jest młodsze, stoimy na straży porządku. Małe dziecko kłóci się o różne rzeczy, ale na ogół nie podważa naszego autorytetu. Nastolatek krytykuje nas z byle powodu. Trzeba zejść z piedestału, pogodzić się, że nie jesteśmy już we wszystkim autorytetem. Jeśli z nastolatkiem będziemy rozmawiać z pozycji siły i wyższości, będzie się coraz bardziej buntował, nie tyle przeciwko temu, co mówimy, ile wobec tego, jacy jesteśmy. A na ogół jesteśmy nadal wszystkowiedzący.

To kim powinniśmy być?
– Konsultantami, kimś, na kogo można liczyć w potrzebie, ale kto nie jest natarczywy.

Niektórzy rodzice stają się kumplami swoich dzieci. Ubierają się tak jak syn czy córka, mówią ich językiem. To dobry pomysł?
– Często rodzice zachowują się w ten sposób, bo sami dobrze nie przepracowali okresu dorastania. A jeżeli młody człowiek się nie nabuntuje, nie wyzłości, to taka potrzeba będzie w nim drzemać. I kiedy stanie się rodzicem dorastającej córki, może przeżyć regres, będzie chciał przejść z nią etap poszukiwania tożsamości, którego jako nastolatek nie przeszedł. Bycie kumplem własnego dziecka to nie jest jednak dobra droga. Dzieci potrzebują bezpiecznego portu, w którym zawsze można znaleźć schronienie. Gdy rodzic jest kumplem, który zakłada takie same glany, to dziecko nie ma do kogo przyjść po radę. Jeszcze trudniej przyjść do rodzica autorytarnego, bo wtedy przyznaję się do tego, że jestem dzieckiem, że nic nie wiem. Natomiast jeżeli rodzic stoi trochę z boku, obserwuje, to dziecku łatwiej porozmawiać, bo czuje, że ojciec czy matka nie chcą mu niczego udowadniać z pozycji siły, tylko że zależy im na rozmowie. Wtedy łatwiej też przychodzi dziecku przyznanie się do błędu.

 

Wielu rodziców stara się dzisiaj pomóc nastolatkowi w przejściu przez ten burzliwy okres, zapewniając mu to, czego sami nie mieli, i to, co mają rówieśnicy. To źle?
– Na pewno nie o taką pomoc chodzi. Prościej jest podarować najnowszy model komórki, niż znaleźć czas, żeby usiąść, spokojnie pogadać i wytłumaczyć, że to, czy komórka kosztuje 600 czy 300 zł, nie ma znaczenia. Nie mówić tego rozkazującym tonem, bo dziecko tylko wpadnie w złość. Warto dyskretnie podsuwać mu alternatywy, inspirować je. To wymaga naszej pracy, poszukiwań, a wielu rodziców ma trudność ze znalezieniem czasu. Kiedy zachęcamy dziecko w taki sposób: „Zrób coś fajnego, zamiast całymi dniami gadać przez telefon”, to ono często nie ma pojęcia, co mogłoby zrobić, i rozumie ten komunikat jako nakaz odrabiania lekcji. Ale kiedy podsuniemy mu książkę, zapiszemy się razem na jakieś zajęcia sportowe, artystyczne, muzyczne, to może okazać się, że odkryje nową pasję.

Kontrolować nastolatka czy ufać?
– Jeśli kontrolować, to mądrze. Ważne, żeby na wszystko się umawiać. Bo jeżeli będziemy sztywno narzucać mu swoje reguły, na pewno wzbudzimy tylko sprzeciw. Dlatego powiedzmy dziecku: „Nie podoba mi się twoje zachowanie, martwię się o ciebie, wiem, że dzisiaj może tego nie rozumiesz, że możesz się zezłościć, ale bardzo chciałabym, abyśmy ustalili pewne zasady, co w naszym domu wolno, a czego nie wolno”. Najlepiej spisujmy na kartce wszystkie uwagi. Nasze i nastolatka. On: „Chcę, żebyście pukali do mojego pokoju. Uprzedzali, kiedy wracacie do domu, nie krytykowali kolegów”. My: „Chcemy, żebyś informował nas, gdzie jesteś i o której wrócisz. Nie możesz wracać później niż o 22. Jeżeli znajdziemy u ciebie papierosy, odbierzemy ci przywileje. Jeżeli mimo naszych sprzeciwów urządzisz w domu pod naszą nieobecność imprezę, następnym razem poprosimy sąsiadkę, aby cię kontrolowała, co chyba nie jest w twoim interesie”. Ważne, żeby zasady były jasne, przypominane wielokrotnie, a najlepiej właśnie spisane. Szczególnie wtedy, gdy rodzice i dzieci są silnymi indywidualnościami i często dochodzi do konfliktów. Dobrze byłoby zacząć od siebie: „Powiedz, co ci się we mnie nie podoba, co ci przeszkadza”, choć to oczywiście wymaga naszej odwagi.

A co wtedy, gdy dziecko domaga się czegoś niemożliwego, na co nie możemy przystać?
– Jasno mówimy, że nie możemy się na to zgodzić. Gdy dziecko chce wrócić o 23, a my stanowczo domagamy się nieprzekraczania 22, powiedzmy: „Słuchaj, ty chcesz później, ja wcześniej, zastanówmy się, jak możemy znaleźć kompromis”. Albo gdy syn chce, aby zaprosić na cały weekend kolegów, żeby słuchać muzyki, a my chcemy odpocząć, zaproponujmy: „Ty chcesz długo i głośno, ja cicho i krótko, więc ty masz sobotę, ja niedzielę”. Dobrze jest narysować skalę, na której widać różnice zdań i miejsce, gdzie możemy się spotkać.

Co dalej z umową?
– Każdy z nas podpisuje się i dostaje swój egzemplarz. I kiedy potem się kłócimy, wyciągamy ją, żeby sobie przypomnieć, na co się umówiliśmy. Odwołujemy się wtedy do umowy, a nie do autorytetu czy siły. To wymaga jednak od rodziców czasu i konsekwencji. Dlatego prościej jest nakazywać. Pamiętajmy jednak, że dziecko walczy o kontrolę nad własnym życiem nie dlatego, żeby nam zrobić na złość, tylko żeby w końcu się od nas odseparować, zacząć żyć własnym życiem.

Co zyskujemy jako nienarzucający się konsultanci?
– Fajną perspektywę, że po tym trudnym okresie dziecko stanie się samodzielne i odpowiedzialne. Czyż nie o to między innymi chodzi w wychowaniu? Wszyscy znamy dorosłe dzieci uczepione rodziców. Trzeba pamiętać, że w okresie dorastania dzieci bardzo nas potrzebują, choć czytamy ich zachowania dokładnie odwrotnie – że nas nie chcą. Bardzo często bunt nastolatka to zakamuflowane wołanie o pomoc. Nie czekajmy, aż będzie za późno. Zostawmy dziecku mądrą książkę na biurku, wgrajmy fajną grę, prześlijmy mejlem linki do ciekawych stron. Rodzicom nie chce się tego robić. Wyrzucają córce, że się nie rozwija, a nie mają pojęcia, jakie książki czyta, w jakim świecie funkcjonuje. To tak, jakby chcieć zrozumieć, co to jest świnka Pepe, o której opowiada pięciolatek, nie znając bajki. Muszę choć raz obejrzeć z nim tę bajkę, żeby zrozumieć, o co synkowi chodzi. Muszę choć raz zagrać w grę komputerową, która tak pochłania syna, żeby zgłębić dlaczego. Najgorsze, co możemy zrobić, to powiedzieć krótko: nie. 

Małgorzata Ohme, psycholożka ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, psychoterapeutka związana z Akademickim Centrum Psychoterapii