fbpx

Czerwcowe opowieści

Czerwiec jest miesiącem moich urodzin. Gdy byłam małą dziewczynką, czerwcowa data ogromnie mnie cieszyła. Już od pierwszej klasy szkoły podstawowej celebrowałam urodziny w gronie przyjaciół. Choć w ciągu roku szkolnego kilka razy spotykaliśmy się u jakiejś solenizantki lub solenizanta, to tylko u mnie można było objadać się świeżymi truskawkami!

W tamtych czasach rodzice byli właścicielami dość dużego ogrodu, w którym były szklarnie z pomidorami i papryką, drzewa owocowe, mnóstwo kwiatów i oczywiście truskawki. 22 czerwca można już było bawić się w ogrodzie. Jeśli tylko nie padało, mama urządzała mi przyjęcie na wypielęgnowanej trawie. Chociaż mieszkaliśmy w bloku, droga z osiedla do ogrodu nie zajmowała więcej niż cztery minuty. Tyle wystarczało, aby mała dziewczynka przebiegła od niewielkiego, smutnego, azbestowego blokowiska do soczystozielonej, słonecznej działki, która dla dziecka stwarzała tyle możliwości, ile teraz mogłaby dostarczyć podróż przez kontynent zza oceanu.
 
Co roku wydaje mi się, że rodzę się od nowa z kolejnym czerwcem, a rozkwitam i jestem najbardziej twórcza razem z przyjściem jego ostatniego tygodnia. A potem lato, możliwości wyczarowane podczas nocy Kupały i ścieżki prowadzące wyłącznie w kierunku pełni. Nic dziwnego, że „w czerwcu najpiękniej ogród zakwita Luizy”. W szkole średniej zaczytywaliśmy się wierszami Bursy, a ja pewna swojej czerwcowej wyjątkowości z dumą podrzucałam „Ogród Luizy” rozkochanemu gitarzyście.

Wydaje mi się, że moja córeczka także polubi lato. W zeszłym tygodniu spędziłyśmy dwa przedpołudnia w ogródku na kocu. Mała Małgosia badała trawę paluszkami z wielką delikatnością i uwagą. Bardziej to zajmujące niż dywan i poprzecierane panele w mieszkaniu. Drobne, ale już nieco opalone rączki potykały się czasem o kwiatek mleczu, ze zdziwieniem poznawały krecie kopce. Chociaż mieszkamy blisko ulicy, było spokojnie i w miarę cicho. Mogłyśmy przyglądać się małym cudom i wymyślać bajki (które wieczorem przepisuję i archiwizuję w komputerze).

Czerwiec jest doskonałym miesiącem nie tylko na urodziny, ale także na nocne ogniska i rozmowy z przyjaciółmi. Pamiętam takie jedno ognisko, podczas którego wymyślaliśmy historie o aniołach. Wyobrażaliśmy je sobie jako kokony otulone ciężkimi skrzydłami, które żebrzą o ludzkie historie. Raz na jakiś czas któryś z kokonów rozwija skrzydła, przedziera się przez niebo i spada z deszczem na ziemię. Podczas długiej drogi w dół nabiera kształtów, wybiera płeć i szuka miejsca na źródło nowej, ludzkiej opowieści. Od czasu do czasu warto zamknąć oczy na wymyślone człowiecze prawdy i wygodne kłamstwa i spróbować dostrzec takiego upadłego anioła bądź anielicę. Można zarazić się świętością wolną od kar i nagród, od plastikowych objawień i sądów bożych, można zrozumieć wreszcie, że język dogaduje się z korą, tak jak płeć podpowiada ciału to, co najlepsze. Tak jak świeża trawa sprzyja układaniu bajek dla dzieci, tak nocne ogniska – wymyślaniu bajek dla dorosłych. Marząc tak sobie bez celu, doszliśmy do wniosku, że dobrze przygarnąć wymyśloną anielicę lub anioła. Można wówczas czuć się bezpiecznie pod dachem, bo jeśli gdzieś choć raz zamieszka świętość, to w żaden sposób groźba pokuty miejsca takiego nie dotknie.

Jeden z moich przyjaciół powiedział, że jego aniołem jest dzieciństwo. Nie zamykając dorosłych oczu, dba o tego stróża najcieplejszych doznań. Stara się, aby dojrzałe kłamstwa i chytre normy go nie dopadły.

Taki jest właśnie czerwiec: pachnący świeżym latem i pełen marzeń. Marzeń dorosłych i marzeń dzieci. Można pozwolić sobie na snucie opowieści nawet tych „zawieszonych na tęczy pod gwarancją wizji”. I warto pielęgnować anioły, szczególnie te, które są prawdziwe. A prawdziwym aniołem jest dzieciństwo. Pozwala czasem zobaczyć więcej niż to, na co zgodzą się zmęczone oczy. Pozwala potknąć się o żółte mlecze i liczyć krecie kopce. Każdego roku od nowa.