fbpx

Kraków Jana Frycza

W poszukiwaniu niezwykłości warto choć czasem zwrócić się ku samemu sobie, ku swojemu ciału. A zwłaszcza miejscom, które jogini nazywają czakrami i którym przypisują duży wpływ na jakość naszego życia

„Kochamy takie miejsca, w których wszystko jest po staremu, mają swój klimat, ludzi, rytm. To, co powstaje przez lata. I tak właśnie było w Krakowie. Kiedyś” – uśmiech Jana Frycza na chwilę znika. Aktor nie wystawia swojemu miastu laurki, ale przecież, jak mówi,chodzi o to, żeby opowieść była prawdziwa.

TEATR SŁOWACKIEGO

Na jego tyłach graliśmy z kolegami w zośkę i w beki, czyli odbijanie piłki o mur. Kraków otulała atmosfera zatrzymania w czasie. Zbudowany parę wieków temu. Stał. Ze swoimi zabytkami, 50 starymi kościołami, Wawelem. Stoi. Wszystko już jest. Jest dane. Teraz jednak specyficznie ujawniamy polski proces transformacyjny.

Władze miasta nie mają pomysłu na Kraków. Stał się sprzedajną dziewką oddającą wdzięki turystom, Żydom w drodze do Oświęcimia, Anglikom w wędrówce po alkohol. Każdemu. Miasto do wynajęcia.

Kolejne puby bez koncepcji, dyskoteki techno o wymiarach 6 na 5 mkw., bez wentylacji. W każdej wnęce na drzwi czy okienku na parterze zapiekanki i beczki z piwem chciwie wyciągające pieniądze.
Nie chodzi tylko o pieniądze! Ulicy Floriańskiej już nie widać, bo wszystko zasłonięto napastliwymi reklamami. Nie ma szansy kontemplować architektury Krakowa, bo jak ją dojrzeć? Mam nadzieję, że to minie, że miasto zadba o mieszkańców. Będzie przyjazne nie tylko dla turystów, którzy przyjeżdżają tu na chwilę. Zrobią kilka stolców, nachleją się wódki, nawrzeszczą do piątej rano, pochichocą w bramie, dadzą znać, że oto są!

Dawniej cukiernia latami pracowała na swe dobre imię. Szewc był zawsze tam, gdzie był, piekarnia przy Garncarskiej, punkt naprawy lalek przy Starowiślnej, cała masa zegarmistrzów. Tego mi brak. Zastanawiałem się, czy tak rzygać, czy nie. Ale chodzi o to, żeby moja opowieść była prawdziwa.

RYNEK GŁÓWNY

Postawili tu rzeźbę Mitoraja. Ogromną. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego właśnie tu. Mitoraj ma styl quasi-antyczny. To sztuka wyrzucona, jakby zdewastowana przez cywilizację. W związku z tym jego rzeźby dobrze funkcjonują w zaułkach, na peronie, niemal na śmietniku. Postawienie okaleczonej głowy na środku krakowskiego rynku to rozminięcie się z ideologią tej sztuki. A jednak ktoś się na to zdecydował. Dlaczego?

SKAŁKA

Wagary to moje wielkie badania konfliktu między Bolesławem Śmiałym a biskupem Stanisławem ze Szczepanowa. Miało to miejsce podobno tu, między Skałką a Wawelem. Byłem szczęśliwy, że tu mieszkam. Chodziłem do liceum, najpierw do szóstki, potem do piątki. Wyrzucali mnie, bo źle się uczyłem i nieźle wagarowałem. Zakochałem się i dzięki temu powtarzałem trzecią klasę. Przyszedłem do domu, ojciec siedział akurat przy stole nad talerzem zupy, a mama pyta: „Jak to? To ty nie przejdziesz do następnej klasy?”. A ja: „No, nie. Mam dziewięć dwój”. Ojciec dalej spożywał zupę. Ale mama, niestety: „Boże, z czego?”. Tego było już dla ojca za wiele, bo w sumie było przecież 11 przedmiotów.

Wiem, że nie może być tak, jak było zawsze, ale pewnych rzeczy nie rozumiem. Pięknemu kościółkowi Na Skałce dobudowano nowoczesny, kiczowaty Ołtarz Trzeciego Tysiąclecia. Pewnie miasto nadgorliwie pomyślało o pielgrzymach, ale przecież chodzi o jakąś myśl, którą Papież zostawił, a nie o kolejne ołtarze i pomniki.

 

DWORZEC

Wciąż jeżdżę „tramwajem” z Krakowa do Warszawy i z powrotem. I zawsze jest ten moment. Tunel. Jak czyściec. Jak wehikuł. Z mazowieckiego stołu, z tej wielkiej równiny, prosto do Krakowa ze zmysłową, żyzną, seksualną ziemią. Wstrzymuję oddech.

50 sekund, minutę może. Warszawa, tunel-czyściec, Kraków. Metafizyka. Tak samo silna za każdym razem. Dworzec przy powstałej Galerii Krakowskiej jakoś tak się skurczył, prawda? W stanie wojennym chodziłem tu po wódkę na melinę. Dawało się pieniądze, facet znikał, a potem pojawiał się z zamówieniem. Uczciwa groteska.

BOISKO

Zawsze w Nowy Rok na Cracovii odbywał się pierwszy trening. O dwunastej. Pojawiali się wszyscy mężczyźni, na kacu czy też nie, w świetnych humorach. Kibice żywili do siebie nienawiść, jak to w każdym mieście między zwaśnionymi drużynami, ale nie było takiej agresji jak dziś, gdy chodzi już tylko o to, że trzeba się bić. Wtedy liczył się wynik. W zeszłym roku wybrałem się na boisko. Wódka oczywiście była, ale już nie za pazuchą. Wszystko na wierzchu. Bez ujmującej tajemniczości. Wtedy, po noworocznym treningu, każdy wracał do domu zjeść resztki ze świąt. Wędlinę, kawałek szynki, pomarańcze rzucili czasem. Mama robiła powtórkę barszczu z uszkami i karpia po żydowsku. W dzień Wigilii ojciec o czwartej rano wychodził do pracy na kopalni.

KLASZTOR PAULINÓW

To te malutkie chwile… Tak jak w aktorstwie, które wydaje mi się jednym wielkim pasmem klęsk, po czym od czasu do czasu zdarza się jakiś orgazmik. Pamiętam, jak przyszliśmy tu z dziećmi. Miałem ich wtedy czwórkę dopiero. Przez dwie noce robiłem sterowany latawiec z „Młodego Technika”. Pomalowałem go farbą i dumny pomaszerowałem na wzgórze. Nie chciał się unosić. W ogóle. Wstyd! Krzyczałem na dzieci, że źle biegają, że zbyt wolno. I nic. A obok nas jakiś facet spokojnie puszczał sobie latawiec kupiony w kiosku ruchu. W pewnej chwili zdeterminowany moją złością syn Antek podszedł i płaczliwym głosem mówi: „Nie martw się, tato, nasz jest większy”. Latawiec mimo to nie poleciał, był za ciężki. Bo kto maluje latawiec farbą do felg? Nadal puszczamy razem szybowce. To wspólne przeżywanie upokorzenia, gdy samolot leci, nagle rozwala się o ziemię, wszystko zepsute, skrzydło urwane, bardzo nas ze sobą spaja. Nie tylko zwycięstwa łączą. A może przede wszystkim klęski.

SZKOŁA TEATRALNA

Strasznie źle się zachowywałem. Zawsze byłem przeciw profesorom i autorytetom. Na egzaminie z „Wesela” na przykład coś strzeliło mi do głowy i na pytanie Panny Młodej: „I cóż za tako nauka? Serce!?”, odpowiedziałem jako Poeta: „A to właśnie Polska” (zamiast „A to Polska właśnie”). Anna Polony wyrzuciła mnie w związku z tym z egzaminu, skreślono mnie także z listy studentów. Myślenie o karierze czy show-biznesie ustępowało wtedy miejsca chęci grania, uczenia się Słowackiego czy Mickiewicza, znalezienia się wśród tych wszystkich aktorów. Była to miłość do desek. Gdy zaczynałem studia, teatr w Krakowie z Jarockim i Swinarskim stał na wysokim, europejskim poziomie. Na „Biesach” z Jankiem Nowickim w reżyserii Wajdy byłem dziewięć razy, kilka na „Procesie”, „Śnie nocy letniej”, nie mówiąc już o „Wyzwoleniu”. Był też Kantor i alternatywne spektakle w samej szkole. Swoją pierwszą rolę położyłem. Grając porucznika w „Damach i huzarach”, potknąłem się, aż czako mi z głowy spadło. Klęska. Teraz pracuję w Warszawie. „Tramwaj” do Krakowa mam co godzinę. Czytam albo słucham rozmów przez telefony komórkowe typu: „A wiesz, te faktury współprezesom trzeba natychmiast dostarczyć. […] A co się stało? […]”. Problem w tym, że słyszę tylko pół rozmowy i nigdy nie wiem, co się stało. I cierpię. Bo gdybym wiedział, co z tymi fakturami, byłoby mi może lżej.