fbpx

Kto mi da śniadanko

Nasz synek obudził się pierwszy i jak zwykle usiadł energicznie na łóżku. Hosanna, świat znowu się rodzi! Po czym nagle oświadczył: „Mamy nie ce – a po chwili dodał – taty nie ce”. Rozłożył rączki, zrobił groźną minę i zamilkł jakoś tak ostatecznie.

Poczułem, że mam serce w gardle. Nazajutrz sytuacja się powtórzyła. Po kilku dniach zaczynał od niechcianych mamy i taty, by dodawać babcie, wujków, a nawet czteroletnią Olę, naszą sąsiadkę. Poranne wyliczania stawały się coraz dłuższe, a do niechcianego świata doszły nawet zwierzęta, które tak lubi, czyli tusie i chonie (strusie i słonie).  

Przestraszyłem się, że moje dziecko prowadzi jakąś grę z pustką kosmosu, więc postanowiłem działać. I następnego ranka po wszystkich „nie ce” zapytałem z głupia frant: „a kto ci da teraz śniadanko?”. Zastanowił się i odparł: „mama”. Tak świat zaczął się zaludniać na nowo.

Czasami takie konkretne pytanie zmusza do zbawczej konfrontacji wyobraźni i realnego życia. Warto zadawać je samemu sobie, gdy na fali złych emocji odpływamy za daleko. Gdy nasz automatyczny pilot kieruje myśli w stronę dramatu, pytajmy sami siebie: „a kto mi da śniadanko?” albo: „i co z tego?”. Trzeba za tą myślą podążyć konsekwentnie do końca. Okazuje się, że w rzeczywistości nie ma dramatu, najwyżej mały kłopot. Opuszcza mnie mąż. I co z tego? Przecież był okropny, a tylu jest wspaniałych mężczyzn na świecie. Nawet samotność potrafi być piękna. Sami sobie zrobimy śniadanko.

Czasami już po godzinie, a zawsze po latach, gdy obejrzymy się za siebie, widzimy, że nasze minione wielkie rozpacze były małe lub śmieszne. Na tym polega idealizacja przeszłości – ona już miniona, więc wolna od niepokoju, a przez to bezpieczna.
 
Są oczywiście sytuacje ostateczne. Grozi nam śmierć. Idźmy więc za tą myślą do końca. Nawet jeśli tak, to co z tego? Człowieka wierzącego czeka fajne życie po życiu.  Niewierzący natomiast skonfrontuje się z czymś, co w naszym niedoskonałym języku nazywamy – NIC. Trzeba w myślach pójść w głąb NIC. Jest pewne, że NIC nie boli, nie zrobi nam awantury jak pijany mąż. NIC jest doskonale nieobecne. Więc skoro mamy przestać istnieć, grozi nam tylko doskonałość. Bardzo anonimowa, ale co z tego?

Polecam więc autoterapię z pytaniami: kto mi da śniadanko? Albo: nawet jeśli, to co z tego? Filozofia greckich cyników była chyba tego bliska. Wszystko już kiedyś było, złe i dobre, to też jakaś pociecha.
Ta metoda jest też bardzo przydatna w walce z własnym wstydem, a wstyd,  nawet ten sprzed wielu lat, potrafi nam zatruć życie na amen. Można go porównać do ropuchy. Dawne ropuchy wstydu mają niezwykły talent do mumifikowania się. Starożytni Egipcjanie nie mumifikowali tak umiejętnie jak pamięć. Więc co jakiś czas coś skacze nam pod nogi czy raczej na głowę. A może bardziej radykalna metoda to ujawnić i upublicznić? To pójście za ciosem wstydu do końca i przebicie ściany.  

Moja pierwsza ropucha wstydu dotyczy wczesnego dzieciństwa. Jestem w szpitalu, wtedy jak dzisiaj nałogowo wycinano nieszczęsnym maluchom migdałki, tyle że matkom nie pozwalano być z dziećmi – co za barbarzyństwo! Nie wiem, ile miałem lat, mało, ale już niestety pamiętam. Siedzę na sedesie i wołam: „zrobiłem!”. W domu zawsze ktoś mi pomagał… Pielęgniarki, wielkie białe i złowrogie anioły, kpią ze mnie i krzyczą: „taki duży, a sam nie umie!”.

Wycięto mi wtedy migdały, ale za to wszczepiono upokorzenie, wstyd i lęk. Ale ropucha! Ujawniam ją teraz i patrzę, jak znika na zawsze.
    
www.tomaszjastrun.com