fbpx

Oczko misia

Fascynuje mnie wpływ techniki na życie rodzinne. Ostatnie lata to nieprawdopodobne zmiany. Jako aplikant spotykałem się z grą prowadzoną w sądzie polegającą na szukaniu najlepszego ojca dla nowo narodzonego dziecka. Owymi poszukującymi były kobiety stanu wolnego, które los niespodziewanie obdarował potomkiem.

Gra polegała na przypisaniu obowiązku alimentacyjnego nie ojcu biologicznemu, lecz temu, kto z przyczyn prestiżowych i ekonomicznych najlepiej by się do takiej roli nadawał. Matka z grona znajomych typowała idealnego kandydata, po czym występowała z pozwem o ustalenie ojcostwa. W trakcie rozprawy wybranek z osłupieniem przysłuchiwał się zeznaniom powódki o swoich dokonaniach seksualnych, a potem relacji świadków, czyli jej koleżanek i rodziny, o dowodach uczucia, którym obdarzał ukochaną. Gdy kandydat na ojca zaprzeczał i twierdził, że najczulszym momentem, który przeżył z tą kobietą, było podanie ręki, sąd decydował o przeprowadzeniu dowodu z badania krwi. Pozwalało ono wykluczyć „winę” niektórych mężczyzn, nie pozwalało jednak na jednoznaczne ustalenie ojcostwa. Gdy wynik wykluczał ojcostwo, powódka, uśmiechając się, słodko mówiła: „Przepraszam, pomyliłam się”, i pozywała kolejnego kandydata z listy. W innym przypadku pozwany wpisywał do budżetu domowego nową stałą pozycję. Opisane praktyki w brutalny sposób przerwał brytyjski genetyk Alec J. Jeffreys, opracowując genetyczną metodę identyfikacji człowieka (DNA).

Nowe czasy niosą nowe możliwości weryfikacji zachowań seksualnych. Coraz modniejsze staje się poddawanie partnerów badaniom na wariografie, aby potwierdzić prawdziwość ich deklaracji. Pewien biznesmen poznał piękną młodą kobietę. Ich miłość wydawała się magicznym wręcz przeżyciem. Chciał się oświadczyć, jednak jako człowiek stąpający twardo po ziemi przed wręczeniem ukochanej pierścionka postanowił upewnić się, czy jest mu wierna. Badanie wierność wykluczyło, co więcej, wynikało z niego, że w czasie ich związku dziewczyna miała jeszcze kilkunastu partnerów. Widząc, że z zaręczynowego pierścionka nici, wyznała prawdę. Trudniła się najstarszym zawodem świata, lubiła swoją pracę i nie zamierzała z niej rezygnować.

Inna historia: w trakcie sprawy rozwodowej powódka oskarżyła męża o zdradę. Dowodem był film nagrany kamerą umieszczoną w oku maskotki misia stojącego nad łóżkiem małżonków. Za pomocą tak zastawionej pułapki kobieta dowiodła, że gdy wychodziła z domu, mąż zdradzał ją, na domiar złego – w ich małżeńskim łóżku. Mężczyzna nie pozostał dłużny. On z kolei przedstawił nagranie pochodzące z kamery umieszczonej w oku tygryska stojącego nad tym samym małżeńskim łóżkiem. Okazało się, że gdy wychodził, żona zaznawała rozkoszy z przyjacielem domu.

Zastanawiam się, na ile sposobów w dobie rozwoju elektroniki mogą być inwigilowane sypialnie: kamera męża i żony, kamery zostawione przez ich kochanków dla sprawdzenia, czy zapewnienia o całkowitym rozkładzie pożycia małżeńskiego są prawdziwe, kamery teściów kontrolujących, czy życie rodzinne przebiega w sposób prawidłowy, kamery sąsiadów spragnionych sensacji. Może się okazać, że sceny dziejące się w czyimś łóżku mają większą oglądalność niż niejedna stacja telewizyjna. Trzeba się dobrze zastanowić, zanim dla zaznania kilku chwil szczęścia poprosimy kogoś z przyjaciół o pożyczenie kluczy.