fbpx

Pieski świat

 

Dlaczego w Polsce jest tyle psów? – zapytał znajomy Litwin. To pozornie banalne pytanie, a jednak je sobie zadajmy. Bo może to nie przypadek, że liczba psów rośnie, gdy świat robi się coraz trudniejszy? Mamy coraz większy problem z bliskością, również cielesną, coraz częściej boimy się ludzi. A pies kocha bezwarunkowo, z oddaniem leczy nasze frustracje – rozmowa z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelbergerem.

 

W niemal każdym polskim domu mieszka dziś pies, często mimo braku warunków. Jest w tym szaleństwie jakaś metoda?
W.E.
: Tradycyjny obrazek rodzinnej szczęśliwości eksploatowany w reklamach to mama, tata, dwoje dzieci i pies. Nic dziwnego, że ludzie wciąż go naśladują.

K.M.: Mamy dwie szkoły trzymania psów: wiejską i miastową. Na wsi w każdym gospodarstwie są psy podwórzowe – na łańcuchach, z neurozami i psią psychopatią, bo łańcuchy mają zawsze za krótkie. Albo są apatyczne i w depresji, albo by zagryzły każdego. Ludzie się tym chełpią: uwaga, zły pies. Tyle że tam, gdzie jest „zły” pies, gorszy bywa właściciel. I mamy psy miejskie. Też skrzywione na swój sposób, choć często właściciele kochają je bardziej niż ludzi.

Może dlatego że mamy historię pełną agentów, cenzury, donosów, trudno nam zaufać ludziom? Wolimy wiernych, sprawdzonych przyjaciół?
K.M
.: Coś w tym może być. Polacy w ogóle źle myślą o sobie, a jednocześnie mają wielką potrzebę bycia kimś ważnym, lepszym od innych. Niby kochamy psy – tak deklarujemy. Są rzeczywiście ludzie, którzy zbierają potrącone zwierzaki, szukają im domów. Ale z drugiej strony są tacy, którzy potrafią przywiązać psa do drzewa w lesie na pewną śmierć, bo im się znudził.

W.E.: Jest wiele powodów różnego kalibru, dla których ludzie trzymają psy. Na przykład ze strachu – tak zwane psy obronne. Psa można mieć, by odreagowywać na nim, na ogół nieświadomie, złość, frustrację i upokorzenie. To pies odgromnik. Można też z psią pomocą łatać swój nadszarpnięty autorytet, odreagowywać poczucie niższości. Tacy ludzie psa czynią swoim wiernym, przerażonym sługą, ciągle gotowym na rozkaz, wytresowanym, warującym, przynoszącym kapcie itp. Często psy miewamy z samotności. Wtedy pies staje się niezastąpioną, bliską istotą, pocieszycielem, powiernikiem, oparciem.

K.M.: Kimś, kto nas kocha. Psy wspaniale potrafią kochać i cudownie to okazują. Pokazują swoją miłość całym sobą.

W.E.: Niezależnie od wszystkiego twój pies zawsze przywita cię z radością i miłością. Psia miłość jest tak wielka i bezwarunkowa, że potrafi uleczyć z depresji, pomaga w terapii autyzmu i choroby sierocej.

K.M.: Psu obce są gierki i manipulacje. Kocha i już. Okazuje swoje potrzeby, nie czeka, aż się wszyscy domyślą, czego chce. A w dzisiejszym świecie większość ludzi ma trudności z dawaniem i przyjmowaniem. W związku z tym często odsuwamy się od innych ludzi, uciekamy w samotność. Z psem bliskość jest łatwiejsza. Pies niczego nie żąda.

W.E.: Można mieć też psa, gdy z jakichś powodów nie chcemy lub nie możemy mieć dzieci. Wtedy przelewamy na zwierzę nasze uczucia i potrzeby rodzicielskie. Pies nawet i to zniesie.

K.M.: Można mieć też psa, kiedy dzieci dorosły i nie potrzebują już naszej opieki. Jako tak zwane wypełnienie gniazda. Ludzie w ten sposób pomagają sobie znieść nagłą pustkę domową. Bo to wcale nie jest łatwe.

W.E.: Są psy specjalnie szkolone do pomocy. Psy terapeuci, opiekunowie, psy śledcze, ratownicze, myśliwskie… mnóstwo specjalizacji. Wygląda na to, że psy niemal wszystko są gotowe dla ludzi zrobić. Są prawdziwymi ambasadorami szlachetnego i bezinteresownego świata przyrody w chorej krainie ludzi. A my ciągle traktujemy psa jak psa.

No właśnie, psa można mieć przecież ze snobizmu.
K.M.
: Teraz są modne yorki, kiedyś były bassety albo wielkie dogi… w mieszkankach 30-metrowych. Moda sprowadza do nas wiele ras psów, które się u nas męczą, ale nie chcemy tego widzieć. Husky na przykład czy owczarki podhalańskie. Niektóre psy powinny biegać po kilkanaście kilometrów dziennie. A zamiast tego leżą pod stołem. Dorośli ludzie często zachowują się jak dzieci, które idą do sklepu z zabawkami i chcą to czy tamto bez wizji konsekwencji. Przedmiotowo traktują psa, maltretują go – choć deklarują wielką miłość.

W.E.: Psy zbyt często bywają dodatkiem do narcystycznego image’u. Wiąże się to z przekonaniem, że jeśli posiadamy coś atrakcyjnego, to inni będą nas za to podziwiać. Duża część tzw. psów wystawowych służy do tego, żeby właścicielom poprawiać samoocenę. Gdy pies wygrywa jakieś zawody, część splendoru spływa przecież na jego pana. Zawody są organizowane dla ludzi. Psu to obojętne, czy jest czempionem i z jakiej rodziny pochodzi. Używamy psów do realizowania własnych potrzeb. Ktoś w życiu czuje się przegrany, niewiele osiągnął, a ambicje ma wielkie. I pies dla niego wygrywa. Ktoś jest ze zwykłych Kowalskich, a pies z królewskiego rodu. To nobilituje.

K.M.: Na szczęście można mieć psa ze współczucia, z miłości i poczucia odpowiedzialności. Wiele psów cierpi w schroniskach. To przecież ludzie, nikt inny, zafundowali im taki los. Schroniskowe sieroty to milczący wyrzut sumienia. Dobrze, że są ludzie, którzy decydują się nimi zaopiekować, żeby im ulżyć w niedoli. Oswajając takiego biedaka po przejściach, można się wiele nauczyć o bliskości. Widać kolejne kroki. Najpierw pies się boi, ma przecież za sobą poważne traumy. Długo siedzi gdzieś w kącie, potem zaczyna chodzić po mieszkaniu, aż kiedyś pierwszy raz cię poliże… To niewiarygodna nagroda. Wzruszenie.

W.E.: Często ci sami ludzie nie mieliby tej cierpliwości do siebie nawzajem. Z psem jest łatwiej.

K.M.: Moja niania, która okazywała mi dużo cierpliwości i miłości, bardzo kochała zwierzęta. Nie tylko psy, także ptaki. Brała do siebie, leczyła i wypuszczała. Teraz wiem, że ona sama w środku była takim skrzywdzonym pisklaczkiem. Pomagając zwierzętom, pomagała sobie samej.

W.E.: To ważna motywacja. Często ludzie, którzy zajmują się skrzywdzonymi zwierzętami, mają taką właśnie nieświadomą motywację. W kategoriach psychoterapeutycznej koncepcji relacji z obiektem ludzie ci umieszczają swoją zranioną, opuszczoną część w pokrzywdzonym zwierzęciu. I poprzez zajmowanie się nim symbolicznie ją leczą. Uświadamiając sobie ten mechanizm, można naprawdę nakarmić i uleczyć zranioną część siebie.

Ale nieświadomie można ją nawet przekarmić. W Anglii pewien właściciel przegrał proces o to, że zbyt utuczył swojego psa, odebrano mu prawo do opieki nad nim. Pies był tak gruby, że nie miał siły biegać, zachorował. U nas jest sporo takich psów…
K.M
.: Kiedyś widywało się spasione ratlerki. Często w towarzystwie dużej pani.

W.E.: Dobry przykład. Owa dama z pewnością umieściła w piesku to coś z siebie, co jest kruche, przestraszone, delikatne, co wymaga opieki. Ponieważ ten jej aspekt prawdopodobnie nie znajduje innego wyrazu na co dzień, ona go karmi i troszczy się o niego, przenosząc go na psa. Ponieważ nie zdaje sobie sprawy z własnego emocjonalnego niedokarmienia, więc daje swojemu ratlerkowi to, co on najbardziej lubi, i oczywiście biedaka przekarmia.

K.M.: To jeden z powodów, dla których psy tak bardzo upodabniają się do swoich właścicieli…

W.E.: Z punktu widzenia terapeuty zobaczenie właściciela z psem ułatwiałoby diagnozę. Jaki to jest pies, czemu służy, w jaki sposób ten człowiek wchodzi z nim w relacje, jaki komunikat przekazuje otoczeniu. W psie można zobaczyć wiele z ukrytego przed ludźmi i przed sobą „ja”. Może być to skrywane piękne „ja”, ale może też być zalęknione i zranione.

K.M.: Antropomorfizujemy nasze psy. Traktujemy je niemal jak ludzi. Kot ma własną naturę, nie poddaje się tak, spełnia inne funkcje. Pies ma bliżej do człowieka. Rozkoszny jest york moich znajomych. Obraża się, daje przepraszać, inicjuje zabawy, wykpiwa, zamyśla się… W oczach ma tyle wyrazu. Mając takiego psa, można mieć i poklask, i miłość, i konflikty, które się zawsze dobrze kończą. Z człowiekiem można się pokłócić na śmierć i życie. A z psem zawsze się da pogodzić. Pies nas nie odrzuci.

Pomyślałam jeszcze o dotyku. W wielu domach pies to jedyne żywe, ciepłe stworzenie, którego można dotknąć, kiedy się chce.
K.M
.: Jedno z moich najpiękniejszych wspomnień związane jest z psem sąsiadów, który cierpiał, bo miał podcięte uszka. Musieli go zostawić na jakiś czas samego, więc poszłam do niego. Młodziutki dog, smukły jak szparag, łapy miał jeszcze grube. Położyłam się koło niego. A on mnie objął tymi łapami za szyję. I leżeliśmy tak z godzinę. Miałam poczucie przepływu bezinteresownej miłości. Wyszłam stamtąd trzy razy zdrowsza.

W.E.: Ważne jest doświadczenie takiej bezinteresownej miłości. Nawet patologiczne relacje z psami odgrywają rolę terapeutyczną. To chyba Alice Miller powiedziała, że gdyby Hitler miał w dzieciństwie psa, losy świata mogłyby się zupełnie inaczej potoczyć.

K.M.: Bo czułby się kochany.

W.E.: Też, ale obawiam się, że miała na myśli to, że mógłby na nim rozładować swój gniew i frustrację. Mógłby go kopać i nadal być kochanym. Miłości i uznania oczekiwał od niego znęcający się nad nim ojciec. Katował go bez żadnego powodu i żądał wdzięczności. W niejednej patologicznej rodzinie dzieci odgrywają rolę kozłów ofiarnych. Psy jednak odgrywają tę rolę lepiej. W przeciwieństwie do dzieci nie przekazują trudnego dziedzictwa następnym pokoleniom.

K.M.: To straszna fucha być obiektem miłości tyrana…

W.E.: Pracowałem kiedyś z kobietą, która wychowała się w domu dziecka. Płacząc, opowiedziała mi o epizodzie jej zabawy ze znalezionym szczeniaczkiem. Miała około pięciu lat. Wrzucała go do strumienia po to, aby z poświęceniem ratować, a potem tulić, całować i karmić. Po czym znowu go podtapiała i ratowała. Powtarzała to tak długo, aż szczeniaczek z wyczerpania umarł. Dostrzegła, że w tej okrutnej zabawie odwzorowywała własny los i sposób, w jaki była traktowana przez ludzi. Wiele razy ginęła z tęsknoty za oparciem, miłością i bezpieczeństwem, a gdy była już u kresu sił, ktoś wyciągał do niej rękę. Lecz gdy poczuła się lepiej – znowu ją porzucano.

K.M.: Dzieci zwykle chcą mieć coś żywego, najczęściej psa. Marzą o kimś mniejszym, dla kogo one będą autorytetem, czego są bardzo spragnione. A jednocześnie o kimś, w kogo się można wtulić, komu mogą wyszeptać na ucho tajemnicę, a on się nie zdziwi, nie przestraszy, nie zruga.

W.E.: To strasznie ważne, żeby dziecko miało jakieś zwierzę. Dzięki temu poznaje pierwsze obowiązki, uczy się empatii. Dowiaduje się, że poza ludzkim światem istnieje świat czujących, doświadczających istot. Że obowiązkiem ludzi jest troszczyć się o niego, opiekować się nim. Kontakt ze zwierzętami jest też dla dzieci często pierwszym zetknięciem się z ważną prawdą o przemijaniu. Zwierzęta szybko odchodzą.

K.M.: Miałam pacjentkę, która chciała podłożyć dziecku drugiego chomika, kiedy pierwszy zdechnie, żeby dziecko nie płakało. Prosiłam, by tego nie robiła. Nie wolno chronić dzieci przed świadomością śmierci, bo odziera się je z czegoś niesłychanie ważnego. Dzieci, które widziały choroby zwierząt, ich seks, porody, śmierć – są bliżej życia i jego prawdziwego sensu. Gdy jesteśmy od małego od tego odcięci, żyjemy w iluzji stałości. Spotykamy się z przemijaniem nagle, niespodziewanie i wówczas ból nas przerasta. Nie jesteśmy z tym oswojeni. Jeśli chomik nie ma prawa umrzeć, to jak to się ma do nas samych? Chronić dzieci w ten sposób to budować im sztuczny świat. Trzeba się zetknąć z prawdziwym bólem. Pozbawianie tego dziecka to brak szacunku dla jego człowieczeństwa.

W moim bloku jest pies, który całymi dniami wyje z samotności. Smuci mnie los takich zwierząt.
K.M.
: Jego właściciel pewnie nie może wyć, wyrzuciliby go z pracy albo zapakowali w kaftan bezpieczeństwa. Więc pies wyje też za niego. Wyraża tęsknotę, rozpacz, bezradność czy wściekłość. Bo pies to jest lustro w pewnym sensie. Pokaż mi swojego psa, a powiem ci, kim jesteś.

W.E.: Winni jesteśmy wspaniały pomnik wszystkim psom ofiarom, weteranom, kalekom, sponiewieranym przez ludzkie kompleksy i frustracje, poświęcającym swe życie dla ludzi. Może wtedy ktoś by je w końcu zobaczył i docenił ich wkład w nasze życie.