fbpx

W co my się bawimy?

 

Zabawa to tylko pozornie temat prosto z pokoju dziecinnego. Historyk Johan Huizinga w kultowej książce „Homo ludens” (łac. człowiek bawiący się) udowadnia, że potrzeba zabawy płynie z samej istoty człowieczeństwa i stanowi osnowę kultury, jest motorem rozwoju człowieka i cywilizacji. Zabawa nas uszczęśliwia. A więc bawmy się, wszak idzie karnawał. Ale czy jeszcze potrafimy? – rozmowa z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelbergerem.

 

– Nie macie wrażenia, że coraz mniej ludzi naprawdę się bawi w sylwestra? Że ulegamy raczej presji, bo trzeba się bawić, nawet gdy nie mamy na to ochoty?
W.E
.: Rzeczywiście, jakby mniej w naszym życiu prawdziwej zabawy. Coraz więcej w niej formy, a coraz mniej treści. Rzadko śmiejemy się z całego serca, tańczymy, wygłupiamy się, zajmujemy czymś radosnym na całego… To może przynieść katastrofalne skutki.

K.M.: Zabawa ma wiele funkcji. Mówi się, że dziecko jest ojcem dorosłego. Ja bym powiedziała, że zabawa. To ona wprowadza nas w życie, kształtuje. Im więcej zabawy, tym szybszy rozwój. Dziecko, które się bawi, czyli jest zafascynowane dotykaniem, wąchaniem, rozbieraniem i budowaniem, tak naprawdę intensywnie się uczy. Im więcej mądrych rodziców, którzy to wiedzą, tym więcej będzie szczęśliwych dorosłych. W naszym świecie nauka i praca są antynomią zabawy. Robimy dzieciom, a przez to i sobie samym, wielką krzywdę.

W.E.: To, co my nazywamy dziecięcą zabawą, jest przecież ufnym poznawaniem świata, wyrazem naturalnej ciekawości, potrzeby kontaktu, zachwytu, fascynacji. Zabawa jest dla dzieci drogą do odkrywania własnego twórczego potencjału.

K.M.: „Tylko byś się bawił, a tu trzeba się uczyć! Ucz się! Zostaw te bzdury!” – słyszymy od małego. Czyli wkuwaj, zapamiętuj, pracuj, męcz się. W ten sposób zabijamy cudowne, naturalne źródło energii, które bije w naszym ciele. Zabijamy kreatywność. A można inaczej. Np. matka się skarży, że dziecko ma bałagan w pokoju, że żadne krzyki nie pomagają. Nie rozumie, że dla dziecka słowo „porządek” nic nie znaczy. Lepiej byłoby opowiedzieć mu historię o tym, że wieczorem wszystkie lalki i misie się kładą spać, a klocki i samochodziki jadą do zajezdni. Tam wszystkie się przytulają i opowiadają sobie bajki. Jeśli dziecko się nauczy, że jego pokój to piękny świat, który ono samo tworzy, że każda rzecz ma swoje miejsce, to będzie się tak bawiło.

„Skończyła się zabawa, zaczyna się prawdziwe życie” – mówimy. Zabawa jest dziecinna, dorosłość oznacza w naszej kulturze powagę, nie zabawę.
W.E
.: Kategoryczny podział ludzkiej aktywności na zabawę i pracę oraz negatywne wartościowanie zabawy sprawiają, że z czasem smutniejemy, poddajemy się stresowi, zmęczeniu i w końcu chorujemy. Nadmiar powagi prowadzi do rozpaczy, a rozpacz czasami zabija. Tymczasem zabawa to przecież jedyna aktywność w naszym życiu, która przychodzi nam bez trudu, wręcz dodaje sił.

K.M.: To zabawa, która jest celem sama w sobie. W niej nie chodzi o to, żeby się pokazać, coś załatwić, lansować się, bywać, poznać kogoś… Coraz o to trudniej, bo gdy człowiek gubi kontakt ze swoim źródłem życia, czyli z dzieckiem wewnętrznym, przestaje się bawić. Bawić się umie tylko dziecko. A bywa tak stłamszone i zbite, schowane za nieprzebytym murem, który sobie budujemy pod wpływem kolejnych zranień, że nie chce i nie umie brać udziału w żadnej zabawie.

Dawniej zabawa miała jeszcze inną funkcję – swoistego wentyla bezpieczeństwa.
W.E
.: Niedocenianie i hamowanie procesu poznawania świata przez zabawę, radości i otwartości, które mu towarzyszą, a z drugiej strony zbyt wielki nacisk na życie w zgodzie ze sztywnymi regułami, zakazami i nakazami powodują narastające napięcie. Najlepszym sposobem rozładowania tego napięcia jest karnawał, czas przyzwolenia na odłożenie na bok ról społecznych, a także obyczajowych i religijnych zakazów. To przynosi ulgę, chroni nas przed zmęczeniem, goryczą i agresją. Im mniej takich okazji, tym więcej depresji, załamań nerwowych i chorób.

K.M.: Zostały wesela, które trwają przez trzy dni, ale teraz coraz więcej jest picia i jedzenia, a coraz mniej ta ca i hulanek, jakimi były bachanalia, noc Kupały, odpusty… Dla zdrowia psychicznego czasem trzeba zapomnieć o kontroli. Jesteśmy przecież na co dzień w rolach. Podczas zabawy możemy na chwilę, bezkarnie, być jakby kimś innym.

Stąd przebieranie się, które w sposób symboliczny podkreślało zmianę ról?
W.E
.: Przebieramy się po to, żeby przez chwilę nie być codziennym sobą, ale też po to, by zbliżyć się do tego, kim jesteśmy w istocie. Doświadczając tego, że mogę być kimś innym, zyskuję świadomość, że jest we mnie więcej niż to, co pokazuję na co dzień. Że moja codzienna tożsamość jest tożsamością nawykową, tymczasową. Zabawa ma więc także swój mistyczny aspekt. Otwiera nas na naszą duchową tożsamość, która nie jest ograniczona konkretnym kształtem nawykowego ego. Dzieci w to właśnie najchętniej się bawią: zamieniają się w psa, w tatę, w mamę, w smoka, w rycerza… Możliwość stawania się wszystkim to cudowna i jednocząca właściwość ducha, daje fantastyczne poczucie wolności i radości. Kto wie, czy to nie jest najważniejszy wymiar zabawy.

Dlaczego więc tak rzadko się bawimy?
K.M
.: Bo to wymaga wyłączenia kontroli, a tego się boimy. Nie chcemy, by ktoś nas wyśmiał, okpił, wykorzystał. W zabawie musimy się jednak odkryć, „pokazać brzuszek”. Jeśli tego nie zrobimy, tylko udajemy. Jeśli nie jesteśmy w stanie pozbyć się powagi związanej z ego, to się nie pobawimy. Tylko wzrośnie nasza frustracja.

W.E.: Pewnie dlatego współczesne formy zabawy stają się coraz bardziej autystyczne. Popatrzmy na to, co dzieje się w klubach. Alienacja, brak kontaktu. W tej wersji zabawa jest swoim zaprzeczeniem, staje się przedłużeniem i nasileniem naszego codziennego uciekania i chowania się. Gdzie tu otwarcie, dzielenie się, radość?…

…więc wspomagamy się używkami?
W.E.
: Odwołanie się do używek – oczywiście z umiarem – jest częścią zabawy, pomaga uwolnić się od sztywnej fasady i pokazać siebie innych, prawdziwszych, stąd słynne in vino veritas. Często jednak w rozpaczliwym poszukiwaniu utraconej zdolności do zabawy sięgamy po narkotyki, adrenalinę, upijamy się. Chcemy przebić tę skorupę, którą odgradzamy się od świata, od innych i od siebie. Ale zabawa ma tę właściwość, że nie da się jej wymusić. Wymuszona chemią zabawa najczęściej zamienia się we własne zaprzeczenie; zamiast dawać radość, przygnębia i męczy, zamiast zbliżać – oddala, a nawet rani.

K.M.: Udowodniono, że człowiek pod znacznym wpływem alkoholu czy narkotyków nie asymiluje doświadczeń. Rozszczepia się na tego moralnego i tego, który się upił i szaleje. A potem ten moralny się wstydzi i się odcina od tego drugiego, nie chce mieć z nim nic wspólnego. To, czego doświadczamy pod wpływem narkotyków czy alkoholu, pozostaje na trzeźwo zamknięte – dostęp do tego miejsca mamy tylko dzięki używkom. To jeden z powodów uzależniania się.

Niektórzy po alkoholu nie patrzą przyjaźnie…
K.M.: W tym sensie też in vino veritas: to są ludzie psychicznie stłamszeni, depresyjni, mają zablokowany potencjał zabawy. Więc nie bawią się, tylko piją. Ale pamiętam też całonocne imprezy bez jednej butelki wśród byłych alkoholików. Leczyli się z alkoholizmu, musieli się więc nauczyć bawić bez alkoholu, żeby się naprawdę uratować. Można nie pić, być tak zwanym suchym alkoholikiem, i żyć długo i nieszczęśliwie. Ten, kto chce odnaleźć siebie, musi się na nowo nauczyć bawić jak dziecko, poczuć znowu radość z tego, że żyje, że obok niego są inni. To niemal mistyczne przeżycie. Podczas jednego z wyjazdowych warsztatów widziałam tańczące razem kobiety. Miały zamknięte oczy, ich ciała falowały, płynęły, jakby były roślinami albo ptakami. Panowała cisza przepełniona muzyką…

W.E.: Stan mistyczny to nic innego jak pełne zjednoczenie się z tym, co w danej chwili robimy. W zabawie najłatwiej go osiągnąć. Wystarczy popatrzeć na dzieci, by przypomnieć sobie, co to znaczy być całkowicie pochłoniętym zabawą. Urok zabawy polega na tym, że łatwo w niej zgubić egoistyczną, oddzieloną perspektywę. Na pewnym etapie zabawy znika potrzeba porównywania, oceniania, robienia wrażenia itp. Zastępuje je cudowne poczucie bezpieczeństwa i wolności. Mówiłaś o psychicznym pokazywaniu miękkiego brzucha. W zabawie bywa, że to jest rzeczywisty nagi brzuch, bo wtedy często dążymy do tego, żeby się rozebrać. Pojawia się to naturalnie w zabawach dzieci. Dorośli je rytualizują i grają np. w rozbieranego pokera. Oczekujemy od zabawy tego, że stworzy możliwość uwolnienia się także od konwencji i zakazów związanych z intymnością i bliskością. Tylko w zabawie możemy się spotkać blisko z obcą osobą, zatańczyć z kimś, kogo nie znamy, a nawet przytulić się do tej osoby i przeżywać uczucia zwyczajowo zarezerwowane tylko dla bliskich. Ten rodzaj zabawowych doświadczeń dostarcza bardzo poszukiwanego przez wielu uczucia wolności i otwarcia.

W języku religii można by powiedzieć, że człowiek, który się bawi i cieszy, jest bliżej Boga. Tymczasem nasza powszechna religijność nie potrafi tego uznać. Kulturowe rozszczepienie na zabawę – pracę, na dzieciństwo – dorosłość jest wszechobecne, lecz szczególnie widoczne w sposobie praktykowania religijności. Wina, spuszczona głowa, grzech, pokuta, smutek dominują. Stąd dylematy: czy śmierć traktować jako tragiczny, majestatyczny koniec wszystkiego, czy jak w Ameryce Południowej tańczyć i bawić się z nią? Czyż powodzenie Halloween w Polsce nie jest poszukiwaniem umiaru w smutku i patosie?

Jako dziecko usłyszałam od księdza, że w niebie jest jak w kościele. Poczułam, że nie chcę do nieba…
W.E.: Kiedy pierwszy raz zobaczyłem w amerykańskim filmie rozśpiewany i roztańczony kościół, byłem w euforii. W zabawie najprędzej doświadczymy miłości, radości i wolności, czyli podstawowych atrybutów boskości. Cierpienie, wina i smutek nas zamykają, sprawiają, że skupiamy się na sobie. W takim stanie nie sposób zrozumieć tego, co najważniejsze.

K.M.: Mamy taką piosenkę: „Umarł Maciek, umarł, już leży na desce, jakby mu zagrali, ruszyłby się jeszcze, bo w Macieju taka dusza, jak zagrają, to się rusza…”.

W.E.: Dusza potrzebuje zabawy. Ciało potrzebuje radosnej duszy. A radość jest także najlepszą formą modlitwy, co czyni nas zdolnymi do zachwytu nad życiem i światem. W takim zachwycającym świecie zamieszkujemy na stałe dzięki wytężonej cichej medytacji. Lecz to zabawa jest, bardziej niż jakiekolwiek inne ludzkie doświadczenie, bliższa Nieba.

Dlaczego w takim razie zabawa jest dla wielu ludzi tak zagrażająca?
K.M.
: W człowieku od zarania jest i radość, i lęk. Mamy w sobie część pełną radości i mocy, ale i tę pełną bezradności, niepokoju. łatwiej jest podporządkować sobie kogoś, odwołując się do tej ciemnej strony.

W.E.: Zabawa zbliża nas do tego, co w nas prawdziwe, dzięki czemu stajemy się silniejsi, odważniejsi, bardziej autonomiczni. Wtedy nie jest tak łatwo nami manipulować. Jeśli identyfikujemy się tylko z naszą nawykową fasadą, to żyjemy w lęku, że ktoś odkryje, że król jest nagi. Wtedy można łatwo nami sterować. Im więcej w nas lęku, tym bardziej jesteśmy zewnątrzsterowni. Pięknie pokazuje potencjał zabawy i ducha mój ulubiony bohater literacki Grek Zorba, gdy w obliczu katastrofy dzieła swego życia – tańczy.

K.M.: „Jaka piękna katastrofa” – mówi.

W.E.: Tańcząc, odwołuje się do tego, co w nim najgłębsze. A z tego punktu widzenia ta katastrofa nie jest taka ważna. Fajnie było budować – pięknie się rozwaliło. Wszystko jest tańcem, więc tańczymy dalej. Zabawa leczy nas nie tylko z rozpaczy, ale i z nienawiści, agresji i paranoi – bo najlepiej wyraża uniwersalną zasadę miłości. Dlatego jak powiedział Zorba: Zanim młodemu człowiekowi dasz karabin do ręki, naucz go tańczyć. Gdy w cudownym zwierciadle zabawy ujrzymy piękno życia, piękno innych i nas samych, to nawet wtedy, gdy trzeba będzie wziąć karabin do ręki, nie będziemy go używać przeciwko życiu, lecz w jego obronie.