1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło poleca
  4. >
  5. Majowy "Sens" już w sprzedaży

Majowy "Sens" już w sprzedaży

Zobacz galerię 1 Zdjęć
Na okładce Ałbena Grabowska, autorka bestsellerowego „Stulecia Winnych”. Wiodące tematy numeru to „Wrzuć na luz” i „Ukochaj siebie”.

„Odkrycie, że jestem pisarką, a to, co piszę, podoba się mnie samej i innym ludziom – było jak olśnienie” – zwierza się Ałbena Grabowska w wywiadzie „Wszystkie światy Ałbeny”. Ile jest tych światów?  Wiele i… będzie jeszcze więcej, bo – jak przyznaje bohaterka – wyobraźni starczy jej na tworzenie nowych fabuł. Jak to się stało, że neurolożka i epileptolożka z naukowym dorobkiem została pisarką? Co poza popularnością dała jej ta zmiana i dokąd teraz zmierza Ałbena Grabowska? Jak połączyć akademicką dysyplinę z tworzeniem fikcji? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań w rozmowie z redaktor naczelną „Sensu” Joanną Olekszyk.

„Weź na luz” – apelujemy w majowym Temacie Numeru. O wskazówki, jak to zrobić, poprosiliśmy psychologów. Katarzyna Miller radzi wyluzować wszystko, co się da. W tym „wszystko” są m.in. toksyczne relacje, ale i rozpamiętywanie, „czy na pewno dobrze robię”? Maria Rotkiel zachęca do uwolnienia się od perfekcjonizmu, Hanna Samson uczy podejmowania decyzji i ponoszenia za nie odpowiedzialności, a dr Brian King podsuwa narzędzia do radzenia sobie ze stresem: dobry humor i świadome wybory.

Równie łatwo dostępnym i skutecznym sposobem na stres jest kontakt z przyrodą. Na własnym przykładzie przekonuje o tym fotograf przyrody Paweł Kreft a psychiatra Sławomir Murawiec w książce „Ornitologia terapeutyczne” (napisanej wspólnie z Piotrem Trynajowskim) odkrywa psychiczne korzyści z obserwacji ptaków.

Dodatkowy Temat Numeru zatytułowaliśmy „Ukochaj siebie”, gdzie w serii artykułów z udziałem ekspertów piszemy o zaufaniu i szacunku do swojego ciała.

W majowym wydaniu także nasze stałe rubryki, m.in: 

  • filmoterapia Grażyny Torbickiej i Martyny Harland,
  • psychoastrologia Aleksandry Nowakowskiej wspieranej przez astrologa Piotra Gibaszewskiego – tym razem o zodiakalnym Byku,
  • wychowanie z "Sensem" pedagożki Ewy Nowak, poświęcone małym pacjentom onkologicznym,
  • nacje mają swoje racji – dziennikarka Julia Wollner przybliża szwedzki raj dla introwertyków,
  • listy od Czytelników, na które odpowiada psycholożka  Ewa Klepacka-Gryz.

I jak zawsze polecamy książki, filmy i warsztaty rozwojowe. Z życzeniami wielu emocji przy lekturze i nadzieję, że będzie ona inspirująca,

Redakcja "Sensu".

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło poleca

"Sens" z Salmą Hayek na okładce już w sprzedaży

Zobacz galerię 1 Zdjęć
W lutowym wydaniu piszemy oczywiście o miłości. Choć nieco na przekór... Zastanawiamy się również nad potrzebą duchowości we współczesnym świecie. Co jeszcze w numerze?

„Pandemiczno-zimowe otumanienie dopadło nas wszystkich. A tzw. narodowa kwarantanna tylko stwarza ku niemu idealne warunki. Nie musimy wstawać skoro świt i jechać do pracy, bo przeważnie jesteśmy na home office, nie biegamy po pracy po wyprzedażach, nie złościmy się na to, że potem przez korki spóźnimy się na fitness, czyjeś urodziny czy promocję nowej marki. Świat nas nie woła. Nikt nas nie woła. Mamy wreszcie ten czas dla siebie.  I to tylko od nas zależy, jak go wykorzystamy” – przypomina redaktor naczelna Joanna Olekszyk

Nasza okładkowa bohaterka, Salma Hayek wykorzystała ostatnie miesiące na rolę Ajak, przywódczyni marvelowskich superbohaterów w firmie „Eternals”, który ma mieć premierę w lutym. Aktorka nie ukrywa radości z tego, że wreszcie wcieliła się w nieustraszoną wojowniczkę. Podobnie jak nie ukrywa swojego wieku – jesienią skończyła 54 lata. Jest w doskonałej formie, a od kiedy została mamą  (jej córka ma 13 lata) zaczęła jeszcze bardziej dbać o zdrowie. Niektórzy zarzucają Salmie, że zwolniła tempo, co ona sama skomentowała następująco: „Przede mną nowe wyzwania, ale są one związane z moją córką. Dzięki niej zrozumiałam, że powinnam trochę zwolnić tempo. (...) Nie przyjmuję już wszystkich ofert z Hollywood, częściej wybieram te od miejscowych twórców, by nie przeżywać rozłąki z rodziną. Mam już taki komfort, że czytam tylko te scenariusze, które mnie interesują”.

Można by powiedzieć, że gwiazda poszła na kompromis... A to właśnie on jest przedmiotem lutowego Tematu Numeru, w którym z pomocą ekspertów: psychologów, terapeutów, prawników – zastanawiamy się nad kompromisami w miłości. Czy i na ile jest na nie miejsce, jeśli chodzi o dzieci, światopogląd, pieniądze... a nawet rozstanie, gdy dylemat przyjmuje formę pytania: rozwód czy separacja?

Dodatkowy Temat Numeru opowiada o potrzebie duchowości we współczesnym świecie. Ewa Klepacka-Gryz pisze o nowych wyzwaniach w terapii (słowo „terapia” oznacza nic innego jak „leczenie duszy”); Hanna Samson bada, czy poszukiwaniom czegoś większego musi towarzyszyć zinstytucjonalizowana religia, a pochodząca z Ameryki Południowej terapeutka Ranjana A.Pomar zdradza sposoby na praktykowanie szamanizmu w dużym mieście.

Kontynuujemy także nasze stałe cykle, m.in.: „Kasia na kryzys”, w którym Katarzyna Miller dzieli się nowymi interpretacjami popularnych baśni; „Rodzaj męski”, gdzie toczy się rozmowa o zmianie z męskiej perspektywy i ostatni już odcinek „Terapii Jednego Spotkania”. W lutowym SENSie nie brakuje oczywiście kolejnego portretu psychoastrologicznego –  dziennikarka Aleksandra Nowakowska i astrolog Piotr Gibaszewski odsłaniają przed nami tajemnice zodiakalnego Wodnika.

Jeszcze raz przywołujemy wstępniak Joanny Olekszyk i jej słowa, że to każdy samodzielnie decyduje, na co przeznaczy dany mu czas. Ale może przyda się Wam, Drodzy Czytelnicy, mała podpowiedź, co warto uwzględnić w swoich planach? Oczywiście, lekturę SENSu, do której zapraszamy, jak zawsze dołączając serdeczności i podziękowania za Waszą obecność od całej redakcji.

  1. Zwierciadło poleca

„Zwierciadło” z księżną Dianą na okładce

Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wydawałoby się, że o tej historii powiedziano wszystko. Że postać księżnej Diany – okładkowej bohaterki numeru lutowego – nie kryje już żadnych tajemnic. Jednak ludzie chcą wciąż o niej czytać, serial „The Crown” bije rekordy popularności. Co takiego jest w postaci Lady Di, że nadal przykuwa uwagę i filmowców, i mediów, i zwykłych ludzi.

Wydawałoby się, że o tej historii powiedziano wszystko. Że postać księżnej Diany – okładkowej bohaterki numeru lutowego – nie kryje już żadnych tajemnic. Jednak ludzie chcą wciąż o niej czytać, serial „The Crown” bije rekordy popularności. 

A co mówi o Dianie psychoterapeutka Ewa Woydyłło-Osiatyńska? „Ona została potraktowana jak ładna szata, piękna kareta czy wspaniała para koni, które dobrze się prezentują na raucie czy rocznicowym przejeździe przez Londyn, nie jak ludzka istota”. Kim byłaby Diana Spencer, gdyby wybrała inaczej. Co takiego jest w postaci Lady Di, że nadal przykuwa uwagę i filmowców, i mediów, i zwykłych ludzi.

Luty to Walentynki. W takim razie w naszym Temacie miesiąca będzie o uczuciach. O miłości i o przyjaźni. Ale tej, którą dostajemy od zwierząt. I tej, którą im dajemy. O tym, jak sobie nawzajem jesteśmy potrzebni. „Ci, którzy wiele ze zwierzętami przebywają, wiedzą zapewne, że kochają one, tęsknią, smucą się, zazdroszczą, cieszą się życiem i lękają śmierci. W tym wszystkim są tak bliskie człowiekowi” – to słowa Jarosława Iwaszkiewicza.

A Radosław Rak, laureat Literackiej nagrody Nike i… weterynarz mówi, na ile naprawdę rozumiemy zwierzęta, a na ile tylko przypisujemy im ludzkie cechy, motywacje i dążenie.

Filozofka Katarzyna Kasia w popularnym „Szkle kontaktowym” w TVN24 poczuciem humoru rozbraja najtwardszych. Namawia do dialogu, przekonuje, że więcej nas łączy niż dzieli. A jeśli jednak dzieli nas wszystko, to przynajmniej się z tego razem pośmiejmy.

Filmy, seriale, w końcu płyta. To wszystko w ubiegłym roku. Arkadiusz Jakubik w czasie pandemii nie zwalnia tempa. I nie obniża poziomu. O pracy, muzyce, piłce nożnej i planach założenia… discopolowego duetu w wywiadzie Zofii Fabjanowskiej.

Czy alkohol pomaga, czy szkodzi? Mads Mikkelsen gra człowieka, postanawiającego sprawdzić ciekawą teorię norweskiego psychiatry. Według niej człowiek rodzi się z… niedoborem alkoholu we krwi. Wystarczy ten niedobór systematycznie uzupełniać. O nowym filmie „Na rauszu” z aktorem rozmawia Artur Zaborski.

Kiedy pojawiają się problemy, mężczyzna obraża się. Znika. Wpada w depresję. Skąd to się bierze? Psychoterapeuta Wojciech Eichelberger odpowiedzi szuka… w Biblii. „Sięgnijmy do najpopularniejszej wersji mitu, w której Adam wypada na głupka, bezwolnie dając namówić się Ewie na wspólne skonsumowanie rajskiego jabłka – a potem zwala na nią całą winę. Ten patriarchalny, niesprawiedliwy i uporczywy przekaz nadal – choć w coraz mniejszym stopniu – oddziałuje na nas wszystkich”. „Gdzie jesteś, Adamie?”

„Patchworkowa rodzina to mnóstwo wyzwań. Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami, ale staram się zawsze mówić im prawdę, oczywiście dostosowując rozmowę do ich wieku”. Jak wychowuje Monika Mrozowska, aktorka, propagatorka zdrowego żywienia i autorka wegetariańskich książek kulinarnych? Tekst Aliny Gutek.

Nie chodzi o to, by znać mapę punktów erogennych. Liczy się wspólne ich szukanie. Bawienie się seksem i cieszenie się sobą nawzajem – mówi psychoterapeutka i specjalistka od seksualności człowieka Maja Herman.

A o tym, jak wygląda praca seksuolożki i ginekolożki w krajach arabskich, opowiada Ameera Anna Ibrahim i Ewa Baszak-Radomańska.

Codziennie pakują torby z narzędziami, zakładają strój roboczy i jadą na budowę. Kładą gładzie, płytki, panele, tapety. Kobiety na budowach. Jak odnalazły się w świecie, wydaje się, zarezerwowanym dla mężczyzn?

Czy wyjedziemy na narty w tym roku? Nie wiadomo. Ale na wypadek, gdyby – pokazujemy najpiękniejsze zimowe stylizacje. I w góry, i do miasta.

A ponieważ teraz szczególnie musimy dbać o wewnętrzny spokój, bo to on, między innymi, buduje odporność, zdradzamy parę sposobów na relaks. Jednym jest pachnąca kąpiel, drugim – pachnąca kuracja. Czyli aromaterapia.

Wypróbujcie koniecznie.

  1. Kultura

Aktorka, która wyprzedziła swoje czasy. Marlena Dietrich oczami Tomasza Raczka

 Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu
Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu "Destry znowu w siodle" z 1939 roku. (Fot. East News)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Fascynująca, odważna, burząca stereotypy, a może skoncentrowana na sobie, żądna wrażeń i niemogąca pogodzić się z upływem czasu? Kochały ją miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. Jaka była naprawdę Marlena Dietrich, gwiazda starego kina, a jednocześnie na wskroś nowoczesna kobieta, próbujemy ustalić razem z Tomaszem Raczkiem, krytykiem i publicystą, prywatnie jej wielkim fanem.

Fascynująca, odważna, burząca stereotypy, a może skoncentrowana na sobie, żądna wrażeń i niemogąca pogodzić się z upływem czasu? Kochały ją miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. Jaka była naprawdę Marlena Dietrich, gwiazda starego kina, a jednocześnie na wskroś nowoczesna kobieta, próbujemy ustalić razem z Tomaszem Raczkiem, krytykiem i publicystą, prywatnie jej wielkim fanem.

Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu 'Destry znowu w siodle' z 1939 roku. (Fot. East News) Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu \"Destry znowu w siodle\" z 1939 roku. (Fot. East News)

Marlena Dietrich (własc. Marie Magdalene Dietrich) urodziła się 27 grudnia 1901 roku w berlińskiej dzielnicy Schöneberg. Międzynarodowy rozgłos przyniósł jej film "Błękitny anioł" z 1930 roku. Jej najbardziej znane piosenki to "Falling In Love Again", "Where Have All The Flowers Gone" czy "Lili Marlene". Zmarła 6 maja 1992 roku w Paryżu.

W czasach, kiedy Marlena Dietrich była na topie, widzowie po obejrzanym filmie z jej udziałem pytani, co im się najbardziej podobało, odpowiadali: „Nogi Marleny Dietrich”. W dodatku podobno ubezpieczone na jakieś bajońskie sumy. O niczyich nogach się tyle nie mówiło, co o jej i jeszcze może Josephine Baker. W związku z tym wszyscy chcieli zobaczyć, co jest w nich tak wyjątkowego, że aż tyle kosztują. Rzeczywiście miała piękne nogi, i bardzo długo się nimi chwaliła, nawet jako pani mocno już w latach. Jednak w jej ostatniej  filmowej roli,  filmie „Zwyczajny żigolo” z 1978 roku, już ich nie zobaczymy. W kontrakcie miał się znaleźć zapis, że nie można pokazywać jej od pasa w dół. W scenie, w której występuje, a gra tam epizod szefowej żigolaków, pojawia się w pustej restauracji, staje za fortepianem, który w połowie ją zakrywa i śpiewa tytułową piosenkę „Just a gigolo” tym swoim zduszonym głosem, tak jakby każdy wyraz miał być ostatnim. To było właściwie jej pożegnanie z karierą, ostatni publiczny występ. Wzięła udział jeszcze w dokumencie Maximiliana Schella „Marlene” z 1984 roku, ale jedynie jako narratorka. Od tego czasu aż do śmierci zaszyła się w swoim apartamencie w Paryżu i całkowicie wycofała z życia publicznego.

Mówiono, że – podobnie jak w wypadku jej filmowej rywalki Grety Garbo, która w wieku 36 lat zniknęła z przestrzeni publicznej był to wynik jej niepogodzenia się z upływającym czasem. Na pewno zdawała sobie sprawę z tego, że jej słynne nogi nie są już takie, jakie chciałaby, by były. Ale poza tym była osobą bardzo inteligentną i nowoczesną, podchodziła do sprawy wręcz marketingowo. Miała świadomość, że w jej interesie jest utrzymać mit pięknych nóg i że dla jej kariery i wizerunku lepiej będzie, jeśli ich już nie pokaże. Myślę, że z jej strony była to czysta kalkulacja.

Kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, powiedział pan, że spośród wszystkich gwiazd złotej ery Hollywood wybrałby pan właśnie Marlenę Dietrich jako tę najbardziej intrygującą, mimo upływu tylu lat. Dlaczego? Dla mnie ona jest niezmiennie intrygująca i bardzo współczesna w swoim podejściu do kariery i życia. Powiedziałbym nawet, że Dietrich miała kilka żyć, niczym kot. Pewnie nie doliczylibyśmy się aż siedmiu, ale pięciu na pewno. Najpierw była przedwojenną gwiazdą filmową w Niemczech, prawdziwym brylantem w kolekcji aktorek UFA, największej niemieckiej wytwórni filmowej. I zrobiła tam naprawdę porządną, profesjonalną karierę – była po szkole teatralnej, umiała grać na skrzypcach, tańczyć, śpiewać, znała języki obce, nie była tylko piękną kobietą, która świetnie prezentuje się przed kamerą, ale osobą doskonale – oczywiście według europejskich standardów – przygotowaną do tego zawodu. Te jej nogi pojawiły się trochę przez przypadek, w „Błękitnym aniele” Josefa von Sternberga, jej pierwszej znaczącej roli. I wszyscy zwrócili na nie uwagę. W ten sposób zaczęła się jej międzynarodowa kariera. Von Sternberg był nią zachwycony, a że był wtedy już uznanym reżyserem w Hollywood, ściągnął ją tam i kręcili  film za filmem. „Maroko”, „Szanghaj Ekspres”, „Zniesławiona” – stały się głównym elementem jej dorobku filmowego. I tak zaczęło się drugie życie Marleny Dietrich. Bo Marlena niemiecka i amerykańska to były dwie różne aktorki. W Ameryce po raz pierwszy dała się komuś uformować. Tym kimś był Sternberg. Stworzył praktycznie cały jej wizerunek filmowy, łącznie z fryzurą, słynnymi brwiami, sposobem ubierania się, co z dzisiejszego punktu widzenia, kiedy już wiemy, jak silną była osobowością, jest aż zdumiewające. Jej wizerunek nie zasadzał się tylko na tym, jak gra i jak wygląda, ale też – co zależało już tylko od reżysera i operatora – jak jest filmowana, pokazywana. To były te piękne czarno-białe zdjęcia, niesłychanie rzeźbiące jej twarz i sylwetkę.

Jestem prawie pewna, że to właśnie w „Perłach z lamusa”, które prowadził pan z Zygmuntem Kałużyńskim, usłyszałam po raz pierwszy, że Dietrich wiedziała, że ma dość płaską twarz i trzeba oświetlać ją z góry, by tworzyła coś na kształt trójkąta. I moim zdaniem fakt, że ona się tego nauczyła, był właśnie zasługą von Sternberga. Tworząc jej wizerunek, w pełni świadomie odrzucił to, co w niej było słabsze, a wyeksponował to, co było najlepsze. A ona równie świadomie się na to zgodziła. I z tym perfekcyjnie uszytym wizerunkiem dotrwała do II wojny światowej. Wtedy dopiero pokazała się od zupełnie innej strony, która nie jest wcale typowa dla gwiazd ekranu, mianowicie od strony poglądów politycznych. Powiedziała: „W żadnym wypadku nie wracam do Niemiec, bo jestem przeciwko faszyzmowi”. To była bardzo trudna decyzja dla niej jako Niemki, bo opowiedziała się przeciwko swojej ojczyźnie.

Ale ona opowiedziała się przeciw faszyzmowi… Pani mówi to z dzisiejszej perspektywy. Jeśli przy niej zostaniemy, to można by pomyśleć: a co w tym heroicznego, że nie popierała Hitlera? Wtedy dla Niemców znaczyło to jedno: opowiedziała się przeciwko ich realnej władzy – faszystowskiej czy nie. Nie dość tego, w Niemczech została jej matka. Dietrich, odmawiając powrotu do Berlina, zamknęła więc sobie jakąkolwiek drogę do kontaktu z nią. Tamta decyzja miała swoje konsekwencje do końca życia aktorki, a nawet jeszcze długo po jej śmierci. Kiedy po raz pierwszy wystąpiła po wojnie w Berlinie, to wcale nie powiedziano jej: „Wiemy, że Hitler i faszyzm były wielką pomyłką i plamą na historii Niemiec – miałaś rację”. O nie, mówiono nadal: „Ty zaparłaś się swojej ojczyzny”. Nie wybaczono jej tego. Bardzo trudno jej było odbudować swoją pozycję w Niemczech. Właściwie do dzisiaj zdarzają się protesty wokół jej grobu na berlińskim cmentarzu.

Czytałam o napisie bezczeszczącym jej grób: „tu leży „k... w futrze”. Dopiero po jej śmierci, w stulecie urodzin, w 2001 roku burmistrz Berlina Klaus Wowereit przeprosił ją za krzywdy, których doznała ze strony rodaków. Oczywiście ta bardziej światła część społeczeństwa rozumiała jej powody i zgadzała się z nimi, ale byli tacy – w Polsce też by pewnie się znaleźli – którzy nigdy jej tego nie zapomnieli. Krótko mówiąc, wtedy rozpoczęło się kolejne, trzecie już życie Marleny Dietrich. Silnej, świadomej intelektualnie i politycznie osoby, w dodatku odważnej, która jest w stanie podjąć decyzje formujące jej życie, z konsekwencjami ciągnącymi się przez lata. A to nie było typowe!

Gdybym teraz panią zapytał, jakie poglądy polityczne miała Pola Negri albo Greta Garbo – nie wiemy tego, bo wtedy gwiazdy nie zdradzały się ze swoimi sympatiami lub antypatiami politycznymi. A Marlena robiła więcej – jeździła na front śpiewać dla amerykańskich żołnierzy. I tego nie mogli jej zapomnieć rodacy: „Jak to?! Śpiewała dla tych, którzy walczyli z naszymi chłopcami?! Faszyści, nie faszyści, ale to byli nasi chłopcy. A ona śpiewała dla wrogów, którzy ich zabijali”. Uważam, że to był z jej strony wielki akt odwagi. Gdybym miał wymienić współczesną gwiazdę, która byłaby jej największą spadkobierczynią, to wskazałbym na Jane Fondę. Ona wzięła to, co najlepsze, z przykładu Marleny. Może nie ma jej talentu wokalnego, ale ma tę samą świadomość, tę samą odwagę i to samo zdecydowanie, by bronić swoich poglądów.

Skończyła się II wojna światowa. Czy dla Marleny zaczęło się kolejne, czwarte życie? Próbowała wrócić do filmu, ale to było już niemożliwe. Świat się zmienił. Dla tej Marleny Dietrich, którą była przed wojną, nie było już miejsca. Skończyło się zapotrzebowanie na gwiazdy w starym stylu. Weszliśmy w lata 50., 60., pojawiły się nowe twarze i nowe kariery. Przykładem ich była choćby Brigitte Bardot, bezpośrednia, zwyczajna, bosonoga. A mądra Marlena, kiedy zobaczyła, że jej kariera w Stanach Zjednoczonych się wypaliła, wyjechała do Paryża, który zawsze kochała, a że była poliglotką, mogła sobie na to swobodnie pozwolić. Z Paryża było też bliżej do Niemiec, zaczęła więc jeździć do ojczyzny i odwiedzać matkę, dawać koncerty, od początku oswajać Niemców ze sobą. Zagrała w kilku filmach, w tym w „Wyroku w Norymberdze”, ostatnim dużym filmie ze znaczącą rolą. I cóż, trzeba było wymyślić siebie na nowo. A ponieważ zawsze śpiewała w filmach, wpadła na pomysł, że bardziej płynnym przejściem z tamtej kariery do nowej stanie się estrada. Będzie wychodziła na scenę nadal jako wielka gwiazda, posągowa, niedostępna i odpowiednio oświetlona – do tego wyśpiewująca swoim niesamowitym, seksownym głosem największe standardy (Dietrich nigdy nie miała wielkiego głosu, ale miała ogromny talent posługiwania się nim). I to zaiskrzyło! Tak narodziło się czwarte wcielenie Marleny, z którym objechała cały świat.

W tym Polskę, gdzie koncertowała dwukrotnie. Zgadza się, i za każdym razem była niesamowicie magnetyczna, fascynująca. Do tego z szerokimi artystycznymi horyzontami. Dowód? Nie wahała się wziąć od młodego muzyka Czesława Niemena piosenki „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”, którą usłyszała w Sali Kongresowej, podczas koncertu Czarno-Czarnych, i włączyć ją do swojego repertuaru z nowym tekstem w języku niemieckim. Nawet dzisiaj mało jest artystów światowej klasy, którzy biorą jakąś polską piosenkę, bo zobaczyli w niej potencjał. We wszystkim, co robiła, co mówiła i co pisała Marlena Dietrich, przejawiała się niezwykła umiejętność krytycznego spojrzenia i nazwijmy to po imieniu – inteligencja, która wcale nie jest taka częsta i oczywista u gwiazd.

Dietrich była też trendsetterką. To ona wymyśliła na przykład słynne naked dress, czyli sukienki, które wyglądają jakby się nie miało niczego na sobie, jedynie kryształki i frędzle. I pajety! Wyglądała w nich zjawiskowo. Widziałem jej ostatni zarejestrowany koncert w Londynie, była ubrana w tak wymagającą suknię, że każdy mankament figury byłby w niej od razu widoczny – podobno zszywano ją na niej przed wejściem na estradę – a prezentowała się bez zarzutu. Myślę, że ona całe życie miała świadomość, że musi być właśnie bez zarzutu, a jeśli zarzuty się pojawią, to nie będzie jej wcale.

To również w pewnym sensie akt odwagi. Też bym tak to określił. Marlena wiele razy dała wyraz swojej niepokornej naturze, że wspomnę jeszcze o wielokrotnym odrzuceniu zaproszenia Adolfa Hitlera, który bardzo chciał ją ściągnąć ze Stanów do Niemiec i za każdym razem obiecywał, że będzie grała, w czym będzie chciała, a ona za każdym razem mówiła: nie.

Kiedy myślę o filmie, który najbardziej oddaje jej charakter i osobowość jako artystki, wybrałabym chyba „Maroko”, w którym nie dość, że pali papierosa za papierosem, to jeszcze gra w smokingu i całuje kobietę. Można powiedzieć, że „Maroko” było jej „Casablancą”. Ja wymieniłbym jeszcze „Szanghaj Ekspres”. Oczywiście należałoby się zastanowić, ile w tej kreacji było geniuszu reżysera, a ile jej inwencji, ale na pewno czuła się w tej odsłonie jak ryba w wodzie. Nie była laleczką, która daje się ustawić i wystylizować, ale działo się to przy jej udziale, a od pewnego czasu nawet z jej inicjatywy.

Marlena Dietrich w słynnej 'naked dress' podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo) Marlena Dietrich w słynnej \"naked dress\" podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo)

Dużo się mówiło o jej życiu miłosnym. Miała tylko jednego męża – filmowca Rudolfa Siebera, któremu urodziła córkę Marię i z którym przyjaźniła się do końca, choć wiedli życia całkowicie osobne. Miała też kochanków, w tym tak znanych jak Erich Maria Remarque czy Jean Gabin, oraz kochanki… Marlena była biseksualna, co na tamte czasy było bardzo ekscentryczne. Powiedziałbym, że jej życie uczuciowo-seksualne ukazywało ją pod jeszcze innym kątem, że to było jej piąte życie. W tej sferze okazała się chyba najbardziej postępowa. Jej córka podsumowała to wprawdzie w swoich wspomnieniach tak, że matka z niej była żadna: zawsze niedostępna, skoncentrowana na sobie i chłodna. Macierzyństwo ewidentnie nie było dla niej przeżyciem artystycznym. A seks – owszem. Ona stale potrzebowała bodźców. Męskie, powiedziałbym nawet: lesbijskie elementy jej wizerunku, jak wspomniany przez panią smoking czy pocałunek z inną kobietą, nie wisiały w powietrzu, tylko odnajdywały uzasadnienie w jej osobowości, co czyniło ją jeszcze bardziej fascynującą. I to dla obu płci. Mężczyźni byli ogromnie zauroczeni Marleną, ale i kobiety ją podziwiały. Niektóre aktorki irytują inne kobiety, a są takie, które kobiety kochają. Zygmunt Kałużyński zawsze powtarzał, że gwiazdą, która stała się sławna dzięki temu, że właśnie kochały ją kobiety, bo mężczyźni mniej zwracali na nią uwagę – była Audrey Hepburn. Dziś przyznałbym mu rację. Natomiast Marlena fascynowała po równo.

Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści 'Łuk triumfalny' (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News) Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści \"Łuk triumfalny\" (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News)

Czytałam, że największe gwiazdy kina miały w sobie właśnie to coś, co przyciągało obie płcie. Na przykład James Dean czy współcześnie – Angelina Jolie. Angelinę Jolie to bym tu jednak oprotestował. Mam z nią taki problem, że dużo wiemy o jej wydarzeniach miłosno-rodzinnych czy zdrowotnych, nawet o jej zaangażowaniu społecznym, natomiast gdybym miał wymienić jej wybitne role, to nie wymieniłbym żadnej. Dlatego nie nazwałbym jej gwiazdą. Natomiast rzeczywiście może pociągać swoim wyglądem i seksapilem.

Kiedy patrzę na życie Marleny Dietrich, zastanawiam się, czy epoka gwiazd się już ewidentnie skończyła. Czy aktorki wzbudzają dziś takie emocje jak kiedyś? Może – jak powiedziała Catherine Deneuve – stały się zbyt dostępne, zbyt zwyczajne? Myślę, że obecnie największe emocje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, wzbudzają gwiazdy, które nazwałbym działaczkami. To kobiety z silną osobowością, inteligencją i silnym ego, do tego zaangażowane w sprawy społeczno-polityczne w sposób wyrazisty, biorące udział w marszach, a nawet dające się aresztować. Wspomnieliśmy już Jane Fondę. Do tego grona zaliczyłbym jeszcze Meryl Streep, której poczynania śledzę z zainteresowaniem zarówno kiedy gra, jak i kiedy przemawia. Z całego grona kobiet, o których mówimy, jest ona zdecydowanie najwybitniejszą aktorką. Natomiast młode gwiazdy, moim zdaniem, są dziś głównie celebrytkami: wiemy o tym, w co się ubierają czy jak mieszkają, a rzadko wiemy, jakie mają poglądy. Ale dzisiaj jest miejsce i na takie gwiazdy, i na inne oraz na dziesiątki celebrytek, co więcej – i będzie to najbardziej rewolucyjna koncepcja mojego autorstwa – uważam, że nie tylko nastąpił koniec zapotrzebowania na gwiazdy, do których się ludzie modlą i które uważają za archetypy kobiecości, ale że gwiazdami przyszłości będą… twory wirtualne, wykreowane, nieistniejące w realnym życiu.

Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News) Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News)

Ma pan na myśli na przykład postaci z gier komputerowych, jak Tomb Raider? Dokładnie tak. Edward Gordon Craig, wielki reformator teatru, który wraz z kilkoma kolegami wymyślił na początku XX wieku zawód reżysera, powiedział, że żeby teatr mógł zrobić krok dalej, potrzebna jest Nadmarioneta, czyli sztuczny aktor lub aktorka. Bo największym problemem dla sztuki jest fakt, że aktorzy są ludźmi. Nadmarionetka nie dozna kontuzji, nie powie, że się nie rozbierze do tej sceny czy nie powie jakiejś kwestii, bo obraża jej uczucia religijne. Dzisiaj, czyli 100 lat później, okazało się, że teoria Craiga jest możliwa do realizacji – stało się to w „Avatarze” Jamesa Camerona. Moim zdaniem będzie coraz więcej wirtualnych aktorów z „wkładką” ludzką, potrzebną do tego, by odwzorować ludzkie ruchy czy mimikę. I powiem pani, że ja jestem gotowy na taką gwiazdę.

Czyli Marlena, stworzona komputerowo, może powrócić? Myślę, że jeśli już, to będzie to nad-Marlena, ktoś zupełnie inny, kto nie będzie powtarzał tego, co już było i kto – co najważniejsze – nie będzie się starzał ani umierał.

Tomasz Raczek, teatrolog, krytyk filmowy i publicysta, wydawca Instytutu Wydawniczego Latarnik. Autor programów radiowych, telewizyjnych i internetowych, m.in. legendarnych „Pereł z lamusa”, które prowadził wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim. Obecnie ma swój kanał „Wideorecenzja Tomasza Raczka“ na YouTubie, a w nowo powstałym Radiu Nowy Świat prowadzi program „Raczek Movie”.

  1. Zwierciadło poleca

Styczniowy numer „Sensu" już w sprzedaży

Zobacz galerię 1 Zdjęć
Bohaterką naszej okładki jest cudownie nieperfekcyjna Emma Thompson. A w Temacie Numeru pytamy czy można być szczęśliwym w trudnym czasie?

 

No bo z czego się cieszyć, skoro nasze plany wzięły w łeb, towarzyszy nam frustracja, lęk i poczucie niepewności? Tylko czy aby nie mylimy szczęścia z radością i przyjemnością? Tych rzeczywiście ostatnio mniej. A jednak wciąż mamy wiele rzeczy, za które możemy być wdzięczni i które są w zasięgu naszego działania. „Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu” – przekonywał wieki temu grecki lozof Epiktet. Jego słowa przywołuje w tym numerze coach Piotr Bucki. Jeśli coś od nas nie zależy – przestaje być ważne – tłumaczy. „Szczęście to spokój umysłu” – pisze w książce „Oświecenie 24h na dobę” Nitya Patrycja Pruchnik, przewodniczka duchowa, z którą też rozmawiamy. Oboje przekonują, że najważniejsze to znaleźć oparcie w sobie,  skoro świat już nam go nie daje.

A jak widzi to Emma Thompson? Mówi o sobie, że jest wielką szczęściarą. Długo marzyła o tym, by zostać matką, z pierwszym mężem to się nie udało, mimo leczenia i mnóstwa badań. Dzisiaj dzieci to jej największa duma. Gwiazda cieszy się życiem, kocha swoją pracę i jest naprawdę rewelacyjna w tym, co robi. Choć w ubiegłym roku skończyła 60 lat, absolutnie nie myśli o emeryturze. Co więcej, przyznaje, że dopiero teraz czuje się fantastycznie.

W naszym Temacie Specjalnym nawołujemy do odpoczynku. Problem z odpoczywaniem nie polega na tym, że nie mamy pomysłu, jak to zrobić, a na tym, że przestaliśmy rozpoznawać stan zmęczenia. Nie czekajmy na weekend, wakacje czy ... emeryturę? Bo odpoczynek jest równie ważny jak oddech!

"Sens" nie byłby sobą, gdyby zabrakło tekstów o relacjach. „Świat to połączenie przeciwności, skrajności, jin i jang. Można się żreć z kimś, kto jest inny, a można się od niego czegoś dowiadywać i odnajdować w sobie inne odpowiedzi. Ale to wymaga spojrzenia na siebie z boku” – mówi Katarzyna Miller, z którą rozmawiamy o skonfliktowaniu społeczeństwa. W cyklu „Rodzaj męski” pytamy psychoterapeutę Marcina Grudnia, czy dobrze być chłopcem, a z dziennikarką medyczną Bożena Stasiak, autorką książki „Zwierzenia Polaków”, zastanawiamy się, dlaczego tzw. biały seks coraz częściej zastępuje tradycyjne życie intymne.

Styczniowe wydanie przynosi również psychoastrologiczny portret Koziorożca, lekcję cieszenia się drobnymi przyjemnościami od Angilków i zachętę do zabawy, z której w dorosłości rezygnujemy – ze szkodą dla siebie i całej rodziny, więc czas to zmienić, zwłaszcza że nadchodzi karnawał.

Nie sposób zakończyć inaczej niż nawiązaniem do świąt. „Nie dwa razy się nie zdarza”, owszem, ale w tym roku czas Bożego Narodzenia i przełomu roku naprawdę będzie inny. Nie wszyscy usiądą razem przy wigilijnym stole, nie będzie tak wielkiego zamieszania z prezentami, wyjazdami na narty czy przyjęciami. Część́ z nas być́ może spędzi go w samotności czy nawet kwarantannie. Ale tym bardziej starajmy się przeżyć go świadomie!

Z najlepszymi życzeniami dla Was, Mili Czytelnicy!

Redakcja Sensu

  1. Zwierciadło poleca

Styczniowy numer „Zwierciadła”

Zobacz galerię 1 Zdjęć
Na siłę psychiczną składają się trzy wzajemnie na siebie wpływające czynniki: myśli, uczucia i zachowania. Wszystko zaczyna się więc w naszej głowie. Pierwsza rzecz, jaką powinniśmy zrobić, to zmienić nasze myśli! Nie porównywać się z innymi. Nie wątpić w siebie. Nie powstrzymywać się od zabierania głosu. Nie obwiniać się, gdy coś się nie uda. Nie wałkować wszystkiego w nieskończoność. Nie bać się łamania niepisanych zasad.

Mamy moc! My, kobiety. Coraz mniej z nas myśli o sobie „słaba płeć”, coraz więcej ćwiczy „mięśnie psychiczne”. Jak to robić? Na to pytanie odpowiadają bohaterki naszego Tematu miesiąca.

Na okładce Kate Winslet. Jej ojciec zawsze mawiał: „Zrób to, bo nawet jeśli ci się nie uda, nic nie tracisz. Nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz”. Te słowa i ta postawa stały się dla niej drogowskazem na życie. W taki też – wspierający sposób –  sama wychowuje swoje dzieci. Gwiazda styczniowej okładki „Zwierciadła”, opowiada nam o tym, że, jak każdy, popełniała błędy, ale nigdy z żadnego z nich by nie zrezygnowała. „Są częścią mnie, mojej osobowości. Dzięki nim człowiek zmienia się i dojrzewa”.

Nigdy nie czuła się celebrytką. Bo, według niej, „gwiazdą jest się tak długo, jak długo trwa ceremonia wręczania Oscarów. No, może jeszcze na czerwonych dywanach Berlina, Cannes lub Wenecji”. I dodaje, że to, gdzie jest dziś, nie jest darem z niebios czy mieszanką szczęścia czy przypadku. To efekt wytrwałości w dążeniu do celu i ciężkiej pracy. Z aktorką rozmawia Mariola Wiktor.

A o tym, że porażka może być źródłem siły i wstępem do sukcesów, mówi Daria Abramowicz, psycholożka pracująca z tenisistką Igą Świątek. Tekst Aliny Gutek.

Katarzyna Bonda. To ona zmieniła formułę powieści kryminalnej. Jej książki nie schodzą z list bestsellerów, prawa do nich kupują światowi wydawcy. Właśnie ukazała się jej nowa powieść – „Miłość czyni dobrym”, druga część trylogii. Żeby zrozumieć modus operandi uwodziciela przeczytała 120 tomów akt! Wywiad Remigiusza Grzeli.

Przeciętny lot szybowcem, w zależności od umiejętności pilota i warunków atmosferycznych, może trwać od pięciu minut do paru godzin. Najdłuższy lot w jej życiu trwał 8 godzin i 38 minut. Jako pierwsza Polka przeleciała dookoła szczytu Mont Blanc. Czy kiedyś zaliczyła nieplanowane lądowanie? – Tylko w małżeństwie – rzuca z iskrą w oku i szybko dodaje: – Jestem raczej znana z tego, że walczę do końca, co najczęściej doprowadza mnie na docelowe lotnisko. I potem do domu. Do synka. Szybowniczka Anna Piotrowska. Tekst Anny Serdiukow.

Kobiety się policzyły. Zobaczyły, jak wiele z nich jest gotowych iść na demonstrację, pomimo pandemii, pomimo tego, że w domu dzieci i praca. To ważne, że wyszły razem, ale też wielopokoleniowo, i że się podczas tych protestów wspierały – mówi Joannie Olekszyk psycholog Zofia Milska-Wrzosińska.

Wstyd. Każe nam ukrywać to, jacy jesteśmy. Przejawia się nie tylko w rumieńcach, ale też w perfekcjonizmie, arogancji i pysze. – Tymczasem miłość wymaga bezwstydu. Prawdy. Przyznania się do tego, jacy jesteśmy, łącznie z tym, czego się wstydzimy – mówi Beacie Pawłowicz psychoterapeutka Katarzyna Miller.

W cywilizowanym świecie – odwrotnie niż w społecznościach pierwotnych – czyni się z ciąży i porodu coś na kształt choroby wymagającej szpitalnego wsparcia. Dlatego dobrze by nam wszystkim zrobiło, gdyby ciąża i poród przestały być sprawą medyczną, publiczną i polityczną. I żeby mogły przebiegać w rodzinnej atmosferze intymności i spokoju. O porodach w cyklu „Rodzice na nowe czasy” z psychoterapeutą Wojciechem Eichelbergerem rozmawia Alina Gutek.

O tym, czy możliwy jest związek otwarty, o tym, jak być w nim uczciwym z seksuolożką Biancą-Beatą Kotoro rozmawia Beata Pawłowicz.

Co pod choinkę? O prezentach – tych, które kupują i tych, które lubią dostawać – opowiadają Marta Dymek, autorka bloga Jadłonomia i autorka książek kulinarnych, Julia Kuczyńska, czyli Maffashion, blogerka modowa i Mariusz Szczygieł, dziennikarz, reportażysta, pisarz.

Piszemy też o tym, co podczas świąt oglądać i czytać. I o tym, co i w jaki sposób gotuje się i jada w Palestynie. Nie tylko w święta. Sprawdźcie koniecznie.