1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Rewers

Rewers

Film zwycięzca tegorocznego festiwalu w Gdyni jest niebanalny pod każdym względem. Sensacyjno-kryminalna intryga, wysmakowana estetyka czarno-białych zdjęć, nowoczesna ścieżka dźwiękowa ilustrująca historyczny temat, błyskotliwe aktorstwo wszystkich wykonawców, wreszcie godny głębszego zastanowienia obraz polskiej świadomości społecznej.

Początek lat 50., stalinowski etap PRL-u w rozkwicie. Największym zmartwieniem matki i babki 30-letniej Sabiny jest jej staropanieństwo. W tych trudnych czasach trzem kobietom przydałby się jakiś męski opiekun, zwłaszcza że pochodzenie mają bardzo trefne (rodzina przed wojną miała w posiadaniu aptekę). Wreszcie pojawia się adorator spełniający, wydawałoby się, wszystkie wymagania: przystojny, tajemniczy i – jak należy się domyślać – dobrze ustawiony w nieprzyjaznej kobietom rzeczywistości. Akcja nabiera rozpędu, dążąc w trudnym do przewidzenia kierunku. Twórcy prowadzą nas do współczesności. Wnioski, jakie wyciągają z tego, co nam się przytrafiło w najnowszej historii, nie są oczywiste...

Polska 2009, Reż. Borys Lankosz, Wyk. Agata Buzek, Krystyna Janda, Anna Polony, Marcin Dorociński, Dystr. Syrena

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Butelka z filtrem – dlaczego warto zdecydować się na taki gadżet?

Fot. materiały prasowe
Fot. materiały prasowe
W mediach społecznościowych wiele znanych osobistości promuje butelki z filtrem. O ile nie zawsze internetowi celebryci promują pozytywne trendy, o tyle w tym przypadku zachęcają do zmian na lepsze. Niepozorny gadżet ma bowiem naprawdę mnóstwo zalet i niebagatelny wpływ na wiele aspektów życia. Dowiedz się, dlaczego zakup butelki filtrującej wodę z kranu to zdecydowanie dobry pomysł.

Inwestycja w zdrowie i urodę

Dzięki regularnemu korzystaniu z butelki z filtrem można znacząco poprawić stan zdrowia. Działanie takiego gadżetu jest naprawdę proste. Specjalny wkład znajdujący się wewnątrz butelki oczyszcza wodę z zanieczyszczeń i szkodliwych substancji. W ten sposób można mieć pewność, że dostarczona do organizmu woda będzie miała na niego dobry wpływ. Dodatkowo możliwe jest zachowanie cennych minerałów np. magnezu i wapnia.

Dobrej marki butelka może znacząco poprawić smak wody. Takie produkty oferuje renomowany sklep Aquamelior – ekspert w dziedzinie filtracji. Pozbycie się nieprzyjemnego smaku i zapachu chloru może zachęcić do picia wody, co z kolei może pozytywnie wpłynąć na stan zdrowia i urody. Butelka filtrująca może również przydać się podczas podróży, gdy jakość wody z kranu nie zachęca do umycia nią twarzy lub zębów.

Redukcja plastiku w otoczeniu

Jedną z najważniejszych zalet butelek z filtrem jest również ich wpływ na stan środowiska. Są to produkty wielokrotnego użytku, które mogą posłużyć naprawdę długo. W ten prosty sposób można znacząco zmniejszyć liczbę kupowanych butelek z plastiku, który rozkłada się przez setki lat. Taka zmiana może być ważna zwłaszcza w przypadku osób, które praktycznie codziennie kupują butelkowaną wodę.

Warto również zwrócić uwagę na fakt, że butelki filtrujące są wykonane z wysokiej jakości tworzywa sztucznego. Produkty marki Dafi z oferty sklepu Aquamelior są poddawane licznym testom i badaniom, dlatego można być pewnym braku szkodliwych substancji w składzie. Stosowane filtry z naturalnego węgla również nie są zagrożeniem dla środowiska. Ponadto butelki po zużyciu lub w przypadku zniszczenia mogą być poddawane recyklingowi.

Oszczędność czasu i pieniędzy

Na pierwszy rzut oka butelki z filtrem mogą wydawać się zbędnym wydatkiem, ponieważ są znacznie droższe niż butelkowana woda. Warto jednak pamiętać, że produkt nadaje się do wielokrotnego użytku. Jednorazowy zakup może zatem zwrócić się nawet już po miesiącu w przypadku osób, które na co dzień sięgają po plastikowe butelki z wodą z supermarketu. Z kolei po kilku miesiącach można zauważyć w domowym budżecie znaczne oszczędności.

Butelka filtrująca może również pomóc w zyskaniu dodatkowego czasu. Brak konieczności zaopatrywania się w wodę butelkowaną oznacza mniej wizyt w sklepach lub nieco krótsze zakupy. Bardzo często do supermarketu lub osiedlowego spożywczaka zagląda się właśnie tylko ze względu na wodę. Ograniczenie wizyt w sklepach może ponadto wiązać się z dodatkowymi oszczędnościami w portfelu – każde zakupy to zazwyczaj kilka zbędnych produktów w koszyku.

  1. Psychologia

Choroby psychiczne to wciąż tabu – kiedy ktoś doświadcza kryzysu psychicznego raczej o tym nie mówi...

Katarzyna Szczerbowska - rzeczniczka Kongresu Zdrowia Psychicznego. Choruje na schizofrenię. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Szczerbowska - rzeczniczka Kongresu Zdrowia Psychicznego. Choruje na schizofrenię. (Fot. archiwum prywatne)
„Mam wrażenie, że bagatelizujemy wszystkie potencjalne choroby dopóki one się już nie pojawią i nie zaczną paraliżować naszego życia. Słabo dbamy o swój organizm, nastrój, pasje. Zdarza się, że to przychodzi z czasem, z dojrzałością. Ale choroba psychiczna potrafi uprzedzić nasz proces dojrzewania. Dlatego profilaktyka jest tak bardzo ważna"- mówi Katarzyna Szczerbowska, dziennikarka, która od kilku lat działa na rzecz osób chorujących psychicznie. Jest rzeczniczką Kongresu Zdrowia Psychicznego. Choruje na schizofrenię.

Przygotowując się do naszej rozmowy przeprowadziłam mini ankietę, zapytałam 28 osób czy znają kogoś, kto ma jakieś problemy związane ze zdrowiem psychicznym. Z prawie trzydziestoosobowej grupy, tylko cztery osoby odpowiedziały, że znają kogoś takiego. Czy to jest możliwe? Jakie są statystyki dotyczące naszego zdrowia psychicznego?
Mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że to nie jest możliwe. Jeszcze przed pandemią Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie zrobił badanie (EZOP II – kompleksowe badanie stanu zdrowia psychicznego społeczeństwa i jego uwarunkowań), z którego wynika, że co czwarty mieszkaniec Polski przeżył, przeżywa lub przeżyje głębszy kryzys psychiczny. Ponadto szacuje się, że dwa miliony Polaków choruje na depresję, 800 tysięcy na chorobę afektywną dwubiegunową, a 400 tysięcy na schizofrenię. Te dane oznaczają, że spotykamy chorujących ludzi codziennie. W pracy, sklepie, kinie, komunikacji miejskiej, w rodzinie… Często nie wiemy po prostu, że ktoś doświadcza kryzysu, bierze leki, choruje psychicznie.

Bo tego – wbrew powszechnemu przekonaniu – nie widać na pierwszy, a nawet drugi rzut oka…
Jasne. Widać tylko te osoby, które np. mówią do siebie, zajmują się kompulsywnym zbieractwem, itd., po prostu „dziwacznie” się zachowują. Ale to tylko niewielki procent osób chorujących psychicznie. Poza tym, kiedy ktoś doświadczył albo właśnie doświadcza kryzysu psychicznego raczej o tym nie mówi… Zwłaszcza dotyczy to schizofrenii, ta diagnoza jest najcięższym piętnem. Budzi współczucie, strach. Dlatego osoby chorujące na schizofrenię, jeśli już w ogóle odważą się coś powiedzieć światu, bo na przykład były w szpitalu i trzeba jakoś tę sytuację publicznie opisać, mówią, że mają depresję.

Poza tym co wymieniłam jest oczywiście całe mnóstwo innych problemów związanych z psychiką: zaburzenia odżywiania, stany lękowe, ataki paniki, itd. Wbrew temu, co usłyszałaś od swoich „ankietowanych” kłopoty ze zdrowiem psychicznym naprawdę są dość powszechne. Choć ja też słyszę od ludzi, że ich nie ma. Kiedy kilka lat temu pracowałam w redakcji kobiecego magazynu, też usłyszałam od pięćdziesięcioletniej redaktorki, że nie zna nikogo, kto chorował czy choruje psychicznie.

Rozumiem, że ludzie wciąż wstydzą mówić się o swoich kłopotach. To jeden z powodów milczenia. Jak myślisz, z czego jeszcze wynika to zjawisko?
Z braku wiedzy. A także z braku jasnej, precyzyjnej definicji opisującej, czym jest kryzys psychiczny. To wszystko jest płynne, rozmyte, nieostre. Czy chory jest ten, kto bierze leki, czy może ktoś, kto sobie „nie radzi” w życiu, czy ten, który widzi coś, czego nie ma? Tych definicji jest bardzo dużo, stąd ten informacyjny chaos.

A tobie, która definicja jest najbliższa, która wydaje ci się sensowna i porządkująca rzeczywistość?
Moja ulubiona definicja zdrowia psychicznego, zapożyczona od Freuda, brzmi: „Móc kochać i pracować”. Czyli, zdrowa jesteś wtedy, kiedy jesteś zdolna, by funkcjonować samodzielnie, zadbać o siebie, samostanowić o sobie, pracować, realizować się w pracy oraz tworzyć szczęśliwe więzi z ludźmi. Uważam że jeśli komuś udaje się to, o czym powiedziałam, to nawet jeśli np. przyjmuje jeszcze jakieś leki, jest osobą zdrową psychicznie. Bo czym jest z kolei choroba? Mówi się, że to po prostu „brak zdrowia”. Ale tu nie da się zrobić USG, rezonansu czy badania krwi, by wszystko wiedzieć. Najczęściej choroba psychiczna objawia się problemami ze snem, problemami z jedzeniem (albo jest to kompulsywne objadanie się albo głodzenie się) oraz trudnościami w relacjach z otoczeniem, z ludźmi. Psychiatrzy dodają także, że duża i nagła zmiana w zachowaniu jest symptomem problemów psychicznych. Zatem, mamy cztery główne objawy, ale w rzeczywistości jest ich o wiele więcej i czasem naprawdę są bardzo trudne do zdiagnozowania. Dlatego ta definicja Freuda wydaje mi się być sensowna, zostawia miejsce także dla tych niespecyficznych objawów.

Niektórzy stosują też gradację chorób psychicznych – że niby depresja jest łagodniejsza od schizofrenii, czy choroby afektywnej dwubiegunowej, itd. Według mnie, takiej gradacji nie da się wprowadzić. Są osoby, u których depresja ma tak ostry przebieg, że doprowadza je na skraj wyczerpania, nie są w stanie jeść, spać, mówić, po prostu żyć. Wiele takich osób widziałam w szpitalu. Depresja jest absolutnie śmiertelną chorobą, może skończyć się odebraniem sobie życia, podobnie jak schizofrenia. Dlatego dzielenie chorób psychicznych na te lżejsze i te cięższe wydaje mi się bez sensu.

I jeszcze jedna ważna kwestia: statystyki są zdecydowanie zaniżone, bo nie szukamy w chorobie pomocy!

No właśnie i tu musimy wrócić do stygmatyzacji i wstydu. Choć od lat tak wiele mówi się o zdrowiu psychicznym, wciąż to temat tabu…
Wiesz, im dłużej żyję, tym częściej mam wrażenie, że prawie wszyscy doświadczają jakiegoś rodzaju kryzysu psychicznego. Większość z nas na jakimś etapie życia cierpi, denerwuje się, nie panuje nad gniewem, itd. I tak, rzeczywiście, wciąż to powód do wstydu. Stereotypy nadal mają się świetnie, a chory psychicznie, to wciąż „wariat”.

Jest uważany za nieprzewidywalnego, przez co stanowi zagrożenie, tak sądzimy. Boimy się choroby psychicznej u innych i u siebie. Ten lęk podsycany jest przez media. Kiedy dzieje się coś strasznego, ktoś popełnia okrutne przestępstwo, którego nie jesteśmy w stanie pojąć, od razu pojawiają się sugestie, że być może leczył się psychiatrycznie…

A przecież właściwie, odpowiednio zdiagnozowana i leczona choroba psychiczna jest w większości przypadków do opanowania. I ostre epizody mogą się już nigdy nie pojawić. Jednak by tak było musimy szukać pomocy, chcieć się leczyć, przestać się wstydzić!

Trzeba wiedzieć, że choroby psychiczne czy kryzysy psychiczne, np. psychoza często przytrafia się ludziom bardzo wrażliwym na emocje otoczenia, to sposób psychiki, by się na nowo poukładać. Taka dezintegracja – układanka rozsypuje się, by ułożyć się od nowa. W tym procesie bardzo ważne są różne rzeczy. Wsparcie bliskich, odpowiednia psychoterapia, farmakoterapia, różnym ludziom pomagają różne rzeczy, ale nigdy nie pomogą milczenie i alienacja, do których prowadzi nas poczucie wstydu.
Mocno dziwi mnie fakt, że zaczynamy się interesować zdrowiem psychicznym dopiero wtedy, gdy psychicznie rozsypiemy się sami albo ktoś bardzo nam bliski.

Czy to znaczy, że o profilaktyce zdrowia psychicznego nie wiemy nic?
Wiemy niewiele. Mam zresztą wrażenie, że bagatelizujemy wszystkie potencjalne choroby dopóki one się już nie pojawią i nie zaczną paraliżować naszego życia. Słabo dbamy o swój organizm, o swój nastrój, o swoje pasje. Zdarza się, że to przychodzi z czasem, z dojrzałością. Ale choroba potrafi uprzedzić nasz proces dojrzewania. Dlatego profilaktyka jest tak bardzo ważna. To ciągle ta sama mantra powtarzana przez wielu, a docierająca do niewielu: odpoczywajmy, śpijmy, jedzmy zdrowo, ruszajmy się, uczmy się być „tu i teraz”, obserwujmy swoje emocje, ograniczajmy kontakty z ludźmi, którzy są dla nas toksyczni, zbudujmy sobie tarczę, by nie nasiąkać niedobrymi emocjami innych. Długo można wymieniać, ale chyba o podstawowych rzeczach powiedziałam. Potrzebujemy dystansu i spokoju. Potrzebujemy tego wszyscy. Bez wyjątku. I naprawdę warto zadbać o to zanim dopadnie nas kryzys psychiczny. Na początku, kiedy sama zachorowałam, przez długi czas nie miałam kontaktu z osobami, którzy przeszli chorobę psychiczną i wyzdrowieli. Dziś mam wielu takich znajomych i wszystkich łączy jedno: są niesamowicie spokojni. Kiedy spotykam się na imprezie z przyjaciółmi sprzed czasu choroby zawsze jest strasznie głośno, wszyscy się przekrzykują. Kiedy spotykam się z osobami po kryzysie zawsze panuje niesamowity spokój. To taka największa różnica między tymi dwoma światami. Ci drudzy mają już po prostu ważną lekcję za sobą, choroba spowodowała jej odrobienie – nauczyli się funkcjonować tak, by kryzysy nie wracały, czyli nauczyli się unikać zbyt dużej ilości bodźców. Mam na przykład koleżankę, która poszła do nowej pracy, w której non stop włączona była muzyka. Szybko zdała sobie sprawę, że nie wolno jej tak pracować, że to niebezpieczne dla jej emocji. Mam to samo, wcześniej, przed chorobą, słuchałam często i głośno muzyki, dziś tego nie robię. Muzyka mnie męczy, źle na mnie działa. Włączam ją bardzo rzadko i tylko tę klasyczną, już wiem jak ważne jest wyciszenie.

Myślisz, że możliwe jest masowe odrobienie wspomnianej lekcji zanim życie zmusi nas do przewartościowania wszystkiego, czy to da się zrobić? Czy ludzka natura jest taka, że człowiek musi dostać kopniaka, upaść na ziemię, żeby poczuć czego naprawdę potrzebuje?
Na pewno każdy scenariusz jest inny, ale myślę, że to da się zrobić. Zresztą są ludzie, którzy tego próbują, szukają różnych dróg wyciszenia, jedni odpoczynku w medytacji, ktoś ćwiczy mindfulness, ktoś, kto wierzy szuka spokoju w modlitwie. Bardzo popularne teraz są rozmaite treningi, wszystkie sprowadzają się do wspomnianego wyciszenia. Ale też szalenie ważne są więzi z ludźmi, dobre racje międzyludzkie, to niesamowity zastrzyk właściwej energii. Trzeba za wszelką cenę szukać tego, co nam służy. I w miarę możliwości starać się eliminować to, co nas chronicznie podtruwa. Wtedy jest szansa, by chorobę uprzedzić.

  1. Seks

Seks na łonie natury – dlaczego warto spróbować?

- Seks w lesie jest częścią życia, wszystkiego, co robimy. Możemy iść, zbierając jagody, poziomki, a potem położyć się gdzieś i tylko pocałować. Zjeść te poziomki i iść dalej. Potem usiąść na zwalonym pniu i zacząć się kochać, słuchając jednocześnie śpiewu ptaków - mówi botanik Łukasz Łuczaj. (Fot. iStock)
- Seks w lesie jest częścią życia, wszystkiego, co robimy. Możemy iść, zbierając jagody, poziomki, a potem położyć się gdzieś i tylko pocałować. Zjeść te poziomki i iść dalej. Potem usiąść na zwalonym pniu i zacząć się kochać, słuchając jednocześnie śpiewu ptaków - mówi botanik Łukasz Łuczaj. (Fot. iStock)
Nie kochałaś się nigdy pod drzewami? Może warto spróbować. Las wpływa na inną dynamikę miłości, wynikającą z tego, że seks jest tu elementem życia – mówi doktor Łukasz Łuczaj, biolog, autor książki „Seks w wielkim lesie”.

Czy kobiety wychowane w miastach, pracujące w korpo mają fantazje o seksie w lesie? A jeśli tak, to czy zrobiłyby to na mchu pod drzewami, na zwalonym pniu czy pochylonym drzewie, jak podpowiada pan w książce?
Kiedy składałem manuskrypt do kilku wydawnictw, pojawiły się właśnie takie obawy, że to nie jest książka dla kobiet, że to taka męska fantazja. Pamiętnik skauta. Ale ja zapewniłem Piotra Mareckiego z wydawnictwa Ha!art, który zdecydował się wydać tę książkę, że to są marzenia także kobiet i że przede wszystkim kobiety będą ją czytać. No i miałem rację.

Tak dobrze pan nas zna?
Po prostu lubię spotykać się z ludźmi i z nimi rozmawiać. Na przykład uczestnicy moich warsztatów dotyczących polskich roślin jadalnych wieczorami przy ognisku, przy jedzeniu i nalewkach, dużo opowiadają właśnie o fantazjach. Książkę też zaczynam od wspomnienia pewnej randki z byłą uczestniczką moich warsztatów. Zakończyła się tak, że kiedy zaproponowałem jej, żeby została u mnie na noc, usłyszałem: „Nie zostanę teraz u ciebie, ale mógłbyś mnie kiedyś zerż…ć na swojej łące kwietnej”.

Skończyło się tylko na propozycji?
Właśnie. Kobiety lubią fantazjować o tym, że są w lesie z atrakcyjnym samcem, który je do tego lasu porwał właśnie po to, żeby był seks. Ponieważ myślą o tym, zawsze można zaproponować: „Chodź, zabiorę cię do lasu!”. Kobiety to kręci, choć niewiele się na ten spacer zdecyduje. Znam jednak takie, które same chcą zabrać mężczyznę do lasu! Kobiety, które spotykam często w środowisku survivalowym, zaskakują swoją dzikością, jednością z naturą i otwartością. Nie mówię tylko o seksie, ale także o przyjaźni, o tym, jakimi są ludźmi. Znajomy lekarz medycyny chińskiej stwierdził, że kobieta różni się od mężczyzny tym, że mężczyzna jest twardy z wierzchu, ale miękki w środku, a kobieta odwrotnie. Dlatego gdy mężczyzna się złamie, to się złamie. Kobiety złamać do końca nie można. Mówię o tym, choć wolę podkreślać podobieństwa między płciami, po to, żeby kobiety nie myślały, że są słabe. Jesteście silne, choć inaczej niż mężczyźni.

I żebyśmy się nie bały kochać pod dębem na środku polany?
Zwłaszcza gdy możecie iść na tę polanę, pod to drzewo z kimś, kto ma doświadczenie w życiu. Komu ufacie i z kim macie więź emocjonalną. Taka osoba może bezpiecznie wprowadzić kobietę, która całe życie spędziła w mieście, w świat erotycznych doznań w naturze. Bo też obawy kogoś, kto nie zna lasu, są zawsze większe niż rzeczywistość. Najgorsze, co może nas spotkać, to ten kleszcz, meszki czy komary.

A jeśli odważymy się spróbować, to jaki las wybrać do miłości?
Jeśli chodzi o prawdziwy wielki las, to wybierajmy taki, który nie jest porośnięty jeżynami, gdzie nie ma pokrzyw, tarniny czy innych kolczastych roślin w miejscu, gdzie akurat się rozłożymy. Nie ma podrostu, czyli młodych drzewek. No i nie rośnie robinia akacjowa, która ma kolczaste gałęzie. Odpadają zakrzaczone, zaśmiecone lasy. To nie miejsca do miłości. Polecam Mazury! Znajdziemy tam często sosnowe lasy bez podszytu, otwarte. No, ale nie dają schronienia. I te komary… Kłopot będzie na Dolnym Śląsku, są tam przyjazne lasy świerkowe, ale ciemne i zimne. Uprawiałem seks w Sudetach, było fajnie, ale na randkę trzeba iść w swetrze. Najlepiej w słoneczny dzień. Najlepsze do miłości są lasy bukowe. Takie znajdziemy w Bieszczadach, w Beskidzie Niskim, na Pomorzu i na Śląsku.

Buk, robinia… Klucz do oznaczania roślin jako element gry wstępnej?
Klucze obrazkowe są proste w użyciu, a więc wędrowanie z nimi do miejsca, gdzie się pokochamy, może być edukacyjną zabawą. A tak ogólnie to preferuję lasy liściaste. Liście buka są miękkie, liście dębu pachną jak herbata. Pod drzewami nie ma ostrych szyszek, a wiosną, kiedy jeszcze nie ma liści, jest tam dużo cieplej niż na zewnątrz. Nawet nisko jeszcze wiszące nad horyzontem słońce ogrzewa pnie tak intensywnie, że między nimi gromadzi się ciepłe powietrze. Takie lasy to tak zwane pułapki cieplne. No i te kwiaty! W marcu lub kwietniu kwitną tam zawilce, przylaszczki, miodunki, kokorycze. Dlatego wiosenne lasy liściaste są idealnym miejscem do miłości. W terenie pagórkowatym warto wybrać południowy stok. Nawet jak będzie zacieniony akurat wtedy, kiedy tam dotrzemy, to i tak ściółka będzie tam suchsza niż gdzie indziej. Słońce tam intensywniej i dłużej pracuje.

Czyli od marca już możemy ruszać.
Tak – ciepły marzec, kwiecień, maj to są superterminy. W maju robi się już często wilgotno i deszczowo, kwiatów też już nie ma, ale jest zielono, bo pojawia się trawa. W maju zaczyna się więc kolejny piękny okres dla miłości w lesie. Dlatego warto mieć swoje miejscówki. Przyznam się pani, że mam takie intymne, tajemne miejsca w pobliżu Rzeszowa, Krakowa, Warszawy…

Opisuje pan w książce, jak po pewnym ważnym spotkaniu od razu pojechaliście ze znajomą do lasu.
Urwaliśmy się wtedy z konferencji naukowej i w tych białych koszulach znaleźliśmy się w złoto-purpurowym lesie. Była jesień. Cali w liściach wyglądaliśmy jak na prerafaelickim obrazie. I nie czuliśmy się brudni! Lasy naturalne nie brudzą. Bakterie, które tam żyją, które żyją w glebie, są dla nas przyjazne. To, co groźne, mamy w domu, w dywanie, w pościeli. Tam są te wszystkie roztocza i inne pasożyty przygotowane na atakowanie człowieka. W lesie żyją mikroorganizmy zajmujące się rozkładaniem ściółki, a jeśli zainteresowane są organizmami żywymi, to zwierząt, a nie ludzi.

Nadzy w lesie jesteśmy bezpieczniejsi niż we własnym łóżku?
Powiem tak: potrzebujemy kontaktu z tym, co żyje w glebie w lesie. Są nawet hipotezy, że jedną z przyczyn depresji jest brak kontaktu z promieniowcami, bakteriami glebowymi. Obcowanie z glebą, z gliną, kopanie w ziemi powoduje, że wdychamy te bakterie – i to poprawia nam nastrój.

Co jeszcze zyskamy, kochając się w lesie?
Na pewno zadrapania. Jestem intuicjonistą i po prostu wiem, że to jest dobre: wdychanie olejków eterycznych drzew, zapachu kwiatów, zapachu ciała partnerki lub partnera. Dobrze jest leżeć sobie w trawce i widzieć macierzankę, która rośnie w kępach i przypomina kobiecy wzgórek łonowy. Albo patrzeć na żółto-fioletowe bratki czy pszeńca gajowego, które w naszej kulturze ludowej uznano za rodzeństwo zaklęte w kwiaty za niedozwoloną miłość. Kiedyś ludzie osobiście odbierali przyrodę, a teraz my, kochając się na łące czy w lesie, możemy poczuć jedność z naturą, z tym miejscem, w którym jesteśmy. To niezwykłe odczucie. Czasem mnie nawet przeraża, jak potężna jest natura i jak potężną siłą jest seksualność człowieka. W lesie czujemy się bardziej gatunkiem biologicznym niż wytworem kultury, ale nie powinno nas to zniechęcać do dostrzeżenia duchowej strony jedności człowieka z przyrodą.

Mistyczny seks w polskim lesie?
W książce piszę często o tym, co sam przeżyłem, na przykład: seks na polanie w noc świętojańską. Leżałem nago razem z moją partnerką, obserwując zachód słońca, kiedy nagle zobaczyłem patrzącego na nas wilka. Przez moment miałem poczucie, że patrzyliśmy sobie z wilkiem w oczy. To był chyba najbardziej duchowy moment mojego kontaktu z naturą.

Pisze pan, że seks w lesie to seks przed grzechem pierworodnym.
Chciałem pokazać seksualność w sposób atrakcyjny, ale tak, jakbym malował akwarelą. Piękny kwiat bez detali. Tylko jego energia, jaką daje seks w lesie. Są ludzie, którzy czują się rozczarowani opisami w mojej książce, bo nie znaleźli w niej orgii pod drzewami po zjedzeniu psychoaktywnych roślin. Ale z tego też powodu moja książka wielu innym osobom się podoba.

Energia natury i seksualności w pana książce się przenikają.
W powieści Zbigniewa Nienackiego „Wielki las” jest ukryty wątek, wiara w to, że aby młodnik mógł rosnąć, musi się w nim odbyć seks. No więc leśniczy, któremu młody las nie rośnie, chce iść tam z żoną, ale ona odmawia. Rozgląda się więc za jakimś ratunkiem i znajduje ochotniczkę, koleżankę z pracy w Lasach Państwowych. Odbywają więc w młodym lesie parę stosunków i drzewa wreszcie zaczynają rosnąć. Ta opowieść to echa starych wierzeń i obrzędów magicznych. Co z nich zostało? Dziś wiem, że jeśli kobieta trafi do lasu z mężczyzną obeznanym z naturą, to jego męskość w jej oczach skoczy w górę. Dla niej on już zawsze będzie bardziej dziki, niezależny.

Seks w lesie to także urozmaicenie samej techniki.
Las wymusza oczywiście inne pozycje niż te, jakie ćwiczymy w sypialni. Nie mamy tu łóżka ani krzesła. Las to nie tylko seks na ziemi, ale też leżenie na zwalonym pniu drzewa, pokrytym mchem albo o gładkiej korze, jaką ma osika, brzoza czy buk. Ważniejsze jest jednak to, że seks w lesie jest częścią życia, wszystkiego, co robimy. Możemy iść, zbierając jagody, poziomki, a potem położyć się gdzieś i tylko pocałować. Zjeść te poziomki i iść dalej. Potem usiąść na zwalonym pniu i zacząć się kochać, słuchając jednocześnie śpiewu ptaków.

Potrzebne są nam jeszcze nasięźrzał i podejźrzon!
Mówi pani o kwiatach paproci. A więc o staropolskim folklorze. Nasięźrzał kwitnie w okolicach nocy świętojańskiej. Wytwarza dziwny, tajemniczy, inny niż pozostałe paprocie kłos zarodnionośny, brany dawniej za kwiat. Wygląda jak mała kalla, a więc budzi skojarzenia waginalne, erotyczne. Zapewne dlatego ta roślina trafiła do magii miłosnej w kilku regionach Polski. No, ale prawdziwe miłosne działanie ma inna roślina, przywrotnik. Znany w całej Europie jako sposób na zamaskowanie braku dziewictwa. Gęsty ekstrakt z tej rośliny powoduje obrzmienie ścian pochwy i robi się ciasno przy wejściu do niej. Stąd nazwa.

W pana książce znajdziemy także receptę na oziębłość: 40-minutowy spacer po lesie, a potem na zwalonym pniu drzewa usiąść i oprzeć się o jego ramię…
Nigdy nie można wszystkiego zaplanować, każda sytuacja jest inna, ale są pewne wzorce zachowań, które generalnie się sprawdzają. I ja sam zauważyłem, że jak się dużo chodzi, to potem się człowiekowi nic nie chce. Najwyżej zjeść coś albo napić. Ale też jak się chodzi po lesie za krótko, to się atmosfera nie zbuduje. Myślę więc, że 40 minut to akurat, aby znaleźć się w jakimś miejscu właśnie ze zwalonym pniem. Czyli trzeba wiedzieć, gdzie to będzie, znaleźć swoje miejsca.

Jest też coś dla singli, pisze pan o ekoseksualizmie, czyli o samotnej wyprawie do lasu i do sfery seksualnej.
Spotkałem wielu ludzi, którzy odczuwają podniecenie, kiedy znajdą się w przyrodzie, od tego, że twardnieją im sutki, po orgazm. Czasem podnieca sam śpiew ptaków. Prowadzi to często do masturbacji na szczytach gór czy w innych pięknych miejscach. Człowiek ociera się o drzewo i dodaje swoje nasienie naturze, nie poczynając nowego życia. I chwała mu za to, bo ludzi na Ziemi jest zbyt wielu.

Możemy sami stworzyć łąkę miłości?
Trzeba dodać do niej trochę drzew, bo my jesteśmy istotami sawanny. Kochać możemy się wtedy na skraju lasu. To taka atawistyczna tendencja, bo przed oczami mamy wtedy otwartą świetlistą przestrzeń, a siedzimy bezpiecznie na skraju lasu. Do orgazmu estetycznego potrzebujemy dużych połaci kwiatów, najlepiej niewysokich, poniżej kolan. Złocień zwyczajny, czyli margerytka, taki idylliczny kwiatek. Firletka poszarpana, robiono z niej eliksir miłości w średniowieczu. Potrzebne są też jaskry i świerzbnica polna. Dobrze, żeby na takiej łące był jeden rozłożysty dąb.

Po lekturze pana książki, kiedy zobaczę wzgórze porośnięte drzewami, pomyślę, że jakaś para się tam kocha…
I może tak być, sądząc po gigantycznym zainteresowaniu moją książką. Może wpłynie ona na miłosne zachowania Polaków?

Polecamy książkę: „Seks w wielkim lesie”, Łukasz Łuczaj, wyd. Korporacja Ha!art.Polecamy książkę: „Seks w wielkim lesie”, Łukasz Łuczaj, wyd. Korporacja Ha!art.

Dr Łukasz Łuczaj - biolog, popularyzator przyrody i działacz na rzecz jej ochrony, autor książek o dzikich roślinach jadalnych i „Seksu w wielkim lesie”.

  1. Styl Życia

W poszukiwaniu kwiatu paproci

Pogańskie święto Iwana Kupała. „Wróżby na wieńce”. Namalował Simon Kojin z Rosji (źródło zdjęcia: Wikimedia)
Pogańskie święto Iwana Kupała. „Wróżby na wieńce”. Namalował Simon Kojin z Rosji (źródło zdjęcia: Wikimedia)
Żar spływa z nieba, pachną zioła, noce robią się coraz krótsze – to znak, że nadciąga letnie przesilenie. Przed nami magiczna noc, najkrótsza w roku. Pora poszukać kwiatu paproci…

Nie jest to proste, gdyż „Paproć w każdym lesie tylko jedna zakwita, a i to w takim zakątku, tak ukryta, że nadzwyczajnego trzeba szczęścia, aby na nią natrafić” – przekonywał Józef Ignacy Kraszewski w bajce „Kwiat paproci”.
Znaleźć kwitnącą paproć to prawdziwa sztuka. A może nie umiemy jej szukać lub taki kwiat po prostu nie istnieje?

Noc Kupały i cuda wianki

Najpierw jednak warto wprowadzić się w klimat Sobótki, bo tak też nazywana jest najkrótsza noc w roku - pełna wianków, ognia, wody i miłości na łonie natury. To nasze słowiańskie Walentynki, obchodzone na wsiach jeszcze w przedchrześcijańskich czasach. W tę noc ludzie spotykali się nad wodą przy ogniskach, aby czcić boga Kupałę. Niewiasty przywdziewały białe, zwiewne suknie, przepasywały je bylicą. Tańcząc wokół ognia wrzucały do niego zioła, śpiewały pieśni przywołujące bóstwa płodności. Plotły wianki z ziół i polnych kwiatów, ozdabiały nimi głowy - według tradycji każda panna powinna upleść chociaż jeden. Nie mogło w nim zabraknąć dziurawca - sprzyjającego miłości, piołunu i bylicy, chroniących przed złymi mocami, paproci - przyciągającej spojrzenia, krwawnika - dającego szczęście w małżeństwie. Były też rumianki i chabry - przywołujące miłość, ruta - chroniąca przed złem oraz inne barwne kwiaty.

O zmierzchu dziewczęta zanurzały się w wodzie i puszczały na nią wianki z wstawioną w nie płonącą świeczką. Ten, kto wyłowił wianek, okazywał się wymarzonym wybrańcem. Jeśli jednak wianek zaplątał się w sitowie lub zatonął - kłopoty miłosne i staropanieństwo czaiły się tuż za rogiem.

Perunowy kwiat

Przede wszystkim jednak w noc Kupały rozkwitał o północy perunowy kwiat, czyli kwiat paproci. Trzeba było odważnie ruszyć nocą w ciemny las, znaleźć go i zerwać. Wieść niosła, że ten, kto tego dokona, wkrótce znajdzie miłość i bezcenny skarb. W dodatku pozna język zwierząt, będzie wszystko widział i słyszał, a w razie potrzeby stanie się niewidzialny. Śmiałka czeka wspaniałe długie życie w zdrowiu i dobrobycie. Tylko z nikim nie będzie się mógł swym szczęściem dzielić...

Zerwany kwiat trzeba było nosić za pazuchą i strzec jak oka w głowie – gdy się zgubił, bogactwo i szczęście przepadały. Również liściom paproci przypisywano magiczne cechy – wrzucone do ognia dawały dym odstraszający węże i złe duchy, wyciśnięty z nich sok dawał wieczną młodość, a osoba, która pierwsza zerwała wiosenny liść paproci miała farta do końca życia.
Dziś wiemy, że paproć nie wydaje kwiatu… Skąd więc wzięła się legenda o jej kwitnieniu? Być może chodzi o to, że nasi przodkowie paprociami nazywali też inne rośliny, nie tylko z rodziny paprociowatych, ale również storczykowatych, np. podkolan, parolist, gnieźniki, karlik. Wiele z nich rozkwitało właśnie w czerwcu i tylko na jedną noc.

Podejźrzon księżycowy i nasięźrzał

Wszystko jednak wskazuje na to, że w wierzeniach ludowych perunowymi kwiatami były dwie paprocie o staropolskich nazwach: podejźrzon księżycowy i nasięźrzał pospolity. Obie nie kwitną, a rozmnażają się za pomocą zarodników wytwarzanych na czubkach kłosów zarodnionośnych, wyglądających trochę jak kwiaty na łodyżkach.

Podejźrzon księżycowy (źródło zdjęcia: Wikimedia)Podejźrzon księżycowy (źródło zdjęcia: Wikimedia)

Niełatwo było je znaleźć w ciemnym lesie, bo są rzadko spotykane, niepozorne i trudne do odnalezienia w trawie (obie rosną na łąkach i leśnych polanach). Widać je tylko od czerwca do połowy lipca, a podczas nocy Kupały są w pełnym „rozkwicie”. Po wysypaniu zarodników szybko obumierają. W ziemi pozostaje tylko zimujące kłącze, by w następnym roku wydać nową roślinę. Oba gatunki są pod ścisłą ochroną. Legenda głosi, że aby je odnaleźć, trzeba było iść nocą (najlepiej nago) do lasu, poruszać się tyłem, nie oglądając się za siebie. Zrywając „kwiat” należało wypowiedzieć magiczną formułę:

„Nasięźrzale, nasięźrzale,
Rwę cię śmiale,
Pięcia palcy, szóstą dłonią,
Niech się chłopcy za mną gonią;
Po stodole, po oborze,
Dopomagaj, Panie Boże.”
Gdy spełnione były wszystkie powyższe warunki, nasz był i „kwiat”, i upatrzony chłopak.

Nasięźrzał (źródło zdjęcia: Wikimedia)Nasięźrzał (źródło zdjęcia: Wikimedia)

Miłosne wróżby

Kto nie znalazł kwiatu paproci, mógł skorzystać z magicznej mocy innych roślin i odprawić wróżby, często związane z miłością. A wróżyło się z zerwanych w całkowitym milczeniu ziół i kwiatów, zwłaszcza z rumianku, dzikiego bzu, czeremchy, cząbru, szczypiorku, piołunu, bylicy i z… wody w studniach (opis takich wróżb znajduje się w jednej z bajek o Muminkach). Podczas zrywania rumianku wystarczyło zadać pytanie: czy czeka mnie udana miłość w przyszłym roku? Gdy kwiatek zachował świeżość i nie zwiądł do następnego dnia, odpowiedź brzmiała tak. Ziołowy bukiet można też było wsadzić pod poduszkę – we śnie ukazywał się przyszły życiowy partner.

Należało też podczas spaceru po zachodzie słońca wyrwać upatrzoną roślinę i przyjrzeć się korzeniom – oblepione ziemią wróżyły majętnego oblubieńca, zaś wyrwanie rośliny bez korzeni oznaczało brak miłosnych uniesień. Zioła pomagały też mężatkom sprawdzić wierność męża – wystarczyło włożyć do słoiczka dwie gałązki cząbru i postawić na noc obok łóżka. Jeśli uschły, mężczyzna odejdzie, a świeże do rana wróżyły udane małżeństwo.

Ognie w noc Kupały (źródło zdjęcia: Wikimedia)Ognie w noc Kupały (źródło zdjęcia: Wikimedia)

Czasy się zmieniły – dziś zamiast śledzić losy cząbru wynajmujemy raczej … prywatnego detektywa. Nikt też nie szuka kwiatu paproci. Ale noc Kupały wciąż jest pełna radości, bo przecież - jak przed wiekami - właśnie zaczyna się lato!

  1. Spotkania

Jodie Foster: "Kiedyś bałam się dojrzałego wieku, teraz nie mogę się doczekać, co będzie dalej"

Jodie Foster ma 58 lat, urodziła się i dorastała w Los Angeles jako najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Grała w reklamach od trzeciego roku życia, później w telewizyjnych programach dla dzieci i filmach dla nastolatków. Za rolę nieletniej prostytutki w „Taksówkarzu”, którą zagrała w wieku 13 lat, dostała pierwszą nominację do Oscara. (Fot. Monica Almeida/Forum)
Jodie Foster ma 58 lat, urodziła się i dorastała w Los Angeles jako najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Grała w reklamach od trzeciego roku życia, później w telewizyjnych programach dla dzieci i filmach dla nastolatków. Za rolę nieletniej prostytutki w „Taksówkarzu”, którą zagrała w wieku 13 lat, dostała pierwszą nominację do Oscara. (Fot. Monica Almeida/Forum)
Pierwszy raz stanęła przed kamerą, gdy miała trzy lata. Kiedy skończyła 50, była gotowa pożegnać się z planem filmowym. Dziś Jodie Foster z kolejnym Złotym Globem na półce, tym razem za rolę w „Mauretańczyku”, nie może się doczekać nowych wyzwań. Twierdzi, że dojrzały wiek to dla pracującej aktorki najlepsze lata: role są ciekawe, praca nie jest centrum życia. A plotkarskiej prasy nie obchodzi już, z kim jesz kolację i śniadanie.

Złoty Glob za najlepszą żeńską rolę drugoplanową wędruje do... sypialni Jodie Foster! Widzowie gali rozdania tych prestiżowych nagród nie mieli w tym roku okazji podziwiać parady gwiazd po czerwonym dywanie, bo większość nominowanych siedziała we własnych domach przed laptopami. Dzięki temu, że wszyscy połączyli się na czas imprezy na Zoomie, fani mieli jednak szansę zobaczyć, jak jedna z największych gwiazd światowego kina, ubrana w jedwabną piżamę, podskakuje na swoim łóżku jak mała dziewczynka. – Ale numer! Nigdy się nie spodziewałam, że jeszcze kiedykolwiek wezmę udział w tej imprezie, a to najlepsza gala ze wszystkich dotychczasowych! – śmiała się Foster. Towarzyszyli jej żona, również w piżamie, i zaspany pies Ziggy, który po tym wieczorze stał się gwiazdą Internetu. – Nie ma nic lepszego niż odebrać światowej rangi nagrodę za pracę, nie ruszając się z domu i nie zakładając butów na obcasach – żartowała Jodie w wywiadach po ceremonii. – Może po pandemii powinniśmy zostać przy tym zwyczaju?

Dziewczynka pracująca

Ta mała na szczęście nie sprawiała kłopotów. Nauczyła się czytać, mając trzy lata, więc matka wciskała jej książki przy każdej okazji. Dzięki temu Evelyn „Brandy” Foster mogła zabierać ze sobą Jodie na castingi do reklam, w których występował starszy brat dziewczynki, Buddy.

Brandy, z zawodu agentka prasowa producenta filmowego, zarabiała nieźle, ale jako rozwódka z czwórką dzieci liczyła każdego dolara. Z ojcem Jodie rozstała się, zanim ta przyszła na świat. Lucius Fisher Foster III zniknął z życia jej i ich dzieci, jakby go nigdy nie było, ale zostawił po sobie rachunki do płacenia i cztery buzie do wyżywienia. To, co Buddy zarobił w reklamach, szło głównie na utrzymanie rodziny.

– A ten maluch już umie mówić? – dyrektor castingu reklamy kremu do opalania Coppertone, do której startował Buddy, zainteresował się bladą, zaczytaną dziewuszką w ogrodniczkach po bracie, czekającą z matką na korytarzu. „Maluch” nie tylko umiał mówić, ale na planie zachował się zupełnie bezproblemowo. Zanim Jodie na dobre zorientowała się, co się dzieje, zarobiła na kilka domowych rachunków. Resztę jej matka odłożyła na specjalne konto. Pewnego dnia jej córka będzie miała przynajmniej trochę pieniędzy na start w życiu.

Konto pęczniało, rodzeństwo zarabiało coraz lepiej, a ich matka zrezygnowała z pracy, żeby zająć się ich karierą. Warunki były dwa: oboje muszą się dobrze uczyć i praca nie może ich męczyć. Dopóki ich to bawi – mogą grać. Evelyn wystarczająco długo pracowała w Hollywood, żeby napatrzeć się na eksploatowane dzieci, których rodzice zrobili z nich maszynki do zarabiania pieniędzy. Tragedia zaczynała się wtedy, kiedy maluchy traciły dziecięcy urok, dorastały, role w reklamach i programach dziecięcych znikały, a na polu bitwy zostawały zniszczone psychicznie nastolatki, ledwo z podstawowym wykształceniem.

Jodie nie była typowym słodkim cherubinkiem. Nie cierpiała sukienek, wolała mieć krótkie włosy, najchętniej ubierała się jak jej starszy brat. Umiała za to słuchać i zadawać inteligentne pytania. Nie było roli, której nie była w stanie w mig nauczyć się na pamięć. W ciągu kilku lat wyrobiła sobie markę w branży jako aktorka dziecięca, na której można zawsze polegać i z którą świetnie się pracuje. Miła, uprzejma, zabawna iskierka. W ciągu następnych dziesięciu lat wystąpiła w prawie 50 programach telewizyjnych, kilku sitcomach i pełnometrażowych filmach, głównie Disneya. W międzyczasie skończyła z najlepszymi wynikami prywatną francuskojęzyczną szkołę.

– Szlag mnie trafia, kiedy słyszę, jak niektórzy aktorzy narzekają na pracę w reklamach. Biją się w piersi, że nigdy się już nie zniżą do tej roboty – mówiła w wywiadzie dla „Sun Sentinela”. – Serio? Bardzo mnie cieszy, że ktoś miał ładną buzię i nie musiał reklamować szczotek. Ja nie miałam, grałam w reklamach przez 20 lat i nigdzie indziej się tak dużo nie nauczyłam.

Pomna pułapki, która nieuchronnie czeka na dziecięcych aktorów, jej matka zaczęła ubiegać się o role dla córki w filmach dla dorosłej publiczności. Udany występ Jodie w filmie Martina Scorsesego „Alicja już tu nie mieszka” zwrócił na nią uwagę reżyserów obsady z pierwszej hollywoodzkiej ligi. – Zdaje sobie pani sprawę, jaki wpływ rola małoletniej prostytutki może mieć na psychikę 13-letniej dziewczynki? – pytał ją pracownik opieki społecznej, gdy Jodie wygrała casting do „Taksówkarza”. – Oczywiście, panna Foster musi przejść testy psychologiczne, a do niektórych scen potrzebna będzie dublerka. – Nie zna pan mojej córki – odpaliła Evelyn Foster. – A dublerkę mamy w pogotowiu – będzie nią jej starsza siostra.

– Choć całe dzieciństwo spędziłam przed kamerami, dopiero podczas pracy przy „Taksówkarzu” zdałam sobie sprawę, że aktorstwo to coś więcej niż zabawa i bycie sobą. Że to praca, która wymaga zmierzenia się z wyzwaniami, że potrzeba do niej arsenału instrumentów pomagających przedstawić postać, która jest zupełnie różna ode mnie – mówiła wiele lat później w wywiadzie dla „New York Timesa”. – Ten film zmienił moje życie, ale czułam się jak ryba wyjęta z wody. Na szczęście był z nami Bob.

Bob to Robert De Niro, który wziął Jodie pod swoje skrzydła. Spędzał z nią mnóstwo czasu na planie, otoczył opieką, cierpliwie tłumaczył stawiane przed nią wyzwania, podsuwał rozwiązania. „Taksówkarz” został nagrodzony Złotą Palmą w Cannes, gdzie mówiąca płynnie po francusku Jodie z entuzjazmem objęła funkcję tłumaczki na konferencji prasowej. Francuska prasa oszalała na jej punkcie. Fakt, że „la jolie Jodie” – śliczna Jodie – wystąpiła w tym samym roku w musicalu „Bugsy Malone”, również nominowanym wtedy do Złotej Palmy, zrobił z niej gwiazdę festiwalu. Krytycy po obu stronach oceanu rozpływali się w zachwytach, a BAFTA i nominacja do Oscara sprawiły, że panna Foster stała się najbardziej rozchwytywaną nastolatką w Hollywood.

Co cię nie zabije

– Kiedy ludzie rozpoznają cię na ulicy, zanim straciłaś mleczne zęby, prasa chce wiedzieć, jakie masz zabawki, jakie masz stopnie w szkole i czy masz kontakt z ojcem... Nie jest chyba szczególnie dziwne, że wcześnie uczysz się doceniać coś takiego jak prywatność? – pytała retorycznie Foster w wywiadzie dla brytyjskiego „Guardiana”.

Po medialnym szaleństwie, które wybuchło po „Taksówkarzu”, Los Angeles nagle stało się za ciasne. Jodie nie chciała narażać ani siebie, ani swojego rodzeństwa na opędzanie się od dziennikarzy, więc ustaliły z matką, że następne dziewięć miesięcy spędzi w szkole we Francji. Między zajęciami z literatury i matematyki w języku Moliera zdążyła jednak zagrać w trzech filmach: francuskim, włoskim i brytyjskim „Candleshoe”, do którego zdjęcia kręcono w Londynie. Gdy przyszła pora na powrót do Kalifornii, medialna histeria już dawno przycichła. Jodie wróciła do liceum, zwolniła tempo pracy i dostała się na studia na Yale. Aktorstwo – doszła do wniosku – to zajęcie mało intelektualne. Pora na serio zainwestować we własny mózg.

'Taksówkarz' (1976), w którym zagrała, nie mając jeszcze 14 lat, przyniósł jej pierwszą oscarową
nominację. (Fot. FilmStills.net/Film Stills/Forum)"Taksówkarz" (1976), w którym zagrała, nie mając jeszcze 14 lat, przyniósł jej pierwszą oscarową nominację. (Fot. FilmStills.net/Film Stills/Forum)

Studenckie życie wyrwało ją z showbiznesowego bąbla i pochłonęło bez reszty. Szkoda tylko, że przez pierwsze miesiące jej telefon dzwonił bez przerwy. W dzień. W środku nocy. Przed zajęciami i po nich. Nie były to telefony od agentów ani z prasy. W słuchawce najczęściej była cisza, czasem Jodie słyszała ciężki oddech. Potem zaczęły przychodzić listy. Ich nadawca, John W. Hinckley Jr., zawsze prosił o spotkanie. Fan, który miał na jej punkcie obsesję od czasu „Taksówkarza”, przeprowadził się nawet w okolice Yale, żeby móc się z nią spotkać. Albo ją śledzić i podglądać. Foster twardo go ignorowała. Aby jej zaimponować i wreszcie zwrócić na siebie uwagę, kilka miesięcy później Hinckley postanowił zabić ówczesnego prezydenta USA Ronalda Reagana. Reagan i trzy inne osoby zostali ranni.

– Szczerze mówiąc, nie wiem, jak to przetrwałam – wspominała po latach Foster. – Jestem po prostu silna psychicznie. Zawsze byłam twarda i mam dużą odporność na stres. Gdyby było inaczej, tamte wydarzenia złamałyby mnie na wiele lat.

Przez pozostałe cztery lata studiów w kampusie towarzyszyli jej ochroniarze, bo Hinckley nie był jej jedynym stalkerem. Inny mężczyzna, w porę ujęty przez policję, przyznał, że chciał zabić Foster, ale zmienił zdanie po tym, jak zobaczył ją w studenckiej sztuce. Ochrona jeździła też z nią latem na plany filmowe, bo do Jodie szybko dotarło, że jej opinia o aktorstwie miała swoje źródło w niedojrzałości i arogancji. Przy okazji roli w romansie „Stealing Home”, który był spektakularną klapą, wyciągnęła też lekcję na wszystkie następne lata kariery: jej ekranowa siła to nie umieranie z miłości. Jodie Foster powinna grać bohaterki, które mają coś do powiedzenia albo chcą zmienić świat. Takie, jak walcząca o sprawiedliwość ofiara gwałtu w „Oskarżonych”. I jak agentka Clarice Starling w „Milczeniu owiec”. Sukces tych dwóch filmów i dwa przyznane za nie Oscary zrobiły z Foster jedną z największych gwiazd lat 90. Nie byłaby więc sobą, gdyby zaraz po odebraniu drugiej złotej statuetki nie zrobiła sobie urlopu od aktorstwa.

Po drugiej stronie

Reżyserki i producentki w Hollywood początku lat 90. były okazami rzadkimi, ale w przeciwieństwie do rajskich ptaków – niechronionymi. Wręcz przeciwnie, męski świat szefów studiów traktował je jak wybryk natury i finansowe ryzyko. Chyba że same umiały zdobyć fundusze albo – o zgrozo – zainwestować własne. Dlatego powierzenie Foster jako debiutu reżyserowania filmu „Little Man Tate” o dziecięcym geniuszu, którego talent oddziela go murem od jego rówieśników, było ogromnym kredytem zaufania. Film cieszył się umiarkowanym powodzeniem i nawet coś zarobił, więc Jodie założyła własną firmę producencką Egg Pictures. W jej znajomość branży nie wątpił nikt. – Ta mała zadaje tak wnikliwe pytania na temat tego, jak powstaje film, że gdybym dziś wpadł pod autobus, byłaby chyba jedyną osobą, która mogłaby zastąpić mnie na planie – mówił o niej reżyser Alan Parker, gdy miała zaledwie 13 lat. Przez dziesięć lat trwania Egg Pictures Foster wyreżyserowała i wyprodukowała kilka filmów, ale żaden nie był kasowym hitem. – Produkcja filmowa to okropna praca, za którą nikt ci nigdy nie dziękuje – mówiła, zamykając ją. Gra w cudzych filmach była o wiele łatwiejsza, miała też już przecież wyrobioną markę reżyserki. – Dobrze było dojść do punktu, w którym udowodniłam sobie, że potrafię to robić. Że jestem w tym niezła – wspominała. – I że już nie muszę popisywać się sama przed sobą.

Stała się twarzą thrillerów, dramatów kryminalnych i psychologicznych. Grała naukowczynie, pisarki, kobiety z misją zemsty. „Kiedy na ekranie pojawia się jej szczupła, trójkątna twarz z zaciśniętymi ustami, a kino wypełnia jej intensywna energia, wiadomo, że widzów czekają dwie godziny napięcia i siedzenia na krawędzi fotela” – pisał o jej roli w „Azylu” krytyk „Timesa”. – No cóż, chyba pora przyznać, że nigdy nie byłam dobra w rolach potulnych narzeczonych, dziewczyn i żon – przyznała niedawno w jednym z wywiadów. Przez całą dorosłą, aktorską karierę nie wystąpiła też na ekranie w bikini ani w skąpym, seksownym stroju. Nie musiała. I wytrwale chroniła przed mediami swoje życie prywatne. Z jednym wyjątkiem.

– Mam nagłą potrzebę powiedzenia czegoś, czego nigdy nie mówiłam publicznie – powiedziała, odbierając osiem lat temu Złoty Glob za całokształt twórczości. – I trochę się denerwuję, ale pewnie nie tak, jak moja agentka. Nazwijmy to swego rodzaju deklaracją. Otóż... jestem singielką.

Zebrane gwiazdy, wiedzące, że Foster pije do plotek dotyczących jej orientacji seksualnej, wybuchnęły śmiechem. Jej dwaj synowie również, choć młodszy schował się na chwilę pod stół. – Mam nadzieję, że nie będziecie rozczarowani, że nie usłyszycie teraz długiego przemówienia na temat mojego coming outu. Ja „wyszłam z szafy” tysiąc lat temu, w epoce kamienia łupanego, przed rodziną, przyjaciółmi i ludźmi, z którymi pracowałam. Ale teraz słyszę, że każda osoba publiczna powinna urządzić konferencję prasową na temat swojego życia prywatnego – powiedziała. I znów przypomniała, że życie nauczyło ją otaczać tę sferę wyjątkową ochroną.

Foster podziękowała publicznie swojej ówczesnej partnerce Cydney Bernard za wsparcie i miłość i zeszła ze sceny przy aplauzie, który niemal zerwał dach z sali. Jej przyjaciel Mel Gibson miał łzy w oczach. Kilka aktorek poprawiało rozmazany wzruszeniem makijaż. A następnego dnia w prasie rozpętała się burza.

Nie brakło komentatorów wytykających Foster uprzywilejowaną pozycję, pieniądze i sławę, które ich zdaniem nakładają na nią obowiązek mówienia o jej homoseksualizmie – jeśli tak się definiuje – przy każdej okazji. Tak jakby ktoś jej tę pozycję i majątek podał na talerzu. Dowodzili, że każda osoba publiczna ma misję normalizowania tego po to, aby innym, którzy zmagają się z ostracyzmem w swoim środowisku, było łatwiej. Aktorka nigdy więcej nie odniosła się do tych opinii, ale swoje życie prywatne nadal trzyma za zamkniętymi drzwiami.

– Co jest najlepszego w tym, że jesteśmy coraz starsi? To, że po czterdziestce przestajemy się tak strasznie przejmować. Nie ścigamy się już sami z sobą – mówiła niedawno w wywiadzie dla portalu dla seniorów AARP. – Potem jest tylko lepiej! Wiek 50+ to dla aktorki nie najlepszy czas, ale kino się zmienia i dziś jest za to pełno świetnych ról dla kobiet po sześćdziesiątce. Nie mogę się doczekać, aż tam dotrę. A po osiemdziesiątce będę tą energiczną staruszką zgarniającą najlepsze epizody. Kiedyś bałam się dojrzałego wieku, bo była to nieznana przyszłość. Teraz już jestem w tej przyszłości i nie mogę się doczekać, co będzie dalej.

Jodie Foster ma 58 lat, urodziła się i dorastała w Los Angeles jako najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Grała w reklamach od trzeciego roku życia, później w telewizyjnych programach dla dzieci i filmach dla nastolatków. Za rolę nieletniej prostytutki w „Taksówkarzu”, którą zagrała w wieku 13 lat, dostała pierwszą nominację do Oscara. W tym samym roku wystąpiła w musicalu „Bugsy Malone” i hitowej komedii „Zakręcony piątek”. Skończyła studia z literatury amerykańskiej na Yale z tytułem magistra, po czym wróciła do aktorstwa. Najsłynniejsze filmy z jej udziałem to: „Milczenie owiec”, „Oskarżeni”, „Kontakt”, „Nell”, „Azyl” czy „Elysium”. Jest uznaną reżyserką, także odcinków seriali, takich jak „Black Mirror” i „Orange Is the New Black”. Od 2014 roku jest żoną fotografki Alexandry Hedison. Z poprzedniego małżeństwa, z producentką Cydney Bernard, ma dwóch synów. Mieszka w rodzinnym Los Angeles.