1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Tina Turner "Tina!"

Tina Turner "Tina!"

W maju 2008 Tina Turner ponownie znalazła się w nagłówkach prasy światowej, ogłaszając swoje nadchodzące tournee. Artystka po raz kolejny podbiła świat ruszając w trasę po Ameryce i Europie.  Ośmiokrotna laureatka Grammy Awards wydała również swój najnowszy album zatytułowany „Tina!”. Płyta zawiera 18. nagrań w tym największe hity, rzadkie wykonania live i 2 nowe utwory: „It Would Be A Crime” oraz „I'm Ready”.

Cztery nagrania koncertowe, które znalazły się na albumie to znakomite wersje “I Can’t Stand The Rain” (live at Amsterdam Arena (1996), “Addicted To Love” (live at London’s Camden Palace (1986), oraz 2 nigdy wcześniej nie wydane na CD utwory w wersjach koncertowych: “The Best” (live at London’s Wembley Arena (2000) i “Let’s Stay Together” (live at Amsterdam Arena (1996).

Ostatni album Tiny Turner ukazał się w 2004 roku – była to kolekcja hitów z nowonagranym singlem “Open Arms”. Album dotarł do # 2 w notowaniu Billboard Top 200.

Światowa sprzedaż płyt Tiny Turner przekracza 170 millionów sztuk, czyniąc tym samym Artystkę najlepiej sprzedającą się rockową piosenkarką wszechczasów i niekwestionowaną Królową Rock ‘N’ Rolla !  Album TINA! z największymi hitami legendarnej Artystki, rzadkimi nagraniami live i 2. nowymi utworami – premiera w połowie października 2008!

EMI Music Poland

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Ekspresowy lifting skóry. Odmładzanie przez nakłuwanie

Nowoczesne zabiegi gabinetowe pozwalaja w krótkim czasie i w mało inwazyjny sposób pięknie odświeżyć skórę, przywrócić jej naturalną promienność.  (Fot. iStock)
Nowoczesne zabiegi gabinetowe pozwalaja w krótkim czasie i w mało inwazyjny sposób pięknie odświeżyć skórę, przywrócić jej naturalną promienność. (Fot. iStock)
Hitem ostatnich miesięcy wśród zabiegów gabinetowych jest Dermapen. Czy jest lepszy od klasycznej mezoterapii? Co dla kogo? Pytamy dr. Franciszka Strzałkowskiego z Kliniki Strzałkowski.

Hitem ostatnich miesięcy wśród zabiegów gabinetowych jest Dermapen. Czy jest lepszy od klasycznej mezoterapii? Co dla kogo? Pytamy dr. Franciszka Strzałkowskiego z Kliniki Strzałkowski.

Dermapen to dobra propozycja dla osób, które boją się zabiegów z użyciem igły. Dlaczego? Bo zamiast strzykawki z igłą tu używa się malutkiego urządzenia z głowicą, w której znajdują się mikroigiełki - nie widać ich, i nie czuć. Wędrująca po skórze główka z mikroigiełkami pulsuje, tworząc równomierną i bezpieczną sieć mikronakłuć. Dermapen 4 generuje aż 1920 ukłuć na sekundę. Cieniutkie jednorazowe igiełki molibdenowe nie dają reakcji alergicznych, bo nie zawierają chromu ani niklu. Wbijają się na głębokość od 0,5 mm do 3 mm według wskazań określonych przez specjalistę. Zabieg wykonuje się po wcześniejszym miejscowym znieczuleniu twarzy, albo innego obszaru ciała, który poddawany jest zabiegowi. Podczas zabiegu na skórę aplikowane są wybrane wcześniej preparaty ze składnikami aktywnymi.

Na czym polega sekret skuteczności Dermapenu?

- To zabieg, który działa na dwa sposoby: po pierwsze przez mikrourazy wywołane nakłuwaniem, w mechaniczny sposób stymuluje fibroblasty do produkcji kolagenu - mówi dr  Franciszek Strzałkowski z Kliniki Strzałkowski. Nasilają się w ten sposób czynniki wzrostu, które prowadzą do przebudowy skóry. Inicjowane są procesy naprawcze: tworzą się nowe naczynia krwionośne, wzmożona jest synteza kolagenu, elastyny i kwasu hialuronowego. W efekcie skóra staje się gęstsza, bardziej jędrna, lepiej odżywiona, ukrwiona i nawilżona. Po drugie mikronakłuciami „otwieramy” drogę do wniknięcia substancji czynnych do naskórka i skóry właściwej - dodaje dr Strzałkowski.

W trakcie zabiegu nakładane są na skórę aktywne preparaty bądź pozyskane z krwi pacjenta osocze bogatopłytkowe. W zależności od potrzeb skóry, w poszczególnych obszarach, można precyzyjnie dopasować składniki, których najbardziej skóra potrzebuje - np. co innego zaaplikować pod oczy, co innego na czoło, na którym występują przebarwienia.

Po zabiegu skóra jest lekko zaczerwieniona, w delikatnych obszarach np. pod oczami mogą pojawić się lekkie wybroczyny, ale przez to, że są to mikonakłucia, szybko znikają. Po Dermapenie nie występują siniaki ani krwiaki. Skóra goi się szybko i już następnego dnia można wrócić do normalnego funkcjonowania, a ewentualne niedoskonałości da się zamaskować makijażem. Po 3-4 dniach może pojawić się delikatne złuszczanie naskórka. Po 5-7 dniach od zabiegu skóra zyskuje „nowy wygląd”: jest bardziej jędrna i elastyczna. Nawet jeden zabieg przynosi widoczne efekty, ale najlepsze rezultaty uzyskuje się po serii 3-4 zabiegów.

Czy nowy Dermapen wyprze klasyczną mezoterapię?

Przypomnijmy - mezoterapia to zabieg, do wykonania którego używa się igły i strzykawki z przygotowanymi wcześniej i dobranym indywidualnie preparatami tzw. mezokoktajlami. Przed nakłuwaniem, wybrane miejsce zostają znieczulone. Nakłuć śródskórnych dokonuje lekarz. Po nakłuciach tworzą się małe depozyty, które w ciągu kilkudziesięciu godzin znikają. Zabiegu zwykle wywołuje delikatny obrzęk skóry, zaczerwienienie, mogą też pojawić się drobne siniaczki a nawet krwiaczki. Już po jednym zabiegu widać poprawę wyglądu skóry, ale najlepsze efekty daje seria.

- W tym sezonie obserwujemy, że wiele naszych klientek nie chce innego zabiegu, chcą tylko Dermapen, bo widzą błyskawiczne efekty, doceniają szybki czas rekonwalescencji po i dlatego zabieg ten w ich ocenie jest najlepszy. Buzia po serii zabiegów jest nie tylko zliftingowana, czy „wyczyszczona” z przebarwień”, ale też wyraźnie odżywiona i rozświetlona. Jest to też dobry zabieg dla początkujących i odpowiedni dla każdej cery.  Ponadto Dermapen można robic przez 12 miesiecy w roku. Jednak przewagą mezoterapii igłowej jest możliwość podania większej ilości preparatu w miejscach, które szczególnie tego wymagają - mówi dr Strzałkowski.

  1. Styl Życia

Archetyp Byka - kreatywny, hojny i zaborczy

Byk wiedzie życie wypełnione kontaktem z ludźmi. Jest rodzinny, domowy, zazdrosny o dobra i ukochane osoby. Ma naturalną potrzebę ochrony bliskich i bywa zaborczy, ale jednocześnie hojny i skłonny do dzielenia się, gościnny i ciepły. (Ilustracja: iStock)
Byk wiedzie życie wypełnione kontaktem z ludźmi. Jest rodzinny, domowy, zazdrosny o dobra i ukochane osoby. Ma naturalną potrzebę ochrony bliskich i bywa zaborczy, ale jednocześnie hojny i skłonny do dzielenia się, gościnny i ciepły. (Ilustracja: iStock)
Zodiakalny Byk wybiera piękno w parze z jakością i umie połączyć przyjemne z pożytecznym. Jest kreatywny, hojny, ale lubi posiadać i bywa zaborczy. Naturę znaku i najbliższe plany, jakie mają dla niego gwiazdy, odkrywa Aleksandra Nowakowska we współpracy z astrologiem Piotrem Gibaszewskim.

Poprzednik Byka na kole zodiaku – koczowniczy Baran – zuchwale zdobył nowe terytorium. Agresywna planeta Mars, silna w Baranie, traci teraz na znaczeniu. Byk stabilizuje wojowniczą energię i odradza ziemię. Osiada w rozległej bezpiecznej dolinie i zostaje rolnikiem, gdyż potrzebuje pewnego gruntu. To  znak żywiołu ziemi, który lubi żyć na żyznej glebie i cieszy się, korzystając z jej plonów.

– Byk jest pokojowy, rolnicy nigdy nie lubili wojen, bo wyniszczały ziemię i zakłócały naturalne cykle prac – mówi astrolog Piotr Gibaszewski.

Archetyp Byka uczy, jak się zadomowić. Uważa, że bujanie w obłokach do niczego dobrego nie prowadzi, bo na lekkość bytu można sobie pozwolić, gdy jesteśmy zakorzenieni. Dopiero gdy wyznaczymy granice i nauczymy się ich bronić, możemy odfrunąć w wyższe wymiary.

– Byk reprezentuje najbardziej pierwotną, podstawową formę ziemi. Jego praca realizuje się na poziomie powolnego, spokojnego przekształcania rzeczywistości – wyjaśnia ekspert, zauważając, że pojawienie się rolnictwa, zwłaszcza w perspektywie dzisiejszej eksploatacji gruntów i przemysłowej hodowli, nie wyszło nam na dobre, chociażby dlatego że jako koczownicy byliśmy zdrowsi.

Z Bykiem z jednej strony wiąże się ingerencja w naturę, a z drugiej jest on patronem ekologii. Jednak nie takim, który walczy, przykuwając się do drzew, tylko pokazuje, jak można naturę kochać i czerpać z niej radość. Tym samym nawiązuje do kultów płodności, które – jak przypomina astrolog – zawsze były hedonistyczne, ekstatyczne, seksualne.

Kobiecy pierwiastek

Patronka Byka – Wenus – to planeta miłości, erotyki, komfortu, obfitości. Jako receptywny pierwiastek żeński jest zasadą twórczą. To ona w dużym stopniu decyduje o mocy kreacji życia. Wpływa na to, czy umiemy się nim cieszyć, określa nasz sposób na doświadczanie dobrobytu. Odpowiada za odczucia estetyczne, uzdolnienia artystyczne, gust i smak. Dlatego z Byka warto brać przykład, jeśli chodzi o rozkoszowania się ziemską egzystencją wszystkimi zmysłami. To znak żyjący zgodnie z rytmem natury, którą odczuwa poprzez dotyk, smak, wzrok, słuch. Jest królem życia, który kocha wygody. Wybiera piękno w parze z jakością, jak nikt łączy przyjemne z pożytecznym i przydatnym. Bywa, że wykazuje skłonność do stylu rustykalnego, a na pewno jest tradycjonalistą. Kocha przytulne wnętrza, w których królują drewno, kolory ziemi, rozłożyste kanapy.

Zodiakalny Byk czerpie przyjemność z własności – czy jest to wyborne wino, rozległe domostwo, czy zieleń drzew na jego działce. – Pasuje do niego coraz bardziej popularny  ruch slow, mieszczący w sobie slow seks czy slow food. Nikt tak jak on nie potrafi  niespiesznie celebrować chwile i wypełniać życie spokojnym rytmem. Natura Byka przejawia się na wsi. Żeby ją zrozumieć, wystarczy pojechać gdzieś na Podlasie czy Zamojszczyznę i zobaczyć polskiego chłopa – z jego uporem, przywiązaniem do miejsca, religii, tradycji, zasad, obyczajów – dodaje Piotr Gibaszewski.

W astrologii medycznej Byk odpowiada za gardło, dlatego jest smakoszem i z reguły świetnie gotuje. To odwołanie do domowego i matczynego Księżyca, ale Bykowi blisko jest też do Wenus, archetypu kobiety kochanki, która mówi „ja chcę”, a Byk to, co chce – posiada.

Posiadam, więc jestem

Byk włada drugim domem astrologicznym, reprezentującym ten obszar życia, w którym wykazujemy się zarabianiem pieniędzy, budując poczucie materialnego bezpieczeństwa.

– Jeśli chodzi o poziom rozsądku i pragmatyzmu, Byk wygrywa chyba wszystkie rankingi. Potrzebuje spokoju płynącego z komfortu ekonomicznego, który zapewnia mu stan posiadania. Tu jest klucz do łączenia go z pieniędzmi. Byk patronuje zresztą giełdzie, symbolizując wzrosty – podkreśla ekspert.  I dodaje, że teraz, gdy planeta Uran przemierza znak Byka – Uranos, bóg Nieba spotyka się z Gają, matką Ziemią i dokonuje głębokiej przemiany myślenia nie tylko o szacunku do natury, ale też o posiadaniu. Piotr Gibaszewski zwraca uwagę, że w zachodnim świecie posiadanie jest czymś istotnym, tymczasem w kulturach pierwotnych wcale tak nie było. Indianie zabierali białym konkwistadorom topory czy łodzie i nie rozumieli, dlaczego oni się na nich wściekali. Nie znali bowiem pojęcia własności, która jest przyczyną kapitalizmu i walki o zasoby.

Jako zależny od materii i stały znak, Byk chętnie podpisuje umowy nabycia ziemi czy nieruchomości. Bliskie mu hasła to: gromadzenie, ograniczanie, zatrzymywanie, zagarnianie dla siebie. Lubi mieć mieszkanie, posiadłość, złoto, antyki, dzieła sztuki... coś konkretnego, na czym można zawiesić oko i tego dotknąć. „To moje” –  mówi potem, zataczając ręką szerokie koło i najchętniej przystawiłby na tym pieczątkę. Zabierz mu coś, a staniesz się największym wrogiem. A rozjuszony Byk to nic przyjemnego! Z łagodnego i uprzejmego zamienia się w furiata.

Wysoka stawka

Byk słynie z tego, że  jest niesamowicie uparty, wytrzymały do bólu, odporny, cierpliwy. Choć cieszy się opinią leniwego,  jest w stanie pracować i to nawet bardzo intensywnie i efektywnie, tylko musi widzieć cel. Gdy chce zarobić na swoje luksusy, zadziwia skutecznością, jest wtedy niepokonany. Do ruszenia się z aksamitnego fotela motywują go pieniądze, ale niemałe. Jego stawki zazwyczaj przewyższają te rynkowe. Byk ma wrodzony talent zarówno do zarabiania pieniędzy, jak i ich wydawania. Nie odkłada na czarną godzinę, ale zabezpiecza się, by zawsze móc cieszyć się życiem. Można by brać z niego przykład, jak cenić własność i jaki pożytek zrobić z gotówki. Potrafi oszczędzać pieniądze, ale nie kosztem swojego komfortu. Najbardziej lubi, kiedy mu zbywa.

Byk to synonim zamożności. Jego ciemną stroną bywa materializm i brak umiejętności odpuszczania.

– Ze swoim powolnym temperamentem jest niechętny zmianom, dlatego stawia opór. Ma problem, żeby coś zostawić, jego zadaniem jest nauczyć się uwalniania – mówi Piotr Gibaszewski. Przywiązanie i posiadanie określają jego tożsamość i pozwalają mu przetrwać, jednak chodzi o to, żeby ta kotwica, która zapewnia byt, nie stała się kulą u nogi. Pozytywna transformacja uczyniłaby z Byka króla życia, który z tego, co namacalne, zrobi bezpieczną przystań dla siebie i ludzi, których kocha.

Długodystansowiec

Jako podopieczny relacyjnej Wenus, Byk wiedzie życie wypełnione kontaktem z ludźmi. Jest rodzinny, domowy, zazdrosny o dobra i ukochane osoby. Ma naturalną potrzebę ochrony bliskich i bywa zaborczy, ale jednocześnie hojny i skłonny do dzielenia się, gościnny i ciepły. Zawsze ceni sobie kontakt z drugim człowiekiem; zwłaszcza fizyczny. Jako że bliskie są mu energie Wenus, seks odgrywa w jego życiu niepoślednią rolę. W wydaniu osób urodzonych w tym znaku jest – a jakże! – zmysłowy. Byk jest namiętny, śmiało posługuje się dotykiem, najchętniej kochałby się od wieczora do południa. W pławieniu się w rozkoszach jest nieposkromionym długodystansowcem.

– Byk jest znakiem seksualnych przyjemności i pragnień. Zeus jako biały byk porywa Europę. W Parlamencie Europejskim wisi obraz przedstawiający ten mit, autorstwa Franciszka Starowieyskiego, który zresztą używał pseudonimu Jan Byk – mówi Piotr Gibaszewski  – Pamiętajmy jednak, że Byk do partnerstwa, jak do wszystkiego, podchodzi ze sporą dawką rozsądku. Nie oczekujmy od niego altruistycznych poświęceń czy mistycyzmu, a raczej umiejętności czerpania radości ze wspólnego wygodnego życia.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej, www. solarius.pl. 

  1. Psychologia

Związek kobiety z młodszym mężczyzną - czy wiek ma znaczenie?

- Istnieje niepisany nakaz społeczny, według którego starsze kobiety są aseksualne. A przecież tak nie jest - mówi psychoterapeutka Olga Haller. (Fot. iStock)
- Istnieje niepisany nakaz społeczny, według którego starsze kobiety są aseksualne. A przecież tak nie jest - mówi psychoterapeutka Olga Haller. (Fot. iStock)
Czy zmiany obyczajowe spowodują, że kobieta, która ma o wiele młodszego partnera, nie będzie budziła zdziwienia lub zgorszenia? A może sprawią, że takie związki staną się powszechne? To bardzo smutne, kiedy wyobrażamy sobie, że tracąc młodość, tracimy siebie, naszą kobiecą tożsamość i prawo do seksualności – mówi psychoterapeutka Olga Haller.

Związki, w których mężczyzna jest starszy od swojej partnerki zdarzają się często, sam w takim jestem. Na odwrót to już rzadkość. Znam całkiem sporo związków: on starszy, ona o wiele młodsza. Bywają dobre i szczęśliwe. Takich, gdzie to ona jest starsza – niewiele. A z różnicą wieku ponad 10 lat nie znam wcale. Taka była tradycja, tak ukształtowała nas kultura. W pierwszym przypadku wydaje się, że jemu ta niesymetryczność nawet czegoś przydaje, na przykład uznania otoczenia. Gdy ona starsza, to raczej jej czegoś brak, i problemy wiszą w powietrzu. Niezrozumienie i zakłopotanie otoczenia, podejrzenia – on szuka matki lub jest interesowny.

Zgoda, takich stałych związków jest niewiele, chociaż romansów pewnie znacznie więcej. Ale nadal wydaje mi się, że kobiety raczej rzadko interesują się o wiele młodszymi facetami. Tego nie możesz wiedzieć! Która się przyzna? Same przed sobą się nie przyznajemy. Nie ma przyzwolenia, by starsze kobiety, jak starsi panowie, mogły się choćby zachwycić młodością, nie mówiąc już, że uwodzić, flirtować... Kobiety paraliżuje wstyd przed śmiesznością.

Przed wieloma laty kobieta, która wydawała mi się stara, a pewnie była o wiele młodsza niż ja teraz, westchnęła: „Ach, gdybym była młodsza”, i popatrzyła na mnie czule. Pomyślałem oburzony: „Coś takiego!”. Innym razem, też dawno temu, jakaś inna pani, o wiele starsza, chciała ze mną tańczyć. Poczułem, że to śmierć bierze mnie w ramiona, i uciekłem. A teraz wstyd, ale tak było... To pewnie był też lęk przed czasem, który zjada nas wszystkich. Związek z młodszym wyostrza problemy atrakcyjności fizycznej, na co młody i głupi zareagowałeś tak brutalnie. Tego też boją się kobiety. Wszystkich nas wiążą normy, co wypada, a czego nie, szczególnie kobiety, gdy są już „w pewnym wieku”. Obawiam się, że tak mocno boimy się przekroczenia tych reguł, że negujemy naszą wrażliwość erotyczną w tym obszarze.

Związek z młodym zawsze dramatycznie podkreśla wiek kobiety, ale i mój, gdy jestem z młodą żoną. Jeśli to trwa dłużej – zmusza kobietę do szczególnych starań, żeby zatrzymać czas. Nawet jeśli partner nie przywiązuje do tego wagi. Są jednak wielkie zmiany w stosunkach męsko-damskich, podwójne standardy w sferze seksu wyraźnie się kruszą. Jedna z moich koleżanek po czterdziestce (świeżo upieczona babcia) jest w związku z 30-latkiem. Mówi, że wreszcie rozumie tych wszystkich starszych facetów pożądających młodych dziewczyn, kiedy teraz sama zachwyca się pięknem ciała partnera – to takie pociągające! Zawrót głowy! A przy tym idealnie się uzupełniają – on dużo może, ona dużo chce. I nie martwi się, że jej ciało nie jest doskonałe – z rozstępami i blizną po porodzie. Inna znajoma (45 lat) dzieli się swoim doświadczeniem: „Może właśnie dlatego możemy cieszyć się z takich związków, bo ta różnica wieku zwalnia kobietę z dalekosiężnych projektów – planów na ślub i życie wieczne, pozwala zanurzyć się w tym, co jest”. Zmieniając jedną regułę gry, łatwiej zmienić kolejne i być w takim związku bardziej w zgodzie z sobą niż z wymogami kobiecej roli. Ale by w pełni się to dokonało, musi minąć trochę czasu. Przecież ile trzeba było czekać, by praca zawodowa kobiet stała się czymś naturalnym. Tak też będzie z prawami kobiet do różnych form ekspresji własnego erotyzmu.

Ale jeśli chodzi o model: on młodszy, ona o wiele starsza, chyba nie przewidujemy jego wielkiej popularności? To zapewne będzie zawsze margines, tak jak marginesem jednak pozostaje model: on o wiele starszy od niej. Być może te dwa marginesy kiedyś się zrównają. Związek starszego z młodszą kobietą ma większe szanse na trwałość ze względu na biologię – możliwość posiadania potomstwa. W drugą stronę spotykamy się z biologicznym ograniczeniem.

Jednak duży potencjał seksualny dojrzałych kobiet, ich doświadczenie i odwaga, często także głód zmian, mogą przyciągać młodszych mężczyzn i prowadzić do tworzenia wolnych związków potrzebnych obu stronom na jakiś czas. Niektóre z nich przetrwają.

Z tradycjami jest tak, że nigdy do końca nie wiemy, na ile napędza je natura, a na ile kultura. Zwykle okazuje się, że kultura bywa silniejsza, niż nam się zdaje. A nam nadal sporo brakuje, by mówić o tym szczerze.

To mów szczerze: jak to z wami naprawdę jest? Trudno otwarcie przyznać się, że interesują nas młodzi urodziwi mężczyźni, że patrzenie na szczegóły męskiego ciała czy śledzenie wzrokiem zgrabnego chłopca może być dla nas ekscytującym zajęciem. I może to dotyczyć realnych kontaktów lub postaci z filmu czy muzyki. Kilka lat temu pozwoliłam sobie na taką fascynację – spędziłam wiele godzin na oglądaniu koncertów Led Zeppelin i słuchaniu zachwycająco zmysłowego i bezwstydnego młodego Roberta Planta… Czy to śmieszne? Może dojrzałej kobiecie to nie uchodzi? Możemy też zachwycić się urokiem nastolatka, zobaczywszy w nim zapowiedź przystojnego mężczyzny. Też niedobrze – powinnam widzieć w nim tylko dziecko, coś ze mną nie tak. Albo w twarzy jakiegoś młodzieńca dostrzec rysy pierwszego chłopaka, aż zabije nam mocniej serce, jak kiedyś… Cięcie wewnętrznego cenzora – i przestajemy patrzeć na świat w ten przyjemnie pobudzający sposób. Odcinamy się od naszej seksualnej witalności. To zablokowanie zubaża nasze życie, pozbawia je smaku. Czasem rodzi agresję, np. szefowe lub nauczycielki tępią młodych, zamieniając nieakceptowane uczucia na agresję.

Kobiety na wszelki wypadek blokują te „nieskromne” zainteresowania, frywolne myśli czy erotyczne tęsknoty, żeby nie narazić się na upokorzenie, krytykę, zawstydzenie. Mężczyźni mają tu dużo więcej swobody, dla nich jest przyzwolenie na odmianę, na rozmaitość...

Począwszy od romansów z młodymi po prostytutki czy sponsoring. Tak, mężczyźni korzystają z prawa do najróżniejszych form ekspresji seksualnej. A sądzi się, że kobieta po czterdziestce powinna traktować młodszych facetów jako synów, a nie obiekty erotyczne. Jeśli jest inaczej, podejrzewa się nas o jakieś odchylenie. Z moich rozmów z kobietami wynika, że istnieje silne tabu – 10–12 lat różnicy to jeszcze OK, ale więcej absolutnie nie! O wiele młodszy partner zbyt mocno kojarzy się z relacją matka – syn, co zabija erotyczne zainteresowanie! Rzeczywiście zabija? A może pod społeczną presją kobieta stosuje mechanizm wyparcia? Dlaczego dla mężczyzn ta blokada nie jest tak mocna? Czemu „Lolita” znalazła na stałe miejsce w kulturze, sankcjonując w pewnym sensie zakazane męskie pragnienia? Czemu nie ma jej chłopięcego odpowiednika?

Nadal upieram się, że kobiety „naturalnie” wolą nieco starszych partnerów, młodsi są dla nich za mało dojrzali. Ja raczej zwróciłabym uwagę na to, jak powszechne i głęboko zakorzenione są przekonania, które odbierają starszym kobietom prawo do seksualności.

Gdy kobieta musi się skonfrontować z przemijaniem, ma cięższe zadanie niż mężczyzna. Tracąc młodość, traci urodę, figurę, a wraz z nią atrakcyjność, z której korzystała w relacjach z ludźmi i która, co gorsza, stanowi w naszej kulturze o jej wartości jako osoby. Traci władzę, możliwość wpływu – przyciągania spojrzeń, uwagi. Jakby stała się niewidzialna. Podczas gdy mężczyzna, starzejąc się, pozostaje atrakcyjny jako partner seksualny, kobieta z każdym dniem rozstaje się z tą szansą. To bardzo smutne, kiedy wyobrażamy sobie, że tracąc młodość, tracimy siebie, naszą kobiecą tożsamość i prawo do seksualności. Istnieje niepisany nakaz społeczny, według którego starsze kobiety są aseksualne. A przecież tak nie jest. Jak bardzo mogłaby pomóc nam świadomość, że wciąż możemy odczuwać erotyczne zainteresowanie światem, w tym mężczyznami, także młodszymi, a nawet o wiele młodszymi? I że nie musimy tego ukrywać, narażając się na kpinę czy etykietę „niewyżytej baby”.

Zauważmy, że to same kobiety potępiają i wykpiwają te starsze, które chcą być wolne od ograniczeń wieku. Może po prostu zazdroszczą, ale nie są tego świadome? Samo uświadomienie sobie czegoś, czego nie akceptujemy, może być uwalniające. Może pomagać rozwinąć się tolerancji. Najwięcej napięcia rodzą te uczucia i potrzeby, które musimy skrzętnie skrywać. Nie powstrzymujmy więc zainteresowania mężczyznami i seksem, mimo że lat nam przybywa.

Myślę, że wyobraźnia już niemal została odblokowana, teraz czas na realne życie. Okropne jest to zamknięcie, też je czuję. A przecież to nie musi od razu oznaczać intencji romansu, lecz jedynie szanse na przepływ energii, wymianę zdań, na taki rodzaj międzypokoleniowego flirtu, który odświeża i odżywia obie strony – odmładza jedną, a dowartościowuje drugą.

To prawda, bliskość młodości doprowadza życiowe soki do zardzewiałego organizmu. Od razu zardzewiałego! Niekoniecznie, starsze organizmy bywają całkiem sprawne, jeśli są zadbane. Seksualność żyje w każdym wieku, od urodzenia do końca, zawsze jest obecna, choć się zmienia. Mamy jeszcze dużo do zrobienia, by się na nią zgodzić i z niej korzystać – rozumnie i swobodnie.

  1. Zdrowie

Kompulsywne objadanie się - choroba, która atakuje ciało, myśli i emocje

Zajadasz swoje emocje, bo jedzenie jest jedyną znaną ci metodą na rozładowanie napięcia, natychmiastową, ale niestety krótkotrwałą. (Fot. iStock)
Zajadasz swoje emocje, bo jedzenie jest jedyną znaną ci metodą na rozładowanie napięcia, natychmiastową, ale niestety krótkotrwałą. (Fot. iStock)
Jeśli dotyczy cię kompulsywne podjadanie – nie wystarczy dieta. Potrzebujesz pomocy psychologicznej. Pierwszy krok to odkrycie, jakie wydarzenia życiowe uruchamiają w tobie potrzebę zajadania emocji.

Gdy jesz, by poczuć się lepiej, obniżyć napięcie i stres – ssanie w żołądku odczuwane po lekkim śniadaniu czy nawet jego braku nie jest przejawem głodu, tylko niepokoju związanego z nadchodzącym dniem. W twoim przypadku śniadanie ma bowiem na celu nie posilić cię, ale odwlec moment wyjścia z domu i rozpoczęcia kolejnego dnia w pracy („Szef znów będzie mieć uwagi do mojego projektu”), a zbyt późny obiad czy wieczorna przegryzka przed telewizorem – mimo wyrzutów sumienia typu: "Znowu zjadłem za dużo i za późno" – utulić złe myśli i uczucia. Bo choć po jedzeniu czujesz się ociężały i senny, to pełny brzuch i błoga sytość są takie przyjemne, że wszystkie troski minionego dnia powoli odpływają w niepamięć. (Właśnie owa ,,błoga sytość”, zapewniająca znane z dzieciństwa poczucie bezpieczeństwa, to coś, za czym najbardziej tęsknią pacjenci będący w trakcie odchudzania).

Jedzenie jak nałóg

Twoja nadwaga to przykrywka dla wielu poważniejszych problemów, niezwiązanych jedynie z przemianą materii czy złymi nawykami żywieniowymi. Wystarczy mały problem, który wytrąci cię z równowagi, ale także drobny sukces, np. uda ci się schudnąć kilka kilogramów, a natychmiast sięgasz po jakiś ,,zakazany owoc”, by poprawić sobie humor albo się za coś nagrodzić. Zajadasz swoje emocje, bo jedzenie jest jedyną znaną ci metodą na rozładowanie napięcia, natychmiastową, ale niestety krótkotrwałą. Po chwilowej uldze pojawiają się jeszcze silniejsze i bardziej bolesne emocje: wstyd, poczucie winy, lęk, obrzydzenie do samego siebie.

W miarę upływu czasu jest coraz gorzej. Zdarza ci się wstawać w nocy, by skubnąć coś z lodówki, albo jechać na stację benzynową, bo w domu zabrakło słodyczy. Bywa, że budzisz się rano i obok łóżka zauważasz ślady nocnej uczty, której w ogóle nie pamiętasz. Być może podjadasz w ukryciu, w szufladach biurka chowasz czekoladki, a na przyjęciu ograniczasz jedzenie, by zaraz po powrocie do domu nadrobić zaległości. Kompulsywne objadanie się to nałóg, podobnie jak alkoholizm czy narkomania. To choroba, która atakuje twoje ciało, myśli i emocje. Sama dieta nie pomoże ci wyzdrowieć.

Dietetyk kieruje do psychologa

Gdy Anna, 29 lat, trafiła do gabinetu dietetyka, był upalny czerwiec. Kobieta była wstrząśnięta swoją tuszą, powiększoną o kolejne kilogramy. Wizyta z początku przebiegała typowo. Najpierw wywiad: wiek, wzrost, przebyte choroby... Następnie: ocena składu ciała, wieku biologicznego, omówienie chorób i dolegliwości. Wszystko przebiegało standardowo do momentu, gdy dietetyk poprosił, by Ania dokładnie opisała, co jadła w ciągu ostatnich 3 dni. Pacjentka nie mogła sobie przypomnieć żadnego posiłku. Trochę lepiej pamiętała wczorajszy dzień: – Wstałam o tej samej porze co zwykle, czyli o 7.00. Wypiłam wodę z cytryną, później była kawa, do samochodu i szybko do pracy. Tam to, co zwykle: dużo stresu i zero jedzenia. Nie mam na nie czasu. Zresztą odchudzam się i dlatego w pracy staram się nic nie jeść.

Po długim zastanowieniu dodała: – Zjadłam jednak jabłko, kilka, nie, kilkanaście śliwek, no i wypiłam ze 3–4 kawy. Po pracy umówiłam się ze znajomymi w restauracji i zamówiłam zupę. Jaką? Chyba tajską i do tego skubnęłam kilka krewetek, trzy, a może cztery… Czy były w cieście? No, zdaje się, że tak. Do domu wróciłam około 19.00 i, niestety, dopadł mnie głód. Na szybko zjadłam dwie–trzy kanapki z żółtym serem. Zrobiłam sobie warzywa na patelni, bo dietetyczne, wypiłam kieliszek wina. W nocy obudził mnie głód, dlatego zjadłam opakowanie migdałów.

Ania jest pacjentem, który oprócz dietetyka potrzebuje pomocy psychologa. Sięga po jedzenie, podobnie jak wiele innych kobiet – niedowartościowanych, żyjących w stresie, przeciążonych obowiązkami domowymi i pracą – po to, by poprawić jakość swojego życia. Bezwiednie podjadają, przeważnie słodycze, np. rodzynki w czekoladzie (130 g, 559 kcal) czy słupek ptasiego mleczka, składający się z 5 sztuk (jedna to 52 kcal). Dlatego pierwszym krokiem w terapii dietetycznej – jeśli się na nią zdecydują – jest zwykle założenie dzienniczka żywieniowego, w którym mają precyzyjnie opisywać, co, ile i kiedy zjadły, skrupulatnie notując też swoje tzw. słabe dni, podczas których nie mogły powstrzymać się przed podjadaniem. Dzienniczki omawiane są na sesjach z dietetykiem przez co najmniej 3 miesiące.

Zadanie domowe

Weź zeszyt i załóż swój „Dzienniczek myśli”. Każdą kartkę podziel na cztery części: „wydarzenie”, „myśli”, „emocje”, „jedzenie”. Ilekroć poczujesz ochotę kompulsywnego sięgnięcia do lodówki albo do szafki po coś słodkiego, zatrzymaj się na chwilę i pomyśl, skąd ten impuls. Co wydarzyło się tuż przed pojawieniem się kompulsji (przymusu, nieodpartej ochoty)? Jeśli np. poczułeś chęć zjedzenia czegoś po rozmowie przez telefon z matką, zapisz: wydarzenie (zadzwoniła mama), myśli („O co znowu będzie mieć do mnie pretensje?”), emocje (lęk, wściekłość, bezradność...).

Po tygodniu prowadzenia dzienniczka, podkreśl na czerwono wydarzenia, po których najczęściej podjadasz. Jeśli okaże się, że po rozmowie z matką – przez najbliższych kilka dni nie odbieraj od niej telefonów albo to ty dzwoń do niej, ale tylko wtedy, kiedy poczujesz gotowość na taką rozmowę.

Zajadacz stresu

Rodzynki w czekoladzie (opakowanie 130 g zawiera 5 porcji po 25 g). Na opakowaniu producent informuje, że porcja (czyli 25 g) zaspokaja aż 18 proc. zapotrzebowania na cukier i 11 proc. na tłuszcze. Ktoś, kto nie kontroluje tego, co je, nie ma świadomości, że wraz z jednym opakowaniem pochłonął właśnie 8 łyżek cukru i łyżkę niezdrowego tłuszczu nasyconego. Rodzynki w czekoladzie to przykład typowego "zjadacza stresu".

  1. Psychologia

Demony przeszłości pozbawiają cię energii? Sprawdź, jak odkryć w sobie wewnętrzną moc

Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Nogi jak z waty, brak energii, uwięzły w gardle głos... Kto lubi tak się czuć? A jednak to dar od ciała, które, skarżąc się na brak oparcia, skłania nas do odkrycia wewnętrznej mocy – pisze psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Nogi jak z waty, brak energii, uwięzły w gardle głos... Kto lubi tak się czuć? A jednak to dar od ciała, które, skarżąc się na brak oparcia, skłania nas do odkrycia wewnętrznej mocy – pisze psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Każda z nas nosi w sobie wiele historii o krzywdzie: nadopiekuńcza matka, nieobecny ojciec, nieczuła babcia, nielojalna przyjaciółka, partner, który porzucił… Wtedy jakoś dałyśmy sobie radę, przeżyłyśmy, podniosłyśmy się z kolan, choć wydawało się, że gorzej już być nie może. Jednak te historie z przeszłości nadal pętają nas niewidzialną liną. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, zupełnie jakby ktoś nagle pociągnął za sznur, i uruchamiają scenariusz wina-krzywda, który ujawnia się w stwierdzeniach: „Byłam wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem”, „Mój ojciec chciał syna” czy „Znów wybrałam niewłaściwego mężczyznę”. Powroty do przeszłości, w której przecież nic już się nie da zmienić, naprawić – pozbawiają nas energii, a złudna nadzieja, że w dorosłym życiu ktoś da nam to, czego nie dali rodzice, odbiera moc.

Moc przychodzi z niemocy

„Chcę ruszyć do przodu, ale coś mnie zatrzymuje”... „nogi mam jak z waty, brakuje mi energii”... „ostatnio często tracę głos” – to kłopoty, z którymi przychodzą do mnie silne kobiety. Silne, bo w świecie zewnętrznym nie ma na nie mocnych, udaje im się wszystko załatwić, zorganizować, zaplanować, dopilnować. Silne, bo wiedzą, czego potrzebują: „Muszę tylko przepracować dzieciństwo”, „muszę zamknąć ostatni toksyczny związek”, „jestem DDA i dlatego nie mogę stanąć na własnych nogach”.  Jak Marta, z którą miałam sesję w zeszłym tygodniu.

– Byłam molestowana seksualnie przez ojczyma – wyznała na samym początku spotkania. – Muszę to wreszcie załatwić. Jak długo można rozpamiętywać przeszłość?! – Ile miałaś lat? – Siedem… to się stało w dzień moich urodzin. Wierzysz mi?

Jasne, że wierzyłam.

Marta kilka razy rozpoczynała terapię. Przerywała, kiedy zbliżał się temat ojczyma, bo nie była gotowa się z nim zmierzyć. Twierdzi, że teraz już jest. – Nie jesteś. Bo wspomnienie przeszłości ciągle wrzuca cię w rolę krzywdzonego dziecka – stopuję ją. – To co mam zrobić? – Wstań z krzesła, stań mocno na ziemi, lekko ugnij kolana, zamknij oczy i poczuj moc swoich ud, bioder, brzucha.

Marta ma mocny brzuch i silne uda, bo od dziecka ćwiczyła lekkoatletykę. Zosia, pacjentka, która zgłosiła się w sprawie „niemocy” po przemocowym związku, nie cierpi swojego brzucha. Jej partner powtarzał, że „spasła się jak świnia”, kilka razy uderzył ją w brzuch, który po ciążach sama nazywa „sflaczałym”.

– Najgorszy był ostatni poród. Dziecko było duże i dwóch lekarzy dosłownie rzuciło mi się na brzuch. Od tamtej pory niewiele czuję od pępka w dół – opowiada.

Biedne te nasze brzuchy, biodra, uda. Bywa, że wiele muszą znosić, ale… „Nasze ciała są jak ziemia, która ma swój krajobraz zmieniający się pod wpływem zabudowywania, parcelowania, kopania i burzenia” – tłumaczy Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”. W historii o Kobiecie Motylu rytualny taniec, na którego pokaz ściągają do Meksyku podróżni z całego świata, wykonuje stara, gruba kobieta. Ma wielki brzuch, cienkie nogi, ciało naznaczone bliznami i rozstępami, szerokie biodra.

„Biodra są szerokie nie bez powodu – w nich mieści się miękko wyścielona kołyska dla nowego życia. Biodra kobiety są dźwignią dla ciała znajdującego się nad i pod nim; są bramą, miękką poduszką, podstawą miłości, schronieniem dla dzieci. Nogi muszą być silne, bo mają dobrze nieść, czasem popędzać, dźwigać w górę, są anillo – obręczą obejmującą kochanków. Natura chce, by ciało czuło, by miało kontakt z przyjemnością, sercem, duszą, dzikością” – wyjaśnia Estés.

Era kobiet bez brzucha

– Och, w naszych brzuchach jest tak wiele: ogień, seksualność, twórczość, energia życia – tłumaczy Ania Rogowska, psycholożka, terapeutka pracująca z ciałem, kobieta zwołująca kręgi, współzałożycielka Szkoły Wrażliwości. – A moc? – Jest moc, ale niekoniecznie rozumiana jako coś mocnego, bywa, że  w brzuchu jest coś bardzo delikatnego, wrażliwego, można powiedzieć, że taka mała dziewczynka. Kobiecie trudno jest się spotkać z czymś tak delikatnym. Jedna moja pacjentka odkryła w swoim brzuchu ogień, który miał różne aspekty: był zimny, ale też gorący. Wystarczyło go poznać, zaufać mu, by łatwiej wyrażać siebie.

Zdaniem Ani kobieca moc nie zawsze musi być intensywna, dzika, dynamiczna. Jeśli jest subtelna, czuła – uczy wrażliwości i delikatności wobec siebie. Czucie siebie w ten sposób sprawia, że już nie można się zgadzać na wszystko czy wyrządzać sobie krzywd.

Ania mówi, że żyjemy w kulturze kobiet bez brzucha; „nie wypinaj się”, „wciągnij brzuch”, a przecież brzuch nawet bardzo szczupłej kobiety jest lekko wypukły. Chyba że kobieta żyje na wdechu, np. z lęku, że wypuszczenie powietrza oznacza deformację figury. Życie „na wciągniętym brzuchu” sprawia że nogi są słabe: drżące uda, sztywne kolana, niestabilne kostki. Kulisz się: szyję chowasz w ramiona, zamykasz klatkę piersiową, ręce nie mają odwagi ani sięgać, ani wyznaczać granic. Głos ci drży, każde „nie’’ więźnie w gardle. W twoim ciele „bez brzucha” nie ma mocy. Bez niej nie ruszysz do przodu, bo przeszłość będzie ściągać cię do tyłu. Bez niej nie rozliczysz się z przeszłością, bo będąc w tamtej roli – krzywdzonego dziecka czy krzywdzonej kobiety – nie zrobisz nic więcej, niż zrobiłaś wtedy.

Kiedy puścisz brzuch, poczujesz swoją moc, dogrzebiesz się i do ognia, i do wrażliwości, i do traum małej dziewczynki, która w przeszłości nie mogła się obronić, bo była dzieckiem.

Ja chcę czuć

– Niedawno przyszła do mnie kobieta, która nie mogła wyrazić samej siebie, nie czuła siebie – opowiada Ania Rogowska. – Okazało się, że blokada była właśnie w brzuchu. To był ogień, którego się bała. Po tym odkryciu kobieta zaczęła malować.

Zdaniem terapeutki pierwszym krokiem w procesie odkrywania mocy w brzuchu jest decyzja, że „ja chcę czuć”. To postanowienie, którego już nie da się odwrócić czy zignorować. Drugi krok to ciekawość, która daje odwagę do wyruszenia na spotkanie z brzuchem. Kolejny to wchodzenie w głąb, poczucie siebie od środka i słuchanie tego. To uczy zaufania. Brzuch staje się wtedy czułym narzędziem do nawigowania i portalem do kontaktowania się z różnymi siłami.

– A co z lękiem? – pytam, wspominając te wszystkie dzielne i silne kobiety, które spotkałam na swojej drodze.

Aneta, pilotka samolotu, w wieku 35 lat przestała miesiączkować, a kiedy poprosiłam, żeby położyła dłoń na brzuchu, wybiegła z gabinetu, szlochając. Mirka od 13. roku życia cierpiała na zaburzenia odżywiania, w trakcie sesji oddechowej puściła brzuch, a kiedy jej ciało zaczęło drżeć, powiedziała, że się boi, bo nie wie, co się z nią dzieje.

– Lęk przed schodzeniem w głąb brzucha jest naszym sprzymierzeńcem, ponieważ wymaga niezwykłej uważności na to, czy ja naprawdę mogę już tam wejść, czy jestem gotowa – tłumaczy psycholożka. – Podpowiada, jakie powinny być spełnione warunki: bardzo bezpieczna przestrzeń, odpowiedni czas, wolne tempo. Nie można tego procesu popędzać, a przecież żyjemy w czasach, gdzie wszystko ma być szybciej.

Odkrycie kobiecej mocy wymaga odwagi dotknięcia tego, co boli, i czucia. Czasami łatwiej jest czuć to, co było kiedyś, a nie to, co jest teraz. Dlatego tak bardzo wrzuca nas w role z przeszłości. Bezpieczniej jest czuć rodowe cierpienia niż „tu i teraz”. Trudno jest przytrzymać się w tym: położyć się i czuć, nie robić nic, tylko być.

–Nie pomogą ci w tym żadne superwarsztaty, supermetody terapeutyczne czy superterapeuci, jeśli nie odkryjesz swojego świadomego „chcę”, nie poczujesz gotowości,  granic, które możesz przekroczyć, tajemnic, które możesz ujawnić – tłumaczy Ania.

W kontakcie z brzuchem - ćwiczenie

  • Połóż jedną dłoń na brzuchu, a drugą na sercu.
  • Poczuj, czy to już ten czas, żeby posłuchać, co w tobie tu i teraz.
  • Pamiętaj, jeżeli nie będzie w tobie gotowości, żadna metoda nie pozwoli ci skontaktować się z prawdziwą mocą.
  • Jeśli naprawdę chcesz, brzuch cię poprowadzi; nie spiesz się, bądź uważna, delikatna, rób to z miłością.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet; www.terapiavia.com.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.