1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Żegnamy Pawła Królikowskiego. Przypominamy jeden z piękniejszych wywiadów, których nam udzielił

Żegnamy Pawła Królikowskiego. Przypominamy jeden z piękniejszych wywiadów, których nam udzielił

Paweł Królikowski (Fot. BEW PHOTO)
Paweł Królikowski (Fot. BEW PHOTO)
Dziś nad ranem po długiej chorobie zmarł Paweł Królikowski - aktor filmowy, telewizyjny, teatralny i dubbingowy. Miał 58 lat. Przypominamy wywiad, którego udzielił nam kilka lat temu na łamach naszego pisma. 

"Odkrywca nowych lądów" - Paweł Królikowski w rozmowie z Mają Jaszewską, Zwierciadło 2010

Nie zwierza się byle komu. Potrafi przemilczeć sprawę ze zrozumieniem. Nie musi być sympatyczny, uczciwy – tak. Zna tajemnicę miłości i ma własną bezpieczną przystań. Taki jest współczesny mężczyzna według Pawła Królikowskiego.

Słychać wokół, że doświadczamy kryzysu męskości. Psychologowie twierdzą z kolei, że męskość ma się świetnie, a przekształca się rola mężczyzny w świecie. Co pan o tym sądzi?
Niespecjalnie wiem, co to znaczy być tak zwanym prawdziwym facetem. Jeśli już zdarza mi się na ten temat myśleć, choć nie spędza mi on snu z powiek, to wydaje mi się, że być facetem oznacza tyle samo, co być ojcem, tyle że nie ogranicza się to jedynie do biologicznej kwestii. Daleki jestem od jakichś ideologicznych wezwań do prokreacji. Chodzi mi raczej o męskie zdolności kreacyjne. Dobrze, jeśli mężczyzna ma w sobie element twórczy, umie coś stworzyć, zrobić, wymyślić, być ojcem wielkiego przedsięwzięcia, zdarzenia, idei. Może to być chociaż stół czy krzesło. U podłoża męskiej potrzeby kreacji leży zawsze takie samo zauroczenie, jakie żywimy w stosunku do pięknej kobiety. Ono wyzwala w nas namiętność powoływania do życia nowego. I jeżeli spojrzeć na męskość z tego punktu widzenia, to wydaje mi się, że z jej kondycją nie jest tak źle.

Widziałam niedawno reklamę: mężczyzna szyje na maszynie, kobieta trzyma w ręku śrubokręt. Czy to obraz nowych wzorców?
Zmieniło się wyobrażenie zakresu działań przypisywanych w naszej tradycji kulturowej tzw. mężczyznom. To jest wyraźnie zauważalne. Takie zmiany to zresztą nic nowego w historii ludzkości. Nie tylko przed mężczyznami otwierają się nowe horyzonty zachowań, przed kobietami także. I tak jak wszystkich odkrywców, również nas te nowe lądy napawają lękiem, ale i nadzieją.

Czy kobiety nie oczekują dziś niemożliwego? Wedle dawnego modelu, nasi mężczyźni mają być odważni, silni i dzielni, a jednocześnie – według współczesnego wzorca– delikatni, wrażliwi i empatyczni.
Moja bliska znajoma, szukając przez dłuższy czas odpowiedniego dla siebie partnera, powiedziała mi kiedyś: „Wiesz, z długiej listy życzeń, jak powinien wyglądać mój wyśniony książę na białym koniu, zostało mi na dzisiaj już tylko jedno – żeby był żywy”. I nie jest to z jej strony dowód rezygnacji czy pesymizmu. To głębokie i mądre stwierdzenie, dające szansę wyśnionemu zdobywcy jej serca, by całą paletę pozytywów podarował jej z własnej nieprzymuszonej woli, zamiast spełniać listę wymagań wedle jakiejś abstrakcyjnej instrukcji obsługi. Myślę, że to stawianie żądań wynika nie tylko z tego, że kobiety zmężniały i chcą od życia więcej. Wszyscy zrobiliśmy się bardziej roszczeniowi. Wiemy, czego chcemy, i szukamy partnerów, którzy pomogą nam to osiągnąć. Nie ma w tym nic złego. Istnieje jednak ryzyko, że jak się zagalopujemy, doprowadzi to do braku empatii i traktowania drugiej osoby instrumentalnie. A tym samym zniknie spontaniczność uczuć.

W 30 krajach zbadano wyobrażenia na temat mężczyzn i znaczna część postulatów okazała się podobna. Są na tej liście cechy takie jak odważny, pomysłowy, ale też szorstki, arogancki…
Wiele z nich pozostaje ze sobą w sprzeczności i to również jest prawdą o nas, mężczyznach. Jesteśmy bowiem pełni niedoskonałości i skrajności. Można być jednocześnie i szorstkim, i bardzo opiekuńczym. Oschłym, wymagającym i czułym. Bycie sympatycznym nie jest najważniejsze. Sympatyczny nie znaczy uczciwy, a to uczciwość jest podstawą męskości, bo przekłada się na odpowiedzialność za swoje czyny, za wszystko, czego stajemy się autorami, w tym za rodzinę, dzieci...

Jakich miał pan męskich idoli w dzieciństwie?
Nie pamiętam, bym w ogóle ich miał. Podziwiałem raczej pojedyncze zachowania i to bez względu na to, czy chodziło o mężczyznę, czy kobietę. Imponowały mi takie, w które wpisane było dobro. Do dziś brzydzę się trochę facetami, którzy epatują swoją siłą, bo podejrzewam w tym jakąś ogromną słabość. Oczywiście, dobrze być bardzo silnym, ale ci silni zapominają czasem, że aby zademonstrować swoją siłę, trzeba wykorzystać czyjąś słabość. Oni również mają słabe punkty, które prędzej czy później mogą zostać przez kogoś odkryte.

Chodziło mi raczej o wzór siły charakteru…
O, tak wolę myśleć o sile. Ale nie zapominajmy, że ważny jest też cel działania. Można przecież z uporem i konsekwentnie podpiłowywać most, po którym chodzą ludzie. Sądzę, że zwłaszcza dzieci i młodzież mają doskonały zmysł oceny czystości intencji. Stąd się pewnie bierze ich skłonność do buntu i rewolty, do bezkompromisowego wyrażania swojego zdania.

Bardzo się pan buntował w wieku chłopięcym?
Tak, ale ponieważ pochodzę ze skromnego nauczycielskiego domu, to wiedziałem, że świat jest tak skonstruowany i nie mogę się buntować przeciwko wszystkiemu. Wpojono mi pokorę wobec ludzi i świata. Domowy katechizm głosił też, że należy reagować na czyny, które wydają nam się naganne, natomiast to, co sami robimy, wykonywać najlepiej jak tylko potrafimy.

Dzisiaj też zdarza się panu być buntownikiem?
Bez dozy adrenaliny i testosteronu nie da się zrobić pewnych rzeczy. To jest naturalny instynkt samozachowawczy. Tylko współczesny świat tak to sformatował, że na naturalne przecież odruchy właściwie nie ma miejsca, bo są odbierane jako prostackie i nieprzystojne. Dzisiejsze prawo nie pozwala bronić fizycznie swojej rodziny czy wybranki serca i, jak trzeba, dać w pysk natarczywemu napastnikowi. Należy czekać na policję. A to się może bardzo źle skończyć.

Czy jest coś, czego pan nie lubi w kobietach?
Raz w życiu zdarzyło mi się być świadkiem, jak kobieta mówiła bardzo pogardliwie o swoich mężczyznach. Byłem wtedy dla niej wyjątkowo niemiły.

Muniek Staszczyk śpiewa, że chłopaki nie płaczą.  Rzeczywiście nie?
W tej piosence jest tak piękna łza na rzęsie, że trzeba być ślepym, by jej nie dostrzec. Dużo prościej śpiewał o tym Andrzej Sikorowski, że łzy to znak, że bije serce, a to przecież żaden wstyd. To też jest o męskim ego. Męska łza zawsze budzi ogromne emocje u tych, którzy ją widzą – i to zarówno pozytywne, jak i negatywne. Jesteśmy trochę inaczej skonstruowani, więc trudniej nam płakać. To wynika z fizjologii.

A może z tego, że od dziecka słyszycie:„nie płacz, nie bądź babą”?
Myślę, że to jednak fizjologia ogranicza nasze łzy. Gdyby w trudnej sytuacji facet się wypłakał, to by przejrzał na oczy. Tak jak kobieta – wypłacze się i od razu lepiej widzi swoją sytuację. A facet nieraz do końca życia chodzi z tymi suchymi ślepiami i nie potrafi się otrząsnąć.

Mężczyznom trudniej mówić o emocjach i je nazywać?
Nie, ale mam wrażenie, że emocje są w nas inaczej poukładane. Mężczyźni chętniej mówią o złości, wściekłości, konieczności bycia stanowczym, bo to daje im poczucie mocy.

Doświadczamy wielu zmian obyczajowych. Ojcostwo też się zmienia?
Świat, w którym byłem synem, posługiwał się innymi narzędziami niż ten, w którym sam jestem ojcem. Zawsze się mówiło, że z pokolenia na pokolenie wszystko się zmienia, ale myślę, że te zmiany dotyczą spraw zewnętrznych – zachowań, stylu i tempa życia, a istota rzeczy pozostaje ta sama. Nie zmienia się fakt, że ojcostwo jest instytucją konieczną, czasami nakazową i bezpośredniego przymusu, innym razem charytatywną. Dzieci późno dostrzegają wysiłek i pozytywne efekty tej instytucji, jak i to, że nosi ona swoje imię i nazwisko.

Podobnie jest z macierzyństwem. Dopiero wychowując własne dzieci, zaczynamy rozumieć rodziców.
Człowiek staje się empatyczny jedynie poprzez własne doświadczenia. Empatia z wyobraźni nie istnieje. Takim jest się ojcem, jakim człowiekiem. W sumie liczba błędów jest zbliżona do ilości genialnych posunięć, dzięki czemu – jak uczy historia ludzkości – ten mecz szachowy rodziców o dzieci jest wygrany na korzyść dzieci. Tkwi w nas imperatyw, żeby dla nich działać w jak najlepszej wierze. Pozostałe przypadki to patologia.

Być ojcem córek jest inaczej niż ojcem synów? Najpierw miałem dwóch synów i chociaż bardzo ich kochałem i czułem się za nich odpowiedzialny, to moje ojcostwo było trochę chłopięce. Dopiero jak się urodziła Julka, a potem Marcysia, zrobiłem się miękki w nogach. Słowa „ojciec” i „tata” nabrały zupełnie innego brzemienia. Z żartobliwego staccato przeszły w płynne legato. Stały się kuliste. Ta ich miękkość wynika z wielu rzeczy – z naszego umiłowania do kobiet, z pewnego rodzaju rozczulenia i zawstydzenia, że oto rosną obok nas. Cały ten świat tajemnicy, spraw dzielonych tylko z mamą, powoduje, że człowiek czuje się nieraz we własnym domu jak portier. Ale to jest fajne i miłe. Ostatnio gotowałem obiad i bez specjalnej nadziei zapytałem córki, czy pomogą mi obrać ziemniaki. Jak one ślicznie i zgrabnie to zrobiły tymi swoimi małymi łapkami! Jak bardzo zrobiło mi się miło i jak nam potem ta zupa smakowała!

 
Co pana zdaniem jest najbardziej niemęskie, nie przystoi facetowi?
Brak szacunku do innych facetów. Bo do kobiet mężczyzna zawsze żywi szacunek, choćby na zwierzęcym poziomie. Ale obrzydliwe i niemęskie jest, kiedy facet wykorzystuje okoliczności czy chwile dominacji, by upokorzyć innego mężczyznę. To przykład kompletnego ześwinienia. Bardzo wyraziście opisał to Waldemar Łysiak we „Flecie z Mandragory”, kiedy jeden z bohaterów, patrząc na zmasakrowane torturami, a niegdyś niewyobrażalnie mocne i piękne, ciało mężczyzny kochanego przez wiele kobiet, z pogardą mówi, że całe to piękno sczezło bezpowrotnie. To ohydna dominacja gnoma nad czymś mocnym i dobrym. W podobnych sytuacjach czuję bezradność, choć powinienem, wzorem średniowiecznego rycerza, wyjąć miecz i wymierzyć sprawiedliwość.

Rycerski kanon stał się podstawą europejskiego wzorca męskości. Podobno w Polsce najsilniej?
O tak, wyobrażenie rycerskich cech jest bardzo efektowne i robi wrażenie, ale obawiam się, że jest dalekie od rzeczywistości. Nie mówiąc już o tym, że faceci w moim wieku, w czasach, gdy ta rycerskość była żywa, niewiele już mieli na jej temat do powiedzenia. Byli dziadami z siwą brodą, opowiadającymi smalone duby swoim wnukom.

Czy mamy do czynienia z coraz większą feminizacją męskiego ciała?
W aktorskim środowisku charakteryzacja czy make up to rzecz konieczna. Ale, rzeczywiście, dostrzegam tę metroseksualność, o którą pani pyta. Nadmierną dbałość o fizyczność i jednoczesne pozostawanie zaprzysięgłym samcem.

A to się nie wyklucza? Jak tu machać mieczem, skoro można się od tego spocić, a to przecież takie nieestetyczne?
Można w jednej ręce dzierżyć miecz, a drugą spryskiwać się dezodorantem. Tyle że potrzeba do tego trochę wprawy. A tak serio – ta męska dbałość o wygląd nie jest wymysłem naszej cywilizacji. Wystarczy spojrzeć na mężczyzn w XVII czy XVIII wieku. Chodzili upudrowani, w rajtuzach i perukach, z szablą u boku, ale też brylantowym młoteczkiem za pazuchą do zabijania wszy.

Czy feminizm przyniósł mężczyznom coś dobrego?
Dosyć słabo orientuję się w ruchach feministycznych. Najlepiej mi znanym jest feministyczny ruch mojej żony w domu i podporządkowuję się mu w zupełności. Znoszę niezrozumiałe dla mnie ideologie i wiem, że to, czego nie rozumiem, jest po prostu tajemnicą miłości.

Może za mało zachwycamy się tajemnicą naszych odmienności, stąd tyle rozczarowań?
Związek nigdy nie będzie idealny, a lepsze bywa wrogiem dobrego. Dość późno odkryłem, że recepta na szczęście tkwi w tym, żeby się nie bać wspólnego przeżywania codzienności. Wtedy pojawia się przyjemność z robienia rzeczy nieciekawych, nawet ze wspólnego nudzenia się, bez specjalnego rozdrapywania każdej sprawy i rozważania każdego gestu. Potrzeba rozwikłania tajemnicy za wszelką cenę bywa destrukcyjna, bo wścibstwo, krótko mówiąc, jest upierdliwe. Zaufanie to szlachetny kruszec. Przyniesie korzyść, jeśli zrozumiemy jego sens. Ale chyba zaczynam opowiadać pierdoły tonem starego rabina…

Kobiety mówią innym językiem niż mężczyźni?
Mam wrażenie, że kobietom mówienie przychodzi zdecydowanie łatwiej niż mężczyznom. Mowa u facetów jest ulokowana znacznie głębiej, natomiast u pań zamieszkuje już na ganku domu, może nawet przy furtce, a kto wie, czy nie na sąsiedniej uliczce. Męskie słowa są schowane i jeśli już się pojawią, widać na nich ślady przebytej drogi. Kobiece mówienie bywa czasami bardzo dziewicze, nietknięte wędrówką…

Co jest najtrudniejsze w byciu mężczyzną?
Mógłbym powiedzieć, że monogamia, ale to byłby żart niepoprawny politycznie, religijnie i obyczajowo. W moim przypadku najtrudniejsze jest zachowanie stałego poziomu optymizmu.

Kobiety chętnie się zwierzają, a mężczyźni?
Mężczyzna nie zwierza się byle komu, ale jeśli ma duży problem, to chciałby znowu być synem i mieć blisko ojca, z którym dałoby się omówić sprawę albo nawet przemilczeć ją ze zrozumieniem.

Richard Rohr, franciszkanin, autor książek o mężczyznach, twierdzi, że duchowość jest męską specyfiką. Zgadza się pan z tym?
To jedyny obszar, w którym czuję się w miarę bezpiecznie, pomimo że właśnie tam znajduje się najwięcej miejsc, które – poruszone wyobraźnią – mogą narobić sporo kłopotu. Na szczęście, nie są tam wymagane precyzyjne odpowiedzi na trywialne pytania. Dlatego duchowość to bezpieczna przystań dla mężczyzny. Pozostawmy ją więc wolną od słów…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Musical "Waitress" – premiera w Teatrze Muzycznym ROMA

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Broadwayowski musical „Waitress” opowiadający o kobiecie, która próbuje wyrwać się z nieudanego małżeństwa, zadebiutuje dziś na deskach Teatru Muzycznego ROMA. Wzruszająca i zabawna opowieść spotkała się z uznaniem publiczności i krytyków na całym świecie. Czy równie ciepło zostanie przyjęta przez polskich widzów?

Premiera musicalu „Waitress” odbyła się na nowojorskim Broadwayu w 2016 roku. Muzykę i teksty piosenek napisała Sara Bareilles, a libretto przygotowała Jessie Nelson (w oparciu o film według scenariusza i w reżyserii Adrienne Shelly). Spektakl przedstawia historię kobiety, która próbuje wyrwać się z toksycznego małżeństwa, odzyskać wolność i możliwość samodzielnego decydowania o własnym losie. Jej historia pokazuje, że „odchodzenie” to bardzo złożony proces, a istotną rolą odgrywają w nim przyjaciele, zapewniający kobiecie wsparcie.

Musical jest bardzo współczesny, nie tylko jeśli chodzi o fantastyczną muzykę, charakterystykę postaci i znakomicie poprowadzoną fabułę, ale także o nadrzędną tematykę. Bo oprócz tego, co dzieje się pomiędzy bohaterami na poziomie zwykłych wydarzeń, jest to spektakl o roli kobiet w dzisiejszym świecie, o ich emancypacji, która cały czas trwa – i o tym, że mają same prawo do decydowania o sobie. Te sprawy są cały czas aktualne, bo, niestety, ciągle nieoczywiste.

Autorki i realizatorki doskonale wiedziały, o czym robią spektakl – bo libretto, muzykę i teksty piosenek napisały dwie kobiety, a kolejne spektakl wyreżyserowały i zrobiły do niego choreografię. Inscenizacja, wydobywając te poważne kwestie, nie skupia się jednak tylko i wyłącznie na nich. Musical koncentruje się na konkretnych postaciach, bo tylko opowiadanie fabuły przez pryzmat indywidualnych doświadczeń ma sens i sprawia, że widz może sam odnieść się do tego, co widzi na scenie.

– Nie chcemy moralizować, osądzać wyborów bohaterów. Niech widzowie dokonają tych ocen sami, jeśli mają na to ochotę. Warto jednak najpierw spojrzeć w głąb własnego „ja” – i dopiero potem oceniać innych. To też jest ważne przesłanie „Waitress”. W tym musicalu sprawy układają się dokładnie tak jak w życiu: chwile złe przeplatają się dobrymi, a uśmiech z momentami załamania. Ale to wszystko do czegoś prowadzi. Jak śpiewa główna bohaterka: „momenty złe zyskują sens, gdy kończą się przemianą”. Właściwie nie oglądamy na scenie bohaterów idealnych, bez skazy. Dlatego historia, którą opowiadamy jest taka prawdziwa – mówi reżyser Wojciech Kępczyński.

Polska premiera musicalu „Waitress” już dziś w Teatrze Muzycznym ROMA.

  1. Kultura

Kino noir – zestawienie najlepszych filmów

„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
"Wielki sen" z Humphreyem Bogartem, "Gilda" z Ritą Hayworth, "As w potrzasku" z Kirkiem Douglasem, czy "Proszę nie pukać" z Marilyn Monroe to kultowe filmy, które zna prawie każdy. Reprezentują one tzw. kino noir - gatunek, w którym królują czarno-białe kadry, najczęstszym tematem jest zbrodnia, a głównym bohaterem prywatny detektyw z piękną kobietą u swego boku. Zapraszamy na nasz przegląd najlepszych filmów noir.

Kino noir to popularny w latach 40. i 50. XX wieku gatunek w kinie amerykańskim, którego powstanie ściśle wiązało się z atmosferą pesymizmu i niepokoju, jaka zapanowała w Stanach Zjednoczonych wraz z wybuchem II wojny światowej. Sam termin wywodzi się natomiast z francuskiego filmoznawstwa, a po raz pierwszy użyty został w 1946 roku przez krytyka Nino Franka. Historie tzw. „czarnej serii” opierano głównie na klasycznych amerykańskich powieściach kryminalnych. Najczęściej pokazywały one niewyjaśnione zbrodnie, jednak bez moralizowania, happy endów i jasnego podziału na dobro i zło. Głównymi bohaterami zwykle byli prywatni detektywi, przeciętniacy przypadkowo wplątani w świat przestępczy oraz tzw. kobiety fatalne, czyli femme fatale. Najczęściej wybieraną lokacją było natomiast miasto, którego mroczny klimat uzyskiwano za sprawą charakterystycznych środków wizualnych: wyrazistych cieni, mocnych kontrastów i agresywnego montażu.

Najbardziej znanym aktorem kina noir był Humphrey Bogart. Wykształcił on charakterystyczny typ męskiego bohatera – prywatnego detektywa lub przestępcy, cynicznego ironisty i zatroskanego twardziela w prochowcu i z papierosem. Wraz ze swoją żoną Lauren Bacall, która partnerowała mu m.in. w „Wielkim śnie” oraz „Mrocznym przejściu” tworzyli najpopularniejszą parę kina noir, podobnie jak Adrian Ladd oraz Veronica Lake („Pistolet do wynajęcia”, „Błękitna dalia”). Ikoną gatunku stała się również Rita Hayworth („Gilda”, „Dama z Szanghaju”) oraz Jane Greer, kultowa odtwórczyni ról kobiet fatalnych. Innymi znaczącymi aktorami kina noir byli też m.in. James Cagney, Richard Conte, Richard Widmark oraz Robert Mitchum. Do najpopularniejszych filmów noir możemy zaliczyć:

„Sokół maltański” (1941)

Pierwszym w historii filmem noir był „Sokół maltański” w reżyserii debiutującego wówczas Johna Hustona. Grupa podejrzanych osobników nie cofnie się przed niczym, aby zdobyć drogocenny skarb - wysadzoną klejnotami statuetkę sokoła. Detektyw Sam Spade (w tej roli znakomity Humphrey Bogart) za wszelka cenę pragnie dowiedzieć się, dlaczego tak bardzo zależy im na jej zdobyciu - i kto stoi za zamordowaniem jego partnera. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jerome Cowan, Mary Astor oraz nominowany do Oscara Sydney Greenstreet.

Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot.  Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot. Film Stills/Forum)

„Gilda” (1946)

„Gilda” Charlesa Vidora to jeden z najsłynniejszych filmów w dorobku aktorskim Rity Hayworth. Jego akcja toczy się w Buenos Aires, a głównym bohaterem jest nałogowy hazardzista Johnny Farrell (Glenn Ford), który zatrudnia się w jednym z tamtejszych kasyn. Wszystko komplikuje się, gdy żona przełożonego, piękna Gilda, okazuje się być dawną kochanką Johnny'ego. Produkcję krytykowano za prowincjonalność, utrwalanie szkodliwych stereotypów, a nawet przesadne epatowanie seksualnością Hayworth. Mimo to, film odniósł wielki sukces, a dziś zaliczany jest do klasyki amerykańskiego kina.

Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Wielki sen” (1946)

Filmowa ekranizacja powieści Raymonda Chandlera „Wielki sen” to klasyk nie tylko kina noir, ale również kina detektywistycznego. Tytuł został dodany do National Film Registry, a także znajduje się na liście arcydzieł magazynu „Empire”. Prywatny detektyw Philip Marlowe zostaje wynajęty przez generała Sternwooda, aby rozwikłać sprawę szantażowania jego córki Carmen, która popadła w długi u księgarza Arthura Geigera. Na pozór rutynowa sprawa prowadzi bohatera do mrocznego półświatka Los Angeles pełnego gangsterów, morderców i zepsutych bogaczy. W rolach głównych wystąpili wspomniani wcześniej Humphrey Bogart i Lauren Bacall.

Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Pocałunek śmierci” (1947)

„Pocałunek śmierci” Henry’ego Hathawaya to kolejny klasyczny obraz kina noir. Po nieudanym napadzie na jubilera złodziej zostaje schwytany i odmawia wydania swoich wspólników. Bohater zmienia jednak zdanie, gdy dowiaduje się, że jego żona popełniła samobójstwo. Film był również bardzo udanym debiutem aktorskim Richarda Widmarka, który za drugoplanową rolę psychopatycznego zabójcy otrzymał Złoty Glob oraz nominację do Oscara. Krytycy byli zgodni: aktor stworzył „błyskotliwą kreację, która utrwaliła jego image na wiele lat”.

Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)

„Dama z Szanghaju” (1947)

Kultowa „Dama z Szanghaju” z Orsonem Wellesem po obu stronach kamery opowiada historię marynarza Mike'a O'Hary, który dołącza do rejsu z państwem Bannister, a tym samym zostaje wplątany w morderczą intrygę. Film zaczyna się, gdy Elsa Bannister (Rita Hayworth) zostaje napadnięta przez młodych złodziejaszków podczas spaceru w parku. Gdy pomocy udziela jej Mike, ta proponuje mu, aby zaciągnął się na jacht jej męża. Problem w tym, że na pokładzie przebywa także detektyw Sidney Broome i Grisby, który proponuje O'Harze 5000 dolców za sfingowanie własnej śmierci...

Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Asfaltowa dżungla” (1950)

Gangsterski klasyk kina noir „Asfaltowa dżungla” polecali niegdyś w kultowym cyklu „Perły z lamusa” Tomasz Raczek i Zygmunt Kałużyński - to chyba najlepsza rekomendacja. Pewien złodziej po wyjściu z więzienia decyduje się na ostatni skok w swej karierze, chcąc ukraść dużą ilość drogocennej biżuterii. W tym celu opracowuje perfekcyjny plan i kompletuje ekipę mającą dokonać rabunku. Jego wspólnicy to kierowca, włamywacz i zabójca, a całe „przedsięwzięcie” ma sfinansować pewien adwokat-bankrut. Wkrótce gangsterzy wpadają jednak w poważne tarapaty. Film wyróżniono m.in. nagrodą na Festiwalu w Wenecji i 4 nominacjami do Oscara.

Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)

”Bulwar zachodzącego słońca” (1950)

Zawierający elementy dramatu, horroru i komedii „Bulwar zachodzącego słońca” Billy'ego Wildera to prawdziwa klasyka gatunku. Film przedstawia historię wygasłej gwiazdy kina niemego, która próbując wrócić na ekran, wiąże się z młodym scenarzystą. Gdy mężczyzna postanawia zakończyć związek, kobieta popada w szaleństwo. Strzela do ukochanego, a moment przybycia policji wykorzystuje jako okazję do swego ostatniego aktorskiego występu. Dogłębnie penetrujący świat show biznesu obraz spodobał się nie tylko widzom, ale również krytyce, o czym najlepiej świadczy 11 nominacji do Oscara oraz 3 statuetki.

Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Nieznajomi z pociągu” (1951)

Oparty na powieści Patricii Highsmith film „Nieznajomi z pociągu” to wciągająca historia, która wgniecie was w fotel. Podczas podróży pociągiem główni bohaterowie, Guy Haines (Farley Granger) i Bruno Anthony (Robert Walker), rozmawiają o pomyśle na zbrodnię doskonałą: jeden zabija wskazaną przez swego wspólnika ofiarę, po czym drugi rewanżuje się podobnie, dzięki czemu nie sposób powiązać zamordowanych ze sprawcami. Po chwili zawierają umowę: żona Guya „w zamian” za ojca Brunona. Film wyreżyserował i wyprodukował mistrz suspensu Alfred Hitchcock.

Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„As w potrzasku” (1951)

Fabuła filmu „As w potrzasku” z legendą kina Kirkiem Douglasem w roli głównej powstała na podstawie dwóch autentycznych wydarzeń. Głównym bohaterem jest tu arogancki reporter, który zostaje zatrudniony w niewielkiej redakcji. Kiedy dowiaduje się o wypadku wewnątrz pobliskiej kopalni, postanawia wykorzystać go do własnych celów. Wyreżyserowany, wyprodukowany i napisany przez Billy'ego Wildera obraz zapewnia widzom całą gamę emocji, trzymając w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jan Sterling, Robert Arthur, Porter Hall i Frank Cady.

Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)

„Proszę nie pukać” (1952)

Dramat „Proszę nie pukać” oparty na powieści Charlotte Armstrong przedstawia historię Nell Forbes, która po nieudanej próbie samobójczej trafia do szpitala psychiatrycznego. Niedługo po jego opuszczeniu zostaje zatrudniona jako opiekunka do dziecka przez bogate małżeństwo. Rodzina nie zna jednak przeszłości kobiety, która początkowo nie wzbudza niepokoju swoim zachowaniem, lecz w pewnym momencie zaczyna zagrażać nie tylko sobie, ale też swojej podopiecznej. W rolę Nell wcieliła się Marilyn Monroe - była to pierwsza dramatyczna, i zarazem pierwszoplanowa kreacja aktorki.

Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)

  1. Retro

Peggy Guggenheim - najsłynniejsza kolekcjonerka sztuki

Peggy Guggenheim w obiektywie Idy Kar, 1952-1953. (Fot. NationalPortraitGalleryLondon/National Portrait Gallery/Forum)
Peggy Guggenheim w obiektywie Idy Kar, 1952-1953. (Fot. NationalPortraitGalleryLondon/National Portrait Gallery/Forum)
W wieku sześćdziesięciu kilku lat opalała się nago na tarasie swojego weneckiego pałacu ku zgorszeniu mieszkańców budynków przy Canale Grande. A kiedy ze sforą tybetańskich terierów i w dziwnych przeciwsłonecznych okularach wychodziła na ulicę, turyści kierowali w nią obiektywy aparatów. Szeptali: „To ona! To Peggy Guggenheim!”.

Była Amerykanką, ale większą część życia spędziła w Europie. Od lat 50. przez jej Palazzo Venier dei Leoni w Wenecji przewijały się tłumy (otwierała pałac dla zwiedzających trzy razy w tygodniu). Ludzie przyjeżdżali zobaczyć słynne obrazy surrealistów, kubistów, ekspresjonistów. W swoim czasie zbiory Peggy należały do najbardziej spójnych kolekcji sztuki współczesnej otwartych dla publiczności. Dzisiaj są cennym nabytkiem fundacji jej wuja Solomona R. Guggenheima. Tej samej, dla której Frank Lloyd Wright zaprojektował słynne nowojorskie Muzeum Guggenheima, a Frank Gehry – hiszpański oddział muzeum w Bilbao.

Współczesny nowojorski marszand Lawrence B. Salander tak podsumował życie Peggy: „Nie sugerujcie się tym, jak wyglądała, z kim spała, jak się ubierała, lecz tym, co uczyniła w swoim zawodzie, którym było kolekcjonowanie i promowanie sztuki nowoczesnej. Gdybym osiągnął połowę tego co ona, uznałbym swoje życie za twórczo spełnione”.

Marmur, poroża i herbatka

Przyszła na świat 26 sierpnia 1898 roku jako druga z trzech córek Florette i Benjamina Guggenheimów. Jej rodzina mieszkała przy Central Parku, w jednej z najlepszych dzielnic Nowego Jorku. Tuż obok swój dom miała m.in. wdowa po 18. prezydencie USA Ulyssesie S. Grancie i klan Rockefellerów.

Rezydencja Guggenheimów w niczym nie ustępowała innym w tej dzielnicy. Dom mieścił w sobie wszystko, co w ówczesnym czasie uchodziło za przejaw luksusu: przeszklone drzwi, szklaną kopułę nad środkową częścią domu (podświetlaną w nocy lampą), fontannę w holu, marmurową klatkę schodową, cieplarnię, salon do organizowania cotygodniowych herbatek, imponującą bibliotekę i wyjątkowy „rodzynek” – salon Ludwika XIV z niezliczonymi lustrami i gobelinami. Pokoje przepełnione były myśliwskimi trofeami ojca, srebrnymi zastawami matki i portretami przodków. Późniejsza fascynacja Peggy abstrakcyjną sztuką nowoczesną stała w jasnej opozycji do estetycznych zamiłowań rodziców, a dom rodzinny nigdy nie kojarzył jej się dobrze.

Zresztą dzieciństwo to chyba najbardziej ponury okres w życiu Peggy. Złożyło się na to kilka czynników – surowe wychowanie, zdystansowani, często kłócący się – głównie o niewierność ojca – rodzice. Peggy nie znosiła rodzinnego piekiełka, buntowała się. Z trzech sióstr to ona była tą „niegrzeczną”. To z nią zawsze były jakieś problemy.

Jako jedyny jasny akcent dzieciństwa wspominała przyjaźń ze starszą o trzy lata siostrą Benitą, która po części zastępowała jej matkę. Benita zmarła w młodym wieku przy próbie urodzenia dziecka. Nikt potem nie zastąpił miejsca siostry w sercu Peggy.

Kochanka

Edukację zakończyła w wieku 18 lat po zaledwie trzech latach spędzonych w prywatnej szkole. Nigdy nie opanowała dobrze ortografii, ale dzięki szkole pokochała literaturę. Być może z miłości do książek (nie musiała przecież pracować) zatrudniła się w awangardowej księgarni Sunwise Turn. Bywali tutaj pisarze tej miary co Francis Scott Fitzgerald, nowojorscy poeci, malarze, wydawcy i przyjaciele artystów. To pierwsze zetknięcie Peggy ze światem artystycznej bohemy. Co zrobić, żeby stać się jego częścią?

Wyjeżdża do Europy. To niezwykle ważna w jej życiu, trwająca niemal prawie dziewięć miesięcy młodzieńcza podróż. Szybko odkrywa, że najbardziej fascynuje ją zwiedzanie rozsianych po europejskich stolicach muzeów ze zbiorami sztuki. Po latach będzie wspominać, jak znawca malarstwa Armand Lowengard zarzucił jej, że pomimo swojego zainteresowania sztuką nie będzie w stanie zrozumieć trudnego dzieła Bernharda Berensona: „Natychmiast kupiłam i przetrawiłam siedmiotomową pracę tego wybitnego krytyka”. Ten drobny epizod nadał kierunek jej dążeniom – zrozumiała, że aby zbliżyć się do cyganerii, musi przemawiać językiem jej przedstawicieli.

Najwięcej czasu spędziła w Paryżu. Montparnasse, z artystami propagującymi świeże idee i pozbywającymi się niewygodnych konwenansów, działał na nią, wówczas 21-letnią dziewczynę, wręcz hipnotycznie. Zresztą nie tylko ze względu na sztukę. W Paryżu zakochuje się w starszym o siedem lat Laurensie Vailu, „królu bohemy”, malarzu i pisarzu, ale też dandysie i hulace. Uczucie nie jest platoniczne. „Wydaje mi się, że Laurence nie miał lekko, bo zażyczyłam sobie wszystkiego, co widziałam na pompejskich freskach” – tak będzie pamiętać ten związek już jako dojrzała kobieta. Młodziutka Peggy odkryła w sobie drugą obok malarstwa pasję, która odbija się na całym jej życiu. Seks. Chętnie podtrzymywała mit dotyczący ilości swoich romansów oraz swojej rozwiązłości. Jej kochankami byli artyści i literaci, w tym znane nazwiska: dramaturg Samuel Beckett, surrealista Yves Tanguy, rzeźbiarz Henry Moore, a być może też – choć biografowie nie są tu jednomyślni – Marcel Duchamp.

Otwarte drzwi

Laurence został jej mężem w 1922 roku. Małżeństwo z nim otworzyło przed Peggy wiele drzwi. Tak jak chciała, stała się częścią świata, do którego aspirowała. Nie zmieniło to jednak faktu, że wszystko ją od tego świata różniło – pozycja społeczna, korzenie rodzinne, sytuacja finansowa. Zwłaszcza ta ostatnia była znacząca.

Szybko zorientowała się, że różnice są tak naprawdę jej atutami. Mogła wykorzystać pieniądze do tego, by utrzymać zainteresowanie swoją osobą, ale też bardziej szlachetnie – by wspierać sztukę. Złośliwi twierdzą, że Peggy „kupiła” sobie miejsce w historii. Trudno jednak zliczyć twórców, którym w dalszych latach pomagała, nie tylko dofinansowując ich, by mogli tworzyć, ale też kupując ich obrazy wtedy, kiedy nikt jeszcze tego nie robił. Znani mężowie Peggy, zarówno Laurence, jak i później Max Ernst, dzięki niej nie martwili się o finanse. Utorowała drogę do kariery Jacksonowi Pollockowi i Williamowi Congdonowi, roztoczyła mecenat nad wieloma młodymi twórcami w Europie i Ameryce.

Skąd wzięła się fortuna rodziny Guggenheimów? Dziadkowie Peggy uciekli z Europy, chcąc uwolnić się przed finansowymi restrykcjami nałożonymi na Żydów. Dotarli do Ameryki w pierwszej połowie XIX wieku. Tutaj w ciągu kilkunastu lat dzięki handlowej smykałce niewiarygodnie się wzbogacili. Imperium Meyera i Barbary Guggenheimów było w swoim czasie jednym z sześciu największych w Ameryce, będąc żywym przykładem ziszczającego się amerykańskiego snu.

Ojciec Peggy radził sobie finansowo gorzej niż reszta jego braci, ale i tak spadek po nim wystarczył córce na rozpoczęcie samodzielnego życia, a pieniądze odziedziczone później po matce – na realizowanie fanaberii związanych ze sztuką oraz na zainwestowanie w galerię, którą w 1938 roku otworzyła w Londynie.

Jeden obraz dziennie

Po swoich przodkach Peggy bez wątpienia odziedziczyła talent do robienia interesów i zamiłowanie do pieniędzy, ale też – co wielokrotnie udowodniła – umiejętność ich utrzymania. Żyłkę do handlu odkryła w sobie w roku 1925, kiedy to udało jej się sprzedać za cenę wielokrotnie przewyższającą oczekiwania przywiezione do Ameryki prace poetki i malarki Miny Loy.

Pierwszego poważnego zakupu dla siebie dokonała jednak dopiero kilkanaście lat później. W 1937 roku weszła w posiadanie jednego z pięciu brązowych odlewów „Głowy i muszli” Jeana Arpa. Zakupione za 300 dolarów dzieło stało się zaczynem dla jej niezwykłej kolekcji. Przy tej transakcji korzystała z doradztwa (przedstawionego jej przed laty przez Vaila) Marcela Duchampa. Duchamp, niezależny klasyk awangardy i swego rodzaju éminence grise, miał ogromny wpływ na estetyczny gust Peggy. Był jej największym mentorem w dziedzinie sztuki nowoczesnej. Często i chętnie korzystała z dobrych doradców. Historyk sztuki Herbert Read stworzył dla niej nawet specjalną listę najbardziej interesujących dzieł. Sama nie była wielką ekspertką, przyznawała się do swojej początkowej ignorancji, umiała jednak słuchać i wyciągać wnioski, nie bała się też ryzykownych posunięć.

Guggenheim Jeune, galeria otwarta przez Peggy w londyńskim West Endzie, prezentowała prace malarzy, których jeszcze nikt w Londynie nie wystawiał. Tutaj swoją pierwszą indywidualną wystawę miał między innymi Wassily Kandinsky. Promowani byli Yves Tanguy, Wolfgang Paalen, Georges Braque, Joan Miró i, oczywiście, Laurence Vail. Konsekwentnie kupowała co najmniej po jednym obrazie z każdej otwieranej przez siebie wystawy, gromadząc w ten sposób coraz ciekawsze, jeszcze nierozpoznawane wtedy dzieła.

Problem w tym, że Guggenheim wyprzedzała swoje czasy. Prowadzenie galerii było zajęciem trudnym i nierentownym. Nikt nie myślał jeszcze o kupowaniu obrazów jako inwestycji. Nabywano je dla przyjemności, ale niewielu było ludzi, którzy mogli sobie na taki luksus pozwolić. Po roku działalności Peggy zamyka deficytowy interes, ale niepowodzenie jej nie zraża. Marzy, żeby stworzyć własne muzeum sztuki współczesnej. I pewnie dopięłaby swego, gdyby planów nie pokrzyżowała jej zbliżająca się wojna. Muzeum nie powstało, ale kwotę 40 tysięcy dolarów, które miała wyłożyć z własnej kieszeni, i tak przeznaczyła na zakup obrazów w Paryżu. Podobno na chwilę przed wybuchem wojny kupowała jeden obraz dziennie.

Nigdy bardziej nie wybałuszyłem oczu

Chroniąc się przed wojenną zawieruchą w Nowym Jorku, udostępniła swój dom wszystkim zainteresowanym sztuką nowoczesną. Odwiedzali ją imigranci z Europy, m.in. Chagall, Léger, Matisse, Breton, marszandzi i hobbyści. Peggy wszystkich uważała za swoich przyjaciół. Dom tętnił życiem, a spontaniczne imprezy, na których czasami pojawiał się tajemniczy doktor serwujący zastrzyki witaminowe (w rzeczywistości amfetaminę), organizowane były nader często. Uzupełniała swoją kolekcję o kolejne dzieła: Klee, de Chirico, Miró, Dalego, Picassa, Mondriana. Wreszcie w roku 1942 przy Zachodniej Pięćdziesiątej Siódmej Ulicy otworzyła kolejną galerię Art of this Century. Zaprojektował ją znany z nowatorskich projektów Frederick John Kiesler. Obrazy zawieszono bez ram, by „uwolnić” sztukę. W sali surrealistów były wklęsłe kauczukowe, a w sali kubistów – płócienne ściany. Sukces! W „New York Sun” znaczący krytyk Henry McBride napisał potem: „Nigdy bardziej nie wybałuszyłem oczu”. Znowu była pionierką – zaprezentowała mistrzów z Europy obok młodych malarzy amerykańskich, a każdy kolejny organizowany przez Peggy pokaz zaskakiwał tematyką. Choćby wystawa prac kobiet – absolutne novum w zdominowanym wówczas przez mężczyzn świecie sztuki.

Ciekawe, że przy całej swojej hojności w sprawach dużej wagi była przeraźliwie skąpa w rzeczach drobnych. Oszczędzała na ogrzewaniu, prądzie, ubraniach. Podobno przez cały rok potrafiła nosić starą czarną spódnicę i zdarte buty z cielęcej skóry. Zapraszając gości na obiad do restauracji, głośno demonstrowała swoje niezadowolenie z racji wysokiego rachunku. Na przyjęciach ograniczała się do serwowania czipsów i rozcieńczonego wina. Gromadzenie choćby najdrobniejszych pieniędzy sprawiało jej wyraźną przyjemność. W swojej nowojorskiej galerii wprowadziła ćwierćdolarową opłatę za wstęp, choć było to w środowisku bardzo źle widziane. Do weneckiego domu wpuszczała co prawda za darmo, ale za katalog, bez którego trudno było oglądać dzieła, trzeba było już płacić.

Przyjemnie jest być ze mną

Nie miała wielu prawdziwych przyjaciół, ale aż do późnej starości zdawała się tego nie zauważać. Jak wspomina marszand i artysta David Porter: „Uwielbiała znajdować się w centrum uwagi, miała potężne ego, jak gdyby mówiła: Dlaczego ludzie mieliby mnie nie lubić? Jestem bogata i seksowna, przyjemnie jest być ze mną”.

W różnych okresach życia sięgała po alkohol. Potrafiła zachowywać się skandalicznie. Pewnego wieczoru odeszła od kolacji, by całkowicie się rozebrać i wrócić do pozostawionych gości okryta tylko przezroczystym płaszczem. Innym razem w napadzie złości zdemolowała ogród i wyrwała rzadkie gatunki roślin. Miała dwóch mężów i trzy poważniejsze związki nieformalne. Nieustannie flirtowała. Zapytana, ilu miała mężów, odpowiadała: „Swoich czy czyichś?”. Być może przelotne romanse utwierdzały ją w przekonaniu, że jest atrakcyjna – miała kompleks z powodu swojego dużego, niekształtnego nosa, o którym malarz Theodoros Seliger powiedział kiedyś: „Nie miała nosa – miała bakłażan”.

Jej związki były burzliwe i niespełnione. Pierwsze małżeństwo rozpadło się po sześciu latach. Podobno w czasie kłótni Laurence wcierał jej dżem we włosy i rzucał w nią czym popadnie, ona zaś nieustannie go prowokowała. Jej związek ze skłonnym do alkoholu pisarzem Johnem Holmesem również nie należał do stabilnych, względnie spokojnie żyła z poetą i wydawcą Douglasem Garmanem. Najwyraźniej potrzebowała jednak pierwiastka nieprzewidywalności, bo po pewnym czasie zaczęła uważać go za nudziarza. Po raz drugi wyszła za mąż w wieku 43 lat, a jej wybrankiem był malarz Max Ernst. Dlaczego on? „Ponieważ jest śliczny, jest znakomitym malarzem i jest sławny”, uzasadniła. Ale i ten związek okazał się nieudany.

W jej zaprzątniętym sztuką życiu nie pozostawało wiele miejsca dla dzieci. Córka Pegeen i syn Sindbad (oboje z pierwszego małżeństwa), mieli słaby kontakt z matką. Peggy, rozwodząc się z Laurence’em, zostawiła kilkuletniego syna pod opieką ojca, zastrzegając sobie jedynie 60 dni w roku na widzenia. Córka Pegeen traktowana była jeszcze chłodniej. W rezultacie przez wiele lat cierpiała na depresję, była uzależniona od leków. Zmarła w wieku 41 lat po przedawkowaniu środków nasennych. Peggy dostała wiadomość o śmierci córki, kiedy mieszkała już w Wenecji (w roku 1962 otrzymała od miasta honorowe obywatelstwo). Czuła się winna jej zaniedbywania, ale odpowiedzialność za tragiczną śmierć zrzuciła na męża Pegeen Ralpha Rumneya. Sama Pegeen za życia otwarcie mówiła o żalu, jaki ma do matki. Zarzucała jej, że kocha sztukę bardziej niż własnego syna i córkę.

Kolekcja to ja

Przy łożu śmierci Peggy Guggenheim był jej syn Sindbad. Umarła w wieku 81 lat, schorowana. Cierpiała na miażdżycę, w dodatku w roku 1979 nastąpił ciąg nieszczęśliwych wypadków: złamała nogę, z powodu której trafiła do szpitala, tam dostała obrzęku płuc, spadła z łóżka i doznała udaru. Odeszła 23 grudnia tego samego roku.

Nigdy nie podarowała nikomu z rodziny nawet najmniejszego płótna. Pragnęła za wszelką cenę utrzymać kolekcję nierozproszoną. Wielokrotnie powtarzała: „Kolekcja to ja”, zdając sobie sprawę, że tylko w ten sposób zapewnia sobie miejsce w historii. Pod koniec życia bała się, że potężna fundacja jej wuja Solomona (nigdy nie utrzymywała z nim bliskich kontaktów ani rodzinnych, ani kolekcjonerskich), której w 1976 roku zdecydowała się powierzyć swoje obrazy, wchłonie jej zbiory.

Tak się nie stało. Kolekcja Peggy jest odrębną całością prezentowaną nadal w weneckim pałacu przekształconym obecnie w muzeum, które dziś przyciąga 300 tysięcy oglądających rocznie.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

Korzystałam m.in. z książek: Antona Gilla „Peggy Guggenheim. Życie uzależnione od sztuki”, Dom Wydawniczy Rebis 2004; oraz Peggy Guggenheim „Out of this Century: Confessions of an Art Addict”, Universe Books 1979.

  1. Kultura

Hipnotyzujący, magiczny, iskrzący dowcipem – „Śniegu już nigdy nie będzie” w kinach od 4 czerwca

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Śniegu już nigdy nie będzie". Na zdjęciu Alec Utgoff. (Fot. materiały prasowe)
„Śniegu już nigdy nie będzie” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to jeden z najbardziej wyczekiwanych tytułów roku. Prezentowany na międzynarodowych festiwalach film zdążył zachwycić już polskie i międzynarodowe media. Satyryczna opowieść na pograniczu magii i realizmu zabiera widza w wyjątkową podróż w głąb samego siebie.

„Tytułowy śnieg może się wieloznacznie kojarzyć – chociażby ze śmiertelnym żywiołem albo poczuciem bezpieczeństwa, baśniowym powrotem do krainy dzieciństwa. Choć dziś zapewne najbardziej kojarzy się ze zniszczeniem, jakie człowiek wywołał w eko klimacie ziemi, doprowadzając do zmian, przez które śnieg widuje się coraz rzadziej. Bohaterowie naszego filmu, w większości skupieni na własnym, małym, wygodnym świecie, zbyt dużo o tym nie rozmyślają, jednak nie wiedząc czemu zmagają się z poczuciem jakiejś wewnętrznej, duchowej pustki i niezrozumiała tęsknotą za czymś nieokreślonym. Są to różne tęsknoty, za bliskością, dotykiem, seksem, zrozumieniem, wolnością. Są bogaci, syci od strony materialnej, ale głodni duchowo, choć w sposób zupełnie nieuświadomiony. Ich fantazje ogniskują się w jednym – obcym przybyszu, w którym przeglądają się jak w lustrze. On przynosi im wytchnienie. Trudno powiedzieć czy to iluzoryczne, czy prawdziwe doświadczenie, tak jak trudno czasem odróżnić nam własną projekcję od rzeczywistości. Czy magiczny las, do którego przenosi ich przybysz, jest tylko wytworem ich lęków i pragnień, czy istnieje naprawdę. Film nasz, mamy nadzieję, skrywa jakąś tajemnicę, chcieliśmy pobudzić widzów do głębszej refleksji na temat kondycji współczesnego Europejczyka. Zagrać na indywidualnych skojarzeniach, nienachalnie zadać parę pytań, bez tezy i z humorem” – mówią twórcy filmu Małgorzata Szumowska i Michał Englert.

Pewnego mglistego poranka w mieście pojawia się ON – atrakcyjny mężczyzna z prawdziwego, egzotycznego wschodu. Żenia, bo tak brzmi jego imię, ma dar. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Mężczyzna zatrudnia się jako masażysta na bogatym osiedlu pod miastem. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od „gorszego” świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty. Wkrótce niezwykłe zdolności Żeni odmienią życie każdego z nich.

W obsadzie obok Aleca Utgoffa, ukraińsko-angielskiej gwiazdy netflixowego hitu „Stranger Things” i filmu „Mission: Impossible – Rogue Nation”, wystąpiło znakomite grono cenionych polskich aktorek i aktorów: Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura, Andrzej Chyra, Łukasz Simlat i Krzysztof Czeczot.

  1. Kultura

Seriale prawnicze na Netflix, HBO i nie tylko – co warto obejrzeć? Najlepsze tytuły o prawnikach

Fot. kadr z serialu
Fot. kadr z serialu "Zadzwoń do Saula", BEW
Seriale o prawnikach cieszą się ogromną popularnością wśród widzów na całym świecie. Wciągający świat wymiaru sprawiedliwości to jednak nie tylko konkretne sprawy klientów, ale również wciągające życie prywatne głównych bohaterów, które przyniosło ogromną popularność także naszych rodzimych produkcji prawniczych, takich jak "Magda M.", czy "Prawo Agaty". Które z seriali prawniczych polecamy szczególnie?

”Suits”

Dostępny na platformie Netflix serial o prawnikach „Suits” to jeden z najpopularniejszych i najbardziej docenianych show na świecie. Nie tylko za sprawą występującej w nim Meghan Markle, która nim stała się księżną Sussexu znana była przede wszystkim z roli Rachel, ale przede wszystkim ze względu na inne podejście do stereotypowego świata prawników. „Suits” to historia Mike'a Rossa - młodego, inteligentnego chłopaka, który został wyrzucony z college'u, i który pomimo tego zostaje zatrudniony u jednego z najlepszych nowojorskich prawników Harveya Spectera. Mike posiada wyjątkowe zdolności, w tym m.in. fotograficzną pamięć, która dotychczas umożliwiała mu zdawanie egzaminów za innych studentów, za co zresztą wydalono go z uczelni. Rozpoczynając pracę u Harveya musi jednak udowodnić, że dyplom Harvarda to nie wszystko, co powinien reprezentować sobą dobry prawnik.

„Ally McBeal”

Wśród nieco zapomnianych, ale równie popularnych kilkanaście lat temu seriali o prawnikach znajdziemy także „Ally McBeal” - prawniczkę, która zaczyna pracę w kancelarii, w której pracownikiem jest m.in... jej były chłopak. Serial zyskał miano kultowego dzięki szczególnie ciekawym postaciom - nie tylko samej, nieco postrzelonej Ally, ale również Fisha, Ally czy Elaine, czyli reszcie bohaterów, którzy pojawiają się w serialu. Tytułowa Ally to jednak postać nie tylko zwariowana, za wszelką cenę szukająca szczęścia w miłości, ale też wrażliwa, subtelna i delikatna. „Ally McBeal” to jeden z najlepszych seriali o prawnikach - choć wszyscy są tam zdrowo postrzeleni (prawnicy, sędziowie, klienci), perypetie i niecodzienne problemy bohaterów ogląda się nie tylko z zaciekawieniem, ale i lekką nostalgią za starymi, dobrymi produkcjami z przełomu wieków.

„Orły z Bostonu”

Serial prawniczy o nieco innej fabule niż „Suits”, czy „Ally McBeal” będący spin-offem popularnego „The Practice”. Osią serialu są tu przede wszystkim relacje między bostońskimi prawnikami oraz sprawy, którymi się zajmują poruszające istotne społecznie problemy m.in. prawo do aborcji czy kwestie związane z posiadaniem broni. Poważne, budzące kontrowersje problemy przeplatają się tu ze świetnym poczuciem humoru dwóch głównych bohaterów - Alana Shore'a i Danny'ego Crane'a, którzy często w absurdalny sposób komentują smutną, brutalną rzeczywistość. „Orły z Bostonu” zyskały dużą popularność właśnie dzięki dwóm głównym bohaterom granym przez Jamesa Spadera i Williama Shatnera, którzy uczynili go jednym z najlepszych seriali o prawnikach w historii.

„Sprawa idealna”

Dostępny na HBO GO serial prawniczy „Sprawa idealna” to spin-off równie świetnie przyjętej „Żony idealnej”. W serialu poznajemy niejaką Diane Lockhart, wziętą prawniczkę, która pracuje w prestiżowej kancelarii. Z czasem dołącza do niej chrześnica, którą Diane wprowadza w prawniczy świat. W związku z bankructwem firmy inwestycyjnej ojca dziewczyny dochodzi do przełomowego momentu w życiu Diane, która traci wszelkie oszczędności i pracę. Razem z chrześnicą zmuszone są podjąć pracę w zupełnie innym miejscu. „Sprawa idealna” okrzyknięta została jednym z najciekawszych seriali o prawnikach podobnych do „Suits”, w którym ukazywane są nie tylko same sprawy i batalie sądowe, ale również poruszane ważne i trudne tematy.

„Sposób na morderstwo”

Dostępny na Netflixie serial opowiadający o grupie ambitnych studentów prawa, którzy wraz z wykładowczynią prawa karnego zostają wplątani w sprawę morderstwa. Jednym z powodów, dla których warto sięgnąć po tę produkcję jest rola Violi Davis - niezwykle charyzmatycznej, inteligentnej i porywającej prawniczki i pani profesor, która ostatecznie musi znaleźć sposób na morderstwo, którego sama nie popełniła. Plusem serialu jest duża różnorodność, jeśli chodzi o wątki, bohaterów (jedni są ciekawsi, inni mniej, ale wszyscy odmienni charakterologicznie) i akcję, która trzyma w napięciu aż do samego zakończenia szóstego sezonu.

„Zadzwoń do Saula”

Spin-off genialnego i świetnie ocenianego „Breaking Bad” okrzyknięto jednym z najlepszych seriali o prawnikach, który trzyma w napięciu bardziej niż najmocniejsze filmy Quentina Tarantino. „Zadzwoń do Saula” to opowieść o podrzędnym prawniku Jimmym McGillu, który ima się samych nieciekawych spraw i zleceń. Dopiero z czasem mężczyzna zmienia się w znanego nam z „Breaking Bad” Saula Goodmana, który nie boi się szemranych interesów i problematycznych, nielegalnych spraw. Serial ma w zasadzie dwojakie zadanie - opowiedzenie historii sprzed czasów, w których Walter White zajął się produkcją narkotyków oraz wprowadzenie nas w świat Saula i zrozumienie, jak tworzyła się jego kariera.