1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. PASJA w Teatrze Wielkim - o tym, dlaczego prostota i piękno mogą prowadzić ku wieczności

PASJA w Teatrze Wielkim - o tym, dlaczego prostota i piękno mogą prowadzić ku wieczności

Zobacz galerię 14 Zdjęć

23.03.2015 w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie odbył się spektakl Passion/Pasja. Jego producentem, scenarzystą i współ-reżyserem był Piotr Hull - wydawca magazynu Żurnal, fryzjer, właściciel salonu Wilcza 18 i współwłaściciel Barberian Acedemy & Barber Shop.

Pasja to subiektywna impresja Piotra na temat tego, co to znaczy być artystą. Hull skupił się na dylematach odwiecznie towarzyszącym każdemu twórcy - oddać się na procesowi twórczemu, czy dążyć do spełnienia? Gdzie poszukiwać klucza do nieśmiertelności? Czy pasja może być eskapistyczną drogą do wieczności?

Piotr Hull oraz Martyna Iwańska - współ-reżyserka spektaklu, autorka znakomitego Video-Artu „Wieczność” stanowiącego integralną część przedsięwzięcia, odpowiadali na te pytania podczas 7 części składających się na spektakl: Początku, Ciszy, Pustki, Wnętrza, Serca, Wieczności oraz Zakończenia. Towarzyszyły im w tym fenomenalne gwizdy spektaklu: m.in soliści Polskiego Baletu Narodowego - Aleksandra Liashenko i Paweł Koncewoj, aktorki Marieta Żukowska i Agnieszka Żulewska oraz ceniony za kompozycje do filmów Paweł Lucewicz.

Passion to już drugi spektakl, w którym Hull godzi ze sobą teatr, balet, muzykę na żywo, video-art, performance oraz... pokaz fryzjerskiego rzemiosła. Rok temu zadebiutował na deskach Teatru Wielkiego ze spektaklem Adicction, usiłującym rozstrzygnąć wszechobecny spór o piękno. Czym Passion różniło się od Addiction? Jak mówi sam producent: „Przede wszystkim, różnica polega na proporcji sztuki do rzemiosła. Addiction był pokazem fryzjerskim, z elementami spektaklu. Pasja to interdyscyplinarny spektakl, z elementami fryzjerstwa. Dla mnie to dwa bardzo różne projekty. Przy ostatnim przedsięwzięciu punkt ciężkości oparliśmy na sztuce - scenariusz, próby artystyczne, sale baletowa... Godziny przygotowań, nauki i setki odebranych lekcji pokory - tym razem zdecydowana większość elementów (poza fryzjerstwem) była dla mnie nowością!”

Sądząc po efektach, a także po głosach osobistości zebranych na widowni, wśród nich Krzysztofa Materny - mentora Piotra Hulla, Łukasza Maciejewskiego, Romy Gąsiorowskiej, czy Kamilli Baar - to dopiero przedsmak możliwości wydawcy Żurnala! Hull zaraził swoją Pasją wszystkich zebranych. Przekaz był minimalistyczny, oszczędny w środkach ekspresji, wiele rozgrywało się między słowami... A przy tym wszystko - od stonowanej scenografii, przez kostiumy, oszczędną grę aktorską i sensualną choreografię baletową - było tak bezpretensjonalnie piękne.

„Prostota i piękno - tych środków wyrazu poszukiwałem” - uśmiecha się Piotr Hull. „Chciałem udowodnić, że przesyt w teatrze jest zbędny. Czysta forma, niemal monochromatyczny obraz... Zależało mi na tym, by dotknąć wnętrza odbiorcy w każdym calu. Temu służyły starannie dobrane muzyka, słowo, ciało, ruch, emocje. Chcieliśmy zbliżyć się do piękna w czystej postaci”.

Zaskakujący był finał spektaklu. Na scenie, wraz z twórcami, aktorkami, tancerzami, modelkami i artystami fryzjerskiego rzemiosła, pojawiły się wszystkie osoby związane z przedsięwzięciem - od instrumentalistów i muzyków, przez grafika, oświetleniowców i zespół PR, po asystentów fryzjerów i ekipę techniczną. „Stworzyliśmy zespół” mówi Hull. „Każda osoba miała swój wkład, każda energia przyczyniła się do nagromadzenia całokształtu pozytywnych emocji towarzyszących Pasji. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym kogokolwiek pominąć...”

Pasja za nami. Goście Piotra Hulla oraz Ci, którym nie udało się dotrzeć na spektakl, powtarzają niemal unisono: „Dlaczego to przedsięwzięcie jest jednorazowe? Kiedy znów będzie można je zobaczyć?” Magia Pasji polega na tym, że jest unikatem - w tej formie nie powróci nigdy. A jednocześnie - projekt na tę skale, z tak pozytywnym odbiorem, tylko zaostrzył apetyt Piotra Hulla. Pytany - co teraz?, odpowiada: „Realizacja kolejnych marzeń. Chciałbym mieć możliwość obcować z pięknem częściej, móc dzielić się nim z innymi, bez żadnych ograniczeń. Teatr okazał się optymalnym środkiem wyrazu, a do tego - moim uzależnieniem. Nie zamierzam iść na odwyk :)”

Zapis spektaklu Passion/Pasja

Piotr Hull - fryzjer, właściciel salonu Wilcza 18 i współwłaściciel Barberian Academy & Barber Shop, wydawca magazynu Żurnal, producent teatralny, wizjoner.

Piotr Hull od najmłodszych lat interesował się też światem teatru, intrygowała go scena, to co na niej oraz poza nią, a także rozterki towarzyszące każdemu artyście, zwłaszcza te związane z poszukiwaniami klucza do wieczności. Z owej fascynacji zrodziły się interdyscyplinarne projekty artystyczne, łączące w sobie takie sztuki, jak: balet, teatr, muzyka, video-art, improwizacja, fryzjerstwo oraz performance. Addiction (2014) i Passion (2015).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

"Śpiewam, bo lubię". Katarzyna Miller zaczyna nową przygodę

Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Miniony rok? Nie był wcale taki zły, choć nie obyło się też bez trudnych rozliczeń z samą sobą. A kiedy już przyszedł spokój i pogodzenie, Katarzyna Miller ruszyła jak burza. Czego dowodem jest płyta „Choćby tylko na chwilę”, na której śpiewa – tak, tak – swoje własne piosenki. O tym, co psycholożce (w pewnym wieku) wypada, a co nie, rozmawia z Joanną Olekszyk.

Jak się czujesz, Kasiu? A różnie, bo są różne części mojego czucia się. Jedna jest bardzo miła i związana z tym, że niedługo ukazuje się moja płyta. Druga, też miła, bierze się z tego, że jestem z siebie dumna, bo trzymam dietę. Trzecia jest smutna, bo mi się ta dieta trochę nudzi i na razie mam tak zwane plateau i już nie spadam z wagi. Ale czwarta jest taka, że wiem, że się nie poddam!

No to masz niezły bukiet uczuć, jak to piszemy w książce „Poznaj siebie. Karty emocji”! Podekscytowanie, znużenie, duma, zadowolenie... Zgadza się, a do tego jeszcze dobrze czuję się u siebie w domu. Lubię być w moim mieszkaniu, podoba mi się, jak jest urządzone i jakie jest. Czyli kolorowe i naćkane, jak to u mnie.

A jaki był dla ciebie miniony rok? Jak się czułaś? Nie był wcale zły. Zdaję sobie sprawę, że niektórym ludziom jest strasznie trudno i bardzo im z tego powodu współczuję, zwłaszcza tym, którzy stracili pracę albo którym padły firmy. Ja jednak patrzę na to, co było dobre. Na przykład poznałam moją firmę muzyczną – Life Art Group i chłopaków, z którymi zrobiłam płytę. Kolejne moje książki powychodziły, inne się powoli nakręcają. Ta pandemia mi się przydała. To, że przestałam wyjeżdżać na różne warsztaty na terenie całej Polski, początkowo mnie zmartwiło, a zaraz potem ucieszyło, bo byłam zmęczona i przepracowana, choć to bardzo lubię. Poczułam nawet ulgę, że przez jakiś czas nikt się do mnie nie odzywał zawodowo, bo wszyscy byli  skupieni na kwarantannie. Przeczytałam wtedy tyle kryminałów jak nigdy, a kryminały lubię, tylko do tej pory miałam na nie za mało czasu.

Ja wyznaję zasadę, że zawsze znajdzie się czas na kryminał. Choćby cztery stroniczki dziennie. Dla mnie kryminał to lektura na wolny czas – urlop, wakacje. No, a teraz sobie wreszcie do woli poleżałam. Leżenie i czytanie, choć muszę dodać, że jednak przeważnie nie kryminały czytam, to jest w ogóle sytuacja, do której dążę w życiu. Czyli: wszystko pozałatwiać, by się położyć i czytać. Potem jednak dotarło do mnie, że jest pusto na ulicach, nie ma moich ukochanych knajp i ukochanego kina. No i nie ma spotkań, eventów, promocji książek czy płyt. Ja jestem mocno imprezowa. Lubię być zapraszana jako uczestnik i jako widz.

Potwierdzam! Jestem i introwertyczna, i ekstrawertyczna. Pół na pół, na zmianę. Gdy posiedziałam w domu, to zapragnęłam wyjść. A że nie było dokąd, zrobiło mi się smutno. I ponieważ, poza fajnymi wyjątkami, byłam głównie ze sobą, zaczęłam się w siebie zagłębiać. Weszłam na poziom dość poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie.

Z czego się rozliczałaś? Z siebie samej, ze wszystkiego, co wydarzyło się w moim życiu. Przeszłam proces, który jest bardzo potrzebny do zmiany wewnętrznego nastawienia i zmiany życia, czyli: najpierw musisz zaakceptować to, że czegoś nie możesz, a dopiero potem już możesz. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale postanowiłam sobie rzecz cudowną: że nie będę mieć do siebie o nic pretensji. Bo nie robię nic złego. I tego też uczę ludzi. Po prostu wybaczyłam sobie, to niesamowicie ważne.

I kiedy tak sobie poprzeżywałam, to potem poszłam jak burza. Dostałam energii, wróciła pogoda ducha, wszystko się zaczęło samo układać. Co jest dowodem na to, że to był dobry rachunek sumienia, i uczciwy. Niektórym trudno uwierzyć, że trzeba zaakceptować siebie, jak mówię, bez celofanu i kokardki, czyli taką, co to nie potrafię, nie wychodzi mi, źle się z czymś czuję czy źle myślę. Taką siebie trzeba przyjąć, w dodatku z czułością. Po tym wszystkim zrobiłam rzeczy, których wcześniej nie potrafiłam. I zrobiłam to w sposób konsekwentny. Wiem, że nie odpuszczę.

Doświadczyłaś momentów przełomowych... W dodatku tak się cudnie poskładało – dla niektórych to śmieszne, a niektórym bliskie – że one zbiegły się z przesileniem dnia z nocą, z końcem kalendarza Majów, z rozpoczęciem ery Wodnika... Cieszę się, że weszliśmy w erę Wodnika, a pożegnaliśmy erę Ryb. Ryby jako znak zodiaku są łatwo uzależniające się, Wodnik zaś – towarzyski, wesoły, lotny, twórczy. W zodiaku chińskim był to rok Szczura, który też jest trudnym znakiem, ale weszliśmy teraz w rok Bawoła – bardziej pozytywnego, mocniejszego i pewniejszego od poprzednika. Era Wodnika jest wspaniała, cały świat wiąże z nią wielkie nadzieje. Ci, którzy się zajmują astrologią, bardzo się na te zmiany cieszą; ja astrologią się nie zajmuję, ale lubię ją i szanuję, jest dla mnie dobrą metaforą wielu spraw. I też mam nadzieję, że w tej nowej erze zmądrzejemy, staniemy się bardziej twórczy i społecznie uświadomieni. Chciałabym, by okazało się, że pandemia dała nam szansę na przemyślenia.

Niektórzy mówią, że to był najwspanialszy rok w ich życiu... Ja nie powiem, że był najwspanialszy, bo właściwie nie wiem, który był najwspanialszy. Zawsze jestem zdania, że najcudowniejszy moment to ten, w którym jestem teraz. Nawet jeśli mi jest smutno.

A utożsamiasz się ze swoim znakiem zodiaku? Jesteś, zdaje się, Wagą... Owszem, podoba mi się jej opis. Wagi są bezstronne, widzą zawsze oba końce tego samego problemu, dlatego spokojnie mogę pracować z parami, bo zawsze jestem po obu stronach. Ale czasami mi to „wyważenie” przeszkadza, bo z jednej strony – racja, ale z drugiej strony... (śmiech) Dużo bardziej mnie to męczy przy małych decyzjach niż przy dużych. Już wstać czy jeszcze poleżeć? I to nęci, i to kusi. Lubię to, że jestem Wagą. W całym naszym zachodnim zodiaku jest pierwszym znakiem, który zwraca się ku społeczności, a nie ku sobie – dla mnie to było zawsze szalenie ważne, by tworzyć wspólnoty. Ale co mnie naszło na te ezoteryzmy w naszej rozmowie, to nie wiem...

Wszystko przez erę Wodnika, tak sądzę.  Idźmy dalej tym tropem – kim jesteś w chińskim horoskopie? Dzikiem. Bardzo łagodny, o dziwo, znak. Ja jestem dość mocna i potrafię się złościć, a świnia jest bardzo ciepła. No, ale ciepła też umiem być, lubię i bywam. Świnia w wielu aspektach jest podobna do Wagi. Waga jest dyplomatyczna, artystyczna. W numerologii jestem Trójką, a to totalny artysta. I lubi tworzyć dobrą atmosferę.

Z tą ezoteryką nie jesteś osamotniona, w tym roku nastąpił prawdziwy rozkwit zainteresowania astrologią. I bardzo słusznie. Skoro przeszedł przez świat jeden wielki marsz czegoś dziwnego – bo pandemii nie uważam za rzecz straszną, są gorsze problemy i choroby – to chcemy to jakoś zrozumieć, wyjaśnić sobie i odnaleźć się w tym. Każda podpowiedź jest dobra – również ta prosto od gwiazd. A może gwiazdy są mądrzejsze od nas, ludzi?

W ubiegłym roku miałam kilka razy takie poczucie, że oto na naszych oczach dzieje się historia i że to doświadczenie jednoczące wszystkich. Wojny też były wspólnymi doświadczeniami, i dżumy także. Widzę to jako przypomnienie: „zdajcie sobie sprawę, że jesteście równi, niezależnie od stanu majątkowego, pozycji społecznej i urody”. Bo każdego może capnąć. Choć podobno jednak nie każdego. Słyszałam, że ludzi z grupą krwi 0 RH- koronawirus bierze mniej, a ja taką mam.

A jak radziłaś sobie w tym roku z tym, że nie do końca od ciebie zależało, co ci się uda zrobić, a co nie? Wakacje, plany zawodowe – wszystko było odwoływane. Jednych rzeczy nie zrobiłam, ale w ich miejsce zrobiłam coś innego. To dla mnie było od początku jasne, że kiedy jedno wypada, to robi się miejsce na coś innego. Jest tylko to, co jest. Marzenie jest marzeniem, jest planem, który wyjdzie albo nie. Oczywiście trzeba je mieć – i marzenia, i plany – bo człowiek lubi eksplorować siebie „na przyszłość”, ale tej przyszłości nie ma, więc my nie wiemy, która z tych rzeczy, co je chcemy, może się spełnić. I tak część się spełnia. A część nas zaskakuje. Jeśli będziemy nastawieni na sztywno, to nie przyjmiemy tych fajnych niespodzianek. Wróżki, tasując karty, mówią często taki tekst: „co cię spotka, co ci serce zaspokoi”. A może cię zaspokoi coś, czego się nie spodziewasz?

To jak było z płytą „Choćby tylko na chwilę”? Jej nagranie było twoim marzeniem? Te piosenki, tak jak i wiersze zresztą, właściwie same do mnie przyszły. Napadły na mnie. Bez żadnej mojej prośby czy świadomej intencji. Ja jestem natchnieniowiec – coś mi się układa w głowie, gada do mnie, a kiedy mi się spodoba, to zapisuję. Czasami niestety gada w nocy i jeśli nie zdążę zapisać, to rano najczęściej już nie pamiętam. Pierwsza piosenka, która na mnie napadła, jest zresztą pierwszą na płycie, nazywa się „Spokój”. To było już dość dawno temu i w dodatku nie miało nic wspólnego z moim życiem. Po prostu pojawiła mi się taka opowieść o ludziach, którzy żyją ze sobą i właściwie nic innego sobie nie dają, poza poczuciem bezpieczeństwa. Są razem, a nie sami. „Nie ma klęsk, nie ma wzlotów, nie ma rozstań, powrotów, nie ma nic, tylko spokój”.

Pięknie… „Nasze dni już bez zdarzeń, nasze oczy bez łez, nasze sny już bez marzeń, nasze ciała – bez serc”. Kiedy się słyszy te słowa, to ten spokój nie jest już taki beztroski, prawda?

Ale śpiewasz to takim błogim i przyjemnym głosem... Bo w tym głosie jest łagodna akceptacja tego, że czasem tak żyjemy. Bardzo wielu ludzi tak żyje. I to wcale nie jest najgorsza wersja. Spokój to jest bardzo dużo. Wiele osób prosi mnie o „Dojrzałą miłość”, sama też lubię tę piosenkę. Z kolei „Pamięć” jest dla mnie ważna dlatego, że moje dwie przyjaciółki w odstępie paru miesięcy straciły ukochanych mężów – a nie każdy, kto ma męża, może powiedzieć, że jest on „ukochany” – i były w takiej żałobie po nich, że byłam w tym z nimi. To jest piosenka, która bardzo mnie obchodzi. „Otwieram książkę, twoją ostatnią i spać nie idę, by nie spać samotnie”. Wzrusza mnie to. Ale piszę też o tym, że czasem faceci sobie myślą, że pieniądze to wszystko. A to nieprawda. W „A mogło być coś z tej miłości” śpiewam razem z Maćkiem Szulcem. Tekst jest przewrotny, a puenta pozytywna.

Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński) Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Te piosenki przychodzą do ciebie od razu z melodią? Niektóre tak. Na przykład „Idę w ciebie jak w tango” to jest mój dar od Bozi, w ogóle wszystkie są darami od Bozi, książki zresztą też. Stałam wtedy pod prysznicem i nagle, ku swojemu zaskoczeniu, zaśpiewałam: „Idę w ciebie jak w tango” w rytmie tanga właśnie. „O kurde! Ale fajne” – pomyślałam.  I zaraz poszło dalej: „Idę w ciebie jak w dym, moja ręka w twojej, ja i ty to rym”. Jak to cudnie iść tak w kogoś, prawda?! Później oczywiście musiałam trochę popracować nad tekstem, pomogła mi w tym Bela Olejnik. A potem zaśpiewała na promocji mojej pierwszej książki „Chcę być kochana tak jak chcę”. W ogóle paru fajnych aktorów i aktorek śpiewało wtedy moje piosenki. Pierwszy raz zaryzykowałam, że zaprezentuję je ludziom. A później one się już układały masowo. Siedziałam na przykład na koncercie w „Jazzowni”, cudownym klubie, którego już nie ma, a który mieścił się na Rynku Starego Miasta i w którym też sama występowałam; słuchałam sobie muzyki i w trakcie „napisał” mi się „Babski blues”. Coś zagrało, coś mi w duszy zaśpiewało, i ciach. Calutki tekst poszedł na serwetkę. Mówię, że to są nagrody, dary od mojej Pani Bozi, bo to jest dla mnie najlepsza wersja tego, co nad nami jest – czy to jest Nadświadomość, czy to jest Absolut, czy energia boska.

Pani Bozia? Moja Pani Bozia. Moja osobista! Bardzo ją kocham i bardzo ją szanuję. Jest piękna, eteryczna, a jednocześnie bardzo prawdziwa.

Pewnie do tego ruda... A nie mam pojęcia! Nie wznoszę wzroku tak wysoko! Pokornie się do niej modlę i nieustannie jej dziękuję, a i czasem proszę o pomoc, kiedy trzeba. Ostatnio proszę też moją mamę, i przyszła do mnie we śnie, tak bardzo ciepło. To jeden z ważnych przełomów w moim życiu, który nastąpił właśnie w ubiegłym roku. Mama  przyszła do mnie wtedy, kiedy zrobiłam coś bardzo ważnego, w dodatku przyszła razem z moją przyszywaną ciocią Zosią, czyli swoją przyjaciółką, którą bardzo kochałam. Siedziały sobie ze mną i były dla mnie bardzo dobre. To ważny sen. Wracając do mojej Pani Bozi, jest kochana i spełnia moje marzenia, choć czasami trzeba na nie poczekać. A piosenki same się piszą i, mam nadzieję, same mnie wybierają. Miałam okres, kiedy pisałam tzw. psychokicze. Dawałam też wtedy występy, które nazywałam „Psychokicz i liryka”.

Jakiś fragment? „Marzę, by ciebie pomścić i zabić potrafię, uderzę wiele razy, grzech nie ma znaczenia, niechaj się spełnią drogi mego przeznaczenia”. Czyż to nie piękne? No taki kicz, że hej! „Czerwona suknia” na nowej płycie pochodzi właśnie ze zbiorów moich „psychokiczów”. To od nich się wszystko zaczęło – kiedy już się ośmieliłam śpiewać „psychokicze”, to słyszałam od ludzi: „Jakie to fajne!”. I chcieli więcej. Kilka razy śpiewałam w Kazimierzu Dolnym i na Kazimierzu w Krakowie, ale też w „Saloniku poetów” w Gdańsku czy w „Nowym Świecie” i „Pożarze w burdelu” w Warszawie. I w paru prywatnych klubach. Największa publiczność „naraz” była na promocji mojej książki – 350 osób u Porazińskich. Wszystko wtedy było pierwsze – pierwsza książka, pierwsze piosenki. Mnóstwo emocji!

Nie stresowałaś się? Ależ oczywiście, że się stresowałam! A jednocześnie byłam tak podekscytowana. Misiu, przecież jako psychoterapeutka występuję od lat...

Co innego robić taki psychologiczny stand up, a co innego śpiewać! Jestem psychoterapeutką, która pracuje nad sobą. A praca nad sobą dotyczy wszystkiego: głosu i emisji też. Chodzi o to, żeby mnie słyszano i słuchano, żeby moje ciało było swobodne, nawet jeśli jest grube i się niektórym nie podoba. Jako psychoterapeutka po przejściach mogę dużo: mogę się jednocześnie stresować i cieszyć.

Dziś nikogo już nie dziwi, że psycholog czy coach wychodzi na scenę i bawi publiczność do łez. Ty, jakieś 30 lat temu, byłaś tego prekursorką. Dziękuję. Zawsze mówię i na poważnie, i na śmiesznie...

A teraz do tego jeszcze śpiewasz! Śpiewająca psycholożka – tego jeszcze nie było! No to już jest. A w dodatku śpiewająca psycholożka w tym wieku (śmiech).

W Wikipedii podają, że jestem rocznik '62. I proszę bardzo, nie będę tego prostować. Choć nie jest to prawda. Czasami się przyznaję, choć nie zawsze mi się chce.

Ale chce ci się śpiewać. To pewne. Czy tą płytą rozpoczynasz karierę muzyczną? Nie mam pojęcia, co nią rozpoczynam! Choć nie, jedno wiem, rozpoczynam nową przygodę. Moja praca też jest wielką przygodą. I nieustającą. To, że mnie dużo ludzi czyta, że na ulicy padają mi w ramiona i dziękują, że im życie uratowałam – jest wprost rozkoszne. Dziękuję mojej Pani Bozi, że mam taką robotę. I naprawdę czuję, że po to żyję. Wiem, że mam pomagać. Ludziom, którzy się gubią. Pierwszy raz to poczułam, kiedy zaczęłam pracować z alkoholikami. I zawsze o ludziach myślę nie, że są nie tacy jak trzeba i ja mam ich naprawić, tylko że jeszcze sami siebie nie odnaleźli. Wracając do płyty, chciałabym, by te piosenki po prostu się ludziom spodobały. Kiedy pierwszy raz dałam do przeczytania swoje wiersze mojej grupie terapeutycznej, to zaraz dziewczyny zaczęły je przepisywać, bo to „było o nich”. Jak ja się ucieszyłam! Raz przyszła do mnie studentka na gender studies, na których miałam wykłady, i przyprowadziła koleżankę. Usłyszałam, że mój tomik uratował ją od samobójstwa. „Pani mnie wtedy tak podtrzymała, tak ucieszyła, że warto żyć” – powiedziała. Wyobrażasz sobie, co ta dziewczyna mi dała za prezent?!

To o czym ty tam pisałaś? Pisałam po prostu całą prawdę, dobre i smutne rzeczy też. Pierwszy wiersz był o tym, że można mi wszystko zrobić, również można mnie zabić, ale jestem.

„Byłam, bo chciałam” – śpiewasz na nowej płycie. W ostatniej piosence. Cała płyta się kończy tymi słowami: „Byłam, bo chciałam”. Ale czasami nie chciałam być, więc rozumiem, że ludzie też czasem nie chcą. Można rozmawiać ze mną i o śmierci, i o samobójstwie, i o żałobie. Ja to wszystko znam...

Czyli mówisz, że wydajesz tę płytę nie tylko dla swojej przyjemności... Przede wszystkim dla swojej przyjemności! Ale dla cudzej, mam nadzieję, też. Niektórzy mówią, że na nią czekają. Wiem, że będą również tacy, co powiedzą: „A czegóż to się jej zachciewa na stare lata?!”. I mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza, póty próbowania. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać. Ile mamy na to dowodów! Znam DJ Wikę, boską dziewczynę, znam Mazurównę – laska, że paść można. I Irenkę Santor – niech nam króluje po wsze czasy! Jest Ula Dudziak, Barbara Krafftówna. Danuta Szaflarska – niestety niedawno nas opuściła, ale co to była za kobieta! Grała do ostatniej chwili, błyszcząc intelektem. Długo by wyliczać!

Mnie mniej interesują ci, którym twoja płyta się nie spodoba, bardziej ci, którzy dzięki niej przestaną myśleć, że w pewnym wieku nie wypada. Zwłaszcza jeśli jest się psycholożką, urzędniczką, prawniczką, nauczycielką... A jakie nauczycielki dzieci lubią najbardziej? Te, którym wypada! Niektóre kobiety po sześćdziesiątce mówią mi, że one nie pójdą na kurs, bo się wstydzą, że czegoś nie potrafią. Ale w takim razie ja bym nigdy nie wzięła się do pisania do gazet. Kiedy mi to kiedyś zaproponowano, dostałam ostrego pietra, bo przecież  NIGDY TEGO NIE ROBIŁAM. Ale na szczęście pewien przyjaciel spytał mnie: „Kasia, czytasz gazety?”. „Czytam”.  „Masz poczucie, że czasem ludzie bełkot piszą?”. „Mam”. „I się nie wstydzą”. Wiesz, że mnie tym przekonał?

Co jest wyznacznikiem tego, że trzeba za czymś iść? Że sprawia przyjemność? Że jest komuś potrzebne? Że to cię rozwija. Śpiewałam jako dziecko i dużo tańczyłam, bo to kochałam. Tata raz mi powiedział, że fałszuję, więc się zawstydziłam i śpiewałam tylko na ogniskach i koloniach. I sama sobie. Ale śpiewanie było zawsze moim marzeniem. Kiedy mnie pytano, jaki dar chciałabym mieć, to odpowiadałam: piękny głos. Taki, który by się niósł po wielkiej sali koncertowej. Jak Barbra Streisand. Choć podobają mi się też niskie, czarne głosy, jakie miały Aretha Franklin czy Billie Holiday. A teraz LP. No ale zdawałam sobie sprawę, że nie mam takiego. Choć czasem ktoś powie, że ładny. No i nut nie znam. Muzycy mi zapisują to, co wyśpiewam. Mówisz, że się ośmielam. Z moimi przyjaciółkami piosenkarkami chodzimy po knajpach i czasem im mówię: „Mam nową piosenkę” – i śpiewam ją na głos. Wtedy mili ludzie wokół biją brawo, i to jest przeurocze. A one mi wtedy mówią: „My byśmy tak nigdy nie zaśpiewały”. „No bo wy jesteście profesjonalistki, a kim jestem ja? Wesołą amatorką, to i się ośmielam”.

Myślisz sobie: „A co ja mam do stracenia!”? No pewnie. Przecież na tym nie zarabiam, bo zarabiam gdzie indziej.

A czemu właśnie teraz? Ostatnio tak sobie pomyślałam: „Tyle lat ciężko pracuję i jestem zmęczona. Od czasu do czasu dam jakiś występ, ale do tego trzeba się też przygotować, no i ktoś musi mnie zaprosić, bo żebym sama coś zaproponowała, to nawet nie mam głowy i przestrzeni”. Więc mówię do przyjaciół: „A może to już sobie odpuszczę?”. A oni na to: „Czyś ty zwariowała? Przecież kiedy o tym mówisz, to masz gwiazdy w oczach. Ty masz to robić, i koniec”. Albo pytają: „A czemu ty płyty nie masz?”. „A co to ja za piosenkarka jestem, żeby płytę mieć?”. „Ale masz przyjemny głos i przede wszystkim twoje piosenki są o czymś”. I pomyślałam sobie: „Kurde, mają rację”. Powiem ci tak: śpiewam, bo lubię. A kiedy mnie jeszcze o to proszą, to jestem tak ucieszona, że nie czekam na dodatkową zachętę.

Co chciałabyś powiedzieć ludziom tą płytą? Że warto kochać. Życie, siebie, ludzi. Oczywiście nie da się kochać bez przerwy, nie jestem naiwną nastolatką i nie wierzę w romantyczną miłość, o co dziewczyny mają do mnie czasem pretensje, ale wierzę w miłość jako pozytywną postawę wobec życia. Kiedy kochasz, zdajesz sobie sprawę, że są rzeczy straszne i smutne, że na niektóre nie mamy wpływu i musimy się z tym pogodzić, ale też na wiele spraw – mamy. A już na pewno mamy wpływ na to, jak traktujemy siebie i innych. I na to, czy sobie pozwolimy się śmiać, tańczyć, malować, pisać wiersze, dziergać, lubić niektórych szczególnie i cieszyć się... Proszę sobie wstawić w to wykropkowane, co komu potrzeba.

Płyta "Choćby tak na chwilę", wyd. MTJ, muzyka: Maciej Szulc, Wojciech Stec, słowa: Katarzyna Miller.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Styl Życia

Maciej Nabrdalik - fotograf z duszą

Maciej Nabrdalik (Fot. Wojciech Grzędziński)
Maciej Nabrdalik (Fot. Wojciech Grzędziński)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Po studiach informatycznych mógł mieć pracę z przyszłością, a robienie zdjęć traktować jako dziecięcą pasję. A jednak został członkiem prestiżowej agencji fotograficznej i ma na swoim koncie wiele nagród za fotografie prasowe. Jak to jest, kiedy zajmujesz się zawodowo czymś, co cię naprawdę cieszy – pytamy Maćka Nabrdalika.

Studiowałeś informatykę, pracowałeś jako ratownik – jak to się stało, że w końcu wybrałeś fotografię? Praca ratownika z założenia była zajęciem tymczasowym, pracą wakacyjną; a informatyka – wyborem pragmatycznym, wydawała się oferować atrakcyjną przyszłość. Zresztą pewnie wielu ludzi faktycznie tych atrakcji doświadczyło. Internet pojawił się w Polsce, gdy byłem w liceum. Wciągnął mnie świat, który otwierały komputery. Dzięki nim nawiązałem pierwsze międzynarodowe kontakty, zaczynałem podróżować. Fotografia towarzyszyła mi jako pasja i, jak to w życiu bywa, spotkałem na swojej drodze ludzi, którzy pozwolili mi uwierzyć, że ta pasja i dziecięca fascynacja może stać się również moją rzeczywistością. Do teraz zdarza mi się zastanawiać, jak to możliwe, że zajmuję się zawodowo czymś, co tak bardzo mnie cieszy.

Które z setek wykonanych zdjęć jest dla ciebie najważniejsze? Ciągle wracam myślami do jednego. To fotografia rodziny uchodźców na brzegu wyspy Lesbos. Sfotografowałem ich tuż po wyjściu z pontonu, w którym ściśnięci z kilkudziesięcioma innymi ludźmi przemierzyli fragment Morza Egejskiego między Turcją a Grecją. Wtedy trudno było uzyskać nawet podstawowe informacje od uchodźców, większość chętnie dawała się fotografować, ale nie chcieli się przedstawiać. Często po wyjściu na brzeg darli swoje paszporty, obawiając się, że prawdziwa tożsamość może im zaszkodzić. Tę rodzinę widziałem dzień później w okolicach portu. Chciałem ponownie nawiązać z nimi kontakt, ale zanim udało mi się zaparkować, zniknęli mi z oczu. Ich obraz niejako prześladuje mnie od tego czasu. Ciekaw jestem, jak potoczyły się ich losy, wyglądali na silnych, w pewien sposób dumnych, i wraz ze znajomym dziennikarzem zastanawiamy się, jak można by ich odszukać, nie narażając ich. Nie chcemy robić tego przez media społecznościowe, bo być może tam, dokąd trafili, nie wszyscy znają ich przeszłość.

Kilka lat temu powiedziałeś, że od zawsze towarzyszył ci mit podróżującego fotoreportera. Czy to Ryszard Kapuściński zaszczepił w tobie takie myślenie? Ryszard Kapuściński pojawił się na mojej drodze na tyle wcześnie, że zawód reportera funkcjonował w mojej świadomości od najmłodszych lat, bo dzięki mojemu wujkowi dziennikarzowi Kapuściński był w moim rodzinnym domu w dniu, kiedy się urodziłem, i na pamiątkę tego spotkania podpisał tomik swoich opowiadań „Busz po polsku”. Dzisiaj moje podróże nie służą już poznawaniu odległych zakątków świata, choć i to lubię, ale uważam, że reporter czy fotoreporter musi podróżować, bo w innym przypadku łatwo utknąć w bezpiecznej bańce.

Jesteś członkiem prestiżowej amerykańskiej agencji fotograficznej Photo VII, jednym z jej założycieli jest urodzony w Czechach Antonin Kratochvil. To ważna dla ciebie osoba, czego się od niego nauczyłeś? Antonina chętniej niż nauczycielem nazywam mentorem. Wielu nauczycieli próbuje rzeźbić swoich wychowanków na postawie sztywnych założeń i swoich przekonań. Prowadząc ich za rękę w wyznaczonym przez siebie kierunku, Antonin pozwolił mi odkryć własną drogę. Asekurował, ale na długiej elastycznej linie. Pomógł mi zrozumieć, że każde bez wyjątku doświadczenie, które spotkało mnie w życiu – dobre i złe, może stać się moją siłą.

Krzyzys uchodźczy, 24 września 2015, Skala Sikamineas, Lesbos, Grecja. Rodzina uchodźców z Syrii odpoczywa na wybrzeżu greckiej wyspy Lesbos. (Fot. Maciej Nabrdalik) Krzyzys uchodźczy, 24 września 2015, Skala Sikamineas, Lesbos, Grecja. Rodzina uchodźców z Syrii odpoczywa na wybrzeżu greckiej wyspy Lesbos. (Fot. Maciej Nabrdalik)

Masz też za sobą rok na Harvardzie w ramach stypendium Nieman Foundation, najstarszego i najbardziej renomowanego programu kształcenia dziennikarzy z całego świata. Czego się tam nauczyłeś? Ha! To będzie długa lista. Oczywiście w sensie dosłownym nauczyłem się wielu rzeczy, studiując u boku wybitnych profesorów, wśród ambitnych i zdolnych młodych ludzi, ale chyba najwięcej dowiedziałem się o sobie samym. Wiele rzeczy tam uporządkowałem, odświeżyłem, ułożyłem na nowo. Celem tego stypendium jest umacnianie dziennikarzy poprzez stworzenie im warunków do rozwoju zawodowego. Myślę, że jednym z ważniejszych elementów tego procesu jest odseparowanie całej grupy od wszelkich bieżących zadań zawodowych. W niemal terapeutycznej atmosferze mogliśmy zastanowić się także, dlaczego robimy to, co robimy. Nauczyłem się patrzeć na sprawy z wielu perspektyw, bo każda wypowiedziana myśl wracała do mnie po chwili w zupełnie nowym kontekście, przefiltrowana przez doświadczenia współstudiujących z różnych zakątków świata. Poza tym nauczyłem się, że zniknięcie z dotychczasowego krajobrazu na cały rok nie powoduje żadnej katastrofy. To doświadczenie pozwoliło mi zwolnić, spędzam mniej czasu w tzw. środowisku, łatwo przychodzi mi wyłączenie się z mediów społecznościowych.

W pewien sposób wszyscy mamy za sobą taki rok „zniknięcia” z krajobrazu… Przez ten czas nasze życie stanęło na głowie. Jak to wpłynęło na fotografię? Czy także tak mocno się zmieniła? Diametralnie. Z jednej strony łatwiej fotografować ludzi w publicznych miejscach, bo czują się bezpieczniej za maseczkami, z drugiej strony – dużo trudniej o kameralne spotkania i intymne sytuacje, trudniej zostać zaproszonym do czyjegoś domu.

Odwiedzałeś z aparatem oddziały zakaźne, gdzie leżą chorzy na COVID-19. Realizowałem zlecenie dla „The Wall Street Journal”. Zwykle nie zadaję sobie pytania „po co?”, bo na tym polega moja praca, ale tym razem musiałem sobie na nie odpowiedzieć, ponieważ kilkakrotnie pytano mnie, czy na pewno jestem gotów ponieść ryzyko, które z tym zleceniem się wiąże. Jednak podejmowanie takich decyzji przychodzi mi dość łatwo, bo wierzę w zdobywanie informacji, w uczenie się o świecie z pierwszej ręki. Epidemia wyniosła falę samozwańczych ekspertów, a robiąc zdjęcia na oddziałach, rozmawiając z chorymi, obserwując lekarzy i personel medyczny, rozumiem znacznie więcej niż wcześniej.

Masz na swoim koncie kilka książek, a ostatnia – „OUT” opowiada historie polskich osób LGBTQIA. Dlaczego wybrałeś ten temat? To temat wybrał mnie. „OUT” należy do całej serii publikacji o społeczności LGBTQIA w różnych miejscach świata, powstałej z inicjatywy amerykańskiego wydawnictwa „The New Press” przy wsparciu fundacji Arcus. Do projektu zaprosił mnie zaangażowany w niego Jurek Wajdowicz, który prowadzi w Nowym Jorku studio graficzne EWS. W odróżnieniu od dwóch poprzednich „OUT” nie jest dla mnie książką fotograficzną – choć zlecono mi ją jako fotografowi i są w niej też oczywiście zdjęcia – a cyklem spotkań z ludźmi, którzy otwierali się przede mną, dzieląc się często najtrudniejszymi doświadczeniami. Jestem im za to bardzo wdzięczny. Nie potrafię pewnie zrozumieć w pełni tego, jak przeżywają swoje traumy, ale dzięki kilkumiesięcznej pracy wiem, z czym się mierzą, czego się boją i jak bardzo ich życie jest trudniejsze od mojego.

A czego ty się teraz boisz? Mam wrażenie, że ostatnio pewniej stąpam po ziemi. Nauczyłem się odróżniać lęk, który odziedziczyłem w procesie wychowawczym, od tego, który jest mój, czyli rodzi się z mojej wrażliwości, wiedzy, uczuć. Ten pierwszy konfrontuję do momentu, kiedy spotka się z tym moim. Respektuję granice własnych lęków, bo ufam swojej intuicji, rzadko mnie zawodzi, a aparat i zdjęcia zwykle są świetnym pretekstem do badania tych granic. Ostatnio wiele dotychczasowych doświadczeń nabrało zresztą nowych znaczeń, nawet to zdjęcie, o którym powiedziałem na początku, inaczej mnie dręczy, odkąd jestem tatą. Kwestie relacji, rodziny, pokoleń, poznawania świata nowymi oczami, ale też kruchości życia – zaczynają się jakoś bardziej ze sobą łączyć.

Maciek Nabrdalik, fotograf wielokrotnie nagradzany w polskich i międzynarodowych konkursach fotografii prasowej, w tym World Press Photo, Pictures of the Year International, The Best of Photojournalism. Laureat nagrody za Zdjęcie Roku Grand Press Photo 2007 i nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego.

  1. Moda i uroda

Dawid Hady: krawiec slow fashion

Dawid Hady ze swoją ulubioną maszyną do szycia z 1967 roku. (Fot. materiały prasowe)
Dawid Hady ze swoją ulubioną maszyną do szycia z 1967 roku. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
W jego pracowni nic nie ma prawa się zmarnować. Ubrania powstają na zamówienie ze starannie wyselekcjonowanych tkanin w maksymalnie kilku egzemplarzach. Inne dostają drugie życie i ponownie trafiają do obiegu. Wierny tradycyjnemu krawieckiemu rzemiosłu stara się tworzyć etycznie i ekologicznie, bo wierzy, że wspólnymi siłami uda nam się zbudować nową jakość – modę, która nie zadaje bólu i nie niesie cierpienia.

W latach 80. na terenie Świlczy, niewielkiej wioski oddalonej kilka kilometrów od Rzeszowa, prowadzono prace archeologiczne, które wykazały, że osadnicy zamieszkujący te tereny w V w. zajmowali się obróbką bursztynu. W 2021 roku w swojej pracowni w Świlczy urzęduje Dawid Hady, krawiec slow fashion, który tworzy modę odpowiedzialną. Skąd wziął się tam Dawid i jak to się stało, że postanowił zostać krawcem? Świlcza to moje korzenie, tutaj się urodziłem i spędziłem osiemnaście lat mojego życia. Dorastanie na wsi było cudownym doznaniem, ukształtowało moją wrażliwość i sprawiło, że od najmłodszych lat obdarowany zostałem miłością bezwarunkową przez Matkę Ziemię. Przebywanie blisko natury to błogosławieństwo. W dzieciństwie dużo rysowałem, rzeźbiłem i malowałem. Byłem dzieckiem z artystyczną duszą, które wakacje spędzało leżąc na kocu pod swoją ulubioną wielką brzozą, rozwijając swoje artystyczne pasje.

Miłość do ubrań istniała we mnie od zawsze, już w szkole podstawowej chciałem tworzyć ubrania, zostać projektantem mody. Po ukończeniu szkoły podstawowej przystąpiłem do egzaminu wstępnego do Liceum Sztuk Plastycznych w Rzeszowie. Byłem młodym chłopakiem z marzeniami, wydawało mi się, że jedyne czego potrzebuję żeby zostać dobrym projektantem, to wykształcenie dobrej kreski. Sądziłem, że liceum plastyczne i tytuł artysty plastyka uczyni ze mnie projektanta mody. Na szczęście podczas egzaminów wstępnych poległem właśnie na rysunku i do liceum plastycznego się nie dostałem. Na ławce rezerwowych było technikum odzieżowe i to był strzał w dziesiątkę! Oprócz rysowania i projektowania ubioru, posiadłem magiczną umiejętność szycia ubrań, i co za tym idzie, materializowania własnych projektów, to było niesamowite doznanie. Do dzisiaj pamiętam emocje, które towarzyszyły mi po zrealizowaniu pierwszego własnego projektu.

Prawdopodobnie los czuwał nade mną i zaprowadził w najbardziej dogodne dla mnie miejsce, tak po prostu musiało być. Teraz  mogę mówić o sobie technik technologii odzieży, czy też krawiec slow fashion. Zabawne, bo jako jedyny w klasie nigdy wcześniej nie szyłem na maszynie, wcześniej tworzyłem ręcznie jedynie stroje dla lalek siostry. Pamiętam jak z trudem utrzymywałem linię prostą szyjąc na maszynie.

Po szesnastu latach jestem tutaj, we własnej pracowni krawieckiej, gdzie z pedantyczną dokładnością przeszywam każdy milimetr tworzonego ubrania. Dwa lata temu wróciłem do Polski po dekadzie spędzonej za granicą, żeby zrealizować marzenie o modzie, która nie krzywdzi. Od marca 2020 roku działam pod własnym nazwiskiem.

Dawid Hady z psią asystentką Fridą (Fot. materiały prasowe) Dawid Hady z psią asystentką Fridą (Fot. materiały prasowe)

Przed naszym spotkaniem robiłam mały research na twój temat i trafiłam w sieci na artykuł z 2005 roku. Widzę, że dość wcześnie wzbudzałeś zainteresowanie mediów. Jak to było być młodym chłopakiem, który interesuje się modą, ubiera inaczej niż 99 proc. społeczeństwa i mieszka w Rzeszowie? Pozwolę sobie przytoczyć tutaj moją ulubioną historię z dzieciństwa. Wydarzyła się ona w przedszkolu, miałem sześć lat. Pewnego dnia pani poinformowała nas o przyjeździe fotografa, który następnego dnia miał zrobić nam pamiątkowe zdjęcie na zakończenie przedszkola. Od razu zacząłem myśleć,  jak się ubiorę do tego historycznego zdjęcia. Wybór był oczywisty, miałem swój ulubiony komplet, w którym czułem się najlepiej. Był to wełniany sweter w niebiesko-czerwone pasy i jeansowe ogrodniczki z kaczorem Donaldem. Zapomniałem dodać, że był czerwiec, a tego dnia było bardzo gorąco. W południe przyjechał fotograf zrobić nam zdjęcia na przedszkolnym placu zabaw. Pamiętam doskonale jak bardzo było mi gorąco i pytania kierowane w moją stronę, czy aby na pewno nie chcę zdjąć z siebie swetra lub przebrać się w coś lżejszego. Nie było takiej opcji, chciałem za wszelką cenę mieć na sobie moje ulubione ubrania. Cierpiałem, ale czułem, że jestem szczęśliwy. Zdjęcie przedstawia grupkę dzieci na placu zabaw, wszyscy ubrani w letnie sukienki, koszulki, spodenki, i ja w centralnej części tego zdjęcia, siedzę w promieniach słońca, mam na sobie wełniany sweter, jeansowe ogrodniczki oraz szczęście wyrysowane na twarzy. Do dzisiaj, gdy myślę o tej sytuacji, patrzę na tego małego chłopca z wielką czułością i podziwem.

Mówię żartobliwie, że innym trzeba się po prostu urodzić. Przyzwyczaiłem się do tej  swojej inności dość wcześnie. Bywały chwile mało przyjemne, to fakt. Zwracanie na siebie uwagi innych jest wpisane w życie tych, którzy odbiegają wyglądem od reszty społeczeństwa. Nieprzyjemny był dla mnie okres dojrzewania, kiedy bardzo pragnąłem pokazać światu swoją odzieżową inność, niestety nie była ona odbierana pozytywnie. Słyszałem wtedy wiele nieprzyjemnych określeń, a to nie jest dobre dla dorastającego, wrażliwego dziecka. Brałem to wszystko do siebie i długo nosiłem w sobie. Na szczęście z upływem czasu to się zmieniło. Dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem świadomym swojej wartości człowiekiem. Bardzo cenię swoją wrażliwości, uważam, że jest ona moim największym skarbem. Świadomość siebie i tego, że jest się cudem przychodzi z czasem. Mam ją od ponad dziesięciu lat i czuję się z tym wspaniale.

Po ukończeniu rzeszowskiego Technikum Odzieżowego marzyłeś o wielkich pokazach w Londynie. Chciałeś zostać drugim Arkadiusem? Arkadius inspirował mnie do bycia sobą, wyrażania siebie poprzez ubiór. Jako nastolatek przeczytałem wszystkie wywiady z Arkadiusem i z wypiekami na twarzy oglądałem jego kolekcje. Byłem nim zafascynowany, ale nigdy nie chciałem być drugim Arkadiusem, wręcz przeciwnie, coraz bardziej chciałem być sobą.

W tamtym wywiadzie wspomniałeś, że twoim marzeniem są studia projektowania ubioru w Krakowie. Czy twoja zawodowa ścieżka potoczyła się tak jak sobie to zaplanowałeś? Po ukończeniu technikum odzieżowego i zdobyciu tytułu technika technologii odzieży wyprowadziłem się ze Świlczy do Krakowa z zamysłem studiowania projektowania ubioru. Jednak już po pierwszym semestrze stwierdziłem, że to nie dla mnie. Nie znalazłem tam niczego, co mogłoby mnie zafascynować i zachęcić do pozostania tam dłużej. O wiele ciekawsze było codzienne życie miasta, poznawanie jego mieszkańców i rozmowy z nimi. W Krakowie poznałem Hankę Podrazę, z którą stworzyłem duet HadyPodraza. Wyznaczaliśmy modowe trendy, szyliśmy ubrania, zajmowaliśmy się kreowaniem wizerunku własnego i innych, stylizacjami do zdjęć, teledysków, powołaliśmy do życia zakład krawiecki Igiełka, w którym działaliśmy. Twórczość HadyPodraza była wizjonerska, do dzisiaj taka pozostaje, gdy patrzę na to, co tworzyliśmy razem ponad jedenaście lat temu. Z czasem Kraków zrobił się dla mnie zbyt mały i podjąłem decyzję o wyjeździe do Londynu, chciałem spróbować swoich sił w wielkim mieście. W Londynie odkryłem siebie na nowo, wielkie miasta są najlepszymi nauczycielami życia. Dowiedziałem się co lubię, a czego nie. Mieszkając w Londynie po raz pierwszy w życiu zobaczyłem jak bardzo jesteśmy uzależnieni od konsumpcji, ciągłego kupowania, tego, że życie większości z nas ogranicza się do zarabiania pieniędzy i ich wydawania. Przeraziło mnie to, w jaki sposób funkcjonuje przemysł modowy, nie chciałem być jego częścią.

Co się stało, że zrezygnowałeś z marzeń o pokazach w wielkim świecie mody i postanowiłeś zostać klimatycznym i ekologicznym wojownikiem, który będzie tworzył modę odpowiedzialną? Przeprowadzka do Londynu miała być przepustką do wielkiego świata mody, kariery i spełnienia. Jednak życie i krążące wokół kosmiczne energie piszą dla nas czasem zupełnie inne scenariusze. Po prawie dziesięciu latach życia w Londynie, gdzie mocno doświadczyłem struktur rządzących tym światem, uświadomiłem sobie jak bardzo nasze życie okupione jest cierpieniem innych ludzi. Nadal bardzo niewiele osób jest świadomych tego, że przemysł odzieżowy, zaraz po paliwach kopalnych, najbardziej zatruwa środowisko. Były to dla mnie szokujące informacje. Oglądając najmodniejsze londyńskie witryny sklepowe widziałem jedynie cierpienie, ból i wyzysk. Nie chciałem być częścią tego przemysłu.

Kiedy zgiełk wielkiego miasta stał się nie do zniesienia, przeniosłem się do Hiszpanii na wieś. Tam przez rok odpoczywałem, zachwycając się cudownymi krajobrazami. Marzenia o byciu projektantem i pokazach mody zamieniłem na walkę o lepsze jutro dla nas, ludzi i planety, której mieszkańcami jesteśmy. Zacząłem dużo czytać o ekologii, o eksploatowanej do granic wytrzymałości Ziemi, o kryzysie klimatycznym i  wyzysku ludzi, o tym jak wygląda produkcja ubrań fast fashion. Przyswojenie ogromu cierpienia zawartego w tych informacjach było niezwykle trudne, wtedy pojawiły się pytania w jaki sposób ja, swoim działaniem mogę przyczynić się do poprawy kondycji modowego świata, w którym żyjemy. Dużo myślałem nad przyszłością, moją i naszą jako ludzi, nad wizją nadciągającego kryzysu klimatycznego

Tak narodził się nowy Dawid, klimatyczny i ekologiczny wojownik, który stoi na czele marki Dawid Hady, opiekującej się ludźmi, ubraniami i naszą wspaniałą planetą. Od dwóch lat jestem w Polsce, i to tutaj w Świlczy od roku działam pod własnym nazwiskiem, tworząc modę etycznie skrojoną, pełną miłości do ludzi i planety. Przez ponad dziesięć ostatnich lat życie kierowało mnie w różne części świata, dużo podróżowałem, czytałem, uczyłem się siebie, aby rok temu stanąć na czele własnej firmy. Tak po prostu miało być.

Dawid Hady w swojej pracowni (Fot. materiały prasowe) Dawid Hady w swojej pracowni (Fot. materiały prasowe)

W twojej pracy najważniejsza jest przejrzystość. Pokazujesz jak wygląda twoje miejsce pracy, podkreślasz też, że ubrania powstają w maksymalnie kilku egzemplarzach. Czy w ten sam sposób podchodzisz do tkanin czy dodatków, np. guzików, których używasz? Znasz ich miejsce pochodzenia, wiesz w jaki sposób zostały wyprodukowane? Transparentność procesu produkcji jest dla mnie bardzo ważna. Jednym z jej elementów jest właśnie pokazanie mojego miejsca pracy, tego w jakich warunkach powstają tworzone przeze mnie ubrania. W moich relacjach na Instagramie pokazuję również cały proces tworzenia ubrań: krojenie, szycie czy prasowanie. Próbuję szczegółowo dokumentować każdy krok mojej pracy, tak aby było to jak najbardziej przejrzyste, a zarazem ciekawe dla osób zainteresowanych procesem produkcji ubrań slow fashion. Aby ograniczyć do minimum wpływ mojej produkcji na środowisko, ubrania, które dostępne są w więcej niż jednym egzemplarzu szyję jedynie na zamówienie. W przypadku mody odpowiedzialnej oraz produkcji indywidualnej, dobór tkanin i dodatków nie może być przypadkowy, nieprzemyślany czy z niesprawdzonego źródła. Wszystkie miejsca, w których zaopatruję się w tkaniny i dodatki muszą być dokładnie przeze mnie przefiltrowane. Tkaniny, których najczęściej używam to len, konopie, mieszanka bawełny z lnem, tkaniny bambusowe pochodzące z recyclingu czy certyfikowana bawełna, z której szyję koszulki. Jeśli jest to możliwe, wspieram lokalne firmy i ich produkty. Dodatki są tak samo ważne jak dobór odpowiednich tkanin, muszą być przyjazne środowisku, wykonane z naturalnych materiałów, np. bambusowe guziki czy też pochodzące z odzysku. Marzę o bazowaniu wyłącznie na produktach lokalnych.

Absolutnie pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie informacja, że wyprodukowanymi przez siebie ubraniami opiekujesz się dożywotnio, a co jeszcze ciekawsze, można je odesłać do ciebie nawet po kilku latach użytkowania, dostając w zamian rabat na kolejne zakupy. Gospodarka obiegu zamkniętego to superważne dla środowiska zagadnienie, którym dopiero zaczynają interesować się wielkie marki odzieżowe. U ciebie już to działa! Tak, działa, i co cieszy mnie najbardziej, to pozytywny odbiór tej idei. Ludzie, z którymi obcuję na co dzień, są zmęczeni słabą jakością ubrań oraz brakiem odpowiedzialności marek odzieżowych za produkt, który sprzedają. Obieg zamknięty w modzie od zawsze był dla mnie ważny, już ponad dekadę temu tworzyłem ubrania z tkanin zakupionych w sklepach z odzieżą używaną, oferowałem naprawę ubrań, które tego wymagały.

Współczesny świat nauczył wielu z nas, że za niewielkie pieniądze możemy dostać coś nowego, zgodnego z najnowszymi trendami. Co najgorsze, zakupami często poprawiamy sobie humor. Zapomnieliśmy też, że ubrania można oddać do naprawy, odświeżyć je, wymienić guziki na zupełnie inne, dodać haft, który urozmaici stare jeansy, które nam się znudziły. Wszędzie promuje się ideę posiadania wielkiej garderoby pełnej ubrań, nie ważne czy dobrej jakości, ważne, aby było ich dużo.

Ja oferuję dożywotnią opiekę nad stworzonymi przeze mnie ubraniami,  ponieważ one żyją razem z ze swoimi właścicielami, a ich użytkowanie jest procesem. Rzeczą naturalną jest to, że wraz z upływem czasu ubranie może wymagać naprawy, wymiany podszewki, zacerowania dziury, zwężenia, skrócenia. Biorę odpowiedzialność za jakość uszytych przeze mnie ubrań, jeśli zakupionego  u mnie ubrania nie chcesz już dłużej nosić, to masz możliwość odesłania go do mnie, w zamian daję ci rabat na zakup czegoś nowego. Oddane ubranie po przeglądzie, odświeżeniu i ewentualnych poprawkach trafi znowu do sprzedaży w moim dziale Druga Ręka. Gospodarka obiegu zamkniętego to zdecydowanie numer jeden przyszłości w modzie.

(Fot. Piotrek Książek/ materiały prasowe Dawid Hady) (Fot. Piotrek Książek/ materiały prasowe Dawid Hady)

Pisze o sobie, że jesteś feministą i że marzysz o świecie, w którym kobiety będą bezpieczne, zaopiekowane i niezależne. Swoją twórczością wspierasz działalność Fundacji Feminoteka. Możesz opowiedzieć więcej na ten temat? Feministą jestem od bardzo dawna. Prawdopodobnie od momentu przyjścia na świat, kiedy po raz pierwszy poczułem miłość matki. Wychowałem się w domu zaopiekowanym przez kobiety. Podczas pięcioletniego okresu nauki w technikum odzieżowym byłem jedynym mężczyzną w klasie, byłem rodzynkiem i uwierz mi na słowo, ten klasowy mikroświat rządzony przez kobiety był pełen miłości i zrozumienia, nikt nie czuł się odtrącony, niezrozumiały lub wykluczony. Nieustannie marzę o świecie, w którym patriarchalizm to przeszłość, w którym my, mężczyźni, uczymy się od kobiet miłości. Swoją twórczością bardzo chciałbym wspierać działania fundacji, które opiekują się kobietami i walczą o ich prawa. Dlatego tworząc damską koszulkę Hello Mother Earth zdecydowałem o przekazaniu części zysku ze sprzedaży na rzecz Fundacji Feminoteka.

Na koniec chciałabym zapytać, jak widzisz przyszłość mody. Światowa pandemia jeszcze bardziej obnażyła wszystkie grzechy przemysłu odzieżowego, skalę nadprodukcji, wyzysku ludzi i planety. Jak myślisz, w jakim kierunku w najbliższych latach będzie podążać moda? Czy zaczniemy kupować mniej i zwracać uwagę na jakość? A może to wszystko pójdzie w zupełnie inną stronę? Czuję, że jesteśmy na początku modowej rewolucji, to na pewno. Pandemia i kryzys klimatyczny zmienią świat. Ten, który znaliśmy odchodzi i nigdy już w znanej nam formie nie powróci. Z moich obserwacji wynika, że coraz więcej ludzi budzi się i zaczyna dostrzegać ogrom cierpienia i problemów, z którymi przychodzi nam się mierzyć. Zaczynamy żyć bardziej świadomie, chcemy być odpowiedzialnymi konsumentami, którzy stawiają nie na ilość, ale na jakość, wspierają lokalne marki, naprawiają, to co się zepsuło. W kolejnych latach docenimy rzemieślników – szewca, kaletnika czy krawca, którzy mają zakłady za rogiem. Cieszy mnie bardzo, że temat mody odpowiedzialnej przedziera się do mediów mainstreamowych i jest częstym tematem nawet w programach śniadaniowych. Wierzę, że wspólnymi siłami zbudujemy zupełnie nową jakość, modę, która nie zadaje bólu i cierpienia, gdzie z slow produkcyjnej taśmy wychodzą jedynie ubrania nasączone w 100% miłością. Tego wam i sobie życzę. Miłości!

  1. Styl Życia

Z miłości do gór i schroniska Pięć Stawów

Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. (Fot. Jan Wierzejski/Fotonova)
Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. (Fot. Jan Wierzejski/Fotonova)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Choć Nowy Targ dzieli od Zakopanego zaledwie 25 kilometrów, to tak naprawdę wiele je różni. Może dlatego, że Gorce są bardziej łagodne, a Tatry bywają groźne i zmienne. Ich dzikość uczy pokory i determinuje życie mieszkańców. O narastającym zachwycie Zakopanem, w którym po przeprowadzce z Krakowa czuła się jak banitka – opowiada dziennikarka i autorka książek o tematyce górskiej Beata Sabała-Zielińska.

Beata Sabała-Zielińska, rodowita góralka, jest publicystką i dziennikarką radioąa, a także autorką i współautorką książek o Zakopanem i Tatrach. (Fot. materiały prasowe) Beata Sabała-Zielińska, rodowita góralka, jest publicystką i dziennikarką radioąa, a także autorką i współautorką książek o Zakopanem i Tatrach. (Fot. materiały prasowe)

Pamięta pani pierwsze doświadczenia związane z Tatrami? Urodziłam się w Nowym Targu, więc pozornie miałam Tatry na wyciągnięcie ręki, ale jednocześnie na tyle daleko, że patrzyłam na nie trochę jak niskopienna turystka. Postrzegałam je jako góry trudne i niebezpieczne, do których trzeba się przygotować. Dużo częściej chodziłam w łagodne Gorce, które miałam pod nosem. Dopiero jako licealistka zaczęłam chodzić po Tatrach razem z przyjaciółmi mojej siostry ciotecznej, studentami, którzy byli wędrowcami zapalonymi. Wtedy też po raz pierwszy zawędrowałam do schroniska Pięciu Stawów.

I jakie zrobiło to na pani wrażenie? Pamiętam, że ciągle było pod górę i czułam się bardzo zmęczona (śmiech). I chyba to zmęczenie przyćmiło urok miejsca. Świadomość gór przyszła dopiero, kiedy zamieszkałam w Zakopanem, gdy ich bliskość zaczęła ingerować w moje życie codzienne.

Co ma pani na myśli? Na przykład to, że przez osiem miesięcy mamy zimę z pełną gamą „atrakcji” typu śnieg, mróz, roztopy, ślizgawice, gołoledzie. Kidanie, czyli odśnieżanie – palenie w piecu, palenie w piecu – kidanie. I tak w kółko. I wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że 25 kilometrów różnicy między Nowym Targiem a Zakopanem to niemal Rów Mariański, bo pod Tatrami wszystko jest inne: bardziej intensywne, bardziej dzikie, bardziej wymagające... Na początku widziałam tylko tę jedną stronę medalu. To się zmieniło, gdy zostałam dziennikarką. Wtedy poznałam ludzi, który pokazali mi inne oblicze Tatr, bardziej fascynujące, związane z wieloma górskimi pasjami. Wtedy też sama zaczęłam chodzić po Tatrach, a raczej po nich dreptać. Nie jestem fanką sportów ekstremalnych, moje obcowanie z górami ma zdecydowanie łagodniejszą formę, która sprowadza się do zasady: nie bardzo wnikam w Tatry, dzięki temu one mnie nie zamęczają (śmiech). Mieszkam przy wejściu do Doliny Małej Łąki i bardzo często robię spacery właśnie po dolinkach. Pewnie nie poznam tych gór tak jak ludzie, którzy poświęcają im dużo czasu, ale to nie znaczy, że mniej je kocham albo mniej rozumiem.

Czy rozumienie gór przychodzi z czasem, kiedy ma się z nimi taki nieustający kontakt? A może wraz ze zrozumieniem ludzi, którzy w tych górach żyją? Jedno i drugie. Jeśli chcemy tu żyć, musimy się gór nauczyć, nie ma innego wyjścia. Poza tym wchodzimy z tymi górami w różne interakcje, także turystyczne. Pewnie dlatego dobrze rozumiemy tych, którzy chodzą po Tatrach, ale też – widząc je na co dzień – wiemy, jakie są groźne i zmienne.

Zakopane zimą. (Fot. Jan Wierzejski/Fotonova) Zakopane zimą. (Fot. Jan Wierzejski/Fotonova)

A jak to się stało, że zamieszkała pani jeszcze bliżej Tatr, a nie w innej części kraju? Przypadek. A może zrządzenie losu? Przez kilka lat mieszkałam w Krakowie. Tam poznałam mojego męża, warszawiaka, który po jakimś czasie dostał propozycję pracy w Zakopanem. I jak typowy ceper, natychmiast się tym zachwycił. Bo przecież w każdej wolnej chwili będzie chodził po górach i wiadomo, codziennie będzie jeździł na nartach. W Zakopanem mieszkamy już 30 lat i na nartach był co najwyżej kilkanaście razy (śmiech). Z tymi wycieczkami też nie jest najlepiej. Ale wtedy zachwytom nie było końca. Ja tymczasem nie skakałam z radości, perspektywa powrotu na Podhale była dla mnie równoznaczna ze zrobieniem kroku w tył. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Zakopane nie ma nic wspólnego z wiejskością. Dopiero kiedy zaczęłam poznawać miasto, ludzi i Tatry, zrozumiałam, że to – jak pisał Malczewski – pępek świata. Zachwyciłam się i w tym zachwycie trwam do dziś, dziękując losowi za taki obrót spraw.

Wyobraża sobie pani, że radykalnie zmienia pani otoczenie i wyprowadza się na przykład nad morze? (śmiech) Nie. Chociaż miewam takie myśli, że byłoby super wyjeżdżać na pół roku w czasie zimy w ciepłe kraje i wracać do Zakopanego wiosną. Z drugiej strony kiedy zima jest już tu ogarnięta, wszystko jest odśnieżone i jeszcze zaświeci słońce, to nie ma piękniejszego miejsca na ziemi.

Ja znam Zakopane tylko z perspektywy turystki, i to w takim najgorszym, letnim sezonie. Zawsze mnie ciekawiło, jak wygląda to miejsce poza sezonem. Rok temu powiedziałabym, że zachwycająco. Mniej oblegane miesiące pozwalały nam, tubylcom, złapać oddech, przejechać przez miasto w 15 minut i spotkać na ulicach nigdzie niespieszących się znajomych. Na początku pandemii rozkoszowałam się wszechobecną pustką. Miałam poczucie, jakbym pojawiła się tu dzień po stworzeniu świata, ale jeszcze przed jego zaludnieniem. Po tygodniu jednak zachwyt znikł. Obraz stał się apokaliptyczny, bo zrozumiałam, że Zakopane bez turystów traci urok, charakter, energię i poniekąd sens istnienia. Teraz więc wszyscy tęsknimy do czasów, gdy znów będą u nas tłumy, i marzymy o listopadach, marcach i kwietniach, w których będziemy mieli od czego i kogo odpoczywać.

(Fot. Jan Wierzejski/Fotonova) (Fot. Jan Wierzejski/Fotonova)

Jak bardzo ta nieustająca i widoczna obecność gór wpływa na mentalność, na myślenie o przyrodzie czy o innych ludziach, w ogóle o świecie? Bardzo, góry wręcz determinują nasze życie. Tu przyroda narzuca tempo i sposób życia. Myślę, że w związku z tym żyjemy tu trochę wolniej, ale za to zdecydowanie ciężej pracujemy, bo musimy się z tą naturą mocować. Bliskość gór uczy wytrwałości i pokory. Na pewno łatwo się nie poddajemy, ale też wiemy, kiedy odpuścić. Kiedy nie warto kopać się z koniem. Poza tym przyroda nas do siebie zbliża, uczy solidarności. Jeśli wpadnę samochodem w zaspę, „nasi” natychmiast się zatrzymają, żeby mnie z tej zaspy wyciągnąć. Jeden sąsiad przybiegnie ze żwirem, żeby podsypać pod koła, a drugi wyjdzie z kurtką zarzuconą na piżamę, żeby pomóc mnie wypchnąć. Bo tak się tu robi. Bez zbędnych słów, bez specjalnych próśb. Góry pokazują, że w jedności siła.

Właśnie ukazała się pani książka o schronisku Pięć Stawów w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Czytając ją, ma się wrażenie, jakby doświadczyła pani w tym domu wszystkich pór roku. Wszystkich nie doświadczyłam. Do samego schroniska wchodzę tak często, jak daję radę, czyli coraz rzadziej. Śmieję się, że chyba w ostatniej chwili zabrałam się do tego tematu, bo kondycja już nie ta. Ale pisząc książkę, miałam poczucie, jakbym była tam przez półtora roku. I byłam, myślami, nieustannie. Najpierw przez rok zbierałam materiał, a potem pisałam po 12–14 godzin dziennie. W pewnym momencie nawet śniłam o Stawach! I ani przez moment się nie nudziłam. Pisałam książkę podczas pierwszej fali pandemii, za oknem rozkwitała wiosna, ludzie chodzili na spacery, a ja nie żałowałam, że nie mogę wyjść, bo cały czas byłam w cudownym miejscu.

Opowieść o schronisku Pięć Stawów to poniekąd opowieść o nas samych, o naszych marzeniach, oczekiwaniach, troskach. To także opowieść o ludziach, którzy gdzieś na końcu świata zbudowali dla nas ten dom i robią wszystko, byśmy czuli się tam bezpieczni i zaopiekowani. Myślę, że fascynacja tym miejscem wynika z tego, że tam bardzo wyraźnie czuje się dzikość natury. To schronisko wciąż opiera się cywilizacji. Kiedy porządnie sypnie – nikt tam nie wejdzie i nikt stamtąd nie zejdzie. Kiedy wiatr powali drzewa albo wyleją potoki – to samo. Tam pierwsze skrzypce gra matka natura i nic nie wskazuje na to, że to się zmieni. Dlatego ciągnie tam tych, którzy chcą doświadczyć tej dzikości. I dobrze, tyle że do natury trzeba mieć respekt.

Teraz głównie kobiety prowadzą schronisko. Pani pokazuje, że góry to jest także kobiecy świat. Góry dają równouprawnienie? Oczywiście. Pani Maria Krzeptowska, która stworzyła schronisko w Dolinie Pięciu Stawów, była legendą za życia. Robiła niezwykłe wrażenie, także na mężczyznach, choć tym twardym, zahartowanym chłopom trudno było zaimponować. A jednak pani Maria imponowała, bo radziła sobie fenomenalnie. Równie dobrze radzą sobie jej wnuczki. To także bardzo mocne kobiety. Ale góralki takie są. Na żadnym polu nie ustępują facetom. Potrafią ciężko pracować, są charakterne, zdecydowane i bardzo silne, także fizycznie. A jeśli chodzi o góry, chodzą i wspinają się po nich nie gorzej od chłopów. I tak samo tracą w nich życie, więc owszem, w górach jest równouprawnienie, które sprowadza się do tego, że Tatry nie wybaczają błędów ani kobietom, ani mężczyznom.

Jakie doświadczenie albo wspomnienie związane z górami najmocniej na panią wpłynęło? Takim bardzo przykrym doświadczeniem była śmierć ratowników TOPR-u w 2001 roku. Znałam tych chłopaków, zwłaszcza Marka Łabunowicza „Maję”. W lawinie było też kilku innych kolegów, którzy cudem ocaleli. To był moment, w którym zrozumieliśmy, chyba my wszyscy, że nawet najlepsi z najlepszych nie są nieśmiertelni i że te nasze kochane Tatry są nieobliczalne i bezlitosne. Nikt nie ma w nich taryfy ulgowej.

Moim zdaniem jako ludzie mamy tendencję do zagłaskiwania przyrody. Robimy sobie ładne zdjęcia w lesie, na plaży, wydaje nam się, że to wszystko jest piękne, przyjemne i łagodne, stworzone do naszej przyjemności i do naszych usług. Myślę, że zatraciliśmy instynkt samozachowawczy, że rozwój cywilizacji zagłuszył w ludziach tę atawistyczną intuicję. Zamiast patrzeć w niebo i rozglądać się wokół, patrzymy w telefon. Bardziej wierzymy pseudonaukowcom i pseudospecjalistom niż temu, co widzimy. Być może dlatego, że nie umiemy tej przyrody interpretować. A nie umiemy, bo się od niej oddalamy. Wydaje nam się, że markowy sprzęt zastąpi umiejętności i wiedzę. Patrzymy na góry z pozycji zwycięzców, tymczasem są one żywiołem. Jest takie stare powiedzenie ratowników TOPR-u: „Szanuj góry, to i one cię będą”. Nic dodać, nic ująć.

Beata Sabała-Zielińska, rodowita góralka, publicystka i dziennikarka radiowa. Pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie prowadzi studencką rozgłośnię UJOT FM. Jest autorką i współautorką książek o Zakopanem i Tatrach.

Polecamy książkę: 'Pięć Stawów. Dom bez adresu', Beata Sabała-Zielińska, wyd. Pruszyński i S-ka Polecamy książkę: "Pięć Stawów. Dom bez adresu", Beata Sabała-Zielińska, wyd. Pruszyński i S-ka

  1. Styl Życia

Puzzle - poukładaj sobie

Puzzle z łódzkiej firmy Muno Puzzle. (Fot. materiały prasowe)
Puzzle z łódzkiej firmy Muno Puzzle. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Puzzle to świetny trening uważności, wyciszenia się i relaksu. Nic dziwnego, że w czasie pandemii tak bardzo wzrosła ich popularność. 

W 2020 roku sprzedaż puzzli w Stanach Zjednoczonych wzrosła o 300 proc. Ogromne zainteresowanie układankami przypomina sytuację z czasów Wielkiego Kryzysu, gdy tygodniowo sprzedawano ponad dziesięć milionów zestawów. Dzięki masowej produkcji oraz rezygnacji z drogiego surowca, ówczesnym producentom udało się wykreować zabawę idealną na czas ekonomicznej zapaści - niedrogą rozrywkę dostępną dla każdego bez względu na wiek i zasobność portfela. W czasie kryzysu puzzle oferowały jednak coś więcej - możliwość oderwania się od codziennych zmartwień i problemów, rozrywkę dla dorosłych i dzieci bez konieczności wychodzenia z domu.

Z danych opublikowanych przez jedną z polskich platform zakupowych wynika, że w ciągu pierwszych dwóch tygodni marcowego lockdownu zainteresowanie puzzlami wzrosło o 4400 proc.! Wystarczy zajrzeć na Instagram, żeby przekonać się o ogromnej popularności nie tylko puzzli, ale także innych gier planszowych czy przyborów do brush letteringu.

Joanna, autorka popularnego bloga Szafa Sztywniary, instagramowa aktywistka oraz promotorka akcji #puzzlezapuzzle przyznaje, że dopiero w czasie lockdownu zainteresowała się układankami. “Zaczęło się, jak z większością moich zajawek - od Instagrama. "Zaraziła mnie" Joanna Jezierska, czyli @missjeziersky. Nigdy wcześniej nie układałam puzzli, ale kiedy widziałam na stories, jakie układa obrazy (bo Joanna, podobnie jak ja, najczęściej wybiera malarstwo), pomyślałam, że to może być coś fajnego. Szybko okazało się, że faktycznie to jest rozrywka stworzona dla mnie. Mój pseudonim "Sztywniara" nie wziął się znikąd. Uwielbiam porządkować, organizować i układać rzeczy. Każdy przedmiot w moim mieszkaniu ma swoje miejsce, dzięki czemu wiem, gdzie co jest i zawsze mam porządek. A układanie puzzli to właśnie takie trochę porządkowanie i odkładanie elementów na właściwe miejsce” - wyjaśnia Joanna. “Puzzle zmuszają do bardzo uważnego przyglądania się detalom, dzięki czemu pozwalają jeszcze bardziej docenić kunszt artystów. Układanie puzzli to też taki czas tylko dla mnie. Jestem introwertyczką i bardzo lubię samotnicze rozrywki. Wiem, że wiele osób woli układanie puzzli w większym gronie, ale ja nie pozwalam się nikomu zbliżyć do mojej układanki. Takie skupienie się na jednej rzeczy, bez rozpraszania się i patrzenia w ekran telefonu czy komputera jest bardzo wyciszające.”

Układanka, którą można powiesić na ścianie

Pod hasztagami z puzzlem w nazwie opublikowano już kilka milionów postów, a od marca 2020 na polskim rynku pojawiło się także sporo młodych marek. Łódzka firma Ady i Zuzi, Muno Puzzle, funkcjonuje od pierwszej fali koronawirusa, choć pomysł na biznes pojawił się już wcześniej. “Od jakiegoś czasu każda z nas żyje w duchu "mindfulness" i same potrzebowałyśmy pewnej odskoczni od dzisiejszego, szalonego tempa życia i mediów społecznościowych. Puzzle to świetny trening uważności, wyciszenia się, relaksu. Szukając takiego zajęcia obserwowałyśmy trendy na rynkach zagranicznych, połączyłyśmy kropki, moje doświadczenie w marketingu i artystyczne wykształcenie graficzki Zuzi (ASP w Łodzi) i tak powstały Muno” - tłumaczy Ada Łuczko, współzałożycielka marki.

Puzzle młodych polskich marek mogą wydawać się kosztowne, ale za wyższą ceną stoją racjonalne przesłanki. “Nasze puzzle nie należą do najtańszych, ale na cenę składa się kilka elementów. To przede wszystkim projekty - współpracujemy ze znanymi ilustratorami z całej Polski - takimi którzy tworzą m.in. „Zwierciadła”, „Charakterów” czy „Glamour” - takie projekty mają swoją (zrozumiałą) cenę. Wiele ilustracji wychodzi też spod ręki Zuzi - także w cenę wliczony jest talent autorki i poświęcony czas. Nasze puzzle mają świetną jakość, drukujemy je w Polsce, a nie w Chinach - zatem na naszych puzzlach zarabiają także polskie drukarnie, a my mamy spokojne głowy, że wspieramy lokalną gospodarkę, a unikając zagranicznego przewozu produktów zmniejszamy ilości śladu węglowego. Do tego dochodzą oryginalne opakowania, w których sprzedajemy Muno - są to eco tuby i to właśnie ten rodzaj puzzli jest u nas najdroższy, ponieważ wybrałyśmy producenta, który oddaje procent ze sprzedaży tub na szczytny cel - sadzenie drzew.”

Kolekcjonerskie puzzle składające się z 600 elementów, zaprojektowane przez łódzką ilustratorkę i autorkę kolaży Aleksandrę Morawiak, są zapakowane w ręcznie wykonane płócienne pudełko ozdobione złotym napisem, a kolaż, który je ozdabia wyszedł spod ręki artystki. Puzzle marki Radostki drukowane w Poznaniu na papierze z recyklingu. Martyna i Aga sprzedają puzzle, które również powstają we współpracy z polskimi ilustratorkami m.in. Zofią Miller czy Dominiką Doberstein. Nowoczesne i barwne grafiki młodych polskich marek wybierane są starannie, dzięki czemu mogą stać się elementem wystroju mieszkania, wystarczy nakleić je na tekturę, oprawić i powiesić na ścianie.

Cena za niektóre puzzle może przyprawić o zawrót głowy. Yves Saint Laurent miał kiedyś w swojej ofercie kolekcjonerskie puzzle z wizerunkiem modelki Kate Moss, za które trzeba było zapłacić ponad 450 dolarów. To i tak niewiele w porównaniu do cen ręcznie wytwarzanych i uznawanych za najtrudniejsze do ułożenia, puzzli amerykańskiej marki Stave. Za niektóre zestawy trzeba zapłacić nawet kilka tysięcy dolarów, a wśród miłośników układanek nazywanych “puzzlami dla masochistów” są między innymi Bill Gates, Jeff Bezos czy królowa Elżbieta II.

Puzzle za puzzle 

Puzzle można na szczęście wypożyczyć z biblioteki, albo wziąć udział w internetowej wymiance, którą na Instagramie rozkręciła Joanna. “Akcja wymieniania się puzzlami powstała dość naturalnie. Staram się promować zakupy z drugiej ręki, a puzzle nadają się do tego idealnie. Mam małe mieszkanie, więc nie wyobrażam sobie trzymać w nim pudeł z puzzlami, zwłaszcza że puzzle układa się raczej tylko jeden raz” - tłumaczy Asia. “Po co mają leżeć i się kurzyć, skoro mogą podróżować i uszczęśliwiać kolejne osoby? Wymienianie się jest nie tylko bardziej ekologiczne niż kupowanie ciągle nowych zestawów, ale ma też ten plus, że jest to rozrywka totalnie bezkosztowa. Wystarczy kupić pierwszy zestaw (niekoniecznie nowy, może być z drugiej ręki) albo wymienić się z kimś, choćby za czekoladę czy słoik przetworów, i można się potem wymieniać za darmo w nieskończoność! Pierwsze puzzle dostałam w maju 2020 od mojej znajomej Magdaleny Stępień (@tattwa_ms), też zapalonej puzzlary, w zamian za portfel, który był mi akurat niepotrzebny. Po ułożeniu wymieniłam się z kolejną osobą za inny zestaw i tak to trwa do tej pory. Do dziś ułożyłam 13 zestawów. Wszystkie poszły dalej w świat. Powstał hasztag #puzzlezapuzzle, pod którym ludzie wymieniają się między sobą, również poza granicami Polski. Po drodze podpatrzyłam u Magdaleny pomysł, żeby do puzzli wysyłanych dalej dołączać listę, do której mogą się dopisywać kolejne osoby. W ten sposób można prześledzić całą historię danej układanki i zobaczyć, przez ile rąk już przeszła.

Puzzle: edukacyjna zabawka, która stała się rozrywką dla zamożnych

Wynalezienie pierwszej układanki przypisuje się Johnowi Spilsbury, brytyjskiemu kartografowi i rysownikowi, który naklejając papierową mapę na kawałku wyrzeźbionego uprzednio drewna, a następnie dzieląc ją na mniejsze fragmenty, stworzył  w 1767 roku pierwsze edukacyjne puzzle dla dzieci. Innego zdania jest Jill Shefrin, badaczka nowożytnych i XIX-wiecznych gier oraz zabawach dydaktycznych dla dziewczynek, która uważa, że autorką pierwszych puzzli była francuska edukatorka i pisarka, Madame de Beaumont. Na potwierdzenie swojej tezy Shefrin przywołuje odnalezione w listach Mary Delany, rysowniczki przepięknych botanicznych ilustracji, fragmenty, w których artystka pyta, jak mogłaby zdobyć zestawy drewnianych map Madame Beaumont.

Początkowo na zakup puzzli mogły pozwolić sobie tylko bardzo zamożne rodziny, ponieważ drewniana mapa w kawałkach kosztowała ponad dwie gwinee (dziś byłby to wydatek około 215 funtów). Układanki Spilsbury’rego trafiały także do elitarnych szkół z internatem, nie zabrakło ich również na królewskim dworze. Pod koniec XVIII wieku w samym Londynie siedziby miało ponad dwudziestu producentów drewnianych układanek.

Pierwsza oferta puzzli dla dorosłych pojawiła się w Stanach Zjednoczonych na początku XX wieku. Wkrótce nawet najwięksi sceptycy skapitulowali wobec puzzlowego szaleństwa, które ogarnęło część Amerykanów. Sprzedażowy pik przypadał najczęściej na sobotnie poranki, kiedy klienci kupowali puzzle na weekendowe przyjęcia, urządzane w wiejskich rezydencjach. Na początku XX wieku klasyczne drewniane puzzle wciąż były rozrywką, na którą mogli pozwolić sobie tylko najbardziej zamożni. W 1908 roku 500-elementowe puzzle kosztowały około pięciu dolarów, co znacząco przekraczało finansowe możliwości przeciętnego robotnika, który zarabiał mniej niż 50 dolarów miesięcznie.

Warto wspomnieć, że w tamtym czasie układanie puzzli było sporym wyzwaniem. Większość kawałków wycinano dokładnie na linii koloru, co znacząco utrudniało dopasowanie kolejnych fragmentów układanki. Puzzle nie miały też dobrze wyprofilowanych brzegów. W przeciwieństwie do układanek przygotowywanych z myślą o najmłodszych, na pudełkach puzzli dla dorosłych nie umieszczano podpowiedzi w formie ilustracji, a prawdziwy temat układanki pozostawał tajemnicą aż do jej ukończenia (można było sugerować się tylko tytułem widniejącym na pudełku, który często mógł był niejasny albo mylący).

Puzzle się demokratyzują

Zastosowanie nowych technik oraz narzędzi do maszynowego wykrawania puzzli, pozwoliło nie tylko dokładniej wycinać i lepiej dopasować fragmenty układanek, ale również znacząco obniżyć koszty produkcji. Zastąpienie drewna grubą tekturą, a później sprasowanym papierem sprawiło, że puzzle stały się rozrywką bardziej demokratyczną, dostępną dla każdego. W czasie Wielkiego Kryzysu bezrobotni architekci, stolarze oraz inni wykwalifikowani rzemieślnicy zaczęli produkować puzzle w swoich warsztatach. W latach 30. puzzle można było wypożyczać także w lokalnych drogeriach i bibliotekach. Zapanowała również moda na puzzle reklamowe, które były dodawane za darmo do wielu produktów, a także na niewielkie układanki, sprzedawane za 25 centów na stoiskach z gazetami.

Gdy większość producentów obniżała koszty produkcji i wypuszczała coraz tańsze układanki, wśród zamożnych klientów zapanowała moda na luksusowe, drewniane i ręcznie wykonywane puzzle. PAR Puzzles sprzedawała swoje produkty gwiazdom filmowym, potentatom finansowym, a nawet rodzinie królewskiej. Specjalizowała się również w produkcji puzzli na zamówienie i kontynuowała tradycję nie umieszczania na pudełku gotowej ilustracji.

Po II wojnie światowej producenci drewnianych puzzli zaczęli coraz szybciej znikać z rynku. Jedna z pierwszych amerykańskich marek, słynna Parker Brothers, przestała sprzedawać swoje puzzle pod koniec lat 50. Nowe technologie pozwalały uzyskiwać lepszej jakości produkty i przenosić na puzzle coraz lepiej odwzorowane i bardziej skomplikowane obrazy.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Slowdown Studio (@slowdownstudio)

Puzzle dla znudzonych klasyką

W ostatnich latach na rynku pojawiły się marki, które zaczęły ponownie odkrywać potencjał tkwiący w puzzlach i produkować układanki skierowane do bardziej wymagającego klienta. Geode Puzzle, firma założona przez Jessikę Rozenkratz i Jesse Louis-Rosenberg, oferuje unikatowe puzzle w kształcie geody (w jej ofercie nie ma dwóch takich samych układanek). Inspirowane XX-wieczną sztuką puzzle od Ellen Van Dusen są nie tylko piękne i dość drogie, ale uważane również za najbardziej wymagające do ułożenia. Podobnie mówi się również o modnych puzzle gradientowych. Marka Dovetail specjalizuje się w barwnych puzzlach skierowanych do miłośników malarstwa, a Slowdown Studio projektuje układanki dla fanów współczesnej architektury. Znudzonym klasycznymi puzzlami polecam sięgnąć po układanki holenderskiej marki Jumbo. Ich seria WASGIJ cieszy się ogromną popularnością. Na pudełku znajdują  się jedynie wskazówki do rozwiązania rzeczywistej układanki. Żeby ułożyć te puzzle trzeba się trochę nagimnastykować.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez dusendusen (@dusendusen)