1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Maria Sadowska o „Sztuce kochania” i o byciu kobietą

Maria Sadowska o „Sztuce kochania” i o byciu kobietą

Zobacz galerię 1 Zdjęć
Walcząca z mitami, nie tylko na temat kobiet. Bo czy blondynka w krótkiej spódnicy może być inteligentna? Czy można być kobietą ambitną – ale nie harpią i suką? Czy można być dobrą w kilku dziedzinach jednocześnie? Reżyserka, wokalistka i jurorka w jednej osobie Maria Sadowska – dowodzi, że można.

2016/09/SENS_10_MAINTOPIC.jpg
Za miesiąc rusza trzecia edycja akcji „Solidarność Kobiet ma Sens”. W tym roku chcemy walczyć ze stereotypami na temat kobiet. Z jakimi ty musiałaś się mierzyć?

Ja nieustająco z jakimiś walczę. Najbardziej prześladuje mnie jeden: „Nie możesz być ładna i seksowna, a jednocześnie mądra i inteligentna”. Zmagam się z nim w życiu codziennym, ale też zawodowym, na planach filmowych. Kiedyś w pracy przebierałam się za faceta, teraz staram się tego nie robić, chcę być sobą, nie rezygnować ze swojej kobiecości.

Tu dodam, że dzisiaj Marysia ma na sobie kombinezon w kwiaty na ramiączkach, etniczną biżuterię i rozpuszczone włosy…

A jeszcze jestem znana z tego, że lubię krótkie spódniczki. Nieustannie słyszę, że jak się będę zbyt seksownie ubierała na plan, to ekipa nie będzie mnie poważnie traktować. Dla mnie to okropny stereotyp. Dlaczego to ja muszę się zmieniać, przebierać, dopasowywać? Oni nie mogą zmienić swojego myślenia? Mogę być blondynką w krótkiej spódnicy i mieć coś pod sufitem. Przyznam, że wiele rzeczy, o których opowiadam w filmie o Michalinie Wisłockiej, zwłaszcza dotyczących wątku walki o wydanie jej „Sztuki kochania”, spotkało mnie w życiu – tak około 70 proc.

Jest jeszcze jeden stereotyp, już nie płciowy, bardziej społeczny, który mnie dotyka. Że nie możesz być dobra w dwóch czy trzech dziedzinach, bo jesteś niewiarygodna. Zawsze miałam wszechstronne zainteresowania i ciągle słyszałam: „Musisz się zdecydować na jedno, bo do niczego nie dojdziesz”. Ale ja chcę robić różne rzeczy i karmię się tym artystycznie. Kiedy kręciłam film, bardzo się stęskniłam za muzyką. Teraz nagrywam „Voice of Poland”, by złapać dystans do filmu i nakarmić się energią, którą dostaję od tych młodych ludzi. I to u mnie doskonale gra. Tymczasem w oczach wielkich koncernów, które inwestują w kino, to że jestem reżyserką i piosenkarką jednocześnie, czyni mnie mniej szanowaną reżyserką.

Stereotypy dotykają też kobiety, które oficjalnie mówią, że wybrały karierę.

Sama jestem kobietą, która dużo pracuje i dzieli czas pomiędzy rodzinę a tzw. karierę, i mam jakąś tam swoją ambicję w obydwu tych dziedzinach. Wisłocka też była ambitna, głównie zawodowo, chciała być sławna i uznana, i to jej się udało. Tylko zamiast to docenić, próbuje się kłaść nacisk na to, że zawiodła jako matka. Nadal jest taki stereotyp, że kobiecie nie wypada mówić, że ma ambicje zawodowe, że chce zdobyć świat, bo ludzie zaraz myślą: „co za harpia, co za suka”.

Powiedziałaś kiedyś, że chcesz, żeby w twoich filmach kobiety nie były ofiarami. Czy bohaterka „Sztuki kochania” taka właśnie jest?

Zdecydowanie! To film o kobiecie, która nigdy nie chciała być ofiarą, która zawsze szła własną drogą i która zapłaciła za to jakąś cenę. Mam wręcz wrażenie, że wszyscy mężczyźni w jej życiu byli do niej „doklejeni”, a nie odwrotnie, tak jak to jest w tradycyjnym społeczeństwie, gdzie to kobieta dopełnia mężczyznę. Ona przeciwko takiemu obrazowi kobiety buntowała się już w latach 40. Temat jej bliski, czyli seksualność, przez wieki był źródłem takich właśnie podziałów: mężczyzna to strona dominująca, a kobieta ma być uległa. I to przenosiło się na pozostałe sfery życia. Dzisiaj mamy już na szczęście zupełnie inną sytuację, kobiety mogą same się utrzymywać, robić karierę i wychowywać dziecko. Ona wymyśliła sobie to już kilkadziesiąt lat wcześniej – to było totalnie awangardowe jak na tamte czasy i trzeba było mieć niezwykłą siłę charakteru i siłę woli, żeby prowadzić takie życie jak ona.

Jej życie prywatne, domowe – nawet jak na dzisiejsze czasy – było bardzo odważne i niejednoznaczne.

I właśnie ta niejednoznaczność najbardziej pociągała mnie już na etapie pisania scenariusza. W jej życiu nie było czerni i bieli, ale za to cała gama niezwykłych szarości emocjonalnych. Cały paradoks polega na tym, że najsłynniejsza polska „pani od seksu” w pierwszej połowie swojego życia wcale seksu nie lubiła. Była święcie przekonana, że jest on całkiem przyziemną sprawą, należącą wyłącznie do sfery ciała, która nie ma nic wspólnego z duchowością. Ze Stachem, jej mężem, byli całkowicie niedobrani, osobowościowo, ale i seksualnie, on był jej pierwszym kochankiem, na dodatek niezbyt delikatnym, choć posiadającym ogromny temperament. Ich pierwszy raz był dla Michaliny traumatycznym doznaniem, pełnym bólu i wstydu, co było zresztą typowe dla bardzo wielu kobiet żyjących w tamtych czasach, a pewnie zdarza się także i dzisiaj, mimo całej wiedzy, którą mamy. Michalina długo uważała, że możesz być albo duszą, albo ciałem, i wybrała duszę. Po czym spotkała faceta, który pokazał jej, że ta pogardzana przez nią cielesność też może być niesamowita. Swój pierwszy orgazm przeżyła po 35. roku życia i to wywróciło jej świat i życie do góry nogami. Nagle zrozumiała, że wszystko, na czym zbudowała do tej pory swój światopogląd, stoi na glinianych nogach, bo człowiek jest połączeniem ciała i duszy, tego się nie da oddzielić. W filmie pada takie zdanie: „Seks może być przyziemny jak wyrzucanie śmieci, ale może być wzniosły jak modlitwa”.

Co było dla ciebie najbardziej wymagające emocjonalnie podczas pracy nad tym filmem?

Najtrudniejszą dla mnie częścią filmu jest opowieść o relacjach rodzinnych, o trójkącie, w jakim żyła Michalina ze Stachem i najlepszą przyjaciółką, Wandą, ale też o dzieciach, które się w nim urodziły. Wychowywały się w nietypowej rodzinie, co miało swoje plusy, ale też minusy. Michalina uczestniczyła w życiu dzieci w mniejszym wymiarze, w domu była gościem, ale kiedy rozstała się ze Stachem, odstawiła na boczny tor karierę, by zająć się córką. W wymiarze rozterek: dzieci kosztem kariery czy kariera kosztem dzieci – Michalina jest mi wyjątkowo bliska.

Krystyna Bielewicz, jej córka, współpracowała przy filmie?

Oczywiście. Ona była naszym dobrym duchem, podzieliła się z nami swoimi wspomnieniami i uwagami. Zwłaszcza Magda Boczarska, grająca Michalinę, często się z nią spotykała i podpatrywała, bo pani Krystyna ma bardzo dużo ze swojej matki, zarówno w sposobie mówienia, poruszania się czy w specyficznym garbieniu się, ale też w energicznym stosunku do świata. I szczerości, do bólu. Ona powiedziała nam: „Może nie miałam tradycyjnej mamy, ale mogłam z nią pogadać na wszystkie możliwe tematy, tego nie miała żadna z moich koleżanek”. Ich relacja była bardzo barwna, na ten temat można by nakręcić cały film. Nie udało się nam pomieścić wszystkich wątków, ale też nie można robić filmów o wszystkim. „Sztuka kochania” to kino gatunkowe, film biograficzny. Dużym wyzwaniem było dla mnie przedstawienie dojrzewania bohaterki na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Bardzo pomogła mi w tym Magda Boczarska. Ona ma w sobie niesamowity power i waleczność Wisłockiej, chętnie bym jej trochę od niej wzięła. Zrobiła mi wielki prezent pracą, jaką w tę rolę włożyła.

Ja widzę jeszcze jedno wyzwanie: jak zrobić film o seksie w czasach seksem aż kipiących? 

On jest nie tylko albo nie tyle o seksie, co o miłości, relacji. Tak właśnie Michalina Wisłocka postrzegała seks. Opowiadamy o różnych odcieniach miłości, także tej trudnej. Wisłocka jest w dużym stopniu postacią tragiczną, bo choć rozumiała, jakie to szczęście mieć związek, w którym mężczyzna jest zarówno zgodnym i wspierającym partnerem, jak i dobranym kochankiem, to sama tego nie doświadczyła. To cena, którą zapłaciła za bycie kobietą wyzwoloną w tamtych czasach, za swoją otwartość myślenia. Po nieudanym małżeństwie miewała kochanków, ale już nigdy nie dopuściła żadnego mężczyzny tak blisko siebie jak Stacha. Choć miała okazje, nigdy już nie wyszła za mąż. Nie chciała być niczyją żoną, nie chciała być nikomu podporządkowana. W tamtych czasach trzeba było podjąć taką decyzję, dziś możemy być w fajnym związku i robić karierę, zachowując swoją niezależność. Wtedy dla mężatki to było nierealne. Można o niej pomyśleć, że zawodowo odniosła sukces, a prywatnie porażkę.  Ona tego tak nie widziała, w dużym stopniu poświęciła się dla sprawy.

A tą sprawą było szerzenie wiedzy o seksie, o antykoncepcji i prawie do orgazmu. Lubisz chyba bohaterki, które o coś walczą.

Pewnie, sama jestem fighterką. Ona poświęciła się dla ludzi. Była społecznicą, prawdziwą pozytywistką, jeździła po wioskach i próbowała uświadamiać ludzi w kwestii seksu. Pacjentki ją kochały, bo była prostolinijna i nie uznawała tematów tabu. Jakby tu z nami dzisiaj siedziała, pewnie powiedziałaby: „Jak tam, dziewczynki, ograźmik wczoraj był? A pokażcie cycki. Stoją sutki, to dobrze”. Tak wspomina ją Krystyna Janda, która jako młoda dziewczyna i początkująca aktorka mieszkała w jej sąsiedztwie. Była też niesamowicie odważna i nigdy się nie poddawała. Już sama jej walka o publikację „Sztuki kochania”, która trwała 10 lat, jest na to dowodem. Razem z redaktorką, młodą dziewczyną, która też wierzyła w jej sprawę, zmagały się z biurokracją czasów PRL-u, stworzyły bardzo fajny solidarnościowy babski team. Michalina doświadczyła zjawiska tzw. szklanego sufitu, dominacji mężczyzn w życiu zawodowym, także w branży seksuologicznej. Przede wszystkim jednak miała poczucie, że musi pomóc kobietom i mężczyznom, zwłaszcza młodym, żeby świadomiej, mądrzej i bez obaw wchodzili w życie seksualne. Edukacja była dla niej zawsze na pierwszym miejscu.

W ostatnim wywiadzie powiedziała, że miała pretensje do czytelników nie o to, że powielali jej książki nielegalnie, ale że powielali jedynie strony z pozycjami seksualnymi. A nie tylko o nie w seksie chodzi.

Dla niej seks to była relacja. Powiedziałabym, że jak na dzisiejsze standardy jej „Sztuka kochania” jest genderowo niepoprawna, bo hołduje stereotypowemu podejściu, w którym kobieta jest w seksie wyłącznie uległa. Z drugiej strony miała wiele racji w tym, że proponowała zaczynać seks od budowania atmosfery i więzi pomiędzy kochankami.

Nasz film opowiada o czasach, w których o seksie niewiele się wiedziało i niewiele się mówiło, ale za to wszyscy go uprawiali. Nie było innych rozrywek, ludzie mieli więcej czasu, więc kochali się częściej i dłużej. Dziś kochamy się w pośpiechu, ale też rzadziej. Oni seks poznawali dopiero w praktyce, my mamy mnóstwo wiedzy na ten temat, ale jest to głównie wiedza techniczna, za mało w niej psychologii. Znów sprowadza się go jedynie do ciała, zapomnieliśmy o stronie duchowej, ale też o tym, że seks wymaga czasu, pracy, uczuć. Wisłocka jako pierwsza powiedziała, że seks powinien być radosną zabawą dwojga dorosłych ludzi. My traktujemy go zbyt poważnie. Seks stał się dziś wymogiem. To chore, że Wisłocka wywalczyła nam prawo do orgazmów, a dzisiejsze czasy zamieniły je w obowiązek. Wszechobecna pornografia wymaga od nas, żebyśmy były wyzwolonymi kochankami, niebojącymi się żadnych udziwnień, do tego ze zoperowanymi cyckami i wszędzie wygolone. Dlatego chciałabym, żeby po filmie „Sztuka kochania” ludzie mieli ochotę pójść do domu i się po prostu pokochać. W sposób radosny.

Jak wiele ten film mówi o tobie?

Producent, Piotr Starak, wyznał mi, że zatrudnił mnie, bo jestem strasznie podobna do Wisłockiej, nawet ubieram się jak ona, w hipisowskie kwiaty, kolory. Oczywiście każdy film twórca przepuszcza przez siebie, ale dla mnie jest on nie tyle rozmową z samą sobą, co rozmową z widzem. Tak jak grając muzykę, oddziałujesz bezpośrednio na emocje, ale w sposób abstrakcyjny, tak filmem wchodzisz w konkretną rozmowę na konkretny temat.

I też operujesz muzyką.

Moim marzeniem było, by ilustracją do historii Michaliny Wisłockiej była polska muzyka z lat 60. i 70. Jest mnóstwo przepięknej muzyki z tamtych czasów, której się dzisiaj nie gra. Muzyką w filmie także chcę prowadzić rozmowę. Ale sądzę, że głównie, tak jak Michalina, chcę edukować. Zwłaszcza kobiety. Dodawać im odwagi i zachęcać do kobiecej solidarności. To przewodni temat wszystkich moich filmów, moje oczko w głowie.

Nasze też, dlatego wybrałyśmy ciebie na ambasadorkę pierwszej edycji akcji „Solidarność Kobiet ma Sens”.

Jestem przerażona tym, jak społeczeństwo chce nas przekonać, że przyjaźń kobieca jest czymś niewartościowym albo wręcz nieistniejącym, jak chce udowodnić, że tylko ze sobą rywalizujemy. Ja nie mam nic przeciwko rywalizacji, chodzi o to, żeby była to sportowa rywalizacja, a nie polegająca na kopaniu pod sobą dołków. Mam wrażenie, że nam wmówiono, szczególnie przez ostatnich 200 lat, że nie potrafimy być solidarne, po to, żebyśmy były rozbite i nie walczyły o swoje prawa. Dopóki nie staniemy się jednością, dopóki słowo „feministka” w Polsce będzie miało negatywny wydźwięk, a dziewczyny będą zaprzeczały: „Nie, nie, ja to nie jestem feministką”, dopóty nie będzie równości między nami wszystkimi. Walczmy „o”, czyli o swoje prawa, nie walczymy „z”, czyli z mężczyznami. Wszystkim nam powinno zależeć na znalezieniu harmonii, złapaniu równowagi między tym, co męskie, a tym, co kobiece. Ja nie dążę do tego, żeby kobiety rządziły światem, ale do tego, żeby było jin i jang, czyli po równo. By ten potencjał stał się bardziej zróżnicowany. W Szwecji, gdzie wprowadzono obowiązkowe parytety, na co strasznie wszyscy narzekali, wyszło w badaniach, że firmy, w których zarządach zasiadało po równo kobiet i mężczyzn, miały o wiele wyższe wyniki niż firmy zarządzane przez samych mężczyzn czy same kobiety. Dlatego feminizm jest walką o sprawiedliwość.

Jest nie tylko w interesie kobiet?

Choć wielu to może się wydać śmieszne, feminizm walczy też o prawa mężczyzn. Bo przecież wszyscy jesteśmy różni. Są kobiety, które chcą spełniać się głównie zawodowo, i są mężczyźni, którym przyjemność sprawia wychowywanie dzieci, ogarnianie domu i gotowanie obiadów – im też prawo do wyboru zostało odebrane. Popadliśmy w jakieś szaleństwo. Mężczyźni przez wiele lat byli pozbawieni rodzicielstwa, teraz na szczęście jest coraz więcej ojców, którzy biorą urlopy tacierzyńskie lub zaczynają pracować zdalnie, by zająć się dziećmi, i widzę, jak wielu z nich to uszczęśliwia. Dajmy im tę możliwość. Jak słyszę kobietę, która mówi, że nie zostawi dziecka z facetem, bo on nie umie go przewinąć, to mi ręce opadają. Skończmy tę walkę płci.

A jak ten parytet wygląda u ciebie w domu? Masz po równo: córeczkę i synka. A twój partner, Adrian, kiedy ty, jak dziś, jesteś od rana na nagraniach „Voice of Poland”, opiekuje się dziećmi.

My się w opiece nad dziećmi wymieniamy. Mam niezwykłego partnera, który nie lubi się bić na pierwszym froncie. On ma swoje sprawy, które załatwia w swoim tempie i w swoim czasie, a poza tym bardzo lubi spędzać czas z dziećmi. Podczas ciąży i tuż po urodzeniu dzieci to ja byłam bardziej stacjonarna, pracowałam w domu, ogarniałam mieszkanie, a Adrian zajmował się swoją firmą, teraz kiedy mam film i „Voice of Poland”, on przejął więcej obowiązków związanych z dziećmi. On wie, że jestem fighterką, mówi: „Idź i rób rzeczy, w które wierzysz”. Bez niego nie zrobiłabym połowy z tego, co udaje mi się robić. Adrian nie czuje się w żadnym stopniu przez tę sytuację pokrzywdzony czy wykastrowany, wprost przeciwnie, jest supermęski i superseksowny z dziećmi na rękach. Ale wszystko ma swoją cenę. Na przykład jestem teraz potwornie zmęczona i tęsknię za dziećmi, on z kolei pewnie miałby ochotę mieć więcej swobody i móc wychodzić z domu, kiedy chce. Ale to jest coś, na co obydwoje się godzimy.

Nie sądziłam kiedyś, że to o sobie powiem, ale w związkach jestem jednak długodystansowcem. Jesteśmy razem już 10 lat i jeśli miałabym powiedzieć, czego dzięki temu się nauczyłam, to powiedziałabym, że nie wolno sobie odpuszczać. Czas dla siebie bez dzieci jest bardzo ważny, nie wolno odstawiać partnera na boczny tor.

Uważasz, że kobiety, które mają głos, mają też misję, żeby nie powiedzieć obowiązek, edukowania kobiet?

Absolutnie tak. Moją misją, moim konikiem jest zachęcanie kobiet do działania, bo wiem, że mnóstwo ich siedzi przed telewizorem na kanapie, zmęczonych obowiązkami, i nie mają siły z tej kanapy wstać i coś zrobić, bo nie wierzą, że się uda. Ja im chcę powiedzieć, że jeśli nie wstaną, to nigdy nic im się nie uda.

Mówisz jak coach. Czy  psychoterapia, coaching cię pociągają?

Nigdy nie czułam potrzeby, żeby pójść w tym kierunku, bo mam bogate życie duchowe wynikające chociażby z tego, że od lat zajmuję się muzyką. Śpiewając, zrzucasz z siebie cały codzienny szlam. Dla mnie muzyka jest terapią. Ale też pisanie, robienie filmów – nie ma lepszej autoterapii niż bycie w stałym kontakcie ze swoją kreatywnością. Kiedy robisz film, musisz go przepuścić przez siebie. Dlatego ja nie potrzebuję psychoterapeuty, jest nim dla mnie sztuka. Ale jak najbardziej polecam psychoterapię czy coaching wszystkim tym, którzy czują, że w ich życiu brakuje sensu, których ono ciągle boli, którzy siedzą w biurze od 8 do 16 i wypełniają tabelki, a ich codzienność jest stechnokratyzowana, pozbawiona duchowości. Ale wierzę też, że w tym celu mogą pójść do kina, filharmonii czy na wystawę. Filmami też chciałabym terapeutyzować. Mam nadzieję, że na „Sztuce kochania” porządnie się spłaczecie.

Ale i pośmiejemy trochę?

Co do tego nie mam wątpliwości.

Maria Sadowska scenarzystka, reżyserka, piosenkarka łącząca jazz z funkiem i elektroniką. Wydała 9 solowych albumów, ostatni to „Jazz na ulicach”. Jurorka w programie „Voice of Poland”. Reżyserka wielokrotnie nagradzanego „Dnia kobiet”. Jej drugi pełnometrażowy film „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” będzie miał premierę w styczniu 2017 r. Ma córeczkę Lilianę i synka Iwona.

Wywiad z numeru 10/2016

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Krystyna Janda promuje czytanie poezji

W ramach projketu
W ramach projketu "Poezja" Krystyna Janda przedstawi swoją interpretację poezji francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. (Fot. Adam Kłosiński)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

W ramach projektu "Poezja" powstaje seria transmisji online, podczas których znani aktorzy interpretują wiersze  światowych poetów. Projekt, podobnie jak sama poezja, ma mieć wymiar międzynarodowy. Wiersze czytać będą znane osobistości, a transmisje będą nadawane z różnych krajów. Projekt ma na celu popularyzację czytania literatury, w szczególności poezji.

- „Poezja” w nazwie projektu występuje samotnie, bez dodatków, co jeszcze bardziej uwydatnia jej siłę. Jednocześnie poezja może mieć inne znaczenie w zależności od odbiorcy. Z poezją można mieć kontakt powierzchowny lub bardzo intymny, może wywoływać śmiech lub rozpacz, zawsze jednak ma ona efekt wyzwalający, pozwalając odkrywać i lepiej zrozumieć nas samych i otaczający nas świat. Poezja to wolność sama w sobie, jednak bez aktywnego udziału odbiorcy traci swoją wyzwalającą moc. Poezję trzeba więc najpierw uwolnić poprzez jej czytanie, aby mogła ona odwdzięczyć się odbiorcy tym samym - czytamy na stronie internetowej organizatora akcji, Galerii Pure Egoism.

Do tej pory w projekcie wzięli udział: Jan Peszek, który zaprezentował wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz Janusz Andrzejewski, w interpretacji wierszy Marcina Barana. Transmisje można obejrzeć na profilu facebookowym Galerii Pure Egoism.

Gościem kolejnej transmisji będzie aktorka, reżyserka i pisarka Krystyna Janda. W środę 28 kwietnia 2021 o godz. 17:00 aktorka zaprezentuje wiersze Guillaume’a Apollinaire’a, francuskiego poety awangardowego, autora prozy i esejów. Urodzony w 1880 roku we Włoszech Guillaume Apollinaire przyjaźnił się z Picassem, pisał dla niego wiersze, uważając kubistyczne obrazy malarza za idealne dopełnienie własnych idei. Twórczość Apollinaire’a sytuuje się na granicy słowa i obrazu, formy jego wierszy mają kształt, który, obok treści, również jest nośnikiem znaczenia. Ta wyjątkowa forma działa na wyobraźnię, ma charakter figuratywny.

W najbliższą środę o godz. 17:00 zapraszamy na rozmowę z Krystyną Jandą, podczas której zaprezentujemy wiersze...

Opublikowany przez PURE ƎGOISM Piątek, 23 kwietnia 2021

 

Spotkanie i rozmowę z Krystyną Jandą poprowadzi Krzysztof Maruszewski, właściciel Galerii Pure Egoism oraz prezes Stilnovisti, partnera projektu „Poezja”. Transmisja na żywo wydarzenia rozpocznie się w środę 28 kwietnia, o godz. 17:00 na profilu Facebook Galerii Pure Egoism.

  1. Kultura

Galeria Zwierciadła - Czarodziej Henryka Strenga

Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Przed wojną Henryk Streng, po niej – Marek Włodarski. Powiedzieć, że to malarz zupełnie zapomniany, jest przesadą. Ale zdecydowanie był dotąd za słabo znany.

Kiedy malował „Czarodzieja przy zielonej skale”, miał 27 lat i wyrastał już na jedną z najciekawszych postaci sztuki nowoczesnej międzywojennego Lwowa. Niedawno wrócił do rodzinnego miasta z Paryża. Studiował tam u kubisty Fernanda Légera, poznał się także z papieżem surrealizmu Andrém Bretonem.

Wpływy jednego i drugiego widoczne są w „Czarodzieju...”, ale jeszcze wyraźniej daje jednak o sobie znać oryginalna indywidualność Henryka Strenga (1903–1960). Jako polski Żyd mieszkający w wieloetnicznym Lwowie przyzwyczajony był do czerpania z wielu źródeł i łączenia różnorodnych inspiracji. Angażował się politycznie po lewej stronie, ale jednocześnie przyjaźnił z wizjonerem Brunonem Schulzem. W sztuce interesował go realizm, ale zarazem fascynowała możliwość jego przekroczenia w stronę metafizyki, a nawet abstrakcji.

W czasie drugiej wojny światowej był świadkiem unicestwiania wielo­kulturowego świata, którego był obywatelem, przez dwa totalitaryzmy: hitlerowski i stalinowski. Uczestniczył w kampanii wrześniowej jako żołnierz. Później jako Żyd musiał się ukrywać – dosłownie – za szafą u swojej przyszłej żony, malarki Janiny Brosch. W 1944 roku oboje przedostali się ze Lwowa do Warszawy, zdążyli akurat na powstanie, podczas którego artysta został aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym Stutthof. Przeżył cudem, ale nie jako Henryk Streng, lecz Marek Włodarski. Przybrał to nazwisko jeszcze w latach okupacji i po wojnie przy nim pozostał. Jak wielu ocalonych z Holokaustu uznał, że jego dawną tożsamość przekreśliła Zagłada. Rodzona córka Marka Włodarskiego, polskiego malarza z komunistycznej Warszawy, miała 24 lata, kiedy dowiedziała się, że był kiedyś ktoś taki jak Henryk Streng, żydowski artysta z przedwojennego Lwowa.

Powojenny artysta Marek Włodarski to malarz co najmniej równie ciekawy jak Streng – i jednocześnie nie tyle niedoceniony, ile słabo znany. Powiedzieć, że Streng /Włodarski to postać zapomniana, byłoby przesadą. Na to był to zbyt tęgi malarz. Fakty jednak są takie, że po drugiej wojnie światowej nie odbyła się żadna indywidualna wystawa artysty. Ani za jego życia, ani później. Aż do teraz, bo zakrojoną na szeroką skalę prezentację Henryka Strenga/Marka Włodarskiego przygotowało Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Całe szczęście, że jej otwarcie zbiegło się z poluzowaniem epidemicznych obostrzeń. Najmniej znany z najwybitniejszych polskich modernistów ma teraz nie tylko pokaz, lecz także publiczność, na którą bez wątpienia zasługuje. 

  1. Kultura

„Czego nauczyła mnie ośmiornica” z Oscarem za najlepszy dokument

"My Octopus Teacher" Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” zdobył Oscara dla Najlepszego Pełnometrażowego Filmu Dokumentalnego. Historia o niezwykłej przyjaźni między człowiekiem a ośmiornicą podbija serca publiczności. 

Dziś w nocy Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej po raz 93. przyznała Oscary, najważniejsze i najbardziej prestiżowe na świecie nagrody filmowe. W kategorii na najlepszy film dokumentalny statuetkę zdobył tytuł "Czego nauczyła mnie ośmiornica" („My Octopus Teacher”) w reżyserii Pippy Ehrlich i Jamesa Reeda. Zwyciężył z filmami: "Kolektyw", "Crip Camp", "Agent kret", i "Time".

'My Octopus Teacher' Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe) \"My Octopus Teacher\" Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe)

"Czego nauczyła mnie ośmiornica" opowiada o przyjaźni pewnego filmowca z mieszkanką podwodnego świata. Po latach spędzonych na filmowaniu najniebezpieczniejszych zwierząt świata Craig Foster wypalił się, popadł w depresję i pogubił się w relacjach z rodziną. Postanowił więc zrobić sobie przerwę w karierze i wrócić do korzeni — magicznego podwodnego świata i gęstych lasów wodorostów u wybrzeży południowoafrykańskiego Kapsztadu. Przez niemal dekadę Craig codziennie nurkował w lodowatym i pełnym drapieżników oceanie bez kombinezonu i akwalungu. Pierwszym obiektem jego badań została napotkana i śledzona przez niego ośmiornica zwyczajna. Wkrótce stała się też jego nauczycielem i wprowadziła do świata, którego nie poznał wcześniej żaden człowiek. Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” powstawał przez ponad 8 lat, podczas których Craig nagrał ponad 3000 godzin materiału. Oglądamy w nim historię niezwykłej przyjaźni w unikalny sposób udowadniającej, jak inteligentne są zwierzęta.

Dokument miał swoją polską premierę kinową podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity i był jednym z najpopularniejszych tytułów kinowej części MDAG. Spotkanie dotyczące układu nerwowego stworzeń podwodnych okazało się wielkim hitem, a „Czego nauczyła mnie ośmiornica”, pokazywana w sekcji Klimat na zmiany, otrzymała nagrodę Green Warsaw Award dla najlepszego filmu o tematyce ekologicznej. Promyk nadziei na to, że człowiek jest jednak zdolny do stworzenia właściwych relacji z naturą odnaleźliśmy w kameralnej historii opowiedzianej przez duet reżyserski Pippę Ehrlich i Jamesa Reeda zatytułowanej "Czego nauczyła mnie ośmiornica" - tak brzmi fragment jednogłośnego werdyktu, który wtedy zapadł.

Oscarowy dokument "Czego nauczyła mnie ośmiornica" można obejrzeć na platformie Netflix.

  1. Kultura

Frances McDormand: "Piorę, sprzątam i czasem gram"

Frances McDormand ukazuje swoje bohaterki w sposób daleki od stereotypów. – Udowadniam tym, że kobieta może być interesująca, intrygująca i fascynująca, niezależnie, jak wygląda. To bardzo niehollywoodzkie podejście. Chodzi mi o naturalne piękno każdej kobiety – wyznaje. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum)
Frances McDormand ukazuje swoje bohaterki w sposób daleki od stereotypów. – Udowadniam tym, że kobieta może być interesująca, intrygująca i fascynująca, niezależnie, jak wygląda. To bardzo niehollywoodzkie podejście. Chodzi mi o naturalne piękno każdej kobiety – wyznaje. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nie jest w typie hollywoodzkiej piękności i nie zależy jej na bywaniu na okładkach pism. – Wiem, kim jestem, co w tym zawodzie częste nie jest. Nie potrzebuję wspomagania mojego ego z zewnątrz – mówi aktorka Frances McDormand. Właśnie odebrała Oscara za rolę w filmie "Nomadland", ale ma też na koncie inne świetne, również nagradzane kreacje. Przypominamy rozmowę, którą w 2018 roku przeprowadziła z aktorką Mariola Wiktor. 

Wywiad pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika Sens (numer 2/2018).

Podobno wahała się pani, czy przyjąć rolę samotnej matki zgwałconej i zamordowanej dziewczyny w „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri” w reżyserii Martina McDonagh. W pierwszej chwili ta propozycja mi pochlebiła, ale później pomyślałam, że jestem na taką rolę za stara. Matka nastolatki powinna mieć znacznie mniej niż 60 lat na karku. Jednak Joel (Coen, mąż aktorki – przyp. red.), widząc te rozterki, postawił mnie do pionu. „Weź się w garść” – powiedział – „i zadzwoń, że się zgadzasz. Natychmiast!”. No więc posłuchałam go. I nie żałuję. Mildred straciła swoje jedyne dziecko, czuje ból i wściekłość wobec oprawców, ale i stróżów prawa, którzy nie potrafili ich złapać i skazać. Spodobało mi się, że gram kobietę, która znajduje w sobie siłę, by stawić czoła całemu światu, która jest takim samotnym kowbojem albo szeryfem wymierzającym sprawiedliwość. To nie przypadek, że film ma westernową konwencję. Moja bohaterka zewnętrznie jest zmaskulinizowana, szorstka, potrafi rzucić mięsem i przyłożyć, a na co dzień chodzi w mało kobiecym kombinezonie – ale w środku skrywa wielkie pokłady czułości i ciepła. Dlatego polubiłam Mildred. No i nie ukrywam, że moją inspiracją dla tej postaci był…John Wayne. Od zawsze go uwielbiałam.

Publiczność w Wenecji też ją polubiła. Dawno nie widziałam tam takiej owacji, jaką pani zgotowano. Myślę, że Mildred ujęła wszystkich tym, że mimo swojej tragedii nigdy nie rozczulała się nad sobą, bywała okropna, nieznośna, uparta jak osioł, ale zarazem miała w sobie charyzmę, siłę i zjadliwe poczucie humoru. Była dramatyczna, melancholijna, ale i śmieszna. To świetny materiał do zagrania. Poza tym wreszcie nikt nie przyczepił się do mojego mało atrakcyjnego wyglądu. Zawsze byłam albo za stara, albo za gruba, za chuda, za mało kobieca. Dlatego na ogół dostawałam role epizodyczne lub drugoplanowe. Nie jestem w typie hollywoodzkiej piękności.

Kiedy kilka lat temu rozmawiałyśmy przy okazji pani tytułowej roli w serialu HBO „Olive Kitteridge”, powiedziała pani, że na tę rolę czekała aż 35 lat… Joel mówi, że stworzyłam w „Olive Kitteridge” żeński, emocjonalny odpowiednik Brudnego Harry’ego. Przyjmuję to jako komplement. Całe życie grałam role drugoplanowe i charakterystyczne. W wielu filmach Coenów także. Jednak nie chcę, by to zabrzmiało jak zarzut. To mi nawet odpowiadało. Bo nie będąc maksymalnie wykorzystywaną na planie, miałam czas na godzenie pracy z życiem rodzinnym. Tak samo kiedy grałam w teatrze – mogłam sobie tak układać plan dnia, żeby zawieźć syna do szkoły, zrobić pranie i pójść na zakupy. Poza tym zaznaczenie swojej obecności w niewielkiej roli wymaga czasem lepszego warsztatu, większej precyzji i kreatywności niż duża wiodąca kreacja.

Wydaje się nieprawdopodobne, by uzdolniona żona Joela Coena i bratowa Ethana, laureatka Oscara za rolę w „Fargo” musiała czekać na swoją życiową rolę tak długo. Jak to możliwe? (Śmiech!) No tak, wielu ludzi nie może zrozumieć, dlaczego, skoro sypiam ze znanym reżyserem, nie robię oszałamiającej kariery w Hollywood. Albo myślą, że przynajmniej mam wpływ na scenariusze braci. I owszem, mam wpływ. Tylko on polega na tym, że piorę, sprzątam i gotuję… (śmiech)! Nigdy nie wtrącam sie do ich pisania ani nie proszę o role. Zresztą ja nie znam się na pisaniu i jako aktorka czuję się odtwórcą. Jeśli coś mi zaproponują, to rozważę ofertę, ale jeśli nie, to OK. Zawodowo realizuję się także w teatrze awangardowym w Worcester Group w Nowym Jorku, gdzie pracujemy razem z Willemem Dafoe. Tylko raz dostałam dużą role w „Fargo” i o tym przypadku można powiedzieć, że to „przez łóżko”. Zabawne, że kiedy w Cannes kilka lat temu na czerwonym dywanie Coenowie promowali film „Bracie, gdzie jesteś?”, to pod zdjęciem mojego męża i moim podpisano: „Joel Coen z niezidentyfikowaną partnerką”.

Nie zirytowało to pani? Nie. Mam chyba zdrowe podejście do tego, kim jestem. Bo też wiem, kim jestem, co w tym zawodzie częste nie jest. Nie potrzebuję wspomagania mojego ego z zewnątrz. Nie interesuje mnie bycie na okładkach kolorowych magazynów czy ilość ploteczek na mój temat. Wyraźnie oddzielam życie zawodowe od prywatnego. Nie utożsamiam się ze swoimi rolami i nie przeżywam traum związanych z wychodzeniem z roli, a więc także problemów z identyfikacją siebie. Nie jestem celebrytką, tylko aktorką charakterystyczną, a zanim poznałam Joela, miałam już za sobą niemało zawodowych doświadczeń i grałam u innych reżyserów.

Pani ekranowe bohaterki zmieniają postrzeganie kobiet. Ma pani tego świadomość? Teraz już tak, wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Nawet jeśli moje bohaterki są konwencjonalne, ukazuję je w sposób daleki od stereotypów. Udowadniam tym, że kobieta może być interesująca, intrygująca i fascynująca, niezależnie, jak wygląda. To bardzo niehollywoodzkie podejście. Chodzi mi o naturalne piękno każdej kobiety, o jej niepowtarzalność. O to coś nieuchwytnego, co pojawia się w spojrzeniu, w geście, barwie głosu. Nigdy nie robiłam żadnych operacji plastycznych i to widać na mojej twarzy, ale właśnie dlatego mam na niej zapisane całe życie. Pozwólmy sobie być sobą, zamiast wciąż poprawiać siebie. Nie niszczmy własnej osobowości. Może nie będziemy doskonałe, ale będziemy jakieś. Wyraziste, prawdziwe. Od roli w „Olive Kitteridge” poczułam, że nie chcę już więcej grać kobiet towarzyszących facetom, ale pokazywać bohaterki z krwi i kości, których historie są ciekawsze niż męskie. Myślę teraz o rolach głównych, pierwszoplanowych.

Jak się właściwie poznaliście z Joelem? Podobno to było na castingu do debiutu Coenów „Śmiertelnie proste”? Tak. Miała tam zagrać Holly Hunter, z którą razem wynajmowałam mieszkanie na Bronksie. Jednak Holly była zbyt zajęta innym projektem i zaproponowała, bym poszła na casting zamiast niej. Obaj bracia wydawali mi się dziwaczni i ekscentryczni, ale także bardzo inteligentni. Poprosili, bym przyszła po raz drugi, ale ja powiedziałam, że to niemożliwe, bo mój ówczesny chłopak grał tego dnia w operze mydlanej, a ja obiecałam mu, że zobaczę w telewizji jego występ. Joel był zszokowany! A jednocześnie mu to zaimponowało. Ostatecznie dostałam tę rolę (śmiech). Zaczęłam spotykać się z Joelem w kawiarni. Początkowo służbowo. Przy gorącej czekoladzie dyskutowaliśmy godzinami o roli. Przyniósł mi także kilka książek do przeczytania, m.in. Chandlera. Po prostu podrywał mnie na literaturę. Pobraliśmy się zaraz po premierze filmu i jesteśmy ze sobą już 32 lata. Niestety, dziś już nie prowadzi ze mną fascynujących rozmów o literaturze, odpowiada tylko wtedy, gdy musi, bywa zamknięty w sobie i mrukliwy, zajmuje większą część łóżka i bałagani w łazience (śmiech)…

"Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" to pani kolejna po „Fargo” oscarowa kreacja. Jaki ma pani do tego stosunek? Normalny! Jest mi oczywiście bardzo miło, ale nie pracuję dla nagród! One są dodatkiem, nie celem. I bez nagród wiem, że gram w dobrych filmach. Nie potrzebuję statuetek, by zwiększyć poczucie pewności siebie. Jeśli angażuję się w jakiś nowy projekt, to dlatego, że jest w nim możliwość pokazania metamorfozy bohaterki. W ogóle interesują mnie role kobiet dojrzałych, skomplikowanych, świadomych siebie, swojej kobiecości. Oczywiście nagroda dla mnie lub filmu zawsze przyciągnie większą publiczność, a reżyserom łatwiej przekonać producentów, by mnie angażowali. Jednak kiedy dostałam Oscara za rolę Marge w „Fargo”, to wcale nie było tak, że nagle wszystkie drzwi się dla mnie otworzyły. Po prostu nie kojarzę się z kinem kasowym. Ale pamiętam, że zaraz po Oscarze zrobiło się wokół mnie sporo szumu. Nie mogłam tak po prostu wyjść do sklepu czy na ulicę. Na szczęście to nie trwało długo i na razie mam spokój.

Nie brzmi pani jak gwiazda. Bo się nią nie czuję! Jestem aktorką, rzemieślnikiem. Nie mieszkamy w Hollywood, tylko w Nowym Jorku na Górnym Manhattanie już od ponad 20 lat. Jak pani widzi, mam naturalne zmarszczki i dzięki temu w wieku 60 lat mogę nadal grać kobiety po pięćdziesiątce i starsze. W ten sposób nigdy nie zabraknie mi pracy, bo aktorek po pięćdziesiątce z naturalną mimiką w Hollywood praktycznie nie ma.

Ma pani ogromny bagaż aktorskich doświadczeń. Nie myślała pani o tym, by stanąć po drugiej stronie kamery? Dwóch reżyserów w rodzinie wystarczy! Myślę raczej o zawodzie producenta. Przy „Olive Kitteridge” poczułam się filmowcem, nie tylko aktorką. Jestem jednym z producentów tego filmu. I mam do tego dryg! Ja przez całe wspólne życie z Joelem byłam gospodynią domową, która od czasu do czasu grywa w filmach, telewizji i bardziej regularnie w teatrze. Dużo także podróżowałam z Coenami i naszym synem. Na mojej głowie spoczywała cała logistyka przy takich wyjazdach. Trzeba było urządzać mieszkania, które nam wynajmowano na czas przygotowań i zdjęć, szukać szkoły dla Pedra, naszego adoptowanego syna, organizować transport do szkoły, sprzątać, gotować… Szczerze mówiąc, nie widzę różnicy między gospodynią domowa a producentem (śmiech)! Jestem naprawdę świetnie zorganizowana.

Decyzja o adopcji Pedra była głęboko przemyślana i ma związek z pani własnym dzieciństwem i doświadczeniami… To prawda. Zaadoptowaliśmy Pedra w 1995 roku, gdy miał zaledwie 6 miesięcy. Pochodzi z Peru. Kochamy go tak, jakby był naszym biologicznym dzieckiem. Nie urodzenie, ale wychowanie dziecka jest moim zdaniem najważniejszym testem rodzicielstwa. Ja też jestem dzieckiem adoptowanym. Wychowałam się w domu pastora. Miałam jeszcze dwójkę przybranego rodzeństwa. Dużo podróżowaliśmy po Ameryce. Tata był kaznodzieją, a więc my także żyliśmy przykładnie i po chrześcijańsku. Oboje rodzice byli bardzo porządnymi, dobrymi ludźmi. Kiedy osiągnęłam pełnoletniość, powiedzieli mi prawdę. Mogłam napisać do swojej biologicznej matki. I tak zrobiłam. Kierowała mną ciekawość, ale i ogromy żal. Jednak nie udało nam się nawiązać relacji. To poczucie opuszczenia zostaje w człowieku na całe życie, bo podkopuje zaufanie do najbliższej ci osoby. Trudno jest potem nawiązywać głębokie relacje z innymi ludźmi. Pedro też mógł napisać do swojej matki, ale nie chciał. Myślę, że go rozumiem, jak mało kto…

Czuje się pani dziś spełniona jako matka, aktorka, producentka? Wierzę, że wiele jeszcze przede mną. Ten zawód, myślę o aktorstwie, jest obarczony sporym ryzykiem. Niezależnie od tego, ile się w nim zarabia, a nawet niezależnie od tego, czy jest się celebrytą – żyje się w nieustannej niepewności. Ja na szczęście nie jestem uzależniona od tego, czy zadzwoni telefon z propozycją. Jako żona reżysera mam luksusową sytuację. W ostateczności na jakiś epizod u mojego męża zawsze mogę liczyć. No i generalnie jestem na jego – jak to się mówi – utrzymaniu. Nie muszę więc przyjmować każdej propozycji i stresować się przestojami. Mogę normalnie żyć. Jestem zwyczajną kobietą, która ma też swoje marzenia.

Jakie? Chciałabym na przykład zagrać w kinie akcji albo w musicalu. Nie wiem też, dlaczego nikt nie proponuje mi roli psychopatycznej morderczyni. Mogłabym być niezłym Hannibalem w spódnicy. Kiedy byłam młodsza, bardzo interesowały mnie sceny rozbierane. Nawet Joel przyznał, że nie miałby nic przeciwko temu. O wiele bardziej przeraża go myśl, że mogłabym śpiewać w musicalu! Zupełnie nie rozumiem dlaczego (śmiech)! Mam jeszcze jedno ciche marzenie.

Zamieniam się w słuch… Jeśli kiedykolwiek będę miała swój nagrobek, to chciałabym, by napisano na nim: „Tu spoczywa Marge Gunderson”. Nie Frances McDormand, tylko Marge z „Fargo”. Nie ma znaczenia, że to była moja wielka rola. I chcę zaznaczyć, że Milred z „Trzech billboardów” to taka Marge, która dorosła i dojrzała.

  1. Kultura

"Nomadland" z Oscarem za najlepszy film. O zwycięzcy rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Nomadland" w reżyserii Chloe Zhao. Planowana premiera kinowa: 14 maja. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Czy bezdomność bohaterów dramatu „Nomadland” jest ich świadomą decyzją, czy też pogodzeniem się z wyborem, jaki podjęło za nich życie? O zdobywcy Oscara rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: W moim odczuciu ten film pokazuje przede wszystkim nieoczywistą kobiecość, wychodzącą poza ramy i schematy. Utożsamiam się z główną bohaterką Fern, graną przez cudowną Frances McDormand. To kobieta, która jest w drodze, a jednocześnie jest dokładnie w miejscu, w którym chce być. A ciebie co najmocniej poruszyło w tym filmie? Grażyna Torbicka: Obraz Ameryki widzianej oczyma młodej reżyserki Chloé Zhao, która jest z pochodzenia Chinką i obserwuje społeczeństwo amerykańskie jako osoba z zewnątrz. Inspiracją była reporterska książka Jessiki Bruder. Ja takiej Ameryki w kinie jeszcze nie widziałam. Choć filmów kina drogi były już dziesiątki, to zawsze w tę drogę zabierali nas ludzie młodzi, a tu bohaterowie są właściwie u schyłku życia. Zobaczyłam  ludzi zepchniętych na margines społeczeństwa, a mimo to cieszących się z każdego dnia. Współczesnych nomadów, którzy wyruszyli w drogę, bo stracili pracę. Sprzedali domy, bo nie byli w stanie ich utrzymać, i zamieszkali w kamperach. Zawiedli się na bliskich, przyjaciołach. Łapią sezonowe prace, by zarobić parę groszy i jechać dalej. Tym różnią się od  dawnych wędrowców, koczowników, że tamci przemieszczali się w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia, a ci nie chcą wracać do przeszłości, uciekają przed wspomnieniami i rozczarowaniami, jakie przyniosło im życie.  Uciekają też od cywilizacji, bo przeżyli coś, co ich do tego zmusiło.

A ja miałam poczucie, że oni wcale nie uciekają. Że to jest ich wybór. Nawet gdy słyszysz opowiadanie weterana wojny w Wietnamie, który powinien mieć przez państwo zapewnione godne życie w godnym miejscu? Trauma, której doświadczył na wojnie, sprawia, że nie jest w stanie znieść krzyku, hałasu czy wszelkich mocnych dźwięków. Musiał uciec z miasta. To tylko jeden z przykładów.

Nie myślę o nich jako przegranych, tylko pogodzonych z życiem i śmiercią. Nie ma w nich lęku, jest akceptacja strat. Mam wrażenie, że oni żyją prawdziwiej niż niektórzy z nas, dla świętego spokoju wpisujący się w różne schematy i oczekiwania. Masz rację, ale to, że są pogodzeni z sytuacją, w jakiej się znaleźli, nie znaczy, że ta sytuacja jest ich wymarzoną. Mimo że próbują tworzyć społeczność nomadów, to jednocześnie są tak głęboko zranieni, że nie chcą już wchodzić w przyjaźnie czy dłuższe związki. Widać to w relacji Fern (genialna Frances McDormand) i Dave’a (znakomity David Strathairn). Dave proponuje Fern, żeby z nim zamieszkała, ale ona odmawia. Po  wszystkim, co przeszła, zdecydowała: żadnych związków i emocjonalnych uzależnień. To kobieta, która chce żyć z dnia na dzień, w bliskości z naturą. Obserwuje ten nowy dla niej „nomadland“, przygląda się ludziom, słucha ich opowieści, jakby chciała się upewnić, czy to na pewno jest jej miejsce. A my podążamy za nią.

Żałowałaś, że Fern odrzuciła propozycję Dave’a? Ja nie. Ja też nie, ale można się zastanowić, dlaczego to zrobiła. Dave jest bardzo dobrym i  wrażliwym mężczyzną. Fern miała wspaniałego męża, jak wynika z jej opowieści, i mam wrażenie, że nie chce już wiązać się z nikim. Nie miałam wątpliwości, że jej wybór jest słuszny, bo jeśli zdecydowała się na to, że zrywa z dotychczasowym życiem, to musi być konsekwentna. Bardzo ciekawa jest scena, gdy Fern wraca do domu, który opuściła. Nie wiem, jak ty ją  rozumiesz, ale moim zdaniem chce się  upewnić, że życie nomadki to jest teraz jej droga.

Ja w tej scenie poczułam absolutną i uwalniającą wolność! A ja ulgę – zobaczyłam, że rzeczywiście  jest pewna swojego wyboru. Ostatni raz przechodzi przez wszystkie pokoje, jak gdyby odwracała kolejne strony rodzinnego albumu i ostatecznie go zamyka.

Wybiera życie nomady. Bycie tym, kim naprawdę chce być. Jeśli ty wybrałabyś taki styl życia, na co, widzę, masz ochotę, to byłby twój wybór. Tymczasem większość bohaterów, których widzimy w filmowej opowieści, nie ma dokąd wrócić. Nie mają środków do życia, żadnych oszczędności.

A mimo to są wdzięczni za to, co mają. Co widać w scenie rozmowy Fern z synem Dave’a, który ma zupełnie inne podejście do życia. Z jednej strony decydują się na ten krok, nie mając wyjścia. Z drugiej, faktycznie, świadomie uwolnili się od konsumpcyjnych pragnień. Tymczasem my żyjemy w emocjonalnym szantażu, uzależnieni od wielu rzeczy, które uważamy za niezbędne do życia, zaciągamy kredyty i już jesteśmy w pułapce – o tym też jest mowa w filmie.

Pamiętasz wykład, który dał guru tej społeczności? Mówił: „Uświadomiliście sobie, że waszym tyranem jest dolar. Daliście się zepchnąć w ślepy zaułek pod tytułem praca i pieniądze”. Współcześni nomadowie próbują się od tego uwolnić, zejść do minimum swoich potrzeb. I to jest piękne, bo pokazuje, gdzie leży istota człowieczeństwa. W relacjach pomiędzy nimi, w uśmiechu i życiu blisko natury.

My też dzisiaj wybudzamy się ze snu. Wielu ogranicza koszty życia do minimum. Tak tylko ci się wydaje. Bo żyjesz w ciepłym, ogrzewanym mieszkaniu, masz gdzie spać. To minimum jest dużo, dużo dalej...

A jednak wyszliśmy na chwilę z tego pędu za konsumpcją. Bo sytuacja pandemii nas do tego zmusiła, ale czy rzeczywiście jesteśmy wolni od chęci posiadania? Fern zapytana przez młodą dziewczynę, czy to prawda, że jest bezdomna („homeless“), odpowiada, że tak by tego nie nazwała, że raczej jest bez domu („houseless“ ), bezmiejscowa, ale nie bezdomna.

Czuję, że jestem wewnętrzną nomadką. A ty? Dla mnie dom jest tam, gdzie są moi bliscy. Fern straciła bliskich, pracę i nie ma już czego szukać w tym miejscu, w którym żyła. Ona dom ma w sobie.

Bardzo podoba mi się to, że nie ma w tym filmie mowy o tym, czy Fern ma lub miała kiedykolwiek dzieci. Czyli jednak można w ten sposób pokazać bohaterkę! Kobiecość tutaj nie jest definiowana przez rodzinę i dzieci, tylko poprzez relację z innymi ludźmi, ze światem, otwartość na jego piękno, ale też na siebie. Gdyby mąż Fern nadal żył i mieliby pracę, może ona nigdy nie zdecydowałaby się na ten krok... Przez chwilę zastanawiałam się, czy w którymś z kamperów, które widzimy na ekranie, żyje jakaś rodzina. Doszłam do wniosku, że każda z tych osób mieszka w pojedynkę. A jednocześnie spotykają się, żeby pobyć razem wspólnie przy ognisku, pięknie też żegnali i wspominali znajomych nomadów, gdy ktoś z nich przeszedł na tę drugą stronę.

Dla mnie „Nomadland” to terapia spokojem. Spokojem, który odczuwamy, gdy jesteśmy pewni tego, co robimy i kim jesteśmy. Wtedy wiemy, że idziemy właściwą drogą. Fern jest dla mnie nauczycielką życia, ona już wie, o co w nim chodzi. Tak, zgadzam się, tylko ci ludzie musieli wcześniej zapłacić bardzo wysoką cenę za to, żeby pójść tą drogą. Dlatego, znów to powiem, nie są dla mnie szczęśliwymi nomadami. Być może życie w drodze jest naszą przyszłością. Zamknięte hotele, restauracje, bary, podróżowanie w grupie staje się niebezpieczne. A można przecież wsiąść w kamper i wyruszyć przed siebie. Już kilka lat temu rozważaliśmy z mężem taki sposób na zwiedzanie Europy. Gdy byliśmy młodsi, chcieliśmy szybciej i więcej zobaczyć, a teraz może wolniej, ale za to dostrzec więcej szczegółów. A to one są najważniejsze.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki "Dwa Brzegi" w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu "Kocham Kino" TVP2. 

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program "Kocham Kino" TVP2. 

[newsletterbox]