1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Kino to wspólna wyprawa. Jaką rolę pełnią filmy i bajki w wychowaniu?

Kino to wspólna wyprawa. Jaką rolę pełnią filmy i bajki w wychowaniu?

Rodzic jest przewodnikiem, ale też towarzyszem. Zaprasza do kina, ale jednocześnie jest pół kroku za dzieckiem i pozwala mu eksplorować świat. Fajnie, jeśli jest partnerem do komentarza. Trochę jak w sparingu – dziecko czuje, że może na rodzicu trenować, bo nie będzie tylko porządkował jego wiedzy, ale zostawi mu przestrzeń na szukanie siebie. A potem to wspólnie omówią – mówi Anna Seweryńska, psycholog.

Kino jako sposób spędzania czasu z dzieckiem? Czy to dobra forma wspólnych spotkań?

Nie chodzi tu o samo oglądanie. To, co jest fajne, to wspólna wyprawa. Ciekawe jest na niej już tylko to, że często to dzieci sugerują i proponują repertuar albo komentują propozycje rodziców. To one prowadzą.  Najwartościowsze jest jednak to, co wydarza się później, po seansie. I właśnie tu bardzo ważną rolę do odegrania ma rodzic. To, co się wydarzy, zależy od tego, na ile da się porwać tej wspólnej wyprawie z dzieckiem i na ile będzie ciekawy tego, co jego dziecko zobaczyło i przeżyło w kinie i co z tego ma. Czy będzie potrafił zainteresować dziecko, odpowiednio nakierować jego talenty i wesprzeć zainteresowania, czy będzie potrafił zainspirować go bohaterem z ekranu. Właśnie po to idzie się wspólnie do kina. Inaczej dostaniemy tylko tyle, że mija nam jakiś czas. Zapalają się światła, wychodzimy z kina i wracamy do domu. Tyle.

Wyjście do kina „tak po prostu” to za mało?

Z punktu widzenia bycia z dzieckiem nic się złego nie dzieje. Pytanie czy tak chcemy żeby po prostu mijał nam czas i nic więcej. Dla dziecka wyjście z domu to wyprawa – znak, że coś się dzieje. Warto to wykorzystać.

Czyli inspirować. Jak to robić mądrze?

To jest pytanie do rodzica: na ile znasz swoje dziecko i jak dobrze wiesz, co warto w nim wspierać. Jeśli np. dziecko pasjonuje się historią, obejrzenie filmu z takiego repertuaru będzie okazją do wzmocnienia informacji w tym temacie, zachęca do aktywności. Film może być też inspiracją do poznania nowych przestrzeni, np. dowiedzenia się o jakimś kraju – bo bohaterowie eksplorują ten świat. Powinniśmy postrzegamy dzieci przez pryzmat tego, co może je zainspirować, zaintrygować, co da im elementy do przemyślenia. Wtedy omawiając z nimi naszą wyprawę sami możemy coś w niej zobaczyć.

Rodzic też się uczy?

Myślę, że tak. Dzieci bardzo uczą rodziców oglądania świata w sposób spontaniczny – nie ma cenzury, nie ma wytycznych: „powinienem coś widzieć tak i tak reagować”. Rodzic widzi świat tak, jak opisali go dorośli. Dziecko ogląda prosto: widzę, co widzę, czuję, co czuję. Rodzic uczy się, że nie ma co nadmiernie interpretować, tylko być w czymś i towarzyszyć bohaterom. W kinie dziecko poznaje rodzica. Czuje, że jest z nim połączone emocjonalnie. To okazja do łapania porozumienia.

A czy ambicja rodziców może temu połączeniu zaszkodzić?

Czasem tak. Ważne, żeby dowiedzieć się od dziecka, co dla niego było ciekawe, co je uruchomiało a mniej narzucać, jak powinno coś postrzegać. Inaczej dziecko dostanie komunikat, że to co przeżywa i odbiera nie jest w porządku. Traci zaufanie do swoich zmysłów i uczyć. Przestaje być pewne, że są w porządku. Trzeba zostawić dziecku pole do  jego autentycznych emocji.

Nawet jeśli odbiegają od emocji innych? Co jeśli dziecko płacze, gdy inne się śmieją?

To jest indywidualność. Warto wtedy pytać dziecko „dlaczego” i uzupełniać własny odbiór, a nie spłycać odbiór dziecka mówiąc: „wiesz, tu o raczej wszyscy się smucą”. Może mam wyjątkowe dziecko? Rodzice chcą edukować, dzieci, ale często wybierają edukowanie z wysoką poprzeczką – czyli cel jest tam, gdzie rodzic uznaje za ważne. Dziecko zaczyna się frustrować, że rozczarowuje rodziców, że ich zawiodło. Zaczyna się wstydzić, obawia ujawniać, przestaje być spontaniczne, a zaczyna być kombinatorem.

Wracamy do emocji. Dziecko zaczyna bać się czuć?

Dobrze, żeby dziecko przeżywało wszystkie uczucia. Np. strach jest jednym z nich. Jeśli dziecko jest zaopiekowane, będzie się czuło bezpiecznie. Najwyżej chwyci rodzica za rękę, ale nauczy się przeżywać. Strach można bardzo fajnie omówić z dzieckiem. W ten sposób uczy się obsługiwać swoje emocje. Przed kinem były bajki literackie. W bajkach bardzo dużo jest demonów strachów, straty śmierci, kłopotów. Ale bajki mają morał. Dobre kino dziecięce też go ma. Pokazuje świat wartości.

Często uważa się, że „bajki” powinny kończyć się dobrze, że wszystko powinno iść gładko i prowadzić do: „królewicz pocałował księżniczkę i żyli długo i szczęśliwie”.

Wszystko jest po coś. Trudne przeżycia też. Dziecko uczy się, że może wybrać, poradzić sobie, że z różnych sytuacji jest jakieś wyjście, nawet jeśli nie jest to dosłowny happy end. Że nawet jeśli nie wszyscy na końcu są zadowoleni, to nie jest źle, bo takie jest życie. A w życiu jest różnie i nie zawsze różowo. Kino, które tylko słodzi oszukuje dziecko, popycha je w stronę fascynacji światem mrocznym – bo przecież tabu jest atrakcyjne.

Można pokazywać „brutalne” sceny, jak na przykład śmierć?

Umieranie jest tak samo naturalne, jak urodziny. Choroby są z nami obecne cały czas. Dlatego na poziomie społecznym mówimy dzieciom czym jest integracja, uczymy jeż doceniać, że w każdym jest coś fajnego, niezależnie czy jest piękny i sprawny, czy trochę mniej. Podobnie jest w świecie, który może przekazywać film. W kinie uczymy się straty. Oswajamy zagrożenie. Mówimy dziecku: bojąc się nie musisz być bezradny. Możesz się bać i jednocześnie widzieć, że kiedy coś się kończy, jednocześnie tworzy się przestrzeń, że śmierć może być ulgą, że nie tylko wyzdrowienie to happy end. To bardziej prawdziwe doświadczenie dla dziecka. To bogaty świat odkrywania, że pomiędzy czernią i bielą są odcienie.

Przejdźmy na chwilę od emocji do nauki. Jak obrazy rozwijają mózg dziecka?

Neurologicznie, obrazy – zwłaszcza u mniejszych dzieci – są w dalszym planie rozwoju. Dzieci uczą się organoleptycznie. Lubią dotykać, smakować, wąchać. Sam obraz jest jak ekran – jest płaski, to wtórny odbiór. Dzieci zresztą intuicyjnie to wyczuwają. Dlatego podrywają się z foteli na seansach, spontanicznie dialogują. W teatrze wbiegają na scenę. W kinie nie mogą, ale i tak podłączają się pod akcję. To pokazuje że samo widzenie i oglądanie rzeczywistości na ekranie nie tyle rozwija dzieci, ile dostarcza różnych informacji. Ważniejsze jest to, co wydarzy się wokół oglądania – rozmowa z rodzicem, jego obecność, rozmowa o uczuciach, możliwość skomentowania tego, czego dziecko się dowiedziało. Szukanie w rzeczywistości tego, co zobaczyło w filmie.

Czyli wracamy do rodzica.

Rodzic ma bogatą funkcję. Jest przewodnikiem, ale też towarzyszem. Zaprasza, ale jednocześnie jest pół kroku za dzieckiem i pozwala mu eksplorować świat. Fajnie, jeśli jest partnerem do komentarza. Trochę jak w sparingu – dziecko czuje, że może na rodzicu trenować, bo nie będzie tylko porządkował jego wiedzy, ale zostawi mu przestrzeń na szukanie siebie. A potem to wspólnie omówią. Bo dziecko dużo widzi i dużo rejestruje, ale samo tego nie obrobi – potrzebuje rodzica, żeby wprowadził go w świat zrozumienia.

Rodzic jest tłumaczem?

I podpowiadaczem. Nie da się przecenić roli rodzica wobec dziecka. Dziecko potrzebuje przeglądać się w lustrze relacji z rodzicami.

A czego my, dorośli, uczymy się w kinie dziecięcym?

Pytanie czego szukamy w bajkach. Myśląc o dzieciach myślimy: „dobrze, żeby wiedziały to, czy tamto.” Pytanie: „A czy ty to już wiesz?”. To w gruncie rzeczy pytanie o to, na ile przeglądamy się w tych relacjach z ekranu. Na ile nasze wybory i zachowania są w porządku, na ile jesteśmy uczciwi i otarci, w zgodzie z samym sobą. Na ile jesteśmy w tanie nie tylko deklarować, że bronimy dzieci, rzeczywiście ich bronimy. Na ile dziecko może być z nas dumne i może nam zaufać. Dorosły często w dziecięcym świecie bardziej pozwala sobie na wzruszenie niż się spodziewał. Te filmy są tak robione, żeby zdzierać z dorosłych kamuflaż „ja wszystko wiem”.

Tresują nas emocjonalnie?

Myślę, że tak.

A jak to jest ze starszakami?

Nastolatki nie potrzebują odkrywać, ale potwierdzać swoje wybory. Więc szukają w filmie czegoś innego niż najmłodsi odbiorcy. Chodzi im bardziej o przeglądanie się w kinie,  potwierdzanie swoich wyborów – wiem coś na swój temat – wiem kim jestem i jaki jestem.  To jest oglądanie od środka, identyfikacja.

Mama i tata na fotelu obok są zbędni?

Rodzice są mniej potrzebni w samym byciu w kinie i w interakcji, ale są za to bardzo potrzebni w konfrontowaniu się z rzeczywistością filmową. Chodzi tu mniej o przekaz emocjonalny, a bardziej o intelektualny: „mogę myśleć inaczej niż ty tato i ty mamo”. Nastolatek potrzebuje potwierdzenia, że rodzic nie zgadzając się z nim dalej chce się z nim kolegować. Dla nastolatka jest ważne, że mając autonomie ma akceptację rodziców, że chociaż nie spełnia ich wymarzonych oczekiwań, chociaż wyznaje inny świat wartości, dokonuje innych wyborów, nadal ma ich akceptację.

Czyli rodzic nadal ma tę samą rolę, tylko trudniejszą?

To taki paradoks: im bliżej samodzielności jest dziecko, tym trudniej ma rodzic. Bo musi je puścić. 

7 czerwca 2018 roku w Warszawie ruszy szósta edycja Kina w Trampkach Festiwalu dla Dzieci i Młodzieży. Święto kina dziecięcego i młodzieżowego potrwa 10 dni, podczas których zostanie przedstawiony szeroki wybór najnowszych, wyszukiwanych na całym świecie filmów - zabawnych, mądrych i poruszających, stworzonych z szacunkiem do młodego widza. Seanse odbędą się w dwóch warszawskich kinach - Kinotece oraz Kinie Luna. Podczas Festiwalu odbędą się warsztaty, spotkania i wystawy, ale również liczne konkursy i zabawy.

Festiwal odbywa się z myślą o młodych widzach, a wyjątkowym czyni go fakt, że jest też przez nich współtworzony. Ogromną rolę w tworzeniu całego wydarzenia odgrywają dzieci i młodzież. Co roku powstaje dziecięce i młodzieżowe jury, młodzi zapowiadają filmy, prowadzą spotkania z twórcami. Natomiast ci, dla których praca w mediach jest marzeniem, dostają możliwość zdobycia pierwszych szlifów w zawodzie. Podczas specjalnych warsztatów, organizowanych przez Festiwal, uczymy młodzież podstaw pracy prezenterów, operatorów, montażystów, dając solidne podstawy do profesjonalnego przeprowadzania relacji i wywiadów z Festiwalu. Po tak gruntownym i profesjonalnym przygotowaniu, powstaje specjalna Młodzieżowa Telewizja Festiwalowa, zajmująca się przeprowadzaniem relacji i dokumentacją wydarzenia.

Każdej edycji Festiwalu towarzyszy hasło, tegorocznym jest Fair Play. Większości ta postawa kojarzy się ze sportem, jednak fair można być nie tylko na boisku i właśnie to chcemy pokazać młodym widzom. Segregowanie śmieci, kasowanie biletu, pomoc słabszym to tylko kilka przykładów bycia fair play w życiu codziennym.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wspólne wakacje z partnerem. Czas próby czy sielanka?

Urlop sprzyja skrajnym sytuacjom: z jednej strony sielanka i spijanie sobie z dzióbków, z drugiej wychodzą wszystkie problemy, które w codziennym życiu są zamiatane pod dywan. (Fot. iStock)
Urlop sprzyja skrajnym sytuacjom: z jednej strony sielanka i spijanie sobie z dzióbków, z drugiej wychodzą wszystkie problemy, które w codziennym życiu są zamiatane pod dywan. (Fot. iStock)
„Cudownie!” – mówią zgodnie oboje. Ale co myślą? Kobieta: „Teraz się do siebie zbliżymy”. Mężczyzna: „Nareszcie odpoczniemy”. I są to całkowicie sprzeczne cele. Jak zatem nie zamienić raju na Seszelach w horror pośród tropików, tłumaczy psycholog Maria Rotkiel.

Jak myślę o małżeństwie moich rodziców, to mam wrażenie, że kiedyś pary dobierały się na zasadzie sprawdzania się w boju: w pracy, prowadzeniu domu, wychowaniu dzieci. Dzisiaj wyzwaniem dla wielu par jest czas wolny.
Na pewno obecnie większą wagę przykładamy do sfery emocjonalnej, a w niej mieści się też temat spędzania wolnego czasu. Dbamy o wspólne rozrywki, jeździmy na rowerach, podróżujemy. Nie wyobrażam sobie, żeby moi rodzice w każdą sobotę rano chodzili na tenisa, bo u nas w sobotę rano się sprzątało, a w niedzielę jechało do babci na obiad. Dziś w weekend jedziemy do centrum handlowego – to jest ta gorsza wersja, a w lepszej – oddajemy się jakiemuś hobby. Sfera wolnego czasu, zainteresowań i relaksu rzeczywiście ma więc obecnie większe znaczenie niż kiedyś.

A kwintesencją relaksu jest wspólny urlop.
Urlop jest genialnym papierkiem lakmusowym relacji. Jeśli wyjeżdżamy na urlop na początku znajomości, to często w ogóle nie wychodzimy z pokoju hotelowego. Czyli robimy to, co na tym etapie znajomości jest najfajniejsze: seks, seks, seks. I to bardzo dobry pomysł na pierwszy wyjazd (śmiech). Nawet jeśli naszą uwagę zajmuje głównie ten seks, to i tak będziemy mieli szansę sprawdzić się także na innych polach. Czy mamy wspólne tematy, podobne temperamenty, gusta kulinarne, ale też wizje tego, czym dla nas jest udany odpoczynek. Oczywiście, na co dzień też się tego o sobie dowiadujemy, ale wtedy nie spędzamy ze sobą 24 godzin na dobę. I może się okazać, że podczas tak intensywnego bycia razem odnajdziemy w sobie rzeczy, które nam się nie spodobają. Dlatego mimo cudownych okoliczności przyrody wiele par często ostro kłóci się podczas wyjazdów.

Urlop sprzyja skrajnym sytuacjom: z jednej strony sielanka i spijanie sobie z dzióbków, z drugiej wychodzą wszystkie problemy, które w codziennym życiu są zamiatane pod dywan. To czas próby. Jeśli w relacji dzieje się dobrze, to urlop to potwierdzi; a jeśli coś kipi pod pokrywką, to urlop doprowadzi to do prawdziwego wrzenia. Lubię żartować, że po urlopie wracamy albo w ciąży, albo jako singielki. W dużym uproszczeniu, oczywiście.

Niektóre pary postanawiają wspólnie gdzieś wyjechać właśnie wtedy, gdy przechodzą kryzys.
Tylko jeśli nie rozwiążą problemu, który wywołał kryzys, jeśli tego nie przegadają lub nawet nie przekłócą, to współczuję takiego urlopu. To zacznie się już w samochodzie albo na lotnisku bądź w pociągu. Zamknięte przestrzenie sprzyjają kumulacji emocji. Zresztą przed trudnymi rozmowami jedno z partnerów zwykle tchórzy, i jest to zwykle mężczyzna. Dominuje schemat: kobieta chce rozmawiać, a facet ucieka, dosłownie. A z samochodu czy samolotu nam nie ucieknie (śmiech). Każda para to zna. Oczywiście, na początku on może się w ogóle nie odzywać, ale po godzinie naszego rozżalonego monologu pewnie wybuchnie i nie będzie to zbyt konstruktywne. W efekcie lądujemy w hotelu wkurzeni na siebie i ziejący nienawiścią, z perspektywą spędzenia ze sobą najbliższego tygodnia.

Dużo par przychodzi do ciebie na terapię po urlopie?
Bardzo dużo. Po wspólnym wyjeździe albo po świętach, które też są pewnego rodzaju urlopem. Pary przychodzą do mnie w momencie, kiedy nie mogą dłużej udawać, że jest między nimi w porządku i gdy kryzys staje się dla nich bardzo dokuczliwy. Codzienność sprzyja wypieraniu problemów, bo zwyczajnie nie mamy czasu na to, by się porządnie pokłócić. Co innego kilka dni wolnego. Znam pary, które wszystkie nagromadzone przez rok sprawy chcą „załatwić” właśnie podczas wakacyjnego wyjazdu.

Może źle się na ten urlop nastawiamy?
Na pewno mamy bardzo różne oczekiwania w stosunku do urlopu. Kobieta myśli: „Teraz się do siebie zbliżymy”, natomiast mężczyzna: „Nareszcie odpoczniemy”. I to są dwa różne cele. On odpoczywa, czyli nalewa sobie wieczorem piwo, bierze gazetę czy laptopa i się „odrywa”, a ona chce bliskości, spaceru, rozmowy, przytulania, romantycznej kolacji. I wtedy mogą dziać się różne rzeczy.

Z drugiej strony: fajnie się różnić.
Zgadzam się. Fajnie się różnić, pod warunkiem że mamy solidną wspólną płaszczyznę. Bo to, że nasz partner chce odpocząć, a my zbliżyć się do niego – nie musi się wykluczać. Dajmy sobie czas na swoje przyjemności, niech on zostanie z tą gazetą nad basenem, ty idź pozwiedzać okoliczne zabytki, ale później, wieczorem spotkajcie się podczas wspólnej kolacji. Urlop pokazuje dokładnie, jak współpracujemy w parze, bo nie ma tych wszystkich dystraktorów, które na co dzień nas rozpraszają i odrywają od relacji. Cała uwaga jest skupiona na związku. Czasami okazuje się więc, że nie do końca trafnie się dobraliśmy albo że jesteśmy sobą bardzo zmęczeni.

Brzmi jak historia mojej znajomej. Kiedy wyjechała na wakacje ze swoim chłopakiem i wreszcie mieli mnóstwo czasu dla siebie, okazało się, że w sumie nie mają o czym rozmawiać i nie zgadzają się w wielu sprawach, tylko do tej pory zagłuszali to oglądaniem filmów, zapraszaniem przyjaciół czy pracą.
Tak czasem bywa i im szybciej się o tym przekonamy, tym lepiej. Urlop pomaga zobaczyć to, co na co dzień umyka i czego po prostu nie chcemy widzieć. Kobiety często „zakłamują rzeczywistość”. Ze strachu, z wygody, z braku możliwości zmiany, oczywiście ich zdaniem, bo ta możliwość zawsze jest, tylko my tchórzymy. Dlatego odważnie przyglądajmy się sobie i naszemu związkowi podczas urlopu i wyciągajmy z tych obserwacji wnioski.

Może lepiej odpoczywać osobno?
Jestem wielką orędowniczką osobnych wyjazdów, ale pod warunkiem że znajdziemy też miejsce na wspólny wypad albo kilka dni spędzonych w domu. Bo jeżeli na co dzień mamy dla siebie mało czasu i urlop spędzimy oddzielnie, to tylko nas to od siebie jeszcze bardziej oddali.

Tym bardziej że urlop sprzyja spotykaniu wielu atrakcyjnych osób.
No właśnie, à propos wakacyjnych romansów. Nie zgadzam się z tym słynnym powiedzeniem, że okazja czyni złodzieja, moim zdaniem trzeba mieć osobowość złodzieja, by okazja ją z nas wyciągnęła. Zdrada podczas urlopu mówi o tym, że w związku dzieje się źle, po prostu. Ale to temat na osobną rozmowę.

Idealny model urlopowania się w parze, choć życie nie jest idealne, to jeden dłuższy wspólny wypad w roku i krótsze osobne – z przyjaciółkami, kolegą czy rodziną. I apeluję – planujmy wakacje. Nie stawiajmy na spontaniczność i nie myślmy: „A, jakoś to będzie”. Pewnie, że niekiedy trafi nam się cudowne miejsce, z którego oboje będziemy zadowoleni, ale zwykle decyzje podejmowane pod wpływem emocji czy chwili kończą się niezadowoleniem.

Przestańmy wierzyć w spontaniczny seks, spontaniczne wakacje i spontaniczny związek. Wybierzmy taki czas, takie miejsce i takie atrakcje, które przypadną do gustu zarówno nam, jak i naszemu partnerowi. Przecież pewne rzeczy wiadomo od początku znajomości: czy on lubi spędzać czas aktywnie, czy wylegiwać się całą niedzielę w łóżku. Jeśli my kochamy SPA, wybierzmy takie, które będzie nam odpowiadało, ale zadbajmy, żeby w pobliżu były korty tenisowe, ścianki do wspinaczki czy trasy rowerowe, z których on się ucieszy. Przegadajmy też kwestie finansowe. O co się przecież zwykle kłócimy? O pieniądze. Ale na urlopie jakoś o tym zapominamy. Idziemy do restauracji i zamawiamy kalmary, homary i szampana, a potem się dziwimy, że urlop nas drogo wyniósł. I błagam, przemyślmy, kogo na ten urlop zabieramy. Nie proponujmy partnerowi wyjazdu w komplecie z naszą koleżanką, którą on może i lubi, ale chyba raczej nie marzy o tym, żeby towarzyszyła wam przez cały tydzień. Z urlopem jak z życiem – warto urządzić go tak, żeby było nam dobrze.

Urlop jest też dobrym sprawdzianem tego, jak się zachowamy w sytuacjach trudnych. Ginie nam bagaż, kradną karty kredytowe. Niektórzy stają na wysokości zadania, a inni tchórzą albo puszczają im nerwy. On zamiast mnie pocieszać, krzyczy, że to moja wina, bo mogłam nie trzymać kart w jednym miejscu. W filmie „Turysta” jest taka scena. W zimowym kurorcie nagle schodzi niegroźna lawina i ojciec rodziny w pierwszym odruchu zamiast osłonić sobą dzieci i żonę, ucieka, ratując smartfona. Jak po czymś takim znów sobie zaufać?
To, jak się zachowujemy w stresie, gdy mamy problem, wychodzi dość szybko, ale podczas urlopu to może być szczególnie trudne, czyli powiedzmy wprost: wkurzające. Jeśli nasz partner nas zawodzi, jeśli tracimy do niego zaufanie lub nie potrafi być dla nas oparciem – to podczas urlopu dotkliwie to odczujemy, ponieważ wtedy jesteśmy tylko we dwoje, bez rodziny, przyjaciół czy innych osób, które w kryzysowych sytuacjach mogą nam pomóc. Ale może być też zupełnie odwrotnie. Kiedy na co dzień nie dajemy szansy naszemu partnerowi, aby się wykazał i jesteśmy Zosią Samosią, to jego szybka reakcja na urlopową katastrofę, typu zagubienie bagażu, może być miłym zaskoczeniem i motywacją do refleksji: „Czy nie warto bardziej mu zaufać i docenić go, zamiast wszystko brać na siebie, a potem narzekać?”.

Dla wielu kobiet dużą nauką podczas urlopu jest to, że bycie razem nie oznacza spędzania ze sobą każdej chwili.
Moim zdaniem jeśli ktoś chciałby zdiagnozować, czy partnerzy mają problem z bliskością, powinien wysłać ich na urlop. To pokaże jak na dłoni, czy jedno z partnerów nie przejawia czasem tendencji do budowania symbiotycznych relacji i agresywnie zawłaszcza prywatną przestrzeń drugiej osoby. Bo wymaganie od kogoś, żeby był z nami „zrośnięty”, niedawanie mu prawa do własnej przestrzeni to agresja. Zwykle kobieca specjalność. Jeśli oczekujemy, że urlop nas zbliży, zastanówmy się, czym jest dla nas ta bliskość. Bo urlop może nam pokazać, czy nie mamy problemu w tej właśnie sferze. Są pewne mechanizmy, które nami kierują i z których same nie zdajemy sobie sprawy. Prowokujemy kłótnię, bo jest za dobrze, za sielsko – to też jest poważny wyznacznik problemu z bliskością. Gdy rozmawiam z parą, to często mężczyzna zwraca uwagę na to, że jego partnerka z jednej strony pragnie bliskości, ale jednocześnie prowokuje kłótnię, gdy jest za spokojnie. Gdy rozmawiam z tą kobietą, okazuje się, że przez większość życia była pod taką presją, że nagła sielanka jest dla niej nie do wytrzymania.

Urlop sprzyja też ujawnieniu takich cech jak chorobliwa zazdrość. Bo on spojrzał na inną kobietę w skąpym bikini? Jesteście nad morzem, dookoła pełno kobiet w skąpym bikini. Co on ma zrobić w tej sytuacji? Założyć sobie wiaderko na głowę?!

Słyszałam, że niektóre pary świetnie się dogadują na urlopie, problem zaczyna się, gdy wracają do domu. Czy urlop nie jest wtedy dla nich ucieczką od codzienności?
Niektóre pary same tak o nim mówią. Gdy słyszę moim zboczonym, terapeutycznym uchem, jak ktoś mówi, że coś jest dla niego ucieczką, to zapala mi się czerwone światło. Bo przeanalizujmy to po kolei. Jeśli uciekam od codzienności, to znaczy, że ta codzienność jest czymś negatywnym. Urlop może być odpoczynkiem, relaksem, pretekstem do zadbania o siebie, odskocznią, ale nie powinien być ucieczką. Rzadko zgadzam się z Freudem, ale tu muszę przyznać mu rację, że słowa, jakie dobieramy, często oddają to, co naprawdę myślimy. Jeśli traktujemy urlop jako ucieczkę, to nie oznacza oczywiście, że para jest do wymiany, tylko że o tę codzienność jak najszybciej trzeba zadbać. Może za mało czasu spędzamy razem? Może nie mamy równowagi pomiędzy obowiązkami a odpoczynkiem? Nie wolno funkcjonować tak, że najpierw kierat, kierat, a potem nagle urlop. Jeżeli nie umiemy złapać równowagi w codzienności, to urlop nam w tym nie pomoże. Powrót z wakacyjnego wyjazdu skończy się depresją, bo będzie nam się kojarzył z powrotem do czegoś nieprzyjemnego, codzienności. A przecież ta codzienność to właśnie nasze życie: znajomi, przyjaciele, dom, rodzina.

Czy nie warto wprowadzić zatem trochę atmosfery urlopu lub wakacji do codziennego życia?
Oczywiście, i to jest łatwe do zrobienia. Nie chodzi nawet o to, żeby gdzieś co weekend wyjeżdżać, tylko o zwykłe codzienne przyjemności. Załóżmy, że nasze ulubione wakacje to boska Grecja. Co stoi na przeszkodzie, żeby raz w tygodniu czy miesiącu – w zależności od finansów – iść sobie do greckiej knajpy? Albo zaprosić znajomych, włączyć muzykę i zrobić sobie greckie jedzenie? Takie funkcjonowanie, że na urlopie uprawiamy fajny seks, jemy fajne jedzenie, a na co dzień jest szara rzeczywistość i życie od wolnego do wolnego – to przepis na katastrofę.

A czy dobrze sobie czasem zrobić urlop od partnera? Od związku?
Wszystko zależy od tego, co rozumiemy pod tym pojęciem. Bo jeśli urlop od związku jest zadbaniem o własną przestrzeń i to, co lubię najbardziej, a czego mój partner nie preferuje, a po takim urlopie planujemy wspólny wypoczynek – to proszę bardzo. Ja jednak miałam zawsze tak, że jeśli przyszedł mi do głowy pomysł na urlop bez partnera, a o wspólnym nawet nie chciałam myśleć, to wiedziałam, że to już jest koniec. Ale może to tylko mój punkt widzenia.

Maria Rotkiel psychoterapeutka, trenerka, dydaktyk, doradca rodzinny i zawodowy. Specjalizuje się w terapii par, terapii rodzinnej oraz doradztwie z zakresu rozwoju zawodowego i osobistego, autorka książek. 

  1. Kultura

"Cały świat Romy" - wzruszająca opowieść o międzypokoleniowej przyjaźni

"Cały świat Romy" (fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
"Cały świat Romy" w reżyserii Mischy Kamp to ciepła opowieść o międzypokoleniowej przyjaźni, radzeniu sobie z wyzwaniami i wsparciu, jakim mogą być dla siebie kobiety niezależnie od wieku. W kinach od 17 lipca.

Najnowszy obraz holenderskiej reżyserki Mischy Kamp, "Cały świat Romy" to poruszający film dla młodszych i starszych widzów. Romy, zbyt dojrzała jak na swój wiek dziesięciolatka, oraz jej babcia, pełna rezerwy fryzjerka Stine są na siebie skazane. Wszystko dlatego, że mama dziewczynki wychowuje ją samotnie, a Stine jest jedyną osobą, która może jej w tym pomóc. Od samego początku chłodna relacja między babcią a wnuczką nie wróży nic dobrego. Zapracowana i borykająca się z chorobą Stine nie ma czasu ani cierpliwości do Romy, która zakłóca jej codzienną rutynę. Z czasem jednak okazuje się, że obie mają ze sobą więcej wspólnego niż myślały i mogą być dla siebie wsparciem nawet w najtrudniejszych momentach.

Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty

'Cały świat Romy' (fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty) "Cały świat Romy" (fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty)

'Cały świat Romy' (fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty) "Cały świat Romy" (fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty)

Czy da się uchronić rodzinę przed informacją o chorobie najbliższych? Jak postrzegamy utratę pamięci? Czy możliwe jest zasypanie przepaści międzypokoleniowej? Na te pytania z czułością odpowiada "Cały świat Romy", jeden z najczęściej nagradzanych filmów podczas ostatniej edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Kino Dzieci (nagroda Kwiatu Paproci od jury ECFA oraz wyróżnienie jury twórców). Obraz otrzymał też Złotego Koziołka dla najlepszego filmu pełnometrażowego dla dzieci podczas ubiegłorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmów Młodego Widza Ale Kino!.

Film jest w kategorii wiekowej 9+, również dla widzów dorosłych. W kinach od 17 lipca.

  1. Kultura

Filmy animowane dla dzieci, które warto obejrzeć razem

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Coco" (Fot. materiały prasowe. Dystrybucja: The Walt Disney Company Polska)
Wydłużony czas przed telewizorem lub ekranem komputera? - Niestety, chwilowo jest to raczej nieuniknione. Dzieci mają lekcje szkolne online, uczą się nowych rzeczy online i rozrywkę też chcą mieć przez Internet. Dla ich dobra warto jednak wprowadzić zasadę: jeden film, jedna bajka dziennie. Podpowiadamy, co wybrać spośród setek animowanych filmów, żeby czas spędzony przed monitorem nie był czasem zmarnowanym.

Wydłużony czas przed telewizorem lub ekranem komputera? - Niestety, chwilowo jest to raczej nieuniknione. Dzieci mają lekcje szkolne online, uczą się nowych rzeczy online i rozrywkę też chcą mieć przez Internet. Dla ich dobra warto jednak wprowadzić zasadę: jeden film, jedna bajka dziennie. Podpowiadamy, jakie fajne filmy dla dzieci wybrać spośród setek animacji, żeby czas spędzony przed monitorem nie był czasem zmarnowanym

Coco (reż. Lee Unkrich)

Meksykańskie wierzenia i zwyczaje wplecione w piękną historię o marzeniach małego chłopca. Wszystko wydarza się w Dia de Muertos, czyli Dzień Zmarłych, gdy oba światy, ten żywych i tych, którzy odeszli, przenikają się. Miguel ucieka z domu po awanturze z babcią i rodzicami. Chowa się na cmentarzu, skąd przedostaje się na stronę świata umarłych. Tam poznaje swoją pra prababkę oraz innych członków rodziny. Dzięki determinacji chłopca, który pragnie jedynie zrealizować swoje muzyczne powołanie, rozwiązuje się trudna, nieprzyjemna sprawa z rodzinnej przeszłości. Historia jego przodków zostaje wreszcie uzdrowiona, w czym na koniec pomaga mu żyjąca jeszcze prababcia Coco. On sam z kolei odkrywa, na czym polegają rodzinne więzi i prawdziwe ludzkie wartości. Ta wzruszająca opowieść to również przełamanie pewnego tabu związanego ze śmiercią w naszej kulturze. Daje ona zupełnie inną perspektywę widzenia tego tematu, pozwalając dziecku wyjść poza strach i smutek z tym związany. Główny bohater, który poznaje swoich zmarłych przodków, uczy się nie tylko szacunku do rodziny, ale także w inny sposób zaczyna patrzeć na życie.

Wyprawa Magellana (reż. Ángel Alonso)

Film dla dzieci, szczególnie dla miłośników historii i geografii. Egzotyczna podróż pełna przygód, nieznanych kultur i pięknych widoków… a przy tym oparta na faktach. W 1519 roku flota złożona z pięciu okrętów opuściła Sewillę. Załogą, liczącą ponad 200 marynarzy, dowodził Ferdynand Magellan – znany, doświadczony podróżnik i pomysłodawca wyprawy. Po ponad trzech latach do portu w Sewilli dopłynął tylko jeden okręt. Film powstał z okazji 500-tnej rocznicy pierwszej wyprawy dookoła świata. Dlatego nieuniknionym zadaniem, przy okazji oglądania filmu, będzie przestudiowanie mapy, a konkretnie – całej trasy jaką przebyła flota. Ta niezwykle ciekawa historia była w tamtych czasach przełomowym wydarzeniem. Przede wszystkim dostarczyła dowodów na to, że Ziemia jest okrągła. „Wyprawa…” należy więc do filmów dla dzieci i młodzieży, które są dobrym punktem wyjścia do lekcji z geografii (zmiana czasu i pór roku w różnych częściach kuli ziemskiej), jak również do wielu rozmów historycznych z dzieckiem (dotyczących np. handlu, kolonializmu, pierwszych odkryć, konfliktów między mocarstwami). Chociaż film dość wiernie odzwierciedla znane z historii wydarzenia, pewne elementy nie pokrywają się z prawdą, jak choćby postać samego Magellana – despotycznego awanturnika, który w filmie przedstawiony jest jako dobroduszny, opanowany kapitan.

Vaiana: Skarb oceanu (reż. Ron Clements i John Musker)

Ten film dla dziewczynek (ale nie tylko!) również przenosi widza na egzotyczne wyspy Oceanii, ale już w innym kontekście. Rajska Polinezja to nie tylko wyjątkowe plaże, przyroda i bogaty podwodny świat, ale też pełna niezwykłych opowieści kultura rdzennych mieszkańców. Podstawą ich wierzeń jest bogini Te Fiti, która stworzyła ląd i całą naturę. Gdy pewny siebie półbóg Maui kradnie jej serce – zmienia się ona w niszczącego demona. Okradziona bogini wychodzi ze swojej matczynej roli i przestaje „karmić” ludzi. Do tej boskiej, kobiecej energii nawiązuje siła i mądrość plemiennych kobiet. Jedną z nich jest Vaiana – córka wodza, która ma za zadanie zaopiekować się w przyszłości plemieniem. Ma ona jednak swoją koncepcję, płynącą z wewnętrznego powołania i dobrze wie, co należy zrobić. Tym, co wyróżnia filmową historię jest właśnie jej bohaterstwo – w końcu nie mężczyzna, nie chłopiec, ale kobieta ratuje świat. I chociaż Vaiana jest bardzo piękna – to nie jej uroda jest tutaj wyeksponowana, ale kobieca moc, której musi użyć, żeby dać sobie radę z Maui. Uparty półbóg, w swoim samolubstwie i samouwielbieniu, nie kwapi się zbytnio, żeby pomóc jakiejś tam nastolatce w ratowaniu świata i przemierzyć z nią ocean, chociaż to on najwięcej nabroił. Jednak Vaiana, używając swojego sprytu i inteligencji, a przede wszystkim serca (nie ma tu na szczęście wątków miłosnych!) – przymusza rubasznego macho, aby pomógł jej w tej misji, poczuł się odpowiedzialny za to, co zrobił i wypełnił swoją powinność.

Zwierzogród (reż. Byron Howard)

Kolejna wyrazista bohaterka z grona postaci najlepszych filmów dla dzieci, która dąży do niezależności i spełnienia. Tyle, że Judi nie tylko łamie stereotypy związane z płcią, ale przede wszystkim z pochodzeniem. Chce się wyrwać za wszelką cenę z ciepłego, rodzinnego domku na wsi i przy okazji obalić mity o słabych i głupich królikach. Spełnia więc swoje marzenie o byciu policjantką w Zwierzogrodzie – metropolii, w której „wszystko jest możliwe” i „każdy może zostać tym, kim chce” – jednak niech nie zmylą nikogo te często powtarzane hasła. Stereotypy królują w formie humorystycznej: lis jest cwaniakiem, któremu rzekomo nie można ufać, w urzędach pracują leniwce, a za największą aferą stoi „wilk w owczej skórze”. Najzabawniejszy jest jednak wątek z krecikiem – panem podziemia, czyli całego mafijnego półświatka (fantastyczny wątek w stylu „Ojca chrzestnego”). Oscarowy „Zwierzogród” to alegoria naszej rzeczywistości i schematów władzy – niby panuje równość i braterstwo, ale rządzą silniejsi. Gdy jednak ci, będący dotąd uciskanymi „ofiarami”, dojdą w końcu do władzy – ich perfidność i chęć odwetu zadziwi każdego. W końcu „strach zawsze działa”… A w pięknym, przyjaznym zwierzętom mieście zaczyna się on szerzyć z powodu „dziczejących” drapieżników, które do tej pory uchodziły za wzorowych obywateli. Na szczęście jest to bajka dla dzieci, więc kończy się dobrze. Sprawcy intrygi zostają schwytani, prawda wychodzi na jaw i krzywdzące stereotypy zostają przełamane. Filmowy Zwierzogród staje się znowu wymarzonym miejscem do życia.

Fernando (reż. Carlos Saldanha)

Byczek Fernando jest wielki i silny. Wychował się na hiszpańskiej wsi. Najlepszą przyjaciółką łagodnego byka, o dobrym sercu, była mała dziewczynka. Niestety, pewnego dnia byk został porwany przez ludzi związanych z krwawą corridą. Wtedy poznał na czym polega przemoc. Jednak Fernando, zamiast wchodzić w narzuconą rolę wściekłego byka, przeznaczonego tylko do zabijania, swoje fizyczne możliwości wykorzystuje w zupełnie inny sposób. Wydaje się powołany do walki na śmierć i życie z uznanym torreadorem. Jednak on brzydzi się przemocą i łamie wszystkie schematy, do których rzekomo został stworzony, konsekwentnie odmawiając agresywnych starć z innymi bykami. Posiada za to ogromną wrażliwość i umiłowanie piękna, szczególnie w odniesieniu do kwiatów. I nie zamierza poddawać się cudzym oczekiwaniom. Woli raczej przekonać pozostałe zwierzęta do swoich racji. Mądra bajka o tym, że warto być wiernym sobie i nie rezygnować z wrażliwości, bo często nie rozumiemy na czym polega prawdziwa siła. Film powstał na podstawie książki dla dzieci „Byczek Fernando” z 1936 roku i bez wątpienia można go zaliczyć do fajnych filmów dla dzieci.

Luis i obcy (reż. Wolfgang Lauenstein, Christoph Lauenstein)

Kosmici dzielą się na tych dobrych i pomocnych oraz na tych złych i wyrachowanych. Podobnie jak ludzie. A co ciekawe, nigdy do końca nie wiemy kto jest kim. Może niektóre dzieci mają tak dobrą intuicję, że czują z kim mają do czynienia: komu można zaufać, a przed kim lepiej uciekać. Luis, główny bohater filmu, nie może liczyć na mądrą pomoc ze strony dorosłych oraz rówieśników, choć sytuację ma niezwykle trudną. Wychowuje się bez mamy. Jest nierozumiany i wyśmiewany przez kolegów. Mieszka z ojcem, szalonym naukowcem tropiącym UFO, który jest tak pochłonięty swoimi wynalazkami, że o chłopca zwyczajnie nie ma kto zadbać. W dodatku Luisem interesuje się, niebudząca zaufania, opiekunka społeczna. Jego życie zmienia się jednak diametralnie, gdy w miasteczku pojawiają się przybysze z innej planety, którzy, uwiedzeni ziemską reklamą „miziomaty”, postanowili nawiać z kosmicznej wycieczki. Świat, w którym żył Luis oraz inni mieszkańcy Ziemi, okazuje się na koniec zupełnie innym miejscem, niż wszystkim się do tej pory wydawało…

„Mirai” (reż. Mamoru Hosoda)

Kun był oczkiem w głowie rodziców, dopóki nie przyszła na świat jego młodsza siostra Mirai. Nie lubi jej. Wraz z nią pojawił się u niego szereg trudnych uczuć, z którymi musi się zmierzyć. Jest jeszcze na tyle mały, że nie do końca rozumie, czym jest zazdrość. Widzi świat tylko ze swojej perspektywy i czuje się niekochany i porzucony przez zapracowanych rodziców. Jednak za każdym razem, gdy w największej złości wybiega do ogrodu, przenosi się w inny świat: do przyszłości lub przeszłości swojej rodziny. Poznając nastoletnią Mirai, która tłumaczy mu wiele spraw, poznając siebie starszego, a także swojego psa w ludzkiej postaci, który narzeka, że zanim urodził się Kun - to on był najważniejszy w domu, chłopiec uczy się radzić sobie z emocjami. Kun poznaje też swoją mamę, gdy była małą dziewczynką, a także pradziadka. Te wszystkie magiczne podróże pomagają mu uporać się z nową sytuacją. Największy urok japońskiej bajki drzemie jednak w prostych przekazach: całe życie pracujemy nad sobą i swoim charakterem z myślą o najbliższych i tych, którzy nas otaczają. Ta praca dotyczy też rodziców Kuna, którzy są tego świadomi. Ważnym elementem bajki jest ponadto sytuacja w domu. Gdy Kun był mały, wszystkim zajmowała się jego mama, a tata „uciekał w pracę”. Teraz jest odwrotnie: tata musi nauczyć się dbania o dom i dzieci, a mama wraca do pracy.

Dla miłośników japońskich anime warto polecić też najlepsze filmy dla dzieci i młodzieży uznanego Hayao Miyazakiego, nazywanego „Japońskim Disneyem”, współzałożyciela Studia Ghibli („Mój sąsiad Totoro”, „Podniebna poczta Kiki”, „Nausicaä z Doliny Wiatru”, „Księżniczka Mononoke”, „Spirited Away: W krainie bogów”).

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.