1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Sonata jesienna” w Teatrze WARSawy

„Sonata jesienna” w Teatrze WARSawy

fot. Magdalena Charczuk/ Teatr WARSawy
fot. Magdalena Charczuk/ Teatr WARSawy

O spektaklu słyszałam sporo już przed premierą. Że jest wart czasu na obejrzenie i przemyślenie w spokoju tego, co artyści mają nam do powiedzenia. Faktycznie, rzadko można oglądać na scenie tak mocną i wyrazistą postać jak Charlotte w wykonaniu Aleksandry Justy w „Sonacie jesiennej” według Ingmara Bergmana. 

Próby trwały codziennie od kilku miesięcy. A wymagający i świetnie znany z ekranizacji samego szwedzkiego reżysera z 1978 roku tekst z pewnością był dla aktorki wyzwaniem. Aleksandra Justa, nieczęsto niestety obsadzana na głównych rolach, pokazała ogromną klasę i bezmiar swoich aktorskich możliwości. Ten wieczór należał bezapelacyjnie do niej w roli słynnej pianistki, która po latach odwiedza w małym miasteczku swoją córkę Ewę, Jest kobietą równie nieznośną co tragicznie doświadczoną przez los. Od momentu pojawienia się Justy na scenie nie sposób oderwać od niej wzroku. Podobnie jak Charlotte ma charyzmę, moc i dar przekonywania. Trudna do obronienia postać nieczułej i egoistycznej matki, której córka (bardzo dobra Weronika Nockowska ) nie potrafi wybaczyć porzucenia rodziny dla sztuki  i złego traktowania w dzieciństwie, jest jednocześnie krucha i silna, zabawna i przerażająca, dobra i zła. Budzi współczucie.

Powoli między kobietami dochodzi do konfrontacji, w trakcie której losy całej rodziny zdają się przytłaczać nie tylko bohaterów dramatu, ale i wszystkich na widowni. Nic dziwnego, Ingmar Bergman to mistrz psychologicznego horroru! Trudno się nie bać tego, co w sensie emocjonalnym dzieje się między matką a córką i jej mężem (wycofany i dzielnie partnerujący obu dynamicznym aktorkom Wojciech Solarz). W każdej chwili możemy spodziewać się dramatycznego zwrotu akcji. Gdy wydaje się, że wiemy już wszystko, dochodzi do kolejnego wylewu emocji i na jaw wychodzą kolejne głęboko skrywane dramaty.

Ciekawy pomysł miał reżyser Kuba Kowalski na obecność na scenie Heleny (w tej roli świetnie pracująca ciałem Katarzyna Chmielewska) – niemej siostry Ewy, którą ta zabiera do domu z zakładu opiekuńczego wbrew woli i bez wiedzy matki. Jej wycofanie, powolna psychiczna agonia spowodowana jest dawnym urazem z przeszłości, o którym Charlotte nie miała lub nie chciała mieć pojęcia. Delikatnie oświetlona konturowym światłem, bosa i bardzo silnie obecna poprzez swoje uparte milczenie, dopełnia obrazu toksycznej relacji łączącej teoretycznie najbliższe sobie osoby. Cień nieżyjącego ojca i męża Leonarda straszy wszystkie trzy kobiety i nie pozwala Charlotte zasnąć i odpuścić choć na chwilę. Starzejąca się piękność, wspaniała artystka – podobnie jak córka Ewa – marzy o chwili czułości i akceptacji, której sama także nie dostała od swojej matki. Nie umiała więc dać jej własnym dzieciom. Tak bardzo bała się odrzucenia z ich strony, że stała się prawdziwym dążącym do perfekcji potworem. Nie zauważała zdrad i podłości męża, rzucała się w kolejne romanse, podróżowała po świecie, wszystkie emocje i uczucia wkładając w swoje granie. W spektaklu słychać fragmenty rapsodii Chopina w emocjonalnej wersji Ewy, pianistki kościelnej,  i perfekcyjnej i nostalgicznej matki – nadal zapełniającej sale koncertowe w Europie. Gra Ewy niebawem zostanie poddana bezwzględnej ocenie technicznej Charlotte, córka po raz kolejny nie doczeka się z jej strony uznania. Nie zamierza jednak odejść pokonana.

Tego typu zachowania nie są obce i dzisiejszym matkom i córkom. Pytanie, jak można temu zaradzić. To pytanie, wraz z nadzieją, którą reżyser daje nam w ostatniej scenie spektaklu pozostaje otwarte. I na tym także polega siła i wiarygodność tego spektaklu.

„Sonata jesienna”, Ingmar Bergman, tłum. Zygmunt Łanowski, reż. Kuba Kowalski, premiera 28 maja 2018, Teatr WARSawyw Warszawie

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Tylko nie mów, że ma odejść. Jak pomóc kobiecie doświadczającej przemocy

Kobieta, która nie zbudowała w sobie wystarczającej siły, by ostatecznie rozstać się z partnerem, a zamiast życzliwego wsparcia otoczenia słyszy od bliskich jej osób, że powinna odejść, raczej zacznie oddalać się od tych osób i unikać z nimi kontaktu, niż przyklaśnie, że to doskonały pomysł. (Fot.iStock)
Kobieta, która nie zbudowała w sobie wystarczającej siły, by ostatecznie rozstać się z partnerem, a zamiast życzliwego wsparcia otoczenia słyszy od bliskich jej osób, że powinna odejść, raczej zacznie oddalać się od tych osób i unikać z nimi kontaktu, niż przyklaśnie, że to doskonały pomysł. (Fot.iStock)
Artykuł „Przemoc słowna w związku – co robić, kiedy najbliższa osoba miesza cię z błotem?” wywołał na naszym FB ożywioną dyskusję. Jedna z naszych Czytelniczek, socjolożka Iwona Zielińska-Poćwiardowska, która osobiście doświadczyła przemocy w związku, a dziś zawodowo zajmuje się tym tematem, wie jak bardzo złożony i trudny jest proces wychodzenia z takiej relacji. To nierówna walka. Trzeba mieć dużo siły i wsparcia, by wyrwać się z toksycznego związku. Napisała o tym artykuł, który publikujemy.

Niedawno na Facebooku czasopisma „Zwierciadło” ukazał się artykuł „Przemoc słowna w związku – co robić, kiedy najbliższa osoba miesza cię z błotem?”.

Pod tekstem lakoniczny komentarz Pauliny Młynarskiej: Odejść. Wiele lat temu, kiedy byłam uwikłana w trudny związek przemocowy, taka rada, rzucona z irytacją przez moją ówczesną przyjaciółkę, wywołała we mnie falę wstydu i upokarzających siebie samą myśli. Z przemocowym partnerem wtedy jeszcze się nie rozstałam, ale z przyjaciółką tak. Do dziś nie mamy kontaktu, choć minęło prawie 13 lat. Inni znajomi, którym powiedziałam o przemocy, słuchali w milczeniu, unikając kontaktu wzrokowego. Nie winię ich. Ludzie naprawdę nie wiedzą, jak reagować. Mi pomogła wizyta w Poradni Rodzinnej, do której udałam się w poszukiwaniu pomocy dla mojego przemocowego partnera... A jakże! To typowe zachowanie w związku współuzależnieniowym. Mądrej terapeutce z poradni udało się jednak stopniowo i delikatnie przekierować moją uwagę i troskę z partnera na siebie. I tak, pół roku później, wzmocniona terapią, ostatecznie zakończyłam tę relację. Teraz jestem w zdrowym i szczęśliwym związku, ale od kilku lat zajmuję się badaniem przemocy w rodzinie i związkach intymnych i wiem, że rada „odejdź” jest cały czas tak samo nieskuteczna i tak samo krzywdząca. Dlaczego? Kobieta dokładnie wie i bez takich rad, że powinna odejść. Może nie po pierwszym incydencie i może nie po drugim – wtedy jeszcze wierzy, że to tylko tak wyjątkowo, sporadycznie, bo „on ma trudny czas w pracy”. Po trzecim i czwartym już podejrzewa, że sprawa jest poważniejsza, a po kolejnych wie, że tak będzie stale, że nie jest w stanie go zmienić, więc albo to zaakceptuje, albo powinna odejść. Pojawia się wewnętrzny konflikt, romantycznie nazywany konfliktem serca i rozumu. Kobieta wie, że to, co się dzieje, nie jest „normalne”, czuje się poniżona i skrzywdzona, wstydzi się przed innymi i sama przed sobą, że na to pozwala. Ale jest jeszcze druga strona związku przemocowego – pełna czułości i obietnic, ta, która powoduje, że krzywdy idą w niepamięć.

Chemia przemocy

Każdy przemocowy epizod powoduje wyrzut kortyzolu i adrenaliny, zwanych hormonami stresu. Po nim następuje zwykle okres miodowy, a wraz z nim tak silne działanie oksytocyny i dopaminy (hormony przywiązania i szczęścia) jak w początkowym okresie zakochania. To doprowadza do uzależnienia mózgu od tej chemicznej huśtawki hormonów. U obojga partnerów. W rezultacie, nawet jeśli kobieta raz za razem doświadcza złego traktowania, jej mózg nie będzie chciał odejść, ponieważ czuł się cudownie, kiedy partner był dobry i miły. Tworzy się tzw. przywiązanie przez traumę. Do tego mogą jeszcze dochodzić trudne doświadczenia z dzieciństwa, które wzmagają i tendencje do stosowania przemocy, i do bycia ofiarą. Mieszanka hormonów i przeszłych doświadczeń doprowadza do wytworzenia się silnych mechanizmów współuzależnienia, które powodują zaburzenie poczucia własnej wartości i realistycznej oceny partnera i związku. Kobieta umniejsza doświadczane krzywdy, a momenty euforii w okresie miodowym wynagradzają jej momenty podłego traktowania (które nierzadko usprawiedliwia). Ta intensywność emocji wytwarza przekonanie o wyjątkowości relacji, czego inni jej zdaniem nie są w stanie zrozumieć, oraz ogromny strach przed jej utratą. Dlatego poradzić kobiecie będącej w związku przemocowym, żeby odeszła, to trochę tak, jakby poradzić osobie uzależnionej od alkoholu, żeby przestała pić. Oczywiście, że powinna odejść, żeby ratować siebie i dzieci, jeśli je ma. Może nawet jej się to uda za siódmym razem (tyle średnio prób podejmuje kobieta, zanim skutecznie odejdzie), ale na pewno lakoniczna i pozbawiona empatii porada „to od niego odejdź” jej w tym nie pomoże. Wbije tylko mocniej w poczucie winy. Kobieta, która nie zbudowała w sobie wystarczającej siły, by ostatecznie rozstać się z partnerem, a zamiast życzliwego wsparcia otoczenia słyszy od bliskich jej osób, że powinna odejść, raczej zacznie oddalać się od tych osób i unikać z nimi kontaktu, niż przyklaśnie, że to doskonały pomysł. Będzie się czuła zawstydzona swoim współuzależnieniem i słabością. Wstyd to zresztą jedna z najsilniejszych barier w sięganiu po pomoc. Żeby ją dostać, najpierw trzeba zgłosić i ujawnić problem, a to bardzo trudne. W Polsce wciąż panuje przekonanie, że przemoc domowa to sprawa dwojga ludzi, ewentualnie rodziny, a nie problem społeczny. To utrudnia mówienie o doświadczanej przemocy oraz utrwala niską społeczną świadomość na ten temat. Dodatkowo media, pokazując dramat jakiejś rodziny, często podkreślają nieskuteczność policji i innych instytucji, wzmacniając przekonanie kobiety o bezsensownym wysiłku i zdaniu na siebie samą. Bywa też tak, że sięganie po pomoc może eskalować zachowanie przemocowe sprawcy, jeśli się o tym dowie. I kobieta najnormalniej w świecie się boi.

Jak pomagać?

W jaki sposób możemy więc wspierać kobietę, która doznaje przemocy w związku? Jeśli mówi o tym sama, jest to sygnał, że poszukuje wsparcia, nawet jeśli wprost nie prosi o pomoc. Najpewniej oznacza to, że sytuacja jest już na tyle kiepska, że potrzeba uzyskania pomocy jest silniejsza od wstydu. Najważniejsza jest wtedy empatyczna reakcja, w stylu: „To musi być bardzo trudne. Jak mogę ci pomóc?”. Można podzielić się swoją historią przemocową, jeśli taką mamy, i tym, jak sobie z tym poradziliśmy, co nam pomogło. Stosować takie zasady, jak w grupie wsparcia: słuchać, nie radzić, nie krytykować. Jeśli kobieta nie mówi o przemocy, ale wiemy, że jej doświadcza, warto powiedzieć: „Widzę, że coś niepokojącego się u was dzieje. Widzę, że on cię źle traktuje i martwię się o ciebie”, „Wiem, że może trudno ci o tym mówić, ale jak będziesz chciała porozmawiać, to jestem”. Można też dać coś do przeczytania na temat przemocy albo podesłać test online dla ofiar przemocy. Czasem taka dawka wiedzy może zadziałać motywująco.

A co z tym odejściem? Jeśli kobieta jest na tym etapie, że rozważa rozstanie, dobrze będzie wówczas pomóc jej zaplanować to od strony praktycznej. Kobiety często odwlekają decyzję o rozstaniu z powodów finansowych lub braku możliwości wyprowadzki. Bywa oczywiście, że są to realne przeszkody, ale znacznie częściej jej bezsilność i poważnie osłabiona wiara w siebie powodują, że perspektywa wyprowadzki po prostu ją przerasta. Dobrze, jeśli obok znajdzie się ktoś, kto pokaże, że da się to zrobić. Jeśli kobieta ma taką możliwość, zaproponować jej udział w grupie wsparcia dla kobiet – to daje potężną siłę. Pandemia spowodowała, że wiele z takich grup działa online, dzięki czemu nawet kobiety mieszkające na wsi lub w małych miejscowościach mogą w nich uczestniczyć.

W końcu, w sytuacji kiedy kobieta jest już zdecydowana by odejść, należy wspierać ją w tej decyzji i zaoferować praktyczną pomoc, np. spakować i przewieźć rzeczy, popilnować dzieci, pomóc uzyskać poradę prawną (m.in. w Centrum Praw Kobiet), pomóc znaleźć nowe miejsce zamieszkania. Co prawda zmienione kilka miesięcy temu przepisy pozwalają policji na natychmiastowe usunięcie sprawcy z domu, ale w praktyce trudno to wyegzekwować, więc by uwolnić się od przemocy, często łatwiej samej się wyprowadzić, niż zmusić do tego partnera. To smutne, ale tak niestety to wygląda. Ogromnie ważne jest wsparcie w pierwszych kilku tygodniach po wyprowadzce. Przemocowy partner będzie robił wszystko, by przekonać kobietę do powrotu, a ona najpewniej będzie szarpana sprzecznymi emocjami, bo huśtawka hormonów i wieloletnie współuzależnienie nie ustają z dniem wyprowadzki. Dlatego najlepiej by było w tym okresie otoczyć kobietę systemem wsparcia złożonym z przyjaciół, rodziny i psychologa. To pomoże jej przejść przez ten okres „odstawienia” i wytrwać w decyzji o odejściu.

Na koniec ważna uwaga – choć tekst ten dotyczy głównie ofiar-kobiet w związkach heteroseksualnych, opisane w nim mechanizmy podobnie działają w sytuacji przemocy w związkach jednopłciowych oraz w sytuacji mężczyzn doświadczających przemocy ze strony partnerek. Podobne też są zasady udzielania pomocy.

Gdzie uzyskać pomoc:

Telefon dla Ofiar Przemocy w Rodzinie: 800 120 002 – numer bezpłatny, czynny całą dobę

mail: niebieskalinia@niebieskalinia.info

Centrum Praw Kobiet, telefon interwencyjny: 600 070 717 – całodobowa

Dr Iwona Zielińska-Poćwiardowska, socjolożka, badaczka przemocy w rodzinie i systemów wsparcia w Polsce i Wielkiej Brytanii. Aktualnie realizuje projekt z badaczami z Uniwersytetu w Lincoln na temat wpływu migracji na przemoc wśród polskich kobiet i uzyskiwanie przez nie pomocy. (Fot. archiwum prywatne)Dr Iwona Zielińska-Poćwiardowska, socjolożka, badaczka przemocy w rodzinie i systemów wsparcia w Polsce i Wielkiej Brytanii. Aktualnie realizuje projekt z badaczami z Uniwersytetu w Lincoln na temat wpływu migracji na przemoc wśród polskich kobiet i uzyskiwanie przez nie pomocy. (Fot. archiwum prywatne)

  1. Psychologia

Dlaczego grzeczne dziewczynki nie wiedzą, czego pragną w miłości?

Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
O czym marzą grzeczne dziewczynki? O tym, czego nigdy nie dostaną. Co zatem zrobić, by nie być grzeczną, ale szczęśliwą? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Przychodzą do pani kobiety, które mówią: „Pani Kasiu, ja nie wiem, czego chcę”?
Ależ oczywiście! Masami (śmiech). Tylko one nie mówią tego na początku spotkania. Po prostu podczas rozmowy czy terapii dochodzimy do takiego punktu, w którym padają słowa: „No tak, ale ja nie wiem, czego ja chcę”. Kobiety zwykle nie mają świadomości, że ich problemem jest to, że nie wiedzą, czego chcą. Mówią, że jest im źle, że nie mają tego, co by chciały, że są smutne albo zrozpaczone, bo jedną rzucił facet, a druga sama rzuciła, albo się wyniosły od rodziców, albo nie mogą się od nich wynieść… Wszystkie są niezadowolone. I bierze się to z wychowania czy też tresowania, jakiego doświadczyły w rodzinnym domu. Oczywiście, jest znaczna część oświeconych, nowoczesnych rodziców, którzy traktują swoje dzieci z dużą uważnością, jednak większość leci tym starym ściegiem pt. „dzieci i ryby głosu nie mają”.

Dzieci i ryby, a zwłaszcza dziewczynki.
Oj tak, nadal jest ogromna różnica między wychowaniem chłopców i dziewczynek. I Miłosz Brzeziński, z którym pisaliśmy „Jak pies z kotem”, mi to potwierdził. Chłopiec to książę. On twierdzi, że każdy młody chłopak jest tak pewny siebie, że jest przekonany, że gdyby tylko Angelina Jolie dowiedziała się, gdzie on mieszka, to od razu zaciągnęłaby go do łóżka. Może to więcej mówi o pewności siebie Miłosza niż każdego młodego chłopca, ale brzmi mocno, prawda? Warto to przeczytać, naprawdę! A co do dziewczyn – rodzice przynajmniej już się nauczyli, że dziewczyna ma mieć wykształcenie, fach, pieniądze i mieszkanie, czyli ten cudowny, napisany kiedyś przez Virginię Woolf dezyderat, że kobiecie wystarczy własny pokój i 500 funtów rocznego dochodu. Owszem, niech córka spotka fajnego faceta, niech wyjdzie za mąż, ale jeśli będzie miała swoje mieszkanie i zarobki, to zawsze sobie poradzi. I ona rzeczywiście sobie radzi. Mało tego, ona radzi sobie nawet świetnie, znacznie lepiej niż facet. Uczy się, jest zdolna, szybko pnie się po szczeblach kariery, dobrze zarabia, bardzo dobrze wyrabia się w sytuacjach społeczno obyczajowych. Jest miła, uprzejma, potrafi się kolegować, bawić. Chodzi do fajnych knajp, wyjeżdża za granicę, kupuje sobie ładne rzeczy… a w środku dzidzia maleńka marzy o miłości. I to jest nieprawdopodobna przepaść. Bo dzidzia tak naprawdę nic o tej miłości nie wie. Spytam panią: ile pani zna naprawdę szczęśliwych małżeństw?

Nie no, kilka znam. Dwa-trzy…
Ho, ho, dwa-trzy?! Zawsze pada taka odpowiedź. A ile pani zna w ogóle małżeństw? Setki, prawda?! Jest naprawdę niewielki procent par, które są pogodne, lubią się, nie marudzą i cieszą się z tego, co mają. Jest ich mało, ale są i na szczęście jakiś ułamek dzieci z takich domów wychodzi. A co zwykle znamy z domów? Mama i tata kłócą się, dogryzają sobie nawzajem, nie mówiąc już o tym, że niektórzy też stosują przemoc i nadużywają alkoholu, ale to już osobny rozdział. Ludzie nie wiedzą, jak żyć ze sobą w małżeństwie. Ich się tego nie uczy. W ogóle nie uczy się ich o emocjach, a powinno się to robić już w przedszkolach. Potem ci ludzie dobierają się w pary na szast-prast i rodzą dzieci – no bo trzeba. W typowym polskim domu dzieci nasiąkają przekazem, że tylko rodzina jest bliska i życzliwa człowiekowi, a to jest – za przeproszeniem – gówno prawda. Rodzina jest źródłem całej patologii. Oczywiście, jeśli jest dobra – to tylko dziękować Bogu, bo to skarb na całe życie. Natomiast bezsprzecznie jest miejscem, gdzie jest najwięcej nieszczęść, toksyn, bólu i złych emocji. Dziecko się rodzi skazane na rodziców i nawet nie ma się komu na nich poskarżyć. Ba, ono nie wie, że można się na nich skarżyć. A zwłaszcza jeśli jest grzeczną dziewczynką. I tu wracamy do tematu, który nas najbardziej interesuje.

Czyli dlaczego nie wiemy, czego chcemy.
A dlaczego nie wiemy? Bo rodzice wiedzą to za nas. Chcą mieć święty spokój. Grzeczną córeczkę, która robi to, czego od niej oczekują. Wtedy ją chwalą i kochają lub tolerują. Dziewczynka siedzi w pokoju i płacze – nikogo to nie obchodzi, dziewczynka się głodzi – rodzice reagują dopiero, gdy waży 30 kg. Rzyga po każdym posiłku? Nikt nie słyszy, nie zauważa. To są wstrząsające rzeczy! Dziecko coś przeżywa, ale to nie jest ważne. Ono ma być cicho i nie przeszkadzać. Mama zwraca uwagę jedynie, czy się nie pobrudziło, czy ma co jeść i – ewentualnie – czy nie mówi brzydkich słów. Jak słyszę taki tekst: „Moje dziecko ma cudownie, ja tak nigdy nie miałam, ono ma tylko siedzieć i się uczyć”, to mnie coś strzela. Myślę sobie, że dla tej kobiety dziecko jest tylko robotem do uczenia, ono nie ma cech człowieka. Zgroza! To oczywiście oznacza, że ona sama siebie tak traktuje i że tak była traktowana. Rodzice są tubą kultury, byli przez nią kształtowani i przekazują to dalej. Nie wiedzą, co się dzieje w ich dzieciach, bo nie wiedzą, co się dzieje w nich samych. My w Polsce jesteśmy analfabetami emocjonalnymi. Nie umiemy przekazywać sobie wsparcia, jesteśmy specjalistami w komunikacji nie wprost. Fajne cechy też mamy, jasne, na przykład jesteśmy dowcipni, ale nie z siebie się śmiejemy. Jak ktoś się z nas śmieje, to zaraz robi się nam przykro. Poza tym jesteśmy ironiczni. Skrywamy złość i sprzedajemy ją w postaci ironii.

Można się tej właściwej komunikacji nauczyć?
Ależ oczywiście! To nawet nie jest trudne. W szkołach i na wszystkich studiach powinna być obowiązkowo podstawowa psychologia komunikacji! Czyli: jak się kłócić, jak się godzić, jak negocjować. Weźmy taką dziewczynę, która w pracy fantastycznie negocjuje umowy, a w domu nie potrafi dogadać się ze swoim partnerem w sprawie podziału obowiązków. Nikt jej nie nauczył, że to jest ta sama umiejętność. Na szczęście ta nasza głupia cywilizacja przynajmniej wymyśliła psychoterapeutów. I Bogu za to dzięki! Ale powiem pani, że ja na przykład wolałabym się zajmować ogrodem. Naprawdę. Byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby świat umiał się naprawdę komunikować. Bo byśmy gadali ze sobą jak normalni ludzie. Nie tak jak teraz: „Co u ciebie?”. „A, beznadziejnie” albo: „A, słuchaj, świetnie, cudownie”. A gdzie jest prawda?

Wróćmy do tej kobiety, która mówi: „Nie wiem, czego chcę”. Jak rozumiem, w tym momencie zaczyna się praca…
W tym momencie zaczyna się nauka chodzenia. Oczywiście ona dużo umie i wie, ale po pierwsze, nie w kwestii emocji i komunikacji, tylko jakiejś konkretnej profesji, a po drugie – ona tego w ogóle nie docenia. To też jest typowa kobieca przypadłość: nie cenimy siebie. I jeszcze jedno: dlatego nie wiemy, czego chcemy, bo od dziecka mamy być prymuskami we wszystkim. Mnie to doprowadza do szewskiej pasji, bo wszędzie się pisze, że prymusi nie są szczęśliwi, nie mają frajdy z życia i nie robią kariery – a rodzice swoje. Jeżeli kobitka jest we wszystkim dobra, to skąd ma wiedzieć, czego chce? Jeżeli jest dla wszystkich miła, to skąd ma wiedzieć, kogo lubi? Mało tego, wychodzi za mąż za pierwszego, który będzie się o nią wystarczająco długo starał. Ile razy ja to słyszałam: „on sobie mnie wychodził”! Albo: „pierwszy, który mnie wyrwał z domu”. A potem ma pretensje, że on nie jest tym wymarzonym. Ależ żaden nie jest twoim wymarzonym, bo twoje marzenia są nierealne! Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. Ona zna tylko swój dom rodzinny. Więc chce, żeby było inaczej. Na przykład wymyśla sobie, że on zawsze będzie czuły. „Przecież on ma mnie rozumieć” – mówią dziewczyny, które do mnie przychodzą. Ale jak on ma ciebie rozumieć, skoro ty sama siebie nie rozumiesz i na dodatek on też siebie nie rozumie? Grzeczne dziewczynki wynoszą z domu mnóstwo błędnych przekonań. Na przykład: „Żeby się z nim puknąć, muszę go kochać”. I wie pani, ile one potem robią, żeby go pokochać i wreszcie móc się puknąć?! Taki typowy facet myśli: „Nie no, fajna z ciebie dupa, kręcisz mnie, ładnie wyglądasz, podobasz się moim kolegom i jest z tobą nawet o czym porozmawiać”. A że ona w środku jest zagubioną dziewczynką, to on już tego nie wie.

A ona, mimo że obiecywała sobie, że będzie inaczej, traktuje go dokładnie tak samo, jak jej matka traktowała ojca.
Albo odwrotnie. Co jest przecież tym samym. Ona nie jest sobą, bo nie wie, kim jest. Poza tym nie wierzy w siebie, no bo jak ma wierzyć w siebie – ona wierzy w grzeczną dziewczynkę! Rodzice obiecywali, że jak będzie miła, to wszystko się jej w życiu ułoży. Owszem, ułożyło jej się w takich dziedzinach jak praca i ładny dom. Bo to są rzeczy, którymi ona może władać. Ale nie włada sobą, swoimi potrzebami, intymnością, czyli tym, co nadaje kolor życiu. Przytoczę pani taką metaforę, którą lubię się posługiwać w pracy. Przypuśćmy, że masz bardzo dużo pieniędzy i stawiasz dom, ile kuchni w nim zrobisz? Jedną! Możesz zrobić kilka łazienek czy pokoi, ale salon, w którym przyjmujesz gości, też będzie tylko jeden. A teraz proszę zobaczyć: gdy kobieta chce miłości, to odda wszystko. A przecież na miłość ma być jeden pokój! Niech on będzie wielki, przestronny, bogato urządzony, z ładnym widokiem, ale dlaczego całość?! I tak on ma przyjaciół, pracę, hobby, podróżuje, interesuje się nowinkami, a ona w kółko tylko: miłość, miłość, miłość. Mała głupia dziewczynka. Oczywiście mam tu na myśli głupotę emocjonalną.

No ale od czego ona ma zacząć, żeby to zmienić?
Tak jak powiedziałam, musi nauczyć się chodzić. Czyli podpierając się o coś, co zna, zacząć stawiać nowe kroki. I sprawdzać podstawowe rzeczy: co mi smakuje, kiedy mi zimno, a kiedy ciepło, czego lubię słuchać, z kim lubię rozmawiać, na co lubię patrzeć, po spotkaniu z kim czuję się fajnie, a po jakim boli mnie brzuch. Bo ona odcięła się od takich oczywistości. Małe dzieci doskonale to wiedzą. Mówią przecież: „Ale ja tego nie chcę”. Tylko że w zamian słyszą: „Ale musisz”, „Ja się ciebie nie pytam o zdanie. Ty masz to zrobić”. I jeszcze tata dorzuca: „Słuchaj matki”, bo chce mieć święty spokój. Tylko że takich rzeczy, które lepiej wie matka, takich zasad, powinno być maksymalnie pięć. Czyli: nie bijesz, nie kradniesz, nie robisz ludziom krzywdy (chyba że się bronisz), pomagasz w domu w tym zakresie, jaki razem ustalimy, plus wszyscy w stosunku do siebie wyrażamy miłość. I tyle! A poza tym rób, co chcesz. Dlatego w nauce chodzenia na nowo dobrze skupić się na tym, co sprawia ci największą przyjemność, nie co musisz, ale co lubisz robić.

A stworzenie listy priorytetów – to dobry pomysł?
Oczywiście. I sprawdzanie, bez czego sobie nie wyobrażasz nawet nie życia, ale siebie. Do tego zapisywanie wszystkiego, co cię trapi i nurtuje. Na przykład: czego nie powiedziałaś wczoraj w tej rozmowie, po której byłaś w złym nastroju. Połknęłaś żabę, prawda? Chciałaś powiedzieć coś innego, ale nie powiedziałaś. Nie chciałaś się umówić, ale się umówiłaś. Przecież my bez przerwy to robimy! Dlaczego? Bo rodzice i szkoły w Polsce kształtują w dzieciach głównie Rodzica Wewnętrznego – surowego, poganiającego, pilnującego („Skończyłaś? To teraz zabierz się za coś innego!”. „No tak, znowu tego nie zrobiłaś”) zamiast Rodzica Kochającego, życzliwego, wspierającego, dumnego z Dziecka. No i to wieczne obwinianie się. „Boże, co ze mną jest nie tak, że przyciągam samych dupków?”. Nie z tobą jest coś nie tak, tylko po prostu jest tylu dupków. Dupków w sensie emocjonalnych analfabetów, syneczków mamusi.

Słyszałam, że kobiety, żeby wiedzieć, co sądzą na dany temat, muszą odbyć liczne konsultacje. Pogadać. Mężczyźni szybciej wyrabiają sobie opinię.
Bo kobiety lubią rozmawiać, potrzebują kontaktu, bliskości. Lubią też zbierać się w kupki. Chłopcy, jak już się zbiorą w kupkę, to zaraz gdzieś pędzą albo zaczynają w coś grać. Dziewczynki – przeciwnie. Siedzą sobie, oglądają się wzajemnie, śmieją się, płaczą, coś sobie opowiadają. Oczywiście, są przykłady na zupełnie inne sytuacje. Motoryczne dziewczyny trzymają się z chłopakami, a wrażliwi chłopcy – z dziewczętami, mawia się nawet o nich „babski król”. Dziewczyny lubią się z nimi przyjaźnić, ja też, bo łatwiej się z nimi dogadać.

A co by pani poradziła mojej znajomej? Zawsze ma problem z tym, komu przyznać rację w konflikcie. Słucha jednej strony i się z nią zgadza, słucha drugiej, i też się z nią zgadza…
Według bardzo fajnej koncepcji Enneagramu pani znajoma jest Dwójeczką, czyli Dawcą. Rodzice ją tak wychowali – bo początek jest zawsze w domu – że chce zadowalać wszystkich. To częsty typ wśród kobiet. Taka dziewczyna będzie miała trzech chłopaków i z jednym będzie chodzić na mecze i będzie jej się to podobać, z drugim – na wystawy, a z trzecim będzie gotować w domu – i też będzie zadowolona. I gdyby oni się wszyscy razem spotkali, to nie wiedziałaby, jak się wobec nich zachować. Bo ona jest jak plaster, który się przylepia do innych, przyjmuje kształt przystosowujący. A jak tylko się rozstanie z tym od piłki, to przestanie lubić mecze. Bo jej tak naprawdę zależało na tym, żeby on ją chciał. I żeby był z niej zadowolony.

A jak to było z panią? Zawsze pani wiedziała, czego chce?
Jestem nietypową jednostką damską. I byłam nietypowym dzieckiem. Dużo wynikało z ogromnego napięcia między moją mamą a moim ojcem. Urodziłam się dobrze wyposażona i za to jestem im wdzięczna. Ale różnice między moimi rodzicami były wielkie. Mama była lękliwa, bardzo prowincjonalna wewnętrznie i bardzo źle traktowana przez swoją matkę. Nie lubiła siebie, nie lubiła mnie i chyba też nie lubiła mojego ojca. Do tego była piękną, wytworną i elegancką kobietą, po której tego w ogóle nie było widać, bo to siedziało w środku. Natomiast tata był ciepłym, pogodnym i bardzo naturalnym facetem. Podczas wojny wybili mu prawie całą rodzinę, był w AK, był w obozie koncentracyjnym. Miał na życie spojrzenie filozoficzne – głębokie i mądre. I ja to jego spojrzenie od razu poczułam. Myśmy mieli z ojcem kontakt tak bliski i wyjątkowy i tak obca nam była mama, że to musiało rodzić napięcia. Na szczęście mama zafundowała mi wielki prezent, czyli kochaną, cudowną nianię. Nianię, która jednak nie była mamą... Więc były nieporozumienia, ale z drugiej strony od początku miałam bardzo wysoką samoświadomość. Od małego, kiedy mnie pytano: „A kogo ty najbardziej kochasz? Czyja ty jesteś?”, odpowiadałam: „Ja jestem swoja”. Bardzo dużo rozumiałam, widziałam, myślałam. Czytałam wszystko. Oczywiście rodzice wpuszczali mnie też w maliny. To, co było fajne, to to, że od dziecka przebywałam dużo z dorosłymi i że oni mnie fajnie traktowali i lubili ze mną rozmawiać. Kolegowałam się i z chłopakami, i z dziewczynami. Zawsze czułam ludzi, rozumiałam ich, lubiłam, kochałam. Ale nad sobą musiałam solidnie popracować i ciągle to robię. Im jestem starsza, tym mi lepiej. A więc dobra matka mówi: „Próbuj, sprawdzaj, co lubisz. Chcesz się puknąć z tym chłopakiem, to się puknij, chcesz z tamtym, to też. Próbuj, szukaj, masz wszystko, co trzeba”. I ja tak mówię kobietom, z którymi się spotykam: „Macie wszystko, co trzeba. Próbujcie, ale róbcie to świadomie. Jak chcesz stąd wyjść, to po cholerę tu siedzisz?!”.

Chyba myślimy, że skoro już coś zaczęłyśmy, to nie wypada przerywać, bo wyjdziemy na niezdecydowane.
A co ma wspólnego zdecydowanie z tkwieniem w czymś, czego nie chcemy?! W czymś, co nam źle robi? Powinnyśmy się chwalić za to, co nam się udaje i nie ganić za to, co nie wyszło. Tylko mówić sobie: „dziś nie wyszło, wyjdzie jutro lub pojutrze”. Bo złe zawsze mija, a dobre zawsze wraca.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Styl Życia

Co osłabia naszą witalną energię?

Fot. iStock
Fot. iStock
Czasem czujemy się tak, jakby opuściły nas siły witalne. Energia i chęć życia gdzieś uleciały, a my zostajemy pozbawieni radości i mocy do działania. Dlatego warto dbać o swoje energetyczne zasoby na co dzień.

Żeby móc skutecznie funkcjonować w świecie i jeszcze czerpać z życia przyjemność, potrzeba nam energii witalnej. Co najczęściej okrada nas z sił? Poniżej kilka przykładów.

 

Urazy

One, za sprawą stłumionych uczuć, które za nimi stoją, blokują mnóstwo życiowej energii. Jest ona zużywana na bronienie się przed przeżywaniem trudnych uczuć zamiast na coś konstruktywnego. Uwolnij starą energię na przykład pisząc listy do ludzi, wobec których żywisz urazę. Potraktuj to pisanie jak katharsis.

Bałagan

Chaos, nieporządek w domu, w biurze, w samochodzie, czy nawet komputerze sprawiają, że nasza energia jest rozproszona. Życie w harmonijnej przestrzeni, gdzie panuje ład, wycisza, daje jasność myślenia i pomaga w gromadzeniu witalnej energii.

Toksyczni ludzie

Nic bardziej nie osłabia jak towarzystwo ludzi, którzy ci źle życzą, narzekają, marudzą, krytykują czy są pełni agresji. Bilans takiego spotkania jest zawsze ujemny. Dbaj o dobór towarzystwa.

Telefon komórkowy używany w nadmiarze

Zwłaszcza wieczorem staraj się nie rozmawiać przez telefon komórkowy. Obniża on fale alfa w mózgu, które są potrzebne, żebyśmy się zrelaksowali. A najlepiej w ogóle używaj go tylko wtedy, kiedy jest to konieczne.

Niewystarczająca ilość snu

Siedem do ośmiu godzin snu w nocy jest nam potrzebne, żeby dobrze funkcjonować. Jedna źle przespana noc to ubytek energii, którą trzeba odbudowywać przez 3 dni.

Życie w stresie

To nasz wróg numer jeden. Jeśli nie nauczysz się go rozładowywać ćwiczeniami fizycznymi, medytacją, jogą czy innym dobrym dla ciebie sposobem, większość twojej energii życiowej będzie zaangażowana w niwelowanie jego skutków. A ty będziesz tracić siły i zdrowie.

Samokrytyka

Zwróć uwagę na swój wewnętrzny dialog, na to, jakie słowa do siebie wypowiadasz. Jeśli są one krytyczne, ranisz siebie a twoja energia potrzebna, by realizować swój potencjał, maleje.

Niedokończone sprawy

Zwłaszcza te, które ciągną się miesiącami albo nawet latami. Niewygodne, nieprzyjemne, budzące lęk. To może być trudna rozmowa, porządki w garażu, ostateczne rozstanie się z kimś, sprawy urzędowe. Gdy się nie mierzysz z tematem, więzisz energię, którą mogłabyś wykorzystać na coś bardziej kreatywnego i przyjemnego. Na krok do przodu.

  1. Styl Życia

Agnieszka Pilaszewska: Mój najlepszy scenariusz

Agnieszka Pilaszewska z córką Nelą (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Agnieszka Pilaszewska z córką Nelą (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Nie wymyślałam sobie, że córka będzie lekarzem, aktorką albo fizykiem jądrowym. Takie projektowanie życia dziecka jest niemądre i nieodpowiedzialne. Każdy powinien decydować o sobie – mówi aktorka i scenarzystka Agnieszka Pilaszewska, mama 27-letniej Neli, też aktorki.

Moja córka Nela jest dorosłym człowiekiem! Będziemy więc rozmawiać raczej „jak wychowywałam” niż „jak wychowuję”. Czy dorosłe dziecko to moment „zbierania owoców”? Nie, ponieważ jako matka nigdy nie czekałam na żadne „owoce”. Oczekiwania na efekty wychowania wydają mi się kompletnym nieporozumieniem; dziecko to nie przedmiot, który ma spełnić nasze wymagania. Owszem, wraz z jego usamodzielnieniem przychodzi moment rodzicielskiego ukojenia, ale, jak mawia moja mama, „dziecko jest zawsze dzieckiem, bez względu na to, ile ma lat”.

Kiedy Nela tuż po maturze dostała się do szkoły aktorskiej Ateliers du Sudden i wyjechała do Paryża – z jednej strony byliśmy szczęśliwi, bo studiowała to, o czym marzyła, i tam, gdzie chciała, z drugiej – denerwowaliśmy się, bo życie w Paryżu wygląda obłędnie tylko z perspektywy turysty. Mieszkającemu tam cudzoziemcowi nie jest łatwo; prawdę mówiąc, po każdej wizycie u córki byłam pełna podziwu, że daje radę. W szkole w Paryżu brano ją za Francuzkę z południa. Języki obce nie stanowią dla niej żadnej bariery, perfekcyjnie posługuje się angielskim, francuskim, zna rosyjski i włoski. Przez cały pierwszy rok tłukła francuskie aleksandryny – francuska szkoła uważa, że jeżeli aktorski adept nie nauczy się mówić klasyki, to zawsze będzie aktorem wybrakowanym, ja się zresztą z tym zgadzam. Trzy lata nauki aktorstwa w Paryżu to było dla córki za mało, wyjechała więc do Los Angeles na słynny kurs aktorski w szkole Stelli Adler. Uznała ten kurs za niewystarczający, więc dodatkowo skończyła kurs w szkole Jamesa Franco (była w grupie słuchaczy, którzy statystowali w jego filmie „The Disaster Artist”). Koniec edukacji zwieńczył polski dyplom „aktora dramatu” w szkole Sewruka w Olsztynie.

Decyzja o opuszczeniu domu rodzinnego i udania się w „nieznane” była jej decyzją. Oczywiście, bardzo tęskniliśmy i popłakiwaliśmy po kątach, wchodząc do pustego Nelinkowego pokoju. Jednak był to dla nas naturalny proces, a nie syndrom pustego gniazda. Wczesne usamodzielnianie się to dla nas coś zupełnie normalnego. Maciej Maciejewski, mój mąż, ojciec Neli, opuścił dom rodzinny tuż po skończeniu 18. roku życia. Ja dostałam się na studia w wieku 17 lat i wyjechałam do Warszawy. Mogliśmy się spodziewać, że zapędy do samodzielności przekazaliśmy jej w genach!

Nie miała innego wyjścia

Nela miała zawsze multum zainteresowań: pięknie rysowała, od dziecka jej wielką pasją jest taniec, dobrze fotografowała, wygrywała konkursy recytatorskie, zawsze świetnie pisała… Cha, cha, taki człowiek renesansu, można by rzec. Obydwoje z mężem piszemy, mamy na koncie scenariusze, powieści, w domu nieustannie o tym gadamy. Nelka uczestniczyła w tych burzach mózgów, często odpytywała mnie też z tekstu sztuk teatralnych, pomagała mi uczyć się ról na pamięć. Zastanawiam się, czy dzieci wychowane w takich domach jak nasz, gdzie jednak praca nie zostaje za drzwiami, przepełnionych fikcją – mają inne wyjście? [śmiech]. Często łapią tego bakcyla, przesiąkają światem wyobraźni, bo to świat niezaprzeczalnie piękny, w którym wszystko jest możliwe. Odwiedzało nas wielu aktorów, scenarzystów, producentów, reżyserów, córka przysłuchiwała się naszym rozmowom, miała swoich ukochanych „wujków” i „ciocie”. Kiedy była mała, co roku jeździliśmy do Chałup na wakacje, spotykaliśmy się z aktorami teatru Ateneum, w którym wtedy pracowałam. Koniec końców Nelka zyskała absolutnego bzika na punkcie teatru. Teatr to dla niej miejsce święte. Chociaż kiedy była malutka, były momenty, gdy mówiła: „W życiu bym nie chciała być aktolką”. Jednak – aktorką została. Przyjęłam tę jej decyzję jak na kabotynkę przystało: popłakałam się i pomyślałam sobie mniej więcej tak: „Eeeeeee, nie jest źle… To znaczy, że aktorstwo to cudny zawód, skoro następne pokolenie, wiedząc o nim tak wiele, decyduje się wkroczyć na tę ścieżkę!”. Byłam naprawdę zaskoczona.

Nawet w myślach nie imaginowałam sobie, że będzie lekarzem, aktorką albo fizykiem jądrowym z Nagrodą Nobla. Takie projektowanie życia dziecka jest niemądre i nieodpowiedzialne. Można się pomylić. Każdy powinien decydować o sobie, mieć możliwość przeżycia po swojemu: wzlotów i upadków, uniesień i rozczarowań. To wszystko uczy życia, stanowi jego esencję. Wydaje mi się, że ja na przykład od dziecka byłam przyuczana przez moją mamę na aktorkę. Pakowana w szkoły muzyczne, występy z tańcem, recytowaniem, śpiewaniem, wiele godzin prób... Terminowałam w zespołach mamy – która jest choreografką – od ostatniego rzędu, przez środkowy, aż do solówek. To było momentami uciążliwe, miałam mnóstwo obowiązków. I po cichutku marzyłam, żeby być konserwatorem zabytków – nic z tego nie wyszło, byłam za słaba z chemii [śmiech]. Ojciec mojej mamy, oficer 27. Pułku Ułanów z Nieświeża, prowadził orkiestrę pułkową, grał przepięknie na trąbce, komponował na ten instrument. Całe szczęście mama się nie pomyliła, a może po prostu ani ja, ani moja córka nie miałyśmy innego wyjścia?

Myślę, że zdając do szkoły w Paryżu, bardzo chciała uciec od tego, kim jesteśmy, od opinii, jaką mamy w środowisku. Chciała absolutnie samodzielnie dojść do tego zawodu, nie być posądzana o protekcję. To trudny temat, bo zawsze drugie pokolenie (w tym samym zawodzie) niesie na barkach nie tylko swoje niedoskonałości, lecz także niedoskonałości rodziców [śmiech]. Dużo rozmawiamy o aktorstwie, scenariuszach, reżyserii, czasem nie udaje mi się uniknąć mentorskiego tonu, ale wyraźnie widzę, że Nela ma własne przemyślenia, zachwycają mnie jej świeżość i pasja. Zależy mi na tym, żeby widziała, że jej rodzice żyją w sposób wartościowy i cieszą się z życia.

Grzeczne już byłyśmy

Moje kobiece pokolenie dojrzewało do sprzeciwiania się konwenansom, do odwagi samostanowienia o sobie, do niezależności. Od dziecka słyszałam, że dobrze być dziewczynką miłą, sympatyczną, grzeczną i uśmiechniętą w każdej sytuacji, bo to ułatwia funkcjonowanie w świecie. A ja zawsze miałam duży temperament, musiałam się powstrzymywać. Dlatego nie przepadałam za tymi naukami. I nie ceniłam uśmiechu podbitego wewnętrznym smutkiem czy niezgodą. Natomiast pokolenie Neli jest bardzo odważne w wyrażaniu swoich uczuć, przekonań, w wyrażaniu samych siebie. Ale, myślę też, mają nie lada problem: daliśmy im kokon bezpieczeństwa, poczucie, że ten wielki świat jest przyjazny, otwarty, tolerancyjny, wolny i taki już będzie zawsze. Ostatnie wydarzenia pokazują, że niestety ani otwartość, ani bezpieczeństwo, ani wolność nie są dane raz na zawsze, trzeba walczyć o nie ze wszystkich sił. Myślę, że już to zrozumieli, ulica pokazuje, że błyskawicznie się tego uczą. Córka jest… migotliwa, ma piękną wrażliwość, wspaniałą wyobraźnię, ogromny temperament, inteligencję, wiedzę. Jest ciekawa świata, zmotywowana do rozwoju. Krucha i silna, jak na aktorkę przystało, zgodnie z powiedzeniem pokutującym w moim zawodzie, że „trzeba mieć skórę słonia i wrażliwość motyla”. Jeśli miałabym natomiast określić, jaką matką jestem: czy taką, która ma wyrąbane na wszystko, czy mamą kwoką, to odpowiedź brzmi – kwoką, z wyboru, miłości i z przekazanych wartości. Szybko zorientowaliśmy się, że nie stać nas na drugie dziecko, w związku z tym skupiliśmy się na tym, które udało nam się powołać na świat. Staraliśmy się jej nie zawieść, wspierać ją i otaczać opieką. Chcemy, żeby wiedziała, że zawsze może na nas liczyć. W Warszawie nie mieliśmy do pomocy żadnej babci. Mieliśmy natomiast szczęście do cudownej niani, która długo towarzyszyła naszej córce, całkowicie jej ufałam. Nelka uwielbiała Nianiusię, zresztą do tej pory są w kontakcie. Do gimnazjum i liceum również mieliśmy szczęście. Nela uparła się na jedną szkołę, stworzoną przez Krystynę Starczewską – najpierw gimnazjum, potem liceum z maturą międzynarodową IB na Raszyńskiej. Z sukcesem zdała egzamin, a my już potem z fascynacją obserwowaliśmy, jak się rozwija. Te szkoły miały cudowne podejście do uczniów, traktowano ich podmiotowo, odpowiedzialnie włączano do współdecydowania o szkole, o społeczności, o świecie; świetni nauczyciele, świetny czas. Przyjmowałam jej koleżanki i kolegów z dobrodziejstwem inwentarza. Ostrzegałam oczywiście, że różne ludzkie „typy” mogą się wokół nas kręcić. Trzeba by córkę zapytać o to, ile razy głęboko ją uraziłam, bo wyraziłam swoje zdanie zbyt szybko. Ale muszę przyznać, że ma nosa do ludzi i potrafi ich analizować z aptekarską dokładnością. Umie jak lwica chronić swoich przyjaciół, co uważam za bardzo cenną cechę.

Agnieszka Pilaszewska: Projektowanie życia dziecka jest niemądre i nieodpowiedzialne. Można się pomylić. (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films) Agnieszka Pilaszewska: Projektowanie życia dziecka jest niemądre i nieodpowiedzialne. Można się pomylić. (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)

Mam Oscara

Córka słyszała i słyszy różne moje gadki w stylu: „zjedz za mamusię, za tatusia, za babcię Halinkę i babcię Irenkę”, „nie zmarznij”, „łykaj witaminę D”, „jedź ostrożnie”. Kiedy mieszkała z nami, zdarzały się „szlabany”, i to ja byłam złym policjantem. Ojciec jest aniołem. Ale też wyznaczał granice. Zawsze z przerażeniem patrzy na dzieci, które biegają, dopóki same nie padną, do późnej nocy. Uważał, że dziecko lubi uporządkowanie i przewidywalność. Od maleńkości o określonej porze chodziliśmy z Nelą na spacery, po dwie, trzy godziny dziennie, w zależności od pogody. O stałej porze była kolacja, kąpiel, mycie zębów, dobranocka. Potem oczywiście czytanie bajek i lulu, nie było hasania do ciemnej nocy. Kiedy była nastolatką i sama zaczęła wychodzić, prosił ją, żeby była w domu przed 22. Może dlatego się nie buntowała, bo to była prośba, a nie nakaz: „Masz to zrobić, bo jak nie, to…”. I odwrotnie, godzina powrotu czasem się wydłużała na jej prośbę [śmiech]. Miałam trochę łatwiej niż inni rodzice, bo kiedy umawiała się z przyjaciółmi na placu Zbawiciela, w którego pobliżu mieści się mój Teatr Współczesny, mówiłam jej: „Kończę spektakl o 21.30, jak chcesz, to możemy razem wrócić do domu”. I czasem sobie razem wracałyśmy. Pamiętam, jak w cudownych, przedpandemicznych czasach byliśmy na wakacjach we Włoszech. Nelka miała jakieś osiem, dziewięć lat. Tak sobie siedzimy przy deptaku, pijemy kawę, a ona nagle prosi o dwa euro i pyta, czy może iść do sklepu po przeciwnej stronie. To było w zasięgu naszego wzroku, zgodziliśmy się. Jak tylko zniknęła nam z oczu, zaczęliśmy się denerwować. Maciejewski pisze w końcu kryminały, wyobraźnia leciutko przyszalała. A tu nasza córka wraca uśmiechnięta i bardzo podekscytowana, wyciąga w naszą stronę figurkę Oscara, mówiąc: „Złoty Oscar dla was!”. Oczywiście, że się poryczeliśmy, nasza córka przyznała nam Oscara. Najcenniejszego na świecie! Nie rozpamiętuję przeszłości, nie pogrążam się w poczuciu winy, że będąc aktorką, często nie stawałam na wysokości zadania jako matka. To nic nie da. Gdybym po urodzeniu dziecka zrobiła sobie przerwę w zawodzie i przez trzy lata nie grała, to być może nie miałabym do czego wracać i już nie byłabym aktorką. Byłabym wtedy głęboko nieszczęśliwą osobą. A może nie? Może wcześniej zaczęłabym pisać? I czy wtedy byłabym macierzyńską alfą i omegą? Pewnie nie. W każdym razie robiłam, co mogłam, żebyśmy byli cali i zdrowi i przetrwali jako rodzina. I żeby każdy znalazł w niej poczucie bezpieczeństwa i uważność. Życie jest piękne. Nawet jak jest źle, to też jest dobrze! Bez „źle” człowiek nie ma porównania, jak wygląda „dobrze”. Pamiętam, jak Janusz Kijowski stanął nad łóżeczkiem, w którym leżała roczna Kornelia, i zażartował do Maciejewskiego: „To twój najlepszy scenariusz!”. Nie lubię dywagować na temat „roli matki”. Z roli się wychodzi, matką jest się do końca. To wielkie szczęście, że córka pojawiła się w naszym życiu. Uwielbiam każdą chwilę z nią spędzoną. Inspiruje mnie. Czy chciałabym z nią kiedyś zagrać? No jasne! Po pierwsze, kocham wymagających, inteligentnych i wrażliwych partnerów. Po drugie, nieustannie piszę dla nas scenariusze. Po trzecie, to się spotyka z kompletnym niezrozumieniem! 

Agnieszka Pilaszewska aktorka, scenarzystka, od lat związana z Teatrem Współczesnym w Warszawie.

  1. Psychologia

Pod presją krytyki, oceny i umniejszania w związku. Co robić?

Nie krytykuj siebie – od tego zacznij. (Fot. iStock)
Nie krytykuj siebie – od tego zacznij. (Fot. iStock)
Jednym z „ulubionych” zajęć ludzi jest krytykowanie innych. Dlaczego? Bo daje, na chwilę, ulgę, że ktoś inny jest od nas gorszy, więc to nie my jesteśmy ci gorsi. I tak, zamiast poprawiać sobie samopoczucie przez autorozwój, który jednak wymaga wysiłku, ludzie-umniejszacze plują na bliźnich. Nie ma żadnego powodu, żeby się temu poddawać.

Co możesz  dla siebie zrobić?

  • Bardzo uczciwie odpowiedz sobie, czy ty także nie umniejszasz jego, nie oceniasz, nie ubliżasz – jeżeli nie, to czytaj dalej...
  • Zacznij od tego, że na tyle, na ile potrafisz, spokojnie – poinformuj go: „Zauważam kochanie, że bardzo mnie ostatnio krytykujesz, czy wiesz o tym?”.
  • Powiedz: „To dla mnie przykre” „Boli mnie”.
  • Powiedz mu: „Stop, nie idź dalej – nie życzę sobie takiego zachowania i takich tekstów”.
  • Jeśli on ich nie zaprzestanie lub znów do nich wróci, bo będzie sprawdzał, czy już mu wolno, powiedz mu na przykład, że wyjedziesz na tydzień do koleżanki, bo nie chcesz być w tak nieprzyjemnym towarzystwie.
  • Cokolwiek powiesz, że zrobisz, jeśli on będzie kontynuował dokuczanie – musisz być konsekwentna i to właśnie zrobić, co obiecałaś!
  • Zastanów się, jak krytyka na ciebie działa – czy pomimo tego, że uważasz, że jest niesłuszna to jednak sprawia, że czujesz się gorsza i dotyka cię. Jeżeli tak, to czas iść na terapię i zastanowić się, czy znasz własną wartość.
  • Zastanów się, czy nie dajesz mu za dużo. Czasami ktoś nas bardzo krytykuje, bo czuje, że nie mamy nic własnego i korzystamy tylko z jego życia. Wchodzimy w obszary jego życia za daleko, wisimy na nim. Może tak właśnie jest – że żyjesz nim, a nie sobą?
  • Jest też taka smutna możliwość, że nie zdając sobie z tego sprawy, jesteś bardzo przyzwyczajona do znoszenia krytyki – więc jakby jej wyczekujesz, a być może nawet do niej prowokujesz.
  • Sięgnij po pewność siebie (jeśli ją masz. Jeśli nie – idź na warsztaty z asertywności) i daj mu jasno znać, że nie dasz sobie w kaszę dmuchać i że nie zasługujesz ani nie życzysz sobie krytyki i negacji ciebie.
  • Nie pozostaw wątpliwości, że nie zgodzisz się na taki stan rzeczy i jeżeli będziesz miała wybierać pomiędzy nim a tobą, to wybierzesz siebie.
  • On musi wiedzieć, że nie dasz mu się zniszczyć.
  • Zawsze wybieraj swoje dobro w takich sytuacjach i pokazuj partnerowi, że nie dasz mu się umniejszyć
  • Nie krytykuj siebie – od tego zacznij.

Stan permanentnej krytyki, umniejszania i unieważniania kogoś jest oznak czego toksycznego w zwizku, w partnerze albo w tobie. Albo i w nim, i w tobie. Może yła w rodzinie toksycznej, w której twoja wartość była podwaana i jeste do tego przyzwyczajona – wtedy niestety znajdujesz si w ramionach partnera podobnego do którego rodzica albo do obojga.

Jeeli twój partner ci krytykuje cały czas, to albo nastpił moment przekroczenia granic, albo granic nigdy nie było. Niestety kobiety czsto w ogóle nie dbaj o granice, bo wol, eby mężczyzna zarzdzał ich yciem. Lub myl, e tak powinno by. Maj wtedy zysk w postaci własnej nieodpowiedzialnoci, tak jak w byciu dzieckiem, iluzj bezpieczestwa, ale faktycznie jest tak, e rezygnuj ze swojego ycia – i z satysfakcji z niego.

Jeeli jednak krytyka pojawiła si niedawno, to warto sprawdzi, co si dzieje ze zwizkiem, z tob lub z mężczyzn i zacząć to rozwizywa wspólnie.

A jeli w zwizku wyczerpało si wszystko co dobre i ywe – to moe czas odejść.

Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta".