1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Kate Winslet - niezatapialna

Kate Winslet - niezatapialna

Kate Winslet (Fot. Mario Anzuoni/Forum)
Kate Winslet (Fot. Mario Anzuoni/Forum)
Kate Winslet kończy dziś 45 lat. Ma wszystko: wyjątkową karierę i szczęśliwą rodzinę. I jeszcze nadzwyczajną zdolność: każdy kryzys w jej życiu okazuje się dobrze odrobioną lekcją. Wraca po nim jako bardziej świadoma siebie osoba i jeszcze lepsza aktorka.

West Sussex na południu Anglii. Urokliwa angielska prowincja. Duże stylowe XVII-wieczne domostwo otoczone zielenią. Niedaleko surowej, zazwyczaj pustej plaży. To ulubione miejsce Kate Winslet. Dom, który pięć lat temu znalazła wspólnie z mężem Nedem Rocknrollem. Tu aktorka spędza najchętniej czas z nim i trójką dzieci: 20-letnią Mią, 17-letnim Joe i 7-letnim Bearem. Oczywiście, kiedy nie jest na planie kolejnego filmu.

Kate Winslet udała się rzecz niełatwa – pogodzenie zaangażowania w rodzinę z byciem rozchwytywaną hollywoodzką gwiazdą. Jak to się robi?

„Nie będę udawać, że mam kuloodporną strukturę. Ale staram się podchodzić do wszystkich obowiązków z dobrym nastawieniem, nawet kiedy jestem wyczerpana. I na luzie, bo wiadomo, że nie wszystko mi się uda. Liczy się moje przekonanie, że dam radę, ćwiczenie robienia wielu rzeczy jednocześnie, bycie obecnym i spokój”

Do trzech razy sztuka

W wielu sprawach, także w zajmowaniu się dziećmi, Kate Winslet może liczyć na męża. Wspólnie podjęli decyzję, że nie będą zatrudniać nikogo do pomocy w domu, i razem zajmują się domowymi obowiązkami. „Chciałabym, żeby dzieci pamiętały mój rosół, lunche, które im pakuję do szkoły, i to, że byłam z nimi na szkolnych imprezach” – deklaruje Kate. Dlatego w domu aktorki nie ma kucharza ani kierowcy. „Fakt, że mogę sobie na to pozwolić, nie znaczy, że muszę. To nie byłoby dobre dla mojej rodziny. I nie sądzę, żeby moje dzieci to lubiły”. Uważa, że gdyby wszystko robili za nią inni, przestałaby się czuć realną osobą.

Przyznaje także, że bycie pracującą matką to jedna z najbardziej wymagających ról życiowych. Ale też wdzięczna. „W chwilach, kiedy sobie ze wszystkim radzę, dostaję gigantycznego przypływu wiary w siebie. A to mnie motywuje do działania”. Z wiekiem jej wiara we własne możliwości jest coraz większa. „Im jestem starsza, tym skuteczniej pozbywam się wszystkich bzdurnych wyobrażeń i trywialnych problemów, którymi większość z nas zaprząta sobie głowę, kiedy jesteśmy młodsi. Po czterdziestce jesteś tak wdzięczna za zdrowie i wszystko to, co masz – świetnego męża i cudowne dzieci – że nic już nie może tego przysłonić. Żadne głupoty”.

Mąż Ned Rocknroll jest siostrzeńcem brytyjskiego miliardera, twórcy Virgin, Richarda Bransona. Do 2008 roku nazywał się Abel Smith, ale postanowił to zmienić. „Chciałem w ten sposób dać innym do zrozumienia, że nie ma powodu traktować siebie tak śmiertelnie poważnie” – tłumaczył Rocknroll, dawniej znany miłośnik dobrej zabawy, dzisiaj poprawny mąż i zajęty dziećmi ojciec. Z Winslet poznali się podczas wspólnego pobytu na Necker Island, prywatnej wyspie Bransona. To już trzecie małżeństwo aktorki. Pierwszy raz wyszła za mąż jako 23-latka. Za Jima Threapletona, asystenta reżysera, którego spotkała na planie filmu „W stronę Marrakeszu”. Ich związek trwał trzy lata – rozpadł się w 2001, niecały rok po tym, jak urodziła się ich córka Mia.

Niedługo potem Winslet związała się z reżyserem Samem Mendesem, laureatem Oscara za film „American Beauty”. Ich syn Joe urodził się w 2003 roku. Przez lata nie imały się ich żadne obyczajowe skandale. Uchodzili za parę idealną. Kiedy po siedmiu latach ogłosili, że się rozstają, zaskoczenie było ogromne. Jak się potem okazało, jednym z powodów rozstania miał być romans Mendesa z aktorką Rebeccą Hall, z którą się potem związał.

Po rozwodzie Winslet rzuciła się w wir pracy. To wtedy zagrała w miniserialu „Mildred Pierce”, a za tytułową rolę samotnej matki zmagającej się z życiem dostała Złoty Glob i nagrodę Emmy, oraz w filmach „Contagion. Epidemia strachu” Stevena Soderbergha i w „Rzezi” Romana Polańskiego. „Dzięki Bogu, że miałam tyle pracy. To mnie uratowało. Ale też potwornie wyczerpało” – mówiła potem.

Z Nedem Rocknrollem wzięła ślub w 2012 roku podczas skromnej ceremonii zorganizowanej w górach w stanie Nowy Jork. Na uroczystości było dwoje dzieci Winslet i kilkoro przyjaciół, między innymi Leonardo DiCaprio, który poprowadził ją do ołtarza. Podobnie jak z Mendesem i tym razem wzięła ślub w tajemnicy przed rodziną i całym światem. Rodzice pary młodej dowiedzieli się o nim dopiero po kilku tygodniach.

Rodzina koni wyścigowych

W pracy Winslet jest znana z perfekcjonizmu i determinacji. Reżyserzy i partnerzy z planu mówią, że nikt nie jest tak świetnie przygotowany jak ona. Daje z siebie wszystko, ale też tyle samo wymaga od współpracowników.
„Mam niemożliwie wyśrubowane standardy. Kiedy już coś robię, chcę to wykonać jak najlepiej”
Nic dziwnego, że już jako 31-latka znalazła się razem z Audrey Hepburn, Elizabeth Taylor, Cate Blanchett, Susan Sarandon i Glenn Close w ekskluzywnym klubie aktorek z pięcioma nominacjami do Oscara. A dwa lata później stała się najmłodszą aktorką mającą ich siedem. Szósta nominacja – za rolę w „Lektorze” Stephena Daldry’ego – przyniosła jej pierwszego Oscara. Kolejną nominację zdobyła za rolę Joanny Hoffman w filmie „Steve Jobs”.

Kiedy odbierała nagrodę Akademii Filmowej, w emocjach powiedziała:

„Jestem szczęśliwa, że dotarłam aż tutaj”
Ta droga zaczęła się w miasteczku Reading na południu Anglii, w którym urodziła się 5 października 1975 roku. Była drugim dzieckiem Rogera i Sally, pary aktorów. Tradycja aktorska w rodzinie Winsletów była długa. Jej dziadkowie założyli w Reading lokalny teatr. „Tacie nie udało się zrobić kariery, która pozwoliłaby mu utrzymać rodzinę. W wolnych chwilach imał się każdej pracy, która mogła nam zapewnić byt. Pracował w firmie kładącej asfalt,  był kierowcą i listonoszem”. Ale mimo że nie żyło im się łatwo, Kate i jej rodzeństwo – dwie siostry: starsza Anne i młodsza Beth, również aktorki, oraz młodszy brat Joss – byli szczęśliwi. „Nigdy nie czuliśmy, że czegokolwiek nam brakuje, to wielka zasługa moich rodziców. Mieszkaliśmy w szeregowcu, ale mieliśmy siebie. Nadal mamy”.

Z domu rodzinnego Winslet wyniosła szacunek dla pracy. I nigdy się jej nie bała. „Pochodzę z rodziny koni wyścigowych”.  Kiedy jako 11-latka dostała się do szkoły teatralnej Redroofs dla uzdolnionych dzieci, grała w reklamach. Mając 15 lat, dostała główną rolę w serialu SF dla dzieci BBC „Dark Season”. Mimo to, kiedy rok później sytuacja finansowa rodziny stała się bardzo trudna, musiała zrezygnować z nauki.

„Odniesienie sukcesu nie było w moim przypadku kwestią pragnienia, ale konieczności”
Jej kariera zaczęła się, kiedy mając 17 lat, dostała rolę w „Niebiańskich stworzeniach” Petera Jacksona. Pokonała 175 kandydatek do roli Juliet Hulme. Jackson mówił potem wielokrotnie, że Kate od razu zrobiła na nim wrażenie kogoś, kto ma przed sobą wielką karierę. W tym czasie Winslet pracowała w delikatesach. Po zakończeniu zdjęć do filmu w Australii do nich wróciła.

Na szczycie

Dopiero rola Rose DeWitt Bukater w „Titanicu” całkowicie zmieniła jej życie – uczyniła ją rozpoznawalną na całym świecie gwiazdą. Winslet marzyła o tej roli i uważała, że jest do niej stworzona. Dlatego wysłała do reżysera Jamesa Camerona bukiet róż z kartką „Od twojej Rose”. Ale to jej talent sprawił, że została wybrana, mimo że w kolejce do roli Rose stały Gwyneth Paltrow, Nicole Kidman, Madonna i Cameron Diaz. Z takim zaangażowaniem podchodziła do zdjęć w lodowatej wodzie, że nabawiła się zapalenia płuc, ale nie narzekała. Gigantyczny sukces filmu – był drugim najbardziej kasowym filmem w historii kina – całkowicie ją zaskoczył. „Może byłam naiwna, ale naprawdę nie zdawałam sobie sprawy z tego, co to dla mnie oznacza. Kiedy teraz wspominam tamten moment, to pamiętam, że myślałam: »Co ja mam teraz zrobić z tą całą sławą?«”.

Podjęła zupełnie inną decyzję niż jej filmowy partner Leonardo DiCaprio, z którym od tamtej pory łączy ją bliska przyjaźń. Kiedy on przyjął rolę w filmie „Człowiek w żelaznej masce” z gwiazdorską obsadą, Winslet postanowiła przez jakiś czas pojawiać się w niezależnych produkcjach. Zaczęła od „W stronę Marrakeszu”. „Od tego momentu mogłam wybierać i zdecydowałam się na mniejsze filmy. Nie chciałam stracić kontaktu z rzeczywistością i zależało mi na tym, żeby nadal się uczyć. Bałam się wypalenia. Dzisiaj myślę, że to była słuszna decyzja”. Z Leonardem DiCaprio spotkała się na planie po 11 latach – w filmie Sama Mendesa „Droga do szczęścia” opowiadającym o niezrealizowanych marzeniach amerykańskiej pary z lat 50. Za tę rolę Winslet dostała Złoty Glob. A Leonardo z okazji ich ponownego spotkania na planie podarował jej złotą obrączkę z wygrawerowanym od wewnątrz zdaniem. Jakim? Pozostaje tajemnicą.

Słodka zemsta

Winslet, która sama musiała wielokrotnie znosić komentarze dotyczące swoich krągłości, w wystąpieniach publicznych zwraca uwagę na presję związaną ze współczesnym sztucznym kanonem piękna, którego wzorem są wychudzone modelki. I na jej negatywne skutki dla młodych kobiet. W 2003 roku skrytykowała magazyn „GQ” za komputerowe wyszczuplenie jej ud na okładce. Podobnie było ze zdjęciami w „Vogue’u” w 2013 roku. „Nie zgadzam się, żeby moje zdjęcia były komputerowo zmieniane. A kiedy mimo to tak się dzieje, mówię o tym. Nie chcę, żeby moja córka widziała mój nieprawdziwy obraz. To w jakimś sensie nieuczciwe”. Jej zdaniem kobiety, zwłaszcza młode, powinny się nawzajem komplementować. „To smutne, że tak rzadko koleżanki mówią do siebie: »Ale jesteś ładna!«. Dziewczęta poddawane nieustannej presji reagują krytyką swoich koleżanek. To niepokojące”. Sama była w szkole prześladowana z powodu swojego wyglądu. Nazywano ją grubaską. „Czasem myślę, że kariera, którą zostałam obdarzona, to moja słodka zemsta. Mam szczęśliwe życie, wspaniałe dzieci i to jest tak, jakbym mówiła: »Hej, dziewczyny, spójrzcie na mnie teraz!«”.

A przecież nie marzyła o sławie. „Nie miałam wielkich ambicji. Byłam gruba i nie znałam żadnej grubej sławnej aktorki. Nie widziałam siebie w tym świecie. Raz grube dziecko, zawsze grube dziecko. Już zawsze myślisz, że wyglądasz trochę inaczej niż inni i trochę niewłaściwie. Nadal mam to gdzieś w sobie. Często patrzę na kobiety w obcisłych dżinsach i T-shirtach, na wysokich obcasach i przychodzi mi do głowy, że mogłabym się bardziej postarać, żeby wyglądać tak jak one. Ale wiem, że na tych obcasach nie byłabym szczęśliwa”.

Kate jest też współzałożycielką fundacji The Golden Hat wspierającej osoby z autyzmem. „Jeśli mamy możliwość pomóc innym, powinniśmy to robić. To proste. Trzeba się dzielić swoim powodzeniem. Ktoś, kto tak jak ja może mówić głośno o problemach i być słyszanym, powinien to dobrze wykorzystać”. Aktorka zaangażowała się po tym, jak została narratorem w angielskiej wersji islandzkiego filmu dokumentalnego „A Mother’s Courage: Talking Back to Autism” opowiadającego o doświadczeniach matki, która uczy się świata swojego autystycznego syna. Kiedy po filmie jej córka Mia poruszona zapytała: „Mamo, a co by było, gdybym nie mogła ci powiedzieć, że cię kocham?”, Winslet wiedziała, że to sprawa, którą warto się zająć.

Teraz albo nigdy

Rok 2017 był dla Kate Winslet znowu bardzo pracowity. Zagrała w „Pomiędzy nami góry” Hany’ego Abu-Assada i po raz pierwszy u Woody’ego Allena. Kiedy przeczytała osadzony w latach 50. na Coney Island scenariusz „Wonder Wheel”, w którym miała zagrać kelnerkę, żonę operatora karuzeli, była zachwycona. „Zazwyczaj u Allena gra się raz, więc czułam, że to będzie teraz albo nigdy. Poza tym postać, w którą miałam się wcielić, jest wyjątkowa, więc czułam się wyróżniona. I wiedziałam, jak dumni będą moi rodzice, jeżeli zagram w filmie Woody’ego Allena”.

Zaraz po zdjęciach do „Wonder Wheel” aktorka poleciała w kanadyjskie góry, żeby w ekstremalnych warunkach nakręcić film. W tej historii ona i Idris Elba są jedynymi osobami, które przeżyły katastrofę samolotu. „Praca z Allenem strasznie mnie stresowała. On nigdy nie robi prób, daje jedynie wskazówki przed samym kręceniem sceny. Nie mogłam spać ze zdenerwowania. Po tym wszystkim nawet zdjęcia wysoko w górach w ponad 30-stopniowym mrozie wydawały mi się wakacjami”.

Winslet w wieku 45 lat czuje się silna i sprawna fizycznie jak nigdy dotąd.

„Zawsze wolałam ekstremalne warunki. Lubię wyzwania. Wreszcie na coś mi się ta siła fizyczna przydała”
Jak widzi swoją przyszłość? „Dużo o tym myślę. Zawsze jesteś tak dobry, jak twój ostatni film. Kiedy zaczynałam karierę, myślałam, że po prostu zagram w paru filmach, więc wszystko, co się wydarzyło, było dla mnie zaskoczeniem. Ale uważam, że jedynym sposobem na przetrwanie jest ciężka praca. Tak właśnie widzę aktorstwo, jako prawdziwą, wymagającą pracę. Niczego nie pozostawiam przypadkowi. I wciąż mam nadzieję na nowe propozycje, bo kocham to, co robię”.

Kate Winslet, brytyjska aktorka, debiutowała w wieku 15 lat. Światową sławę przyniosła jej rola w „Titanicu”. Zagrała w takich filmach, jak: „Rozważna i romantyczna”, „Zakochany bez pamięci”, „Marzyciel”, „Lektor”, „Droga do szczęścia”, „Contagion. Epidemia strachu”, „Rzeź”, „Steve Jobs”. Zdobyła siedem nominacji do Oscara i jedną statuetkę za rolę w „Lektorze”. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.