1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. "Van Gogh. U bram wieczności" z Willemem Dafoe w kinach już od 25 października

"Van Gogh. U bram wieczności" z Willemem Dafoe w kinach już od 25 października

Willem Dafoe jako Vincent Van Gogh w filmie
Willem Dafoe jako Vincent Van Gogh w filmie "Van Gogh. U bram wieczności". (Fot. materiały prasowe)
"Van Gogh. U bram wieczności" to zmysłowa opowieść o najbardziej owocnym i zarazem najbardziej dramatycznym okresie życia Vincenta Van Gogha. W malarza wcielił się nominowany do Oscara znakomity Willem Dafoe. Premiera już 25 października. 

 

Malarz wyjeżdża z Paryża do Arles w Prowansji. Zafascynowany feerią barw i grą światła, tworzy najsłynniejsze obrazy. Stopniowo popada też w obłęd... Film odkrywa tajemnicę jego zagadkowej śmierci i przedstawia jako człowieka z krwi i kości, wspieranego przez brata i przyjaciela Paula Gauguina, z którym pod koniec życia popada w konflikt. W obsadzie Mads Mikkelsen, Emmanuelle Seigner, Oscar Isaac i Rupert Friend. Willem Dafoe otrzymał Nagrodę dla Najlepszego Aktora na festiwalu w Wenecji i nominację do Oscara. Film wyszedł spod ręki Juliana Schnabla, reżysera takich dzieł, jak „Motyl i skafander” czy „Basquiat – taniec ze śmiercią”, który sam jest także malarzem.

Film „Van Gogh. U bram wieczności” miał swój początek w muzeum. Julian Schnabel zaprosił przyjaciela, renomowanego francuskiego scenarzystę, pisarza i aktora Jeana-Claude'a Carrière'a, do Muzeum Orsay na wystawę pod tytułem „Van Gogh/Artaud: Samobójstwo przez społeczeństwo” (nawiązującą do książki francuskiego dramatopisarza, poety i wizjonera Antonina Artauda pod tym samym tytułem).

Carrière sam jest żywą legendą kina. Znany z dziewiętnastoletniej współpracy z mistrzem Luisem Buñuelem współtworzył z nim między innymi „Dziennik panny służącej”, „Piękność dnia” i „Dyskretny urok burżuazji”. Jest także autorem wielu scenariuszy do filmów takich jak „Danton”, „Powrót Martina Guerre”, „Nieznośna lekkość bytu” czy „Cyrano de Bergerac”. W 2014 roku Carrière otrzymał nagrodę honorową Amerykańskiej Akademii Filmowej za całokształt twórczości scenopisarskiej.

Kiedy Schnabel i Carrière przechadzali się wśród czterdziestu obrazów na wystawie – takich jak „Portret artysty”, „Fotel Paula Gauguina”, „Portret doktora Gacheta”, „Piastunka (Augustine Rolin)” czy „Para butów” – zaczęli rozmawiać o filmie i nagle pomysł zaczął żyć własnym życiem. Carrière wspomina: „Niezwykle interesujący wydawał mi się plan realizacji filmu o malarzu w reżyserii innego malarza”.

Jeszcze tego samego popołudnia Schnabel rozpoczął pracę nad strukturą filmu, który chciał zrealizować. „Kiedy stoisz przed konkretnym dziełem, każde z nich o czymś Ci mówi. Ale jeśli obejrzysz trzydzieści obrazów przeżywasz coś więcej. Wszystkie uczucia akumulują się w jedno” opisuje. „To efekt, który chciałem uzyskać w filmie, zbudować strukturę w taki sposób, żeby doświadczenia Vincenta piętrzyły się, tak jakby cały ten okres jego życia przydarzył się widzom w jednym intensywnym momencie”.

Schnabel i Carrière rozwijali pierwotny pomysł i zaczęli dostrzegać co może się z niego narodzić. Carrière opowiada: „Zaczęliśmy pisać wspólnie, wiele czytaliśmy, ale pomysł ani przez chwilę nie polegał na tym, żeby stworzyć film biograficzny albo odpowiadać na oczywiste pytania. Zajmowało nas to, że van Gogh w ostatnich latach życia był absolutnie świadomy, że prezentuje nową wizję świata, że nie maluje już tak, jak inni malarze. Dawał ludziom nowy sposób widzenia i właśnie tę wizję chcieliśmy oddać w filmie”.

Piotr Czerkawski, recenzent Filmwebu, określa film jako "świetne kino, które – co przyznaję z pewnym smutkiem – na poziomie emocjonalnym wyraźnie dystansuje "Twojego Vincenta", i daje filmowi wysoką notę 8/10.

Film „Van Gogh. U bram wieczności” wchodzi do polskich kin 25 października.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Nowości filmowe poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Moja mała Zoe" (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ciekawy czas. Kina nieśmiało się otwierają, a w nich oglądać można pierwsze kinowe premiery, które zawieszono z powodu pandemii. Jednocześnie część nowych filmów pojawiło się najpierw w sieci, a teraz zadebiutowały także w salach kinowych, dając widzom możliwość wyrwania się z zamkniętego kręgu ekran-kanapa. Jeszcze inne tytuły w ogóle nie będą w dystrybucji kinowej, możemy je zobaczyć tylko online. To od nas zależy, którą opcję wybierzemy. Tak czy inaczej, jest w czym wybierać.

"Pechowi szczęściarze"

Pamiętacie „Dzikie historie”? Głośny argentyńsko-hiszpański film sprzed paru lat, zbiór kilku historii, których bohaterowie z różnych powodów tracą w końcu cierpliwość i dostają spektakularnych ataków szału? Wspominam o nim nie tylko dlatego, że w realizację „Pechowych szczęściarzy” zaangażowani byli ci sami producenci i odtwórca jednej z głównych ról Ricardo Darín. Filmy łączy też, a może przede wszystkim to, że i w jednym i drugim przypadku oglądając niesprawiedliwość, jaka dotyka bohaterów, myślimy sobie: „Dość! Tego już za wiele!”. Dokładnie to samo myślą bohaterowie. Akcja „Pechowych szczęściarzy” rozgrywa się w szczególnym dla Argentyny momencie, w roku 2001, kiedy rozpętał się gigantyczny kryzys, a ludzie z dnia na dzień tracili majątki. Oglądamy dość cudaczną grupę wspólników, idealistów – w większości nie najmłodszych i bez wyjątku lekko zwariowanych. Chcą w swoim miasteczku reaktywować spółdzielnię rolniczą i w tym celu inwestują oszczędności całego życia. Suma jest dość wysoka, tymczasem dyrektor miejscowego banku nagle upiera się, żeby z depozytu niezwłocznie wpłacić ją na konto. Jest dzień przed wybuchem kryzysu, a nasi poczciwi idealiści nie mają pojęcia, że świadomy, co się wydarzy dyrektor właśnie dokonuje wielkiego przekrętu, okradając swoich klientów. Oszukani prawdopodobnie pogodziliby się ze stratą – można by o nich powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że są przebojowi – tyle że dochodzi do zdarzenia, które przelewa czarę goryczy. I oni, i my, widzowie wiemy, że to najwyższy czas, żeby zawalczyć i odebrać co swoje. Tę ciepłą familijną komedię ogląda się przyjemnie i z satysfakcją, że zwykłe szaraki ogrywają krwiożerczą finansową elitę. A czy wszystko pójdzie z planem, to już osobna historia.

„Pechowi szczęściarze” do obejrzenia w kinach oraz na: vod.pl, Player+, Cineman, Chili, Ipla.

'Pechowi szczęściarze' (Fot. materiały prasowe) "Pechowi szczęściarze" (Fot. materiały prasowe)

"Nasz czas"

I znowu obraz z Ameryki Łacińskiej. Za to skrajnie różny. „Nasz czas” to kino artystyczne. Wielkie kino – także jeśli chodzi o rozmach i długość, bo ten obraz Carlosa Reygadasa trwa prawie 3 godziny. Meksykański reżyser słynie z oryginalnego podejścia do materii filmowej. W „Naszym czasie” w głównych rolach obsadził siebie, swoją życiową partnerkę montażystkę Natalię López, a także trójkę ich dzieci. Po części więc grają siebie – rodzinę. Już samo to sprawia, że ich losy ogląda się inaczej (nawet jeśli w wywiadach reżyser odpiera zarzuty o twórczy ekshibicjonizm). Sama opowieść dotyka bardzo intymnych kwestii. Film rozpoczyna się od sielskich scen. Środek lata, dzieciaki bawiące się beztrosko pod gołym niebem. A obok młodzież, w trudniejszym wieku, ale w sumie nadal niewinna w porównaniu z dorosłymi, robiąca więcej hałasu niż rzeczywistej szkody.  Wszystko to w niezwykłych meksykańskich krajobrazach, popękana brunatna ziemia kontrastuje tu z bujną zielenią. Jest tłoczno, bo na rozległą farmę pary głównych bohaterów przyjechali całymi rodzinami goście. Dość szybko orientujemy się, że filmowi małżonkowie Esther i Juan są w trudnym dla nich momencie. Że z jednej strony są parą doskonałą, którą wiele łączy i która nadal jest ze sobą bardzo blisko, z drugiej – coraz bardziej między nimi zgrzyta. Do tego stopnia, że trudno już powiedzieć, co jest istotą, podstawą i celem ich bycia razem. Więzy rodzinne, poczucie bezpieczeństwa, namiętność, zazdrość, kwestia niezależności, związek otwarty, kontrolowana zdrada – o tym wszystkim Reygadas opowiada bardzo sugestywnie. W tej historii z początku roi się od ludzi, ale z biegiem czasu staje się ona coraz bardziej kameralna. W pewnym momencie przed kamerą zostaje tylko filmowa para, tak jak i w życiu w obliczu kryzysu w związku perspektywa zawęża się tylko do tych, którzy o niego walczą. Reygadas po raz kolejny potwierdza swój wybitny talent. Z kina wychodzi się z przeświadczeniem, że zobaczyło się coś więcej, bliżej, prawdziwiej niż zazwyczaj ogląda się na ekranie.

„Nasz czas” do obejrzenia w kinach.

'Nasz czas' (Fot. materiały prasowe) "Nasz czas" (Fot. materiały prasowe)

"Córka boga"

Spore zaskoczenie, bo „Córka boga” [w oryginale „The other lamb” – przyp. aut] Małgorzaty Szumowskiej miała trafić do kin po pandemii, ale po drodze nieoczekiwanie trafiła na platformę Netflix. To zresztą jeden z aż trzech filmów, jakie ceniona na świecie polska reżyserka (znana dotąd z tak głośnych nagradzanych tytułów jak „Body/Ciało”, „W imię” czy „33 sceny z życia) nakręciła w ostatnim czasie. Pierwszy w pełni anglojęzyczny w jej dorobku. „Córkę boga” nierzadko klasyfikuje się jako thriller albo nawet horror. Czy to trafna diagnoza, ocenić można dopiero wtedy, kiedy obejrzy się film do końca. A i tu, mogę się założyć, opinie i oceny będą różne.

O czym opowiada Szumowska? O Selah, nastolatce, która wychowuje się w religijnej sekcie. Mieszka z innymi głęboko w lesie, wśród dziewiczej przyrody. Sekta to w sumie kilkanaście kobiet, ich córki (czerwienie i błękity ubrań od razu przywodzą na myśl estetykę serialu „Opowieść podręcznej”) i jedyny mężczyzna, ich przywódca, którego wszystkie nazywają „pasterzem” i są mu bezwzględnie posłuszne. Niby żyją razem w harmonii, ale coraz dojrzalsza i bystrzejsza Selah zaczyna inaczej spoglądać na ich wspólnotę i panujące w niej zasady. Selah również jest oddaną wyznawczynią „pasterza”, a jednak jest w niej coś, z początku ledwo zauważalnego, a ze sceny na scenę coraz wyraźniejszego, co różni ją od reszty otaczających ją kobiet. Jedna z nich, czarna owca skazana na odosobnienie i niełaskę przywódcy, dostrzega to i z podziwem nazywa „siłą”. Czy ma rację? I czy ta trudna do uchwycenia cecha pomoże Selah czy przeciwnie, doprowadzi ją do zguby? Reżyserka trzyma nas w niepewności niemal do samego końca, a po drodze roztacza przed nami piękną wizualnie, mroczną baśń. Żeby nie zepsuć nikomu efektu, mogę jedynie zdradzić, że Szumowska nie straszy nas na darmo, że każda scena, motyw, wątek ma tu swoje rozwiązanie i że na koniec rozrzucone puzzle układają się w spójną, przekonującą całość. A także, że ta niby baśniowa opowieść okazuje się bardziej prawdziwa i dotykająca naszego życia niż mogłoby się wydawać.

„Córka boga” do obejrzenia na platformie Netflix.

'Córka boga' (Fot. materiały prasowe) "Córka boga" (Fot. materiały prasowe)

"Obrazy bez autora"

Niemcy, chwilę przed wybuchem II wojny światowej. Główny bohater „Obrazów bez autora”, na razie jeszcze mały chłopiec, idzie z ciotką do galerii na wystawę malarstwa. Świetnego, ale wtedy już zakazanego, w odróżnieniu od jedynych słusznych prac wychwalających narodowy socjalizm. Przewodnik z zapałem opowiada o „moralnej zgniliźnie” twórców wystawianych ku przestrodze dzieł, ale Kurt z prześliczną młodziutką Elisabeth są zafascynowani. Chłopiec uwielbia z nią przebywać. Zresztą nie tylko on, ze swoim urokiem, świeżością i miłością do pięknych dźwięków (sama gra na pianinie) Elisabeth potrafi zjednywać sobie ludzi. Na przykład przekonać odpoczywających w zajezdni autobusowej kierowców, żeby odłożyli kanapki i specjalnie dla niej wszyscy naraz włączyli klaksony tworząc niezwykłą polifonię. Ciotka uczy małego Kurta uważnego spojrzenia na świat, zachwytu nad nim. Problem w tym, że zaraz zacznie się wojna i dla takich osób jak ona nie będzie już miejsca. Nadwrażliwa Elisabeth trafi do szpitala dla obłąkanych, a naziści postąpią z nią tak, jak z większością pacjentów zamkniętych ośrodków. Po jej śmierci chłopak będzie dorastał z obrazem ciotki w sercu. Zwłaszcza, że odziedziczył po niej szczególną wrażliwość i także jest wybitnie utalentowany, tyle że plastycznie. Kiedy trafi na ASP we wschodnim Berlinie, szybko stanie się tamtejszą gwiazdą. W filmie śledzimy jego dalsze losy – pierwszą miłość, małżeństwo, wspólną ucieczkę za zachodnią granicę. To ciężka próba dla kogoś, kto do tej pory malował świetnie, ale głównie na zamówienie partii. Teraz Kurt ma całkowitą wolność twórczą. Zmierzenie się z nią okazuje się równie trudne, co mierzenie się z demonami przeszłości. Nawet nieświadome, bo tylko widz, w odróżnieniu od głównego bohatera, wie, że ukochana żona to ogniwo łączące Kurta ze zmarłą ciotką. Mroczne rodzinne tajemnice, a w tle burzliwa historia kraju. Film „Obrazy bez autora”, inspirowany biografią słynnego niemieckiego malarza Gercharda Richtera, jest jak dobre czytadło. Wciąga bez reszty.

„Obrazy bez autora” do obejrzenia w kinach.

'Obrazy bez autora' (Fot. materiały prasowe) "Obrazy bez autora" (Fot. materiały prasowe)

 "Moja mała Zoe"

Julie Delpy dała się poznać najpierw jako świetna aktorka, potem równie uzdolniona scenarzystka, wreszcie reżyserka. Jej najnowszy film „Moja mała Zoe”, w którym łączy wszystkie swoje talenty, właściwie mógł być jej debiutem reżyserkim. Bo zalążek pomysłu na scenariusz zrodził się prawie 30 lat temu. I tu, uwaga, pojawia się wątek polski: Delpy grała wtedy u Krzysztofa Kieślowskiego w trylogii „Trzy kolory”. Po zdjęciach sporo i szczerze z Kieślowskim rozmawiali, a dziś Francuzka mówi, że to on jest duchowym patronem „Mojej małej Zoe”, nawet jeśli sama historia jest „bardzo jej”, że to najbardziej osobisty film w jej dorobku. Mówi też, że nakręciła go, bo sama odkryła, jak trudnym wyzwaniem jest macierzyństwo, jak potężny jest codzienny lęk o własne dziecko. „Moja mała Zoe” może wzbudzać kontrowersje, bo zadaje trudne pytania. Ale to także po prostu dobre kino obyczajowe. Ze świetnie, jak to u Delpy, poprowadzonymi dialogami między parą Isabelle i Jamesem. Są w separacji, dzielą się naprzemiennie opieką nad ich kilkuletnią córką Zoe. Starają się odkładać emocje i urażoną dumę na bok dla dobra dziecka, ale różnie im to wychodzi. I kiedy wydaje się, że film opowiada właśnie o tym, czy dwoje skonfliktowanych ze sobą ludzi jest w stanie pogodzić się dla córki, następuje zwrot akcji. Wydarza się coś, co wstrząsa ich i tak nie najłatwiejszym układem. Zoe trafia do szpitala w ciężkim stanie, nie ma szans, żeby wyszła z tego cało. A Isabelle, na co dzień pracująca jako genetyczka, gotowa jest zrobić wszystko, żeby córkę odzyskać. To ten moment, kiedy pojawiają się najtrudniejsze pytania, przywodzące na myśl kino Kieślowskiego. Jak nowoczesna nauka ma się do moralności? Gdzie są granice etyczne, których przekraczać nie wolno? Czy miłość wszystko usprawiedliwia? Film odpowiada na nie w taki sposób, że nie pozostawia widza obojętnym. Można do decyzji głównej bohaterki podejść ze zrozumieniem albo zupełnie się z nią nie zgadzać. Delpy daje nam do tego prawo, ale też robi – trzeba przyznać – wszystko, żebyśmy przynajmniej zrozumieli, co kieruje jej bohaterką, a zrozumieć to w przypadku tak drażliwych kwestii, bardzo wiele.

„Moja mała Zoe” do obejrzenia na: vod.pl, Platforma CANAL+, Player +, Chili, UPC Polska, Play Now, Inea, Toya, Vectra, Multimedia Polska, Netia oraz Orange VOD.

'Moja mała Zoe' (Fot. materiały prasowe) "Moja mała Zoe" (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

„Irlandczyk” - najnowszy film Martina Scorsese

Martin Scorsese (fot. BEW PHOTO)
Martin Scorsese (fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Martin Scorsese właśnie skończył 77 lat. Obchodzone 17 listopada urodziny poprzedzają o kilka dni kinową premierę jego najnowszego genialnego filmu „Irlandczyk”. Krótko po tym produkcja trafia także do sieci – od 27 listopada można ją oglądać na portalu Netflix. 

Do tego, dlaczego twórca zdecydował się na taką kolej rzeczy, jeszcze wrócimy, tymczasem o „Irlandczyku” już teraz mówi się, że to jedno z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejsze, dzieło w dorobku reżysera. Mocne słowa zważywszy na liczbę i jakość tytułów wyreżyserowanych przez Scorsese. Chodzi w końcu o twórcę mającego na koncie – nie licząc krótkiego metrażu, dokumentów i seriali – 26 pełnometrażowych filmów fabularnych, wśród których są tak znaczące tytuły jak „Taksówkarz”, „Wściekły byk”, „Chłopcy z ferajny”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, „Aviator” czy „Wilk z Wall Street”. Najnowszy „Irlandczyk” to zresztą nie tylko wybitne kino, ale też obraz mówiący wiele o autorze. Znajdziecie w nim wszystko to, za co widzowie na całym świecie kochają Martina Scorsese. A jeśli przyjrzeć się jeszcze uważniej – sporo bardzo osobistych tropów.

Piękny, młody, szalony

O czym jest „Irlandczyk”? To gangsterska saga, kilkadziesiąt lat z życia głównego bohatera, płatnego mordercy Franka Sheerana. A jednocześnie fikcja ocierająca się o prawdziwe wydarzenie: tajemnicze zaginięcie legendarnego przywódcy amerykańskich związków zawodowych Jimmy’ego Hoffy, jedną z największych zagadek kryminalnych w historii USA.

Włoscy gangsterzy u Scorsese nikogo nie powinni dziwić. To motyw, który przewija się w jego twórczości od samego początku. A znając biografię reżysera nietrudno domyślić się, skąd się wziął. Dzieciństwo i młodość upłynęła mu pod znakiem włoskiej mafii rządzącej w całej okolicy. Nowojorczyk sycylijskiego pochodzenia wychował się w Hell's Kitchen [Przedsionku Piekła], dzielnicy cieszącej się fatalną sławą. Niektóre wątki z jego filmów to historie żywcem wyjęte z opowieści bliskich. I tu ciekawostka, bo Martin miał też w zwyczaju obsadzać w drobnych rolach swoich, pamiętających lata świetności Ala Capone, rodziców.

W „Irlandczyku” filmowy Frank Sheeran brata się i z włoską mafią i ze wspomnianym Jimmym Hoffą, który część swego politycznego potencjału zawdzięczał nie do końca, delikatnie mówiąc, legalnym powiązaniom i interesom.

Franka gra tu Robert De Niro. I choć ta historia obejmuje kilka dekad, aktor (od Scorsese młodszy zaledwie o rok) gra także dużo młodszą wersję siebie. To nie pierwszy raz, kiedy użyto zaawansowanych technik komputerowych, żeby odjąć filmowym bohaterom kilkadziesiąt lat. A jednak, trzeba przyznać, Scorsese idzie tu na całość. Przez połowę filmu oglądamy De Niro z wyczyszczonymi zmarszczkami, a przede wszystkim odmłodzonym owalem twarzy. Efekt tych zabiegów nie zawsze jest idealny, ale widz szybko się przyzwyczaja i przestaje zwracać na niedoskonałości uwagę.

Robert DeNiro i Joe Pesci w filmie 'Irlandczyk' (fot. materiały prasowe Netflix) Robert DeNiro i Joe Pesci w filmie "Irlandczyk" (fot. materiały prasowe Netflix)

Dlaczego reżyser nie zdecydował się obsadzić kogoś z młodszych aktorskich roczników? Odpowiedź wydaje się oczywista. Ten film to hołd złożony swoim aktorom. Swoim, bo występuje tu nie tylko De Niro, który grał u Scorsese najlepsze, nazywane dziś bez cienia przesady kultowymi, role. Ale partnerują mu też Al Pacino (filmowy Jimmy Hoffa) i Joe Pesci. Ten ostatni zasługuje na szczególną uwagę, bo choć wystąpił u Scorsese po raz enty, to w pewnym sensie debiutuje. Jest niemal tak ważną postacią jak tytułowy Irlandczyk Frank. A tym samym, wreszcie, w wieku 76 lat pozbywa się etykietki aktora drugoplanowego. Jest też szansa, że po tak rewelacyjnej i znaczącej roli, na jego widok ludzie wreszcie przestaną mówić: „Pesci? Ten niski wredny z „Kevina samego w domu”?”.

Duet Joe Pesci i Robert DeNiro a między nimi matka reżysera Catherine Scorsese, którą Martine Scorsese lubi obsadzać w swoich produkcjach. Kadr z filmu 'Chłopcy z ferajny' z 1990 roku. (fot. BEW PHOTO) Duet Joe Pesci i Robert DeNiro a między nimi matka reżysera Catherine Scorsese, którą Martine Scorsese lubi obsadzać w swoich produkcjach. Kadr z filmu "Chłopcy z ferajny" z 1990 roku. (fot. BEW PHOTO)

Przy okazji miłośnicy kina, uwiedzeni przez „Irlandczyka”, mogą sobie zrobić scorsesowską powtórkę z duetu: De Niro-Pesci. We „Wściekłym byku” czy „Chłopcach z ferajny” są piękni i młodzi bez efektów specjalnych. A także groźni. Tacy, jakimi chciał widzieć swoich bohaterów Scorsese. Sam, jako dzieciak i młodzieniec, był słaby i chorowity. Może i nawet fantazjował, żeby być gangsterem, ponoć rozważał przystąpienie do mafii, tyle że z powodu ciężkiego stadium astmy był w szkole zwolniony z wuefu i w ogóle z wysiłku fizycznego. Lekarz zabraniał mu właściwie wszystkiego. Wyjątkiem były – szczęśliwie – seanse w kinie.

Gdzie te kobiety?!

Peanom na temat nowego filmu towarzyszą kontrowersje. Nietrudne do przewidzenia w dobie ruchu #Metoo i masowej rewizji kina pod kątem równości płci. Na konferencji prasowej podczas festiwalu w Rzymie włoska dziennikarka wypomniała Scorsese znaczącą dysproporcję między mężczyznami i kobietami w jego filmach. Reżyser bez sukcesów próbował wybrnąć z tematu, pogrążając się jeszcze bardziej, aż głos zabrała producentka „Irlandczyka”, wykazując się, trzeba przyznać, niezłym refleksem. Przypomniała dziennikarzom zgromadzonym na konferencji, a przy okazji widzom na całym świecie, że Scorsese w 1974 roku wyreżyserował film „Alicja już tutaj nie mieszka”. Przejmującą opowieść o marzącej o karierze muzycznej Alice, za którą to rolę aktorka Ellen Burstyn dostała zresztą Oscara. To także nie kto inny tylko Scorsese nakręcił tak romantyczny jak to tylko możliwe „Wiek niewinności” z miłosnym trójkątem odegranym przez Michelle Pfeiffer, Winonę Ryder i Daniela Day-Lewisa. I wreszcie, to Martinowi Scorsese zawdzięcza jedną z najciekawszych w swoim dorobku aktorską kreację Sharon Stone. Kto widział ją w „Kasynie”, ten wie, o czym mówię.

Argument, że reżyser kręci tylko męskie kino jest takim samym nadużyciem jak ten, że kręci tylko filmy gangsterskie. Skoro tak, to co w jego dorobku robią wymienione właśnie filmy, ale też świetne muzyczne dokumenty, m.in. o Bobie Dylanie czy familijna produkcja „Hugo i jego wynalazek” nagrodzona 5 Oscarami?

Sharon Stone w filmie 'Kasyno' z 1995 roku (fot. BEW PHOTO) Sharon Stone w filmie "Kasyno" z 1995 roku (fot. BEW PHOTO)

Fakty pozostają jednak faktami. I jeśli chodzi o proporcje, to prawda, że Martin Scorsese, w życiu prywatnym otoczony kobietami (pięciokrotnie żonaty jest ojcem trzech córek), na ekranie woli męskie historie i męskich bohaterów. Ktoś przytomnie policzył, że w „Irlandczyku” najważniejsza postać kobieca, córka Franka – Peggy – wypowiada w sumie… sześć słów. A jednak, paradoksalnie, to postać kluczowa. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły, podpowiem, że to właśnie ona, jako jedyna, ma odwagę sprzeciwić się złu, nawet jeśli jest to bierny opór. To właśnie ta młoda kobieta jest sumieniem wszystkich tych, którzy sumienia nie mają.

Jak nie zostałem księdzem

Wina i kara, sumienie, grzech. To zawsze były jego tematy. Sam planował zostać księdzem, poszedł nawet do seminarium, zanim uznał, że miłość do kina jest znacznie silniejsza niż duchowe powołanie. Ale nigdy nie przestał sobie zadawać ważnych, ostatecznych pytań. Stąd też inne filmy, które wymykają się „gangsterskiemu nurtowi”. „Ostatnie kuszenie Chrystusa” uznane swego czasu za film wybitnie antykościelny, a dziś rozpatrywany jako kino głęboko religijne. Stąd też „Kundun – Życie Dalajlamy” i wreszcie: najnowsze z tej trójki „Milczenie”. Ta ekranizacja powieści jednego z najważniejszych japońskich pisarzy Endō Shūsaku, opowieść o prześladowaniach jezuitów i zjawisku „ukrytych chrześcijan” w dawnej Japonii, zaprowadziła Scorsese do samego papieża. Film miał swoją prapremierę w Watykanie, a Scorsese miał u papieża Franciszka osobistą audiencję.

Willem Dafoe w filmie 'Ostatnie kuszenie Chrystusa' z 1988 roku (fot. BEW PHOTO) Willem Dafoe w filmie "Ostatnie kuszenie Chrystusa" z 1988 roku (fot. BEW PHOTO)

I jeszcze jeden wielki temat, który Scorsese porusza w „Irlandczyku”. Przemijanie. Chyba po raz pierwszy reżyser poświęca mu tyle uwagi. Widmo śmierci – tej typowej dla półświatka, czyli równie nagłej co drastycznej, ale też tej naturalnej, z choroby i starości – wisi nad bohaterami od pierwszego kadru. Aż do samego końca, bo gangsterska saga opowiadana jest z perspektywy pensjonariusza domu spokojnej starości. Który nie tylko wspomina i rozlicza się z własną przeszłością, ale i próbuje się dobrze przygotować do spraw najbardziej ostatecznych (genialna scena w domu pogrzebowym, gdzie Frank sam wybiera sobie trumnę). Scorsese pokazuje przemijanie i starość bez lukru i większej nostalgii. Oglądając te sceny trudno się nie zastanawiać, ile w nich obaw i lęków samego reżysera.

Uczyłem się od Polaków

Metryka to jedno, ale Martina Scorsese po prostu nie da się postrzegać w kategoriach seniora kina. Nie tylko nadal trzyma rękę na pulsie i potrafi wyczuć gusta publiczności, ale też nie boi się zmian, jakie nieuchronnie następują w światowej kinematografii. Już produkując i maczając palce w reżyserii świetnego, osadzonego w czasach prohibicji serialu HBO „Zakazanego imperium” udowodnił, że jest równie skuteczny na małym co dużym i ekranie. Teraz idzie o krok dalej. Trwającego 3 i pół godziny (które, choć może niektórym trudno w to uwierzyć, zupełnie się nie dłużą) „Irlandczyka” z jego zawrotnym budżetem ponad 150 mln dolarów finansowała platforma Netflix. Oznacza to, że film jest przeznaczony przede wszystkim do oglądania na tej platformie, w domu. To, że pojawia się 5 dni wcześniej w naszych kinach, jest podyktowane głównie tym, że, aby ubiegać się o Oscara, musi być na całym świecie, choćby przez chwilę, także w dystrybucji kinowej. Podobnie jest na przykład z inną wyczekiwaną produkcją Netflixa – „Historią małżeńską” ze Scarlett Johansson i Adamem Driverem w rolach głównych. Jesteśmy oto świadkami dużej zmiany. Zmiany, która jeszcze dwa lata temu na festiwalu w Cannes wywołała tak gwałtowne emocje, że wydawało się, że między telewizją nowej generacji a kinem nastąpi nieodwracalny rozłam. Tymczasem „Irlandczyk” jest równie gorąco oczekiwany przez publiczność kinową (bilety na pokazy przedpremierowe rozeszły się błyskawicznie) co użytkowników Netflixa, raczej łącząc niż kogokolwiek dzieląc. Zobaczymy, czy ten trend się utrzyma, tak czy inaczej 77-letni Martin Scorsese jest siłą rzeczy twarzą rewolucji, jaka właśnie zachodzi w kinematografii.

Al Pacino i Robert DeNiro w filmie 'Irlandczyk', (fot. materiały prasowe Netflix) Al Pacino i Robert DeNiro w filmie "Irlandczyk", (fot. materiały prasowe Netflix)

I gdyby ktoś do tego momentu jeszcze go nie pokochał, przypomnę na koniec jego miłość do polskiego kina.

Bo to Scorsese z pełnym zaangażowaniem poleca za oceanem nasze rodzime filmy. Parę lat temu odebrał doktorat honoris causa w łódzkiej Filmówce, stworzył również specjalny cykl „Mistrzowie polskiego kina”, a o Wajdzie, Holland, Konwickim czy Kawalerowiczu mówi w imieniu swoim i kolegów po fachu, że „to kino, od którego wszyscy się uczyliśmy”.

  1. Kultura

"(Nie)znajomi", czyli jak dobrze znasz swojego partnera

Film
Film "(Nie)znajomi" w reżyserii Tadeusza Śliwy można oglądać w kinach od 27 września. (Fot. materiały prasowe)
Bohaterowie filmu „(Nie)znajomi” przyjaźnią się od lat, a jednak kryją przed sobą wiele tajemnic... O sekretach w relacjach i lęku przed ich ujawnieniem – rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Bohaterowie filmu „(Nie)znajomi” przyjaźnią się od lat, a jednak kryją przed sobą wiele tajemnic... O sekretach w relacjach i lęku przed ich ujawnieniem – rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: „(Nie)znajomi” to polski remake filmu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”, jest jeszcze wersja francuska, hiszpańska, koreańska. Kłamstwa i kłamstewka to chleb powszedni naszych związków, więc siła tego scenariusza polega chyba na tym, że widz bez trudu potrafi odnaleźć się w przedstawionej sytuacji. Grażyna Torbicka:
Każdy z nas z taką łatwością utożsamia się z bohaterami, bo podobnie jak oni ukrywamy się za możliwościami, jakie daje nam świat wirtualny. To tam rozgrywają się wszystkie relacje, a telefon komórkowy stał się centrum komunikacji ze światem. Tyle że to nie jest prawdziwy świat. Przecież ci ludzie dobrze się znają, wydawałoby się, że są przyjaciółmi, a jednak zabawa, na którą się decydują, odkrywa kolejne prawdy o ich życiu. Przyjęło się, że do telefonu drugiej osoby nie należy zaglądać. Chyba że mamy na to pozwolenie. I dotyczy to także relacji z partnerem, bo w ten sposób szanujemy jego sferę intymności. A oni godzą się na to, że będą czytać na głos przychodzące do nich w trakcie spotkania SMS-y...

Dlaczego się na to decydują?
Pomysł rzuca kobieta, która ma najmniej do ukrycia, jednak każdy z tych bohaterów ma jakieś wątpliwości i obawy. I rzeczywiście na światło dzienne wychodzą tajemnice, to wywołuje różne zachowania, ujawnia brak tolerancji na pewne sprawy. Okazuje się, że inaczej zachowujemy się pod nieobecność osób, wobec których żywimy jakieś uprzedzenia – wtedy pozwalamy sobie na żartowanie z nich czy wręcz na ataki. Dopiero gdy one są obecne, pokazujemy, jacy jesteśmy tolerancyjni, uważni, wrażliwi. Zabawa pozwala przyjrzeć się ukazanym w filmie związkom. Na przykład Anna, którą gra  Maja Ostaszewska, wreszcie ma szansę na to, żeby powiedzieć, co uwiera ją w życiu. Z kolei gospodyni kolacji Ewa, czyli Kasia Smutniak, ma okazję zobaczyć swojego męża w innym świetle. Wcześniej postrzegała go jako zwykłego gadżeciarza, mężczyznę, który lubi mieć w smartfonie przyciski do sterowania światłem, a widzi zupełnie innego faceta... Gdy słucha, jak rozmawia z córką przez telefon, uświadamia sobie, jak fantastyczną relację potrafił z nią stworzyć. Powie mu później, że chciałaby mieć takiego ojca jak on.

A może ci bohaterowie zgodzili się na grę, bo podświadomie mieli już dość życia w kłamstwie...
Na pewno ta sytuacja pomogła im ujawnić różne ciężary, które nosili w sobie, oczyścić atmosferę w ich związkach. Nie jestem jednak przekonana, czy byli świadomi, dokąd zaprowadzi ich ta zabawa. Nie sądzę, żeby ktoś z nich mógł przewidzieć, ile pytań może wywołać jeden przeczytany na głos SMS. To był impuls do rozmowy, która uruchomiła kolejne tematy i w końcu pokazała im, że zabrnęli w ślepą uliczkę.

Zgodziłabyś się na taką zabawę? Ja nie, bo uważam, że w przyjaźni i w miłości lepiej nie wiedzieć wszystkiego. To akurat bardzo dobrze pokazała wersja francuska.
Tak, ja bym w to weszła, ponieważ dla mnie najważniejszy jest wewnętrzny spokój. Nie znoszę dwuznacznych sytuacji, zawodowych czy prywatnych, i gdy coś takiego wyczuwam, odsuwam się i obserwuję z dystansu. W tym filmie przypadkowa zamiana telefonów sprawiła, że jedna z kobiet wyrzuciła z siebie wszystko, co było dla niej bolesne od dawna, jednak nigdy nie odważyłaby się wyznać tego wprost swojemu mężowi. A ten film pokazuje, że lepiej jest wyrzucić wszystko z siebie.

Szczerze, ja nie miałabym siły na taką kolacyjkę...
W tym towarzystwie drugiej takiej kolacji na pewno już nie będzie. Jesteśmy świadkami zabawy, która pokazała rodzaj „terapii grupowej przez przypadek”. A czy taka terapia ma sens? Chyba tak. Widzę tu więcej plusów niż minusów. Największym plusem jest dla mnie fakt, że pary dostrzegają to, czego nie widziały wcześniej. Decydują się walczyć o siebie. Jednak nie wiemy, na ile to, co bohaterowie zobaczyli, czego się o sobie nawzajem dowiedzieli, wpłynie na ich życie.

Polska wersja jest bardziej terapeutyczna niż oryginał. Pokazuje moc oczyszczenia.
Faktycznie, przypomina nawet telenowelę albo serial telewizyjny. Bez niedopowiedzeń sprawa się domyka, a bohaterom pozostaje nadzieja. Dlatego uważam, że z tej zabawy wyszło więcej dobrego niż złego.

Ten film każe mi się zastanowić, czy wolę pełną jawność czy dopuszczam jakieś kłamstewka i półprawdy. Jawność wiąże się z ogromną ulgą, ale bywa bardzo trudna.
Ja nie mam żadnych wątpliwości. Uważam, że warto żyć wyłącznie rzeczywistością prawdziwą. Tak zwane podwójne życie czy udawanie kogoś innego jest destrukcyjne dla każdego człowieka. Życie w zakłamaniu niszczy naszą duszę. Jednak bardzo wielu ludzi kłamie. Choćby w ten sposób, że sami przed sobą nie przyznają się do tego, że coś im w związku nie pasuje. To jest właśnie wygoda wynikająca z kalkulacji. Wracając do filmu, to każda z przedstawionych par żyje pozorami. I nawet jeśli pomógł im przypadek, to w końcu zaszli tak daleko, że nie mogli się już wycofać. Okazało się, że pod powierzchnią wiele się gromadzi, ale wystarczy otwartość, szczerość i wzajemne zrozumienie, żeby oczyścić atmosferę. To naprawdę niewysoka cena za uświadomienie sobie, że każdy ma swoje słabości i jeżeli coś się przydarzy, to trzeba o tym porozmawiać.

To historia świetna na terapię dla par. Film nie przytłacza widza od razu całym ciężarem, powoli sprowadza go coraz głębiej. Poza tym rozbraja mechanizmy obronne, bo zaskakuje, więc chcemy dowiedzieć się, co będzie dalej.
Warto obejrzeć ten film i porozmawiać ze swoim partnerem czy partnerką o relacjach, które zobaczyliśmy na ekranie. Spróbować dostrzec, w jaki sposób różnimy się w ich odbiorze. Dzięki temu łatwiej będzie wyznać, co nas boli i uwiera w związku. Im wcześniej to zrobimy, tym ból będzie mniejszy. A jak już mówiłam, zawsze lepiej powiedzieć sobie prawdę.

Myślisz, że warto urządzać co jakiś czas takie minikolacyjki?
Jeśli ma być autentyczna, jak w tym przypadku, to może udać się tylko raz. Zresztą po co? Jeśli będziemy na nie zapraszać takich ludzi jak filmowy Czarek grany przez Michała Żurawskiego, którzy nie chcą się zmienić – to nie pomoże nawet tak ciężkostrawna kolacja.

  1. Kultura

7 polskich filmów, na które warto iść do kina - poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP
Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Festiwal Polskich Filmów Fabularnych dobiegł końca. Przyznane nagrody to jedno, ale równie ważne są werdykty wydawane poza oficjalnym obiegiem. Za kulisami festiwalu, a konkretnie: we foyer gdyńskiego Teatru Muzycznego, przy kawiarnianych stolikach, na bankietach - wszędzie tam, gdzie spotykają się i dyskutują biorący udział w festiwalu filmowcy i dziennikarze. O czym w tym roku najgoręcej dyskutowali?

Festiwal Polskich Filmów Fabularnych dobiegł końca. Przyznane nagrody to jedno, ale równie ważne są werdykty wydawane poza oficjalnym obiegiem. Za kulisami festiwalu, a konkretnie: we foyer gdyńskiego Teatru Muzycznego, w którym odbywają się uroczyste pokazy produkcji startujących w konkursie głównym czy w słynnym „Piekiełku”, tj. barze dawnego hotelu „Gdynia”, przy kawiarnianych stolikach, na bankietach. Czyli wszędzie tam, gdzie spotykają się i dyskutują biorący udział w festiwalu filmowcy i dziennikarze. O czym w tym roku najczęściej i najgoręcej dyskutowali?

Fałszywy ksiądz czy Ikar?

„Boże ciało” Jana Komasy i „Ikar. Legenda o Mietku koszu” Macieja Pieprzycy. Pierwszy z wymienionych filmów to historia charyzmatycznego księdza czy raczej chłopaka z poprawczaka, który księdza udaje. Z niezwykłym efektem – filmowy Daniel nawiązuje wyjątkową więź z parafianami miejscowego (rzecz się dzieje w maleńkiej miejscowości w Bieszczadach) kościoła. Drugi z filmów to biografia zupełnie zapomnianego Mieczysława Kosza. Genialnego pianisty, niewidomego jazzmana, porównywanego do światowych mistrzów i z szansą na międzynarodową karierę. Zaprzepaszczoną przez tragiczny wypadek (muzyk wypadł z okna) lub, jak się raczej podejrzewa, samobójstwo.

Kadr z filmu 'Ikar. Historia Mietka Kosza', reż. Maciej Pieprzyca, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Ikar. Historia Mietka Kosza", reż. Maciej Pieprzyca, fot. materiały prasowe

To właśnie te dwa tytuły od początku festiwalu były faworytami tegorocznej edycji. Dotyczyło to samych filmów i, a może przede wszystkim, grających w nich główne role aktorów: Bartka Bieleni i Dawida Ogrodnika. Dla 27-letniego Bieleni film Komasy był debiutem – pierwszą w karierze główną rolą w kinie. 33-letni Ogrodnik odbierał w Gdyni nagrody już trzy razy (ostatnim razem dwa lata temu za „Cichą noc”). Bielenia hipnotyzuje na ekranie widzów przeistaczając się w jedną chwilę z diabła w anioła, czytaj: z brutalnego wychowanka domu poprawczego w pełnego zrozumienia i miłosierdzia kapłana. Ogrodnik, specjalista od wymagających, także fizycznie, ról odegrał niewidomego jazzmana ogromnie sugestywnie, całą gamą dostępnych aktorskich środków. Jury zadecydowało o statuetce dla tego drugiego, co we foyer komentowano jako „bezpieczny, sprawdzony wybór”.

Kadr z filmu 'Boże Ciało', reż. Jan Komasa, fot. Andrzej Wencel, Aurum Film Kadr z filmu "Boże Ciało", reż. Jan Komasa, fot. Andrzej Wencel, Aurum Film

Tymczasem przed „Bożym ciałem” jeszcze wielka szansa. Film jest polskim kandydatem do Oscara. I chociaż Bielenia został bez gdyńskiej statuetki, trudno sobie wyobrazić mocniejszy kinowy debiut. „Czujesz falę wznoszącą?” – tym pytaniem zaczynam rozmowę z Bartkiem w "Zwierciadle". Kto jest ciekawy odpowiedzi, temu polecam nasz listopadowy numer, który ukaże się 8 października. „Boże ciało” wchodzi do kin 11 października, a tydzień później swoją premierę będzie miał „Ikar. Legenda o Mietku koszu”, o którym także piszemy więcej w listopadowym magazynie „Zwierciadło”.

Metamorfozy

Chwilę dłużej, bo do Bożego Narodzenia, będzie trzeba poczekać na inny tytuł i mocne wejście innego aktora Pawła Wilczaka. Na festiwalu w Gdyni Wilczak był na ustach absolutnie wszystkich. A to dzięki zaskakującej metamorfozie. Bardziej niż o metamorfozę fizyczną, chociaż i o niej mówimy, chodzi o zmianę aktorskiego emploi. Tak uderzającą, że mówiła o niej dosłownie cała filmowa Gdynia. To Pawłowi Wilczakowi reżyser Marcin Krzyształowicz powierzył rolę w swoim filmie „Pan T.”. O pisarzu, który próbuje przetrwać w siermiężnych latach 50. Skazany przez władze na literacki niebyt, Pan T. wegetuje w swoim skromnym pokoiku, czekając na odmianę losu. A po drodze spotykają go przygody równie absurdalne, co ówczesny ustrój. Z pogawędką z towarzyszem Bierutem o zaletach palenia skrętów, do której dochodzi w publicznej toalecie, włącznie.

Kadr z filmu 'Pan T.', reż. Marcin Krzyształowicz, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Pan T.", reż. Marcin Krzyształowicz, fot. materiały prasowe

Wnikliwy widz szybko odkryje podobieństwo między filmowym bohaterem a autentyczną postacią – pisarzem Leopoldem Tyrmandem, niezapomnianym autorem „Złego”. Nawet jeśli liczne scenariuszowe zmyłki w „Panu T.” mogłyby sugerować, że „wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe”. Wilczak, z kamienną twarzą, czarnym golfie i przyciemnianych okularach, wychudzony (jako skromny literat na cenzurowanym nie dojada, małosolne ogórki, które podrzucają mu przyjaciele kroi na plasterki tak cienkie, że aż przezroczyste) tworzy aktorską kreację, której nie da się zapomnieć.

A skoro już o metamorfozach mowa, nie sposób pominąć innej kinowej niespodzianki. Roli Małgorzaty Kożuchowskiej w obrazie „Proceder” (premiera 15 listopada) w reżyserii Michała Węgrzyna.

Kadr z filmu 'Proceder', reż. Michał Węgrzyn, fot. Wojciech Węgrzyn Kadr z filmu "Proceder", reż. Michał Węgrzyn, fot. Wojciech Węgrzyn

To może nie pierwsza tak uderzająca przemiana Kożuchowskiej, zważywszy choćby na „Plagi Breslau” Patryka Vegi, gdzie aktorkę można było oglądać z podgoloną głową i sińcami pod oczami. Ale i w „Procederze” odchodzi daleko od wizerunku, do którego przywykli widzowie. Jako „Łysa”, szefowa gangu kradnącego samochody, w dresie, rozbijająca się po ulicach sportowym autem, jest tu jedną z najbarwniejszych drugoplanowych postaci. Swoją drogą „Proceder” to kawał ciekawej biografii, próba odtworzenia losów zmarłego w zeszłym roku rapera Chady. W obsadzie m.in.: Ewa Ziętek, Agnieszka Więdłocha, Antoni Pawlicki, a w roli samego rapera Chady: Piotr Witkowski. Na razie mało znany, ale sądząc nie tylko po bardzo udanej roli, ale też po zainteresowaniu Witkowskim (szczególnie wśród uczestniczek festiwalu), szybko się to powinno zmienić.

Całkiem inne spojrzenie

Zasiadający w jury filmowcy tej edycji FPFF skarżyli się, że brakowało im osobnej festiwalowej sekcji „Inne spojrzenie”. Decyzją organizatorów z sekcji tej zrezygnowano, a tym samym szansa na statuetki dla obrazów pod różnymi względami nowatorskich, eksperymentujących spadła  – jak pokazują tegoroczne werdykty – właściwie do zera. I tak, nagród nie doczekał się najoryginalniejszy ze zgłoszonych do konkursu głównego filmów. Stworzony przez człowieka, który jest nie tylko reżyserem, ale i pisarzem, poetą i malarzem, a przede wszystkim wizjonerem, który ma na koncie współpracę m.in. z Davidem Lynchem, Tomem Waitsem czy Davidem Bowiem i któremu w 2006 roku retrospektywę zorganizowała nowojorska MoMA (Museum of Modern Art). W tym roku Lech Majewski, bo o nim mowa, pokazał w Gdyni „Dolinę Bogów”.

Kadr z filmu 'Dolina Bogów', reż. Lech Majewski, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Dolina Bogów", reż. Lech Majewski, fot. materiały prasowe

To po części film, a po części (jak to u tego twórcy bywa) dzieło sztuki. Monumentalny obraz zainspirowany podróżą Majewskiego do tytułowej Valley of Gods, malowniczych świętych terenów Indian Navajo. Reżyser obsadził w głównych rolach amerykańskie gwiazdy: Johna Malkovicha i Josha Hartnetta. I popuścił wodze fantazji. Na jednym z charakterystycznych rudoczerwonych wzniesień Doliny Bogów umieścił w swoim filmie gigantyczny pałac, utrzymany w kilku historycznych stylach. Dojeżdża się do niego windą pokonującą umieszczony w zboczu szklany tunel. Pałac zamieszkuje najbogatszy człowiek świata (w tej roli Malkovich), miłośnik sztuki, ale i bezwzględny kapitalista, który na terenach Parku Narodowego Indian otwiera kopalnię uranu. Na ekranie oglądamy więc surowe pustynne krajobrazy i mściwe duchy indiańskich przodków, na przemian z wytwornymi pałacowymi wnętrzami (niezapomniana scena koncertu operowego w pałacowej fontannie do złudzenia przypominającej rzymską Fontannę di Trevi).

W tym wielkim, pełnym przepychu filmowym kolażu wszystko jest zaskoczeniem. To piękna baśń, ale i niepokojąco aktualny obraz, w czasach, kiedy to Donald Trump oddaje kolejne tereny parków narodowych naftowym i węglowym gigantom. Polska premiera: na początku przyszłego roku.

I jeszcze jedno zupełnie inne spojrzenie. Film „Eastern”. Już bez takiego rozmachu, za to nie mniej odważny i całkowicie burzący wyobrażenie o tym, czym jest polskie kino.

Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP

„Eastern” Piotra Adamskiego nie zakwalifikował się do Konkursu Głównego (trafił do sekcji Panorama Kina Polskiego), w związku z czym nie walczył o Złote Lwy. A szkoda, byłoby ciekawiej. W dość jednak przewidywalnej rodzimej branży filmowej, takich rzeczy po prostu się nie kręci. Zresztą sami przyznajcie, jak to brzmi: feministyczny western osadzony w polskich realiach. Zwykłe przedmieścia, spokojna dzielnica domków jednorodzinnych pod lasem. Tu mieszkają dwie rodziny: Nowaków i Kowalskich. A jednak w tej spokojnej okolicy, i między dwoma wymienionymi rodzinami, trwa bezwzględna walka. Na zabójcze strzały. Padają kolejne ofiary, giną na przemian – raz któryś Kowalskich, raz Nowak. Zgodnie z niepisanymi zasadami patriarchalnego kodeksu, każdy zabity musi być pomszczony. Chyba, że ktoś w końcu to przerwie i „wykupi swoją krew”. Tyle że nie ma na to ani pieniędzy, ani najwyraźniej chęci. Każdy ma broń, każdy przechadza się ze swoją strzelbą, rewolwerem czy karabinem, dokładnie tak jak westernowi kowboje na Dzikim Zachodzie, tyle że za saloon robi tu parking przy centrum handlowym. Wywrotowe kino, świetnie zrealizowane, przez co natychmiast kupujemy tę zwariowaną konwencję. Śmieszno-straszne. To także mocny kobiecy akcent na festiwalu, na którym my, kobiety, byłyśmy poszkodowane. Tym razem w Gdyni bardzo brakowało wyrazistych kobiecych ról i prokobiecych wątków. Tymczasem w „Eastern” idiotyczną walkę między rodami postanawiają przerwać dwie młodziutkie dziewczyny. Grane przez Maję Pankiewicz, którą możecie kojarzyć choćby z serialu „Szóstka” i całkowitą debiutantkę, jeszcze przed studiami Paulinę Krzyżańską. Jak potoczyły sie losy ich bohaterek? Warto się przekonać w kinie. Na początku przyszłego roku, kiedy to film będzie miał swoją premierę.

Wielka wygrana

I wreszcie Złote Lwy. Czyli Agnieszka Holland i jej „Obywatel Jones”. Kino dużego formatu, doskonale zrealizowane i ważne. Przypominające światu o Garethcie Jonesie. Młodym, pełnym ideałów bohaterze, któremu zawdzięczamy ujawnienie stalinowskiej zbrodni. To Jones, w wieku zaledwie 28 lat, zdołał jako jeden z nielicznych zachodnich dziennikarzy wyjechać do Moskwy, a stamtąd podstępem przedarł się nielegalnie na teren Ukrainy i został świadkiem potwornego Wielkiego Głodu. Dzięki odwadze i determinacji niepozornego okularnika, świat – po jego powrocie do Anglii – dowiedział się, że Związek Sowiecki to wcale nie kraina gospodarczego cudu, a zbrodnicza machina mordująca własnych obywateli. Napisałabym coś więcej o przystojniaku grającym główną rolę, wschodzącej brytyjskiej gwieździe Jamesie Nortonie, ale on sam, własnym słowami, opowiada o kręceniu filmu z Agnieszka Holland, ale i o swoim prywatnym życiu, w najbliższym, listopadowym numerze „Zwierciadła”. Na rynku już od 8 października. Nie przegapcie.

Kadr z filmu 'Obywatel Jones', reż. Agnieszka Holland, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Obywatel Jones", reż. Agnieszka Holland, fot. materiały prasowe

 

 

 

  1. Kultura

„Boże Ciało” Jana Komasy polskim kandydatem do Oscara! W kinach od 11 października

"Boże ciało" Jana Komasy powalczy o Oscara. Film trafi do kin 11 października. (Fot. Andrzej Wencel, Aurum Film)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
„Boże Ciało” – najnowszy film Jana Komasy, twórcy hitów „Miasto 44” i „Sala samobójców”, będzie reprezentować Polskę w wyścigu po Oscary w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny. Film trafi na ekrany kin 11 października.

„Boże Ciało” to niezwykle oryginalny projekt w polskim i europejskim kinie – odważna produkcja ocierająca się o tematy tabu, dotykająca kwestii społecznych podziałów oraz skomplikowanej duchowości młodych ludzi.

Jest to dla mnie i dla całego zespołu ogromne wyróżnienie. To kameralny film, którego entuzjastyczny odbiór na całym świecie nas zaskoczył i przerósł nasze oczekiwania. Mam nadzieję, że ta niezwykła historia zyska teraz więcej możliwości, by dotrzeć do większej ilości widzów na świecie mówi reżyser, Jan Komasa.

Kadr z filmu 'Boże ciało', reż. Jan Komasa. (Fot. Andrzej Wencel, Aurum Film) Kadr z filmu "Boże ciało", reż. Jan Komasa. (Fot. Andrzej Wencel, Aurum Film)

To kolejny wielki sukces obrazu, którego światowa premiera odbyła się na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, gdzie otrzymał on aż dwie nagrody. Już wtedy międzynarodową karierą polskiej produkcji wróżyły tak prestiżowe media. Amerykańska premiera „Bożego Ciała” miała miejsce w tym tygodniu na  Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto. Wciągający, poruszający i odważny – tak o filmie Jana Komasy piszą polskie i zagraniczne media.

Kadr z filmu 'Boże ciało', reż. Jan Komasa. (Fot. Andrzej Wencel, Aurum Film) Kadr z filmu "Boże ciało", reż. Jan Komasa. (Fot. Andrzej Wencel, Aurum Film)

„Boże Ciało” to inspirowana prawdziwymi zdarzeniami historia 20-letniego Daniela, który w trakcie pobytu w poprawczaku przechodzi duchową przemianę i skrycie marzy, żeby zostać księdzem. Po kilku latach odsiadki chłopak zostaje warunkowo zwolniony, a następnie skierowany do pracy w zakładzie stolarskim. Zamiast się tam udać, Daniel kieruje się do miejscowego kościoła, gdzie zaprzyjaźnia się z proboszczem. Kiedy pod nieobecność duchownego niespodziewanie nadarza się okazja, chłopak wykorzystuje ją i udając księdza zaczyna pełnić posługę kapłańską w miasteczku. Od początku jego metody ewangelizacji budzą kontrowersje wśród mieszkańców, szczególnie w oczach surowej kościelnej Lidii. Z czasem jednak nauki i charyzma fałszywego księdza zaczynają poruszać ludzi pogrążonych w tragedii, która wstrząsnęła lokalną społecznością kilka miesięcy wcześniej. Tymczasem w miasteczku pojawia się dawny kolega Daniela z poprawczaka, a córka kościelnej, Marta, coraz mocniej zaczyna kwestionować duchowość młodego księdza. Wszystko to sprawia, że chłopakowi zaczyna palić się grunt pod nogami. Rozdarty pomiędzy sacrum i profanum bohater znajduje w swoim życiu nowy, ważny cel. Postanawia go zrealizować, nawet jeśli jego tajemnica miałaby wyjść na jaw...

W jego rolę główną brawurowo wciela się fenomenalny Bartosz Bielenia. Pozostałą część obsady dopełniają utalentowani aktorzy młodego pokolenia – Tomasz Ziętek i Eliza Rycembel oraz Aleksandra Konieczna, Łukasz Simlat, Barbara Kurzaj, Zdzisław Wardejn i Leszek Lichota.

Plakat filmu 'Boże ciało', reż. Jan Komasa Plakat filmu "Boże ciało", reż. Jan Komasa

Obejrzyj zwiastun:

https://youtu.be/Y22lmaNA_Aw