1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Katarzyna Nosowska: "Zwracam honor"

Katarzyna Nosowska: "Zwracam honor"

Katarzyna Nosowska:
Katarzyna Nosowska: "Myślenie o sobie nie jest niczym złym. Pod warunkiem że takie samo prawo do dbania o siebie przyznajesz wszystkim, którzy cię otaczają". (Fot. Rafał Masłow)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Minione trzy lata były kluczowe. To czas, kiedy padały po kolei ostatnie przyczółki niemocy. Nie widzę już w sobie ofiary. Widzę przede wszystkim siłaczkę – mówi z dumą Katarzyna Nosowska.

Minione trzy lata były kluczowe. To czas, kiedy padały po kolei ostatnie przyczółki niemocy. Nie widzę już w sobie ofiary. Widzę przede wszystkim siłaczkę - mówi z dumą Katarzyna Nosowska.

Kiedy rozmawiałyśmy ostatnim razem, właśnie zdecydowałaś o zawieszeniu zespołu Hey. Myślałam, że chcesz usunąć się w cień, potrzebujesz spokoju. W tamtym momencie wiedziałam tylko, że nie czuję się dobrze w scenografii własnego życia, we wszystkich jego sferach. Bardzo trudny czas. Przeczytałam gdzieś, żeby (teraz wiem, że to bardzo popularna rada dla osób w różnego rodzaju potrzasku) zmienić cokolwiek. Tak jak w tej grze jenga: wysunąć jeden klocek i zobaczyć, co się stanie dalej, naruszyć strukturę. Pomyślałam, że zacznę od sfery zawodowej. Nie miałam ani planu, ani pomysłu na to, co dalej, ani tak zwanych oszczędności. Wiele osób nie decyduje się na zmianę właśnie z takich powodów, bo nie mają zabezpieczenia.

Ty się zdecydowałaś. Kroplą, która przelała czarę goryczy, było zerwanie ścięgna Achillesa. Bardzo fizyczny, banalny powód. Coś, co powinno mnie kompletnie unieruchomić, tyle że zamiast wziąć wolne i leżeć w domu z unieruchomioną nogą, pracowałam. Żeby nie zawieść tych wszystkich, którzy na mnie polegają, żeby wyszło na to, że jestem fajna. Klasyczny schemat działania people pleasera, kogoś, kto zrobi wszystko, żeby zyskać akceptację. Grałam z tą unieruchomioną nogą koncerty niemal wnoszona na scenę. Na Męskim Graniu na przykład ośmiu chłopa wpychało mnie siedzącą na wózku inwalidzkim przez rampę na scenę. Prędzej czy później musiał do mnie dotrzeć absurd tej sytuacji.

Decyzja o zawieszeniu Heya była bardzo trudna, ale to ten moment, kiedy coś poczułam. Słynny punkt zero. W życiu prywatnym – masakra. Czułam się tak, jakbym siedziała na pogorzelisku, gdziekolwiek nie spojrzałam – zgliszcza.

I nagle się okazało, że metoda naruszania konstrukcji działa. Mniej więcej w tym czasie zaczęłam nagrywać spontanicznie filmiki i wrzucać je na Instagram, potem pojawiła się propozycja z wydawnictwa, żebym napisała w oparciu o te filmiki książkę, nagrałam solową płytę „Basta”. Wychodzi na to, że przez ostatnie trzy lata byłam tak aktywna, jak – mam wrażenie – nie byłam nigdy, a w każdym razie nie tak różnorodnie. Te trzy lata są kluczowe, bo to czas, kiedy padały po kolei ostatnie przyczółki niemocy, dla mnie wojna się skończyła.

Między innymi o tym piszesz w swojej nowej książce „Powrót z Bambuko”. Skąd ten tytuł? Od dziecka słyszałam: „No i znowu zrobili nas w bambuko”. Wiem, że jest to sformułowanie nie tak dzisiaj popularne. Nie jestem nawet pewna, czy w ogóle się go jeszcze używa. Po drodze, w trakcie pisania, wymyśliłam ze trzy inne tytuły, ale cały czas miałam wrażenie, że jednak nie pasują, że tu chodzi o coś innego. W zasadzie w ostatniej chwili wpadłam na to, że ta książka jest chyba właśnie o tym – o wychodzeniu z Bambuko.

Wyobraziłam sobie krainę, miejsce, w którym tkwimy i w którym zdecydowanie jest nam zbyt ciasno, żeby w pełni rozwinąć swój potencjał. Tak jak w mojej piosence z płyty „Basta”: „Drzewo, co rośnie wątłe w szczelinie wąskiej płyty chodnikowej”. W jakimś sensie to dla mnie niezwykle romantyczny widok, triumf natury w ekstremalnie trudnych warunkach, nawet jeśli samo drzewo jest rachityczne i pokrzywione.

Bambuko jest taką przestrzenią, gdzie staramy się urosnąć, mimo bardzo niesprzyjających okoliczności.

Zaskoczyłaś mnie tą książką. Jest bardziej osobista i bardziej serio, niż się spodziewałam. Tak ją sobie zaplanowałaś czy wyszła taka w trakcie pisania? Mam wrażenie, że „Powrót z Bambuko” to klamra. Coś, co musiało się zdarzyć po tym, jak w ubiegłym roku postanowiłam zrobić „Zmalowane wrota”.

Czyli 12 spektakli, z którymi wystąpiłaś. Pomysł na „Zmalowane wrota” był tak nietypowy, że nie wiadomo było nawet, jak go zapowiedzieć. Ktoś użył terminu „stand-up”, chyba nie do końca trafionego. Co to twoim zdaniem było? Monodram, spowiedź? Ja sama nie umiałam tego projektu nazwać i właściwie go nie nazywałam. Postanowiłam też go jakoś intensywnie nie reklamować. Żadnego agitowania, żadnego „koniecznie”. Uznałam, że ci, którzy będą chcieli przyjść, przyjdą. Nie miałam scenariusza. Rozpisałam tylko te scenki rodzinne, które odgrywaliśmy z moim synem i z kolegą z zespołu Buniem. Reszta to był mój freestyle. Wiedziałam tylko, o czym chcę mówić.

Zaczynało się od tego, że na ekranach widać moje zdjęcie z przedszkola: rajstopki, spódniczka krótka z gumką w pasie, bluzeczka z kołnierzykiem. Plus czapka z bibuły. Wychodziłam dokładnie w takim samym stroju jak ten ze zdjęcia w tle. Pani krawcowa uszyła mi taki sam. Wyobrażasz mnie w tym sobie? Dawniej to byłoby nie do pomyślenia, na scenie nie pokazałabym kawałka odkrytej nogi, o całej reszcie nie wspominając. Ludzie się śmiali. Stałam tam i wiedziałam, że patrzą i śmieją się ze mnie.

Coś, czego, jak sama przyznajesz, zawsze bałaś się najbardziej... A potem zaczynałam mówić i zaczynało się dziać coś niezwykłego. To był dziwny pomysł i na żywo wydarzały się dziwne, odjazdowe rzeczy. Doświadczyłam zupełnie innego rodzaju relacji z publicznością, nigdy nie dostałam od ludzi aż tylu wiadomości. Chłopak pisał, że przyszedł z matką, bo myśleli, że to koncert. I ten chłopak pierwszy raz w życiu widział, żeby jego mama tak się wzruszyła, a po wszystkim pierwszy raz zaczęli rozmawiać w sposób, w jaki nie zdarzało im się rozmawiać. Swoim krótkowzrocznym spojrzeniem ogarniałam, że ludzie płaczą. Mój mąż, który normalnie się raczej nie rozkleja, przyznał się, że musiał wycierać oczy koszulką, bo nie miał chusteczki. Wychodziłam tak 12 razy. Więcej nie byłabym w stanie. Po tym, jak skończyliśmy, spałam dwa tygodnie non stop.

U mnie wiele rzeczy wydarza się parami. Wzajemnie się uzupełniają. Tak było z poprzednią książką i płytą „Basta”, tak jest teraz ze „Zmalowanymi wrotami” i „…Bambuko”. Przy okazji tych spektakli emocjonalną poprzeczkę postawiłam sobie wysoko, to było swego rodzaju zaproszenie, żeby wejść głębiej. Wiedziałam, że jeśli ma powstać coś jeszcze, to – zanim zamknę temat i będę chciała rozmawiać już o czymś zupełnie innym i zupełnie inaczej – ta książka ma być właśnie taka.

Muszę zapytać o rozdział „Pierwsza komunia”. Ta historia jest jak strzał między oczy, choć zaczyna się niewinnie: „Druga klasa podstawówki. Mam osiem lat. Jest połowa października. Mama jest u ojca, którego statek ślizga się po powierzchni oceanów”. Tę moją historię opowiadałam wcześniej wielokrotnie, na wesoło, prześmiesznie. Koledzy prosili: „Kaśka, a weź opowiedz o pierwszej komunii!”. Ale kiedy pisałam ten rozdział, chwilami miałam, przysięgam, wrażenie, że się uduszę. Wróciłam do tego wspomnienia w najdrobniejszych szczegółach. Przyszły do mnie obrazy, zapachy.

Ty, czyli dziewczynka, którą wysyłają, żeby zapisała się na religię, ale okazuje się, że aby mogła się zapisać, musi z nią przyjść ktoś dorosły. A że nie ma kto, dziecko miesiącami udaje, że chodzi na religię. Dwa razy w tygodniu wychodzi i włóczy się po ulicach. Aż do pierwszej spowiedzi, dzień przed komunią, kiedy w domu są już zaproszeni krewni, prosiak ubity, wędliny gotowe, sukienka kupiona. Każdy, kto to czyta, domyśla się, że kiedy za chwilę oszustwo wyjdzie na jaw, kara będzie proporcjonalna do liczby świadków tej ogromnej rodzinnej kompromitacji. Opisanie tego miało ci przynieść ulgę? Chyba bardziej miało posłużyć za przykład. To jest moja opowieść, ale może komuś czytającemu przyjdzie do głowy jakieś wspomnienie z jego dzieciństwa, kiedy czuł się tak bardzo samotny, tak bardzo nie miał się na czym oprzeć. Może to mu pozwoli jakiś fragment samego siebie odnaleźć i zaopiekować się tą małą cząstką własnej przeszłości.

Z którą dość bezwzględnie się rozliczasz. Uprzedziłaś bliskich? W końcu siłą rzeczy opowiadasz także o nich. Mogę opowiedzieć, jak zareagowała mama, kiedy zaprosiłam ją na „Zmalowane wrota”. Powiedziałam: „Mamo, to będzie o dzieciństwie, to jest o mnie, ale bardzo cię proszę, jeżeli przyjdziesz, nie oglądaj tego jako moja matka, ale jako córka swojej matki”. I ona to przyjęła, na czas spektaklu razem ze swoją siostrą (bo przyszły obejrzeć go razem) te dwie dojrzałe kobiety stały się dziewczynkami.

Dzielę się, robię to dla siebie, ale nikogo nie oskarżam. Nie jestem już na tym etapie. Nie chodzi o to, żeby uruchomić w sobie potrzebę zemsty na tych, którzy kiedyś nam zawinili. Tylko żeby zrozumieć, że to rodzaj międzypokoleniowej sztafety. Dajesz to, co dostałaś, co w tobie zostało. Jesteś matrioszką, w której jest ta mniejsza matrioszka i jeszcze mniejsza, i jeszcze... Chciałam się pochylić nad swoim doświadczeniem, ale też nad doświadczeniem moich rodziców. Rozumiem, że są, jacy są, wiem, skąd to się wzięło, i zdaję sobie sprawę, że ja również popełniłam błędy w stosunku do mojego syna.

Mówię tu o wybaczeniu, ale nie takim, które zakłada wyższość tej strony, która wybacza. Może lepiej mówić o odpuszczeniu albo zwróceniu honoru samemu sobie. Skrzywdzeni, często patrzymy na tamtych dorosłych jako wszechmocnych. Mnie pomogło oglądanie rodziców na zdjęciach, na których są mali. Może to brzmi głupio, ale naprawdę coś mi to dało. To już nie mój ojciec taki, jakim go zapamiętałam, czy moja mama, tylko dzieci. Powiązałam sobie z tym historie z ich wczesnego życia, które znam. Naprawdę mieli przerąbane. Jeśli się trochę inaczej ustawimy do własnych wspomnień, one po prostu stają się inne. Z kolei jeśli patrzymy zawsze tylko okiem dziecka, które cierpiało, będziemy całe życie przeżywać tę samą krzywdę, tylko tym razem oprawcami staną się ludzie, których spotykamy: partner, koleżanka, szef. Będziemy tego wciąż na nowo doświadczać. Moim zdaniem można to przerwać tylko wtedy, gdy przestaniemy widzieć w sobie ofiarę. Ja przestałam i widzę w sobie przede wszystkim siłaczkę.

Nie boisz się, że to, czym się dzielisz, jest za bardzo drażliwe, intymne, osobiste? Mam wprawę. Nigdy nie byłam ekspertką od światów abstrakcyjnych. Tylko na sobie względnie dobrze się znam. Jest muzyka użytkowa, są artyści, którzy opowiadają łagodne, miłe historie, i to jest bardzo potrzebne, bo nie każdy bez przerwy chce nurzać się we flakach, ale jeżeli ktoś potrzebuje zapalnika, żeby próbować się w siebie zagłębić, to może jest tu dla mnie jakieś poletko do działania. Krótko mówiąc, uprawiam wąską specjalizację. Nie twierdzę, że jestem dla wszystkich, natomiast czuję, że są osoby, którym być może jest raźniej, kiedy pokazuję: „Ej, no! Zobacz! Jest, jak jest”.

Teksty piosenek to trochę co innego. Wyobrażam sobie, jakie mogą być nagłówki na plotkarskich portalach i w plotkarskich magazynach po premierze tak osobistej książki. Piszesz o przemocy, toksycznych relacjach, bolesnych wspomnieniach. Już po „Baście” pojawiały się skandalizujące nagłówki. Czytałaś je i co? Nie czytam, choć oczywiście prędzej czy później to do mnie trafia. Na takie coś mam uniwersalną odpowiedź: No i co z tego? Istnieją takie portale, z tego żyją. Nie mam na to wpływu, nie mogę tego zablokować. Czy po to, żeby nie czytać o sobie takich rzeczy, powinnam zrezygnować ze swojej metody na sztukę? Załóżmy, że się poddaję i odkładam pasję na półkę, tracę poczucie, że wiem, co robię. Co na tym zyskuję? Że nie napisali nagłówka?

Założę się, że będą też padać pytania o to, czy twoja książka to przypadkiem nie pochwała medytacji, mindfulness, psychoterapii. Każdy sam zdecyduje, co w tym zobaczy, ale na pewno nie jest to pean na żaden z tych tematów. Już bardziej zapiski z powrotu do przytomności. 45 lat odpękałam w więzieniu cudzych oczekiwań, wymagań, mikropogwałcania siebie – po to, żeby mnie ktoś polubił. 45 lat. Uważam, że się solidnie sprawdziłam, jeśli chodzi o życie w zgodzie z całym światem. A teraz? Ilekolwiek mi zostało, te lata mam zamiar spędzić tak, jak chcę

Wiele zawdzięczasz spotkaniu z terapeutką Ewą Woydyłło.

Czasem wystarczy jedno zdanie, żeby zdarzenia potoczyły się w szczególny sposób. Ewa Woydyłło wypowiedziała najważniejsze dla mnie w ciągu tych ostatnich lat słowa: „Zajmij się sobą, nie partnerem, nie jego chorobą, to są jego sprawy”. I spośród tego cierpienia i rozpaczy, w których wtedy tkwiłam, to do mnie trafiło, zabłyszczało, naprawdę to usłyszałam. Pani Ewa Woydyłło powiedziała też: „Chciałabym powiedzieć, że twoja historia jest wyjątkowa. Ale nie jest. Masz wiele sióstr, ja jestem jedną z nich”. To również sprawiło, że spojrzałam ciut szerzej. Przede wszystkim poczułam, że nie jestem z tym sama. Ale też mogę śmiało powiedzieć, że zmienił się mój stosunek do kobiet. Siostrzeństwo do mnie przemówiło. Potrafimy być dla siebie podłe, wredne, ale za tym czymś nieprzyjemnym, wymianą jadu, również czai się jakaś ludzka historia. Ja nawet w osobie, która była tą trzecią w moim związku, teraz widzę siostrę. Widzę, że była potrzebna, bo jakby ona się nie pojawiła, nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz. Trochę to zajęło, ale mogę powiedzieć, że jestem jej wdzięczna.

Nie wiem, jak o tym mówić, żeby nie wyszło, że na starość dziwaczeję… A zresztą, co tam! To jest taki niezwykły stan – podobnie czułam się, pamiętam, w ciąży. Miałam wtedy wrażenie bycia nietykalną, niczego się nie bałam. A potem to nagle zniknęło, unieważniło się. Ale wróciło, i gorąco to polecam, bo o wiele łatwiej się żyje. Doba staje się przyjemna.

Twoja codzienność wygląda teraz zupełnie inaczej? Żadnych fajerwerków nie odnotowuję. Problemy, choroby, kryzysy, finanse – wszystko jest tak, jak było. Ale moje poczucie bycia w tym jest zupełnie inne. To takie drobne momenty olśnienia, o których zresztą piszę. To się sprowadza do takich chwil, że dostaję propozycję pracy i jedyne, o co pytam siebie, to czy jest mi z tym naprawdę, uczciwie po drodze. Nie? To dziękuję. Nie dodaję już: „Przepraszam”.

Odkryłam, że jeżeli mi jest niewygodnie, to ja muszę się ewakuować, a nie żądać od innych i otaczającego mnie świata, żeby się do mnie dopasowali. Odpuścić innym, zająć się sobą.

W książce nie daję rad, ale jest tam na przykład taki zwyczajny fragment o obiedzie. I może ktoś, czytając go, odważy się, kiedy następnym razem przyjdzie do obiadu i ciocia powie: „Dołożę ci”, powiedzieć: „Nie, nie chcę”. Bo jeśli w tak prostej sytuacji nie jesteśmy w stanie się na to zdobyć, to jak mamy to zrobić na przykład w pracy, w której doświadczamy mobbingu, czy gdziekolwiek indziej?

Strasznie bym też chciała, żeby ktoś mógł się przekonać, jakie to uczucie, kiedy pomyślisz... Dobra, może nie od razu wszystko naraz, ale na przykład, dajmy na to, nie odbiorę tego telefonu. A nie, że odbiorę i będę się przy nim kulić. Na początek nie odbiorę, a potem napiszę – bo nie powiem, jeszcze się boję powiedzieć – „Proszę do mnie nie telefonować”. A potem odważę się jeszcze skasować numer tej osoby i uznać, że nie wszyscy ludzie są dla nas.

Ostre cięcie. Ktoś może poczuć się zraniony, urażony. Do wyboru mam taki schemat, że w momencie, kiedy ktoś z zewnątrz robi „podkówkę” i mówi: „Nie rób mi tego”, to takie osobowości jak ja natychmiast się wycofują i myślą, że no dobra, trudno, reszta przodem, a ja jakoś z tyłu będę próbowała dreptać w kierunku, który wyznaczają mi inni.

Bo jaki to ma sens, że do mnie do domu przychodzi dziesięć osób, które są dla mnie ekstremalnie wredne i nieprzyjemne, a ja próbuję jeszcze dochodzić dlaczego? To jest mój dom, mam tu fajnie, zrobiłam sobie kawusię, pogoda ładna. I przychodzi do mnie koleżanka, siada i mówi mi okropne rzeczy. I teraz tak – ja nie chcę jej pouczać, stawiać warunków znajomości. Ja to szanuję, że ona taka jest, ale też nie chcę, żeby mi kawkę oprószyła tym swoim: „Jak ty żyjesz?!”. Więc nie zapraszam na kawkę.

Nie chcę ranić ludzi. Życzę im jak najlepiej. Nikomu nie robię krzywdy, dbam o siebie. To ogromna różnica i wreszcie wiem, na czym polega.

 

Katarzyna Nosowska: 'Dekady odpękałam w więzieniu cudzych oczekiwań po to, żeby ktoś mnie polubił. A teraz, ilekolwiek mi zostało, te lata mam zamiar spędzić tak, jak chcę. ' (Fot. Rafał Masłow) Katarzyna Nosowska: "Dekady odpękałam w więzieniu cudzych oczekiwań po to, żeby ktoś mnie polubił. A teraz, ilekolwiek mi zostało, te lata mam zamiar spędzić tak, jak chcę. " (Fot. Rafał Masłow)

Chodzi o różnicę między asertywnością a egoizmem? Wystarczy zaakceptować, że myślenie o sobie nie jest niczym złym. Bo nie jest. Nie ma nic wspólnego z robieniem komuś przykrości. Pod warunkiem że takie samo prawo do myślenia o sobie i dbania o siebie przyznaję wszystkim, którzy mnie otaczają.

Mówimy o zmianach. Dlaczego wzięłaś ślub? Wyjeżdżaliśmy z Pawłem do Stanów i tak z półtora tygodnia wcześniej pomyślałam… Właściwie nie wiem, o co mi chodziło. Chyba zapragnęłam czegoś symbolicznego. Jesteśmy ze sobą 20 lat, ale to jest tak naprawdę nowy związek. Mam wrażenie, że tamta nasza relacja i ta teraz to zupełnie inne układy. Nie miałam motywacji, jakie się czasem w przypadku ślubów ma. Że to coś gwarantuje. Dla mnie to nie jest żadna obietnica tego typu, że ja się zobowiązuję, że się zmuszę, chociażby się źle działo, że w tym wytrwam. Tak samo jak nie uważam, że Paweł miałby się katować, będąc ze mną, jeżeli któregoś dnia poczuje, że ma inne powołanie. Chyba bardziej chodziło o samo wydarzenie, że byliśmy tylko my i nasi synowie. Oni są w jednym prawie wieku, wytrwali w tym całym rodzinnym patchworku, byli w tym wszystkim z nami, w tych trudnych odsłonach też. Ta wielka zmiana w Pawle, we mnie – dla nich to też ważne. Moment ślubu był wzruszający, potem to już nie ma żadnego znaczenia.

Ciekawe, że w równoległym spacerze przez życie spotkaliśmy się z Pawłem trzy lata temu w punkcie restartu. On też zaczyna na nowo. To jest jego droga i nie chodzi tylko o jego niepicie. On też się sobą na poważnie zainteresował, sprawdza, bada. A jednocześnie jesteśmy razem. Obok siebie, już nie jedno na drugim, już na sobie nie wisimy.

Czujesz się piękna i mądra? Już o sobie nie pomyślę, że jestem głupia. To podważyłam, uważam, że jestem mądrą osobą. Mądrą na swój własny użytek, na skalę mojego życia.

To głowa, a co z fizycznością, z ciałem? Nie wiem, czy wiele, ale na pewno niektóre kobiety mają tak jak ja, że mieszkamy w głowie. Czyli jestem od szyi w górę, a tak naprawdę nie mam relacji z ciałem. Zaniedbałam je, jest zmarnowane przez lata braku czułości, przez lata ignorowane, niebrane pod uwagę. Patrzę teraz na nie i myślę, że na pewno nie chcę się odchudzić dlatego, żeby wyglądać ładnie. Albo żeby nie było ze mną kłopotu na sesjach zdjęciowych, bo zawsze był. Te nogi nosiły ten wielki nadmiar tyle lat, a ja mam potrzebę wreszcie się tym ciałem zająć, a nie je katować, nadwerężać. Rzucam palenie, na razie bardzo ograniczyłam. Jak się spotkamy za następne trzy lata, bardzo liczę, że będzie widać, że dbam też o fizis, a nie tylko o psyche.

Serio boisz się dostać Złotego Fryderyka za całokształt twórczości? No nie, ten fragment z książki o Fryderyku to jakaś kropla w bełkocie myśli. Opisuję jeden ze swoich myślotoków, w takich chwilach cierpię zdecydowanie na nadprodukcję wątków. Był wśród nich taki, że przez parę lat chcieli mi wręczyć Złotego Fryderyka – i tu rodzi się pytanie, czy to przypadkiem nie zniuansowany sygnał, że: proszę bardzo, statuetka i tej pani już dziękujemy.

Ale Krzyż Zasługi masz. Wręczany w Pałacu Prezydenckim. Pamiętam, że to jeszcze był czas, kiedy bardzo mi zależało na tym, żeby tata mnie pochwalił. Żeby pomyślał, że może jestem fajna. Nie zbieram już krzyży.

Jesteś z siebie dumna? To bardzo dziwne, bo nigdy nie byłam w stanie czegoś takiego powiedzieć. Ale tak, jestem z siebie dumna. Naprawdę, szczerze.

 

Książka „Powrót z Bambuko” ukazała się nakładem wydawnictwa Wielka Litera. Książka „Powrót z Bambuko” ukazała się nakładem wydawnictwa Wielka Litera.

Katarzyna Nosowska, ur. 30 sierpnia 1971 roku w Szczecinie. Wokalistka, kompozytorka, felietonistka, autorka tekstów piosenek oraz dwóch książek. Od roku 1992 do 2017 na czele zespołu Hey. Laureatka Paszportu „Polityki”, artystka 27-krotnie nagradzana Fryderykiem. W roku 2018 ukazała się jej debiutancka bestsellerowa książka „A ja żem jej powiedziała...”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

10 kroków do osiągnięcia celu

Co zrobić, by skutecznie realizować cele? (Fot. iStock)
Co zrobić, by skutecznie realizować cele? (Fot. iStock)
Tak, my ciągle czegoś pragniemy, taka jest ludzka natura. Ale nie pragniemy odpowiednio. Po pierwsze sami tak naprawdę nie wiemy, czego chcemy. A tego, czego chcemy naprawdę, boimy się. Co zrobić, by realizować cele skutecznie? Przejść uczciwie 10 kroków.

1. Czego najbardziej pragniesz?

Po pierwsze - wyraźnie wyartykułuj jeden cel, na którym chcesz skupić uwagę swojego umysłu i poświęcić mu energię.

Przykład: Chcę poprawić poczucie własnej wartości i pewności siebie.

2. Rewizja podstawowych założeń dotyczących wiary w siebie i własne zdolności do zmiany

Po drugie - kiedy tylko wyznaczysz sobie cel, zadeklaruj zamiar wprowadzenia zmiany w życie. W celu wzmocnienia się w tym postanowieniu, wyobraź sobie dokładnie swoje życie po dokonaniu tej zmiany, obojętnie czy jest ona duża, czy mała. Jak się z tym czujesz? Poszukaj źródła swojej mocy. Skąd ono wypływa? Z jakiej twojej cechy, umiejętności, daru?

Jeśli świadomie zdecydujemy się uwierzyć w siebie i w swoje wewnętrzne zdolności, potrzebne nam do wzmocnienia pozytywnych zmian, podświadomy umysł poprowadzi nas drogą prosto do celu. Jest on bowiem twórcą naszych życiowych doświadczeń. Trzy założenia do rozważenia:

  • Biorę pełną odpowiedzialność za realizację mojego celu i wprowadzanie zmian w moim życiu.
  • Wierzę w siebie, jestem wdzięczna za moją wrodzoną zdolność do tego, żeby zmienić w moim życiu.
  • Wybieram to, co jest najlepsze dla mojego umysłu, ciała i ducha.

3. Dlaczego chcesz tego, czego chcesz?

Po trzecie - dobrze zastanów się, dlaczego chcesz zrealizować ten cel.

Przykład: Chcę podnieść poczucie własnej wartości, bo chcę siebie w pełni akceptować i czuć się lepiej w obecności innych ludzi.

4. Jeszcze raz zadaj sobie poprzednie pytanie. Wejrzyj w siebie jeszcze głębiej

Po czwarte - na tym etapie poszukaj podświadomych powodów, które podsycają twoje pragnienie. Czego potrzebuje twoja dusza? Postaraj się na to pytanie odpowiedzieć jak najbardziej wyczerpująco. Być może dotkniesz teraz swoich bolesnych miejsc.

Przykład: Nie chcę, żeby ludzie wykorzystywali mnie jak moją matkę. Chcę umieć głośno powiedzieć „nie”, zamiast dusić je w środku, a potem czuć niechęć do siebie i innych. Chcę wyjść z bezsilności, którą czułam, gdy mój ojciec wpadał w gniew. Chcę stworzyć związek oparty na pełnej miłości równowadze.

5. Przyjrzyj się swoim najgłębszym wartościom, które chcą się urzeczywistnić przy okazji osiągnięcia celu

Po piąte - zastanów się, co jest dla ciebie ważne w życiu. Uniwersalne pragnienia, takie jak pragnienie szczęścia, bezpieczeństwa, zdrowia, dobrego samopoczucia, zrozumienia, uczciwości, zabawy, radości, miłości - mają moc kształtowania życia, ponieważ oddziałują na połączenia neuronowe w mózgu, które z kolei popychają nas do działania.

Przykład: Chcę czuć w sobie więcej zaufania do własnej mocy. To mi przyniesie akceptację siebie i innych oraz pozwoli na zbudowanie autentycznego związku.

6. Czego najbardziej boisz się, gdy myślisz o realizacji tego celu?

Po szóste - zidentyfikuj swoje lęki, które wiążą się z osiągnięciem swojego celu. Odpowiedz sobie na pytanie: „Co najgorszego mogłoby się wydarzyć, gdybym podjęła się realizacji mojego celu?”.

Przykład: Gdybym stała się bardziej pewna siebie rodzice i przyjaciele mogliby pomyśleć, że jestem samolubna, egocentryczna i arogancka. Z tego powodu mogliby mnie krytykować a nawet odrzucić.

7. Czego najbardziej boisz się w związku z nieosiągnięciem tego celu?

Po siódme - zadaj sobie podobne pytanie, ale tym razem wyobraź swoje życie, gdybyś nie osiągnęła swojego celu.

Przykład: To by było straszne, żyłabym nadal w poczuciu swojej niskiej wartości, niewiele bym znaczyła dla siebie i innych, nie miałabym odwagi by wchodzić w prawdziwe relacje z ludźmi.

8. Co możesz zadeklarować mimo lęków?

Po ósme – potrzebna jest teraz jasna deklaracja wizji życia, jakie chcesz mieć, gdy zrealizujesz swój cel z pełną świadomością, że się boisz.

Przykłady: Wybieram zdrowe poczucie własnej wartości i zaufanie do siebie mimo obaw i wątpliwości, które mam. Jasno wyrażam to, co chcę, mimo że boję się, że zostanę odrzucona.

9. Jakie działania w kierunku osiągnięcia celu mogą podjąć już dzisiaj?

Po dziewiąte - zaplanuj konkretne działania, które możesz podjąć natychmiast. Poprzednie kroki miały na celu nastawienie twojego podświadomego umysłu na cel, teraz przenieś energię na realizację.

Przykład: Porozmawiam z szefową o tym, że potrzebuję więcej czasu na wykonanie nowego projektu. (Chodzi tu o to, żeby zacząć stawać za sobą, niezależnie od wyniku rozmowy).

10. Pomagaj sobie afirmacjami

Po dziesiąte - sformułuj afirmację, która będzie podsycać twoją energię do działania, oddziałując na twój podświadomy umysł.

Przykłady: W pełni kocham i akceptuję siebie taką, jaka jestem. Jestem wolny w tym, czego naprawdę chcę. Kocham siebie i jestem kochana.

Nie jest ważne, jaki jest twój osobisty cel. Powyższe kroki można zastosować do realizacji każdego pragnienia. Wpływają one na podświadomy umysł, który poprowadzi cię twoją drogą. Przedtem jednak trzeba świadomie, z odwagą i mądrością, podjąć decyzję o zmianie życia. Gdy osiągniesz porozumienie na tych dwóch poziomach swojej jaźni, łatwiej ci będzie wyjść z dawnych nawyków, uzależnień, deficytów. Kluczem do sukcesu jest świadoma koncentracja się na tym, co naprawdę chcesz, a jednocześnie kontakt z emocjami, które są w stanie popchnąć cię do sięgnięcia po nowe. Powodzenia!

  1. Retro

Była miłością życia Johnny’ego Casha, a stała się „tą drugą” – prawdziwa historia Vivian Liberto

Małżeństwo Johnny'ego Casha i Vivian Liberto trwało 13 lat. Para rozwiodła się w 1966 roku. Na wieść o śmierci muzyka w 2003 roku Vivian zareagowała następującymi słowami: „Chociaż nie widywałam go zbyt często, nie rozmawiałam z nim, wystarczyło, że wiedziałam, że był na tej planecie. Ale teraz już go nie ma i nie wiem, czy sama chcę tu być”. (Fot. materiały prasowe)
Małżeństwo Johnny'ego Casha i Vivian Liberto trwało 13 lat. Para rozwiodła się w 1966 roku. Na wieść o śmierci muzyka w 2003 roku Vivian zareagowała następującymi słowami: „Chociaż nie widywałam go zbyt często, nie rozmawiałam z nim, wystarczyło, że wiedziałam, że był na tej planecie. Ale teraz już go nie ma i nie wiem, czy sama chcę tu być”. (Fot. materiały prasowe)
Z miłości życia Johnny’ego Casha stała się „tą drugą”. Żyła w cieniu sławnego muzyka, samotnie wychowując jego córki, gdy ten jeździł w trasę i korzystał z uroków życia. W opinii publicznej funkcjonowała jedynie jako dodatek do męża. Jaka była naprawdę? Czy rzeczywiście zawistna i zazdrosna? Oto prawdziwa historia Vivian Liberto.

Choć znał tylko cztery akordy, był niekwestionowaną ikoną muzyki country. Johnny Cash przez życie szedł zygzakiem, najczęściej pod prąd. Miał mentalność wyrzutka i zbaczał z każdej drogi. „Był dokumentnie pokręcony, ale walczył ze sobą” – wspominali koledzy z zespołu. Do tego miał słabość do kobiet, dla których był pociągający nie tylko jako muzyk, ale też mężczyzna o wizerunku buntownika.

Historia miłości Johnny’ego Casha i June Carter jest tak bajkowa, że wydaje się aż niemożliwa. A jednak – spotkali się na scenie, oboje po przejściach, zakochali się w sobie od razu. Potem on przeszedł duchową przemianę. Ludzie ich uwielbiali. Gdzie w tym wszystkim miejsce dla Vivian Liberto, zapomnianej pierwszej żony Casha i matki jego czwórki dzieci: córek Rosanne, Kathy, Cindy i Tary? Samotnej we własnym domu, okaleczonej psychicznie, zmagającej się z niekończącymi się obowiązkami, natrętnymi fanami pukającymi do drzwi, a także wieczną nieobecnością i uzależnieniami męża. Teraz, gdy ludzie dopiero zaczynają słuchać pokrzywdzonych kobiet, jest najlepszy czas, aby opowiedzieć jej historię, bo prawdziwe życie Vivian było romantyczne i oszałamiające, trudne i ważne, a przy tym niezwykle filmowe.

Urodziwa Teksanka Vivian Liberto od razu przykuła uwagę Johnny'ego Casha. Wyglądała niezwykle egzotycznie. Była bardzo kobieca, miała piękną figurę i niespotykane wyczucie stylu. (Fot. materiały prasowe)Urodziwa Teksanka Vivian Liberto od razu przykuła uwagę Johnny'ego Casha. Wyglądała niezwykle egzotycznie. Była bardzo kobieca, miała piękną figurę i niespotykane wyczucie stylu. (Fot. materiały prasowe)

„Nigdy nie przestanę Cię kochać”

Vivan Liberto przyszła na świat 23 kwietnia 1934 roku w San Antonio w Teksasie. Jej rodzice, Tom i Irene, pochodzili z Sycylii. Ojciec był niezwykle surowym, zdewociałym katolikiem, a matka uzależnioną od alkoholu gospodynią domową. Z tego względu Vivian musiała szybko dorosnąć: zajmować się domem, gotować, sprzątać. Robić wszystko to, czego nie była w stanie zrobić jej mama. Gospodarowania nauczyła się natomiast w katolickiej szkole dla dziewcząt im. Saint Mary w San Antonio. Ciężkie dzieciństwo było jednak dopiero początkiem…

Liberto i Cash poznali się na torze wrotkowym w 1951 roku, gdy Vivian miała 17 lat, a Johnny był młodym adeptem Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych stacjonującym przez krótki czas w San Antonio. Brunetka z ciemnymi oczami od razu przykuła jego uwagę. Wyglądała niezwykle egzotycznie. Była bardzo kobieca, miała piękną figurę i niespotykane wyczucie stylu. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Zaczęli razem jeździć, flirtować, a potem odprowadził ją do domu. Młody, przystojny chłopak w mundurze zrobił na Vivian ogromne wrażenie.

Widywali się przez 3 tygodnie, zanim Johnny został wysłany do Niemiec Zachodnich. Wtedy zaczęli pisać do siebie listy, niemalże codziennie. Byli wręcz zamroczeni miłością. „Moja Najdroższa”, „Mój Aniele”, „Moja Kochana”, „myślę o tobie dzień i noc”, i tak bez końca… Później uczucia przekazywali sobie na taśmach. Johnny nagrywał piosenki, nad którymi pracował. „Czy jestem jedynym, który będzie Cię miał do końca świata? Czy będzie inny kochanek, który skradnie miłość, która jest moja?” – śpiewał. Jedna z wiadomości szczególnie chwyciła Vivian za serce:

„Witaj, Vivan. Jak się ma moja ukochana? Ja mam się dobrze, ale jak zwykle tęsknie za Tobą… Ja zawsze bardzo za Tobą tęsknię, Viv. To nie to samo, co bycie z Tobą, ale chcę powiedzieć Ci kilka rzeczy. Najważniejsze jest to, że Cię kocham. Tak, Vivian, bardzo Cię kocham. Już niedługo, będziemy razem na zawsze. Nie będziemy już dłużej liczyć dni. Trzymaj te drogocenne listy, dopóki nie będziemy razem. Tak wiele dla mnie tutaj znaczą. Będę o Tobie myślał, póki znów nie będziemy razem i nigdy nie przestanę Cię kochać. Kocham Cię, Vivian”.

Zaręczyny również odbyły się listownie. Johnny wysłał nawet pierścionek. Gdy po tysiącach listów i długim rozstaniu wrócił do domu, było to dla nich wielkim przeżyciem. Desperacko chcieli być razem i się pobrać. Ślub odbył się 7 sierpnia 1954 roku w San Antonio. Wydali na niego wszystkie oszczędności, a potem pojechali na miesiąc miodowy do Memphis, gdzie również się przeprowadzili. Johnny otrzymał wtedy ofertę pracy w fabryce samochodów. Kolega miał gitarę, więc zaczęli się spotykać i grać. Codziennie pojawiali się również w wytwórni Sun Records u Sama Phillipsa, dopóki ten ich nie wysłuchał.

Zaraz po ślubie Vivian zaszła w ciążę. Gdy zamieszkali w małym mieszkaniu w Memphis byli bardzo biedni. Nie mieli nawet pieniędzy na jedzenie. Vivian zawsze podkreślała, że były to najtrudniejsze, ale również najlepsze, najszczęśliwsze czasy w jej życiu. Sielanka nie trwała jednak długo. Miesiąc po przyjściu na świat Rosanne ukazał się pierwszy album Casha i wszystko się zaczęło. Johnny zaczął koncertować i jeździć w trasy. Gdy pierwszy raz wyjechał, Vivian była przerażona wizją, że zostanie sama w domu z dzieckiem. Ponadto, 6 tygodni po porodzie zaszła w ciążę z Kathy. Zawsze mówiła, że chce mieć szóstkę dzieci, jednak to, co działo się wokół zaczęło ją przytłaczać. „Jak sobie poradzę z dwójką niemowlaków?” – zastanawiała się.

Nagle zrodziła się ogromna sława, a Johnny Cash stał się jedną z największych nowych gwiazd muzyki country. Był bardzo popularny, prawie jak Elvis, z którym stawiano go w jednym szeregu. Nastąpił klasyczny efekt śnieżnej kuli, wszystko działo się niesamowicie szybko. Pierwszy wielki hit Casha, „I Walk The Line”, piął się na listach przebojów. Tekst opowiadał o miłości do Vivian: „Masz sposoby, aby mnie zatrzymać przy sobie. Dajesz mi powody do miłości, której nie mogę ukryć. Dla Ciebie spróbowałbym nawet odwrócić bieg rzeki. Jesteś moja, dlatego nie zbaczam z kursu”.

Na początku byli w sobie bardzo zakochani. Stan ten trwał przez dość długi czas. Vivian zawsze podkreślała: „Przez pierwsze lata nasz związek był bardzo udany. Cieszę się z tego i mam nadzieję, że moje dzieci mają dobre wspomnienia z tego okresu”. Wszystko było bardzo napięte, ale mimo tras i prób Johnny znajdował czas dla rodziny. W 1957 roku małżeństwo Cashów opuściło Memphis i przeprowadziło się do Encino w Kalifornii, w dolinie Los Angeles. Ich trzecia córka Cindy miała wtedy kilka miesięcy, a Johnny dostał propozycję zagrania w filmie „Pięć minut na życie”. Jego menadżer wymyślił, że wejście w kino będzie kolejnym krokiem w jego karierze. Film nie odniósł jednak sukcesu, a Cash nie sprawdził się jako aktor. Mimo to, rodzina została w LA. Vivian myślała wtedy, że gdy przeprowadzą się do Kalifornii, mąż będzie występował w telewizji, grał w filmach i wracał co noc do domu. Rzeczywistość okazała się nieco inna. Johnny chodził na obiady z szefami, potem robił program w TV, trasę i dodatkowo promował siebie. Australia, Tasmania, Nowa Zelandia, Alaska, Pitticollac Cove – co chwilę nowe miejsce. Miała męża który był bardzo sławny i podróżował, a ona zostawała w domu z dziećmi – kompletnie sama, bez żadnej pomocy. Było jej wtedy niezwykle trudno. Ponadto nie była przygotowana na taki rozgłos i uwagę publiczną. Była skromną dziewczyną, której zależało na życiu rodzinnym. Jej system przyjmował sławę jako upokorzenie.

Na początku byli w sobie bardzo zakochani. Vivian zawsze podkreślała: „Przez pierwsze lata nasz związek był bardzo udany. Cieszę się z tego i mam nadzieję, że moje dzieci mają dobre wspomnienia z tego okresu”. (Fot. materiały prasowe)Na początku byli w sobie bardzo zakochani. Vivian zawsze podkreślała: „Przez pierwsze lata nasz związek był bardzo udany. Cieszę się z tego i mam nadzieję, że moje dzieci mają dobre wspomnienia z tego okresu”. (Fot. materiały prasowe)

Raj, który zamienił się w piekło

Kolejnym etapem w ich życiu było zamieszkanie w małej wiosce Casitas Springs. W 1961 roku zbudowali ogromny, odizolowany od świata dom na wzgórzu, pośrodku niczego. Był to wiejski zamek ukryty przed ludźmi, a wokół otaczały ich biedne domki niższej klasy średniej. Vivian była wtedy w ciąży z Tarą, którą urodziła tuż przed przeprowadzką. Poród był niezwykle trudny. Mówiła, że już nie chce mieć więcej dzieci. Była w szpitalu kilka dni, a gdy wróciła do domu, Johnny znów pojechał w trasę. Kolejny raz została sama, tym razem już z czwórką dzieci. Była przerażona, a im dłużej trwała nieobecność męża, tym było gorzej. Pewnego dnia wrócił, ale nie był sobą. To był początek jego uzależnienia od narkotyków i alkoholu.

Relacje Johnny’ego i Vivian znacznie się pogorszyły. On wracał do domu później niż obiecywał, najczęściej nad ranem i pod wpływem środków odurzających. Ona wykorzystywała spóźnienia przeciwko niemu. Wtedy zaczynały się kłótnie. W ich życiu pojawiła się również June Carter, a Johnny zaczął coraz bardziej oddalać się od żony i dzieci. Wszyscy widzieli, że po prostu szuka sposobu, aby odejść na dobre. Wyjeżdżał na coraz dłuższy czas, praktycznie w ogóle nie było go w domu. Mijały urodziny dzieci, rocznice ślubu, święta, a on się nie pojawiał. Gdy przyjeżdżał po długiej nieobecności, dochodziło do starć. Pojawiły się też niezauważalne wcześniej różnice. Vivian była wściekła, nie chciała być już cichą kurą domową, a Johnny nie znosił kłótni.

Vivian zamknęła się w sobie. Zaczęła się bać, że straci męża, co przerodziło się w ogromny lęk i niechęć. Niewiele jadła, praktycznie cały czas spała, zamartwiała się, traciła na wadze, wypłakiwała oczy. Zgryzota prowadziła ją prosto ku śmierci. Nie wiedziała jak znaleźć Johnny’ego, żeby z nim porozmawiać. Można było zadzwonić do kolegów z zespołu lub kogoś z kim współpracuje – był to jedyny sposób na kontakt. Starała się być silna, ale jednocześnie rozpadała się w środku. Bywała wściekła, przerażona, niespokojna, porażona żalem. W domu brakowało poczucia bezpieczeństwa, panował chaos. Nie było wychowania, tylko ciągła obawa, że Vivian sobie coś zrobi. „Kiedy wracałam ze szkoły, zastanawiałam się, czy mama jeszcze żyje. To było popieprzone. Tak nie powinno się wychowywać dzieci” – wspominają córki, dla których był to wyjątkowo mroczny czas.

Gdy Johnny wyruszał w trasę koncertową, Vivian zostawała sama z dziećmi. Była przerażona, a im dłużej trwała nieobecność męża, tym było gorzej. (Fot. materiały prasowe)Gdy Johnny wyruszał w trasę koncertową, Vivian zostawała sama z dziećmi. Była przerażona, a im dłużej trwała nieobecność męża, tym było gorzej. (Fot. materiały prasowe)

Trudnym momentem w życiu Vivian był również rok 1965, kiedy Johnny został aresztowany w El Paso za posiadanie narkotyków. Pigułki znaleziono w futerale na gitarę. Vivian poszła z nim do sądu, a gdy wychodzili z budynku, ktoś zrobił im zdjęcie, które trafiło na okładki gazet. Wtedy zaczęły się plotki o tym, że Vivian jest czarnoskóra. Na południu w latach 60. poślubienie czarnej kobiety było niedopuszczalne. Małżeństwo walczyło więc z nienawiścią i prześladowaniem. Odwołano nawet wszystkie koncerty Casha, więc aby móc występować, muzyk musiał sądownie udowodnić, że Vivian jest kobietą rasy kaukaskiej.

Cała ta sytuacja dotknęła jej najgłębszych ran, które tkwiły w niej od dzieciństwa. Znowu przestała sypiać. Pewnego dnia powiedziała córkom: „Doktor powiedział, że jeśli się nie pozbieram, ktoś inny będzie musiał zająć się moimi dziećmi. W tym momencie postanowiłam, że muszę wyjść na prostą, muszę przestać myśleć o samobójstwie i skupić się na tym, co trzeba”. W 1966 roku złożyła pozew o rozwód z nadzieją, że Johnny wróci do domu. Myślała, że mąż w końcu się opamięta, ale wszystko obróciło się przeciwko niej – ku jej zaskoczeniu zgodził się bez zastanowienia. Po 13 latach małżeństwo Cashów dobiegło końca.

„Miała wybór: położyć się i umrzeć, albo iść dalej – wybrała to drugie”

W 1968 roku zaczęła życie na nowo. Nie wiadomo skąd miała na to siłę. Znalazła dom w dobrej lokalizacji, ponownie wyszła za mąż. Jej wybrankiem został Dick Distin, policjant z Kalifornii, przy którym w końcu czuła się bezpiecznie i mogła mieć wszystko pod kontrolą. Dobrze wiedziała, że prędzej czy później Johnny poślubi June, dlatego ona chciała zrobić to pierwsza. Po prostu nie mogła być sama. W tym czasie rozwijała pasje: taniec, ogrodnictwo, malarstwo. Organizowała spotkania i przyjęcia dla rodziny i przyjaciół, żyła pełnią życia. Najważniejsze było mieć zajecie, bo gdy była zajęta, nie myślała. „Radzę sobie lepiej, kiedy o pewnych sprawach nie myślę” – mówiła.

Pewnego dnia Vivian powiedziała córkom: „Doktor powiedział, że jeśli się nie pozbieram, ktoś inny będzie musiał zająć się moimi dziećmi. W tym momencie postanowiłam, że muszę wyjść na prostą, muszę przestać myśleć o samobójstwie i skupić się na tym, co trzeba”. (Fot. materiały prasowe)Pewnego dnia Vivian powiedziała córkom: „Doktor powiedział, że jeśli się nie pozbieram, ktoś inny będzie musiał zająć się moimi dziećmi. W tym momencie postanowiłam, że muszę wyjść na prostą, muszę przestać myśleć o samobójstwie i skupić się na tym, co trzeba”. (Fot. materiały prasowe)

Po rozwodzie dla ludzi stała się nikim, przestano ją dostrzegać. Opinia publiczna przedstawiała ją jako kobietę, którą Johnny musiał zostawić, żeby się ratować, oczyścić i rozpocząć nowe, lepsze życie u boku June Carter, z którą ożenił się w 1968 roku. Oświadczał się 30 razy, zanim się zgodziła. Powiedziała „tak” na scenie podczas koncertu w Londynie. Drugie małżeństwo muzyka mu służyło – zerwał z nałogami, nawrócił się, a jego kariera nabrała tempa. To właśnie June była tą, która uratowała go od narkotyków. To z nią dzielił miłość do muzyki, występował, jeździł w trasę. Publiczność ich uwielbiała, a program „The Johnny and June Show” był niezwykle popularny, natomiast Vivian popadła w zapomnienie. „Nie potrafiła pomóc ani sobie, ani Johnny’emu”, „Inna kobieta pomogła mu wyjść z choroby gorszej niż rak” – pisano w gazetach.

Podczas wywiadów Carter mówiła, że mają siódemkę dzieci. Tak naprawdę mieli tylko syna, Johna. June miała jeszcze dwie córki z poprzedniego małżeństwa, Carlene i Rosie. To bolało Vivian najbardziej. Wychowanie dziewczynek było dla niej ogromnym wysiłkiem, robiła to całkiem sama, bez niczyjej pomocy. Było jej ciężko słuchać, jak nowa żona jej byłego męża najzwyczajniej w świecie przywłaszcza sobie jej dzieci. Do tego nie mogła nic zrobić, nie miała jak tego sprostować opinii publicznej. Zawsze mawiała: „Zobaczycie, pewnego dnia napiszę książkę”. June mogła bez końca mówić mediom „To są nasze dzieci”. Vivian nie miała tego przywileju, a bardzo zależało jej na tym, aby ludzie widzieli w niej matkę, dostrzegli jej rolę. Pozwalając June mówić tak, Johnny ponownie łamał Vivian serce.

W późniejszych latach Vivian starała się żyć pełnią życia. Mieszkała w Venturze, często widywała się z córkami i ich rodzinami. Była pełna energii, ale już dawno straciła radość życia. Nie śmiała się, widać było, że cierpi. Było jasne, że nadal kocha Johnny’ego, i tylko jego. Zawsze go kochała. I nigdy o nim nie zapomniała, a jej obecny mąż dobrze o tym wiedział. Gdy 15 maja 2003 roku zmarła June, Vivian spotkała się z Johnnym, aby poprosić go o zgodę na napisanie i publikację książki. Chciała w końcu opowiedzieć światu swoją historię. „Powinnaś to zrobić” – powiedział. Cieszyła się, że uzyskała jego aprobatę, bo wiele dla niej znaczył.

Kilka miesięcy później Johnny dołączył do June, a Vivian ponownie doświadczyła straty na oczach całego świata. „Chociaż nie widywałam go zbyt często, nie rozmawiałam z nim, wystarczyło, że wiedziałam, że był na tej planecie. Ale teraz już go nie ma i nie wiem, czy sama chcę tu być” – mówiła. W tym czasie można było odczuć, że ludzie woleliby wymazać ją z życiorysu męża. Było to dla niej podwójnie trudne.

Johnny Cash poślubił June Carter w 1968 roku. Oświadczał się 30 razy, zanim się zgodziła. Powiedziała „tak” na scenie podczas koncertu w Londynie. Drugie małżeństwo muzyka mu służyło – zerwał z nałogami, nawrócił się, a jego kariera nabrała tempa. (Fot. BEW Photo)Johnny Cash poślubił June Carter w 1968 roku. Oświadczał się 30 razy, zanim się zgodziła. Powiedziała „tak” na scenie podczas koncertu w Londynie. Drugie małżeństwo muzyka mu służyło – zerwał z nałogami, nawrócił się, a jego kariera nabrała tempa. (Fot. BEW Photo)

„Wybaczyłam Johnny’emu i June”

W książce „I Walked The Line”, którą napisała pod koniec życia, wybaczyła byłemu mężowi i jego drugiej żonie. Zmarła po nieudanej operacji na raka płuc. W końcu stała się wolna – od cierpienia, poniżenia, smutku, żalu, odrzucenia i tego wszystkiego co ją spotkało. Odeszła kochając Johnny’ego całym sercem. Mówiła, że nigdy nikogo nie kochała tak jak jego. „Kochała do szaleństwa, była wspaniałą przyjaciółką. Była zdyscyplinowana, zawzięta i kreatywna. Próbowała różnych rzeczy, dzięki którym czuła się potrzebna i ważna dla świata, była niesamowitą kobietą z talentami i apetytem na życie” – wspominają córki.

Jesienią 2005 roku miała odbyć się premiera głośnego „Spaceru po linie” z Joaquinem Phoenixem i Reese Whiterspoon w rolach głównych. Film portretuje Vivian niezgodnie z rzeczywistością, jako tę okrutną, zawistną i zazdrosną. Tę niestabilną psychicznie, która miała wieczne pretensje do męża i stała mu na drodze do szczęścia. Vivian przeczuwała, że produkcja nie postawi jej w dobrym świetle i dlatego chciała stąd zniknąć. „Film przedstawiał ją inną niż była, bo nie sądzę, żeby ktokolwiek próbował ją wcześniej poznać”, „Ten film by ją zabił” – mówiły rozgoryczone córki.

Prawdziwą pamięć o Vivian Liberto Cash Distin przywraca dokument „Moja kochana Vivian” w reżyserii Matta Riddlehoovera, który od niedawna można obejrzeć w kinach. Jest to historia opowiedziana z perspektywy czterech córek Cashów: Rosanne, Kathy, Cindy i Tary, które dzielą się z widzami swoim spojrzeniem na ówczesne rodzinne problemy. Mówią o emocjach, miłości, samotności i strachu, przedstawiając relację rodziców z zupełnie nowej, nieznanej ludziom perspektywy. Zabierają widzów w romantyczną, ale również niezwykle traumatyczną podróż po doświadczeniach kobiety, która w świadomości ludzi przez długi czas funkcjonowała jedynie jako dodatek do sławnego męża.

"Historia mojej matki często była gubiona lub interpretowana w sposób błędny, służący mitowi" – mówi najstarsza córka Cashów, Roseanne. "Ten film, opowiadający o prawdziwej Vivian Liberto, a nie jej hollywoodzkiej wersji, jest bolesny, a jednocześnie pełen współczucia, rozdzierający, ale prawdziwy. Pomimo tego, że ogromnie chroniła swoją prywatność, myślę, że pragnęła, aby jej historia została opowiedziana, a jej miejsce w historii mojej rodziny zostało uznane z szacunkiem i miłością” — dodaje.

  1. Psychologia

Jedz, odpoczywaj i kochaj… siebie! Dla wyczerpanych emocjonalnie

Czy w twoim życiu jest miejsce na własne potrzeby, oczekiwania, na wyrażenie siebie? (Fot. iStock)
Czy w twoim życiu jest miejsce na własne potrzeby, oczekiwania, na wyrażenie siebie? (Fot. iStock)
„Trzeba znaleźć swój sposób na wyciszenie i traktować go jak mycie zębów! Żyjemy w czasach, kiedy to jest absolutnie konieczne. To może być coraz bardziej popularna i rzeczywiście skuteczna metoda mindfulness, medytacja, wizualizacja, ćwiczenia oddechowe. Cokolwiek, co pomoże nam umieć bywać „tu i teraz”, co pomoże wyplenić nam ze swojego życia choć część automatyzmów i zastąpić je świadomymi zachowaniami.”, przekonuje Adriana Klos, psychoterapeutka.

„Nic nie waży tyle, co zmęczone serce.”, to słowa, które powiedział José de San Martin, argentyński generał. Zatem nawet żołnierz narażający życie na froncie w wyczerpującej walce stwierdza, że to właśnie zmęczenie „emocjonalne” jest tym najtrudniejszym…
I wiele w tym prawdy. Jesteśmy wtedy przeciążeni, pozbawienie energii, nic nam się nie chce, to jest taki stan, kiedy – mówiąc obrazowo – życie nas nie cieszy. I powiem od razu, na wstępie, że to jest sytuacja, do której warto nie dopuszczać. Oczywiście, z tego też można się jakoś „wygrzebać”, ale droga jest długa i trudna. Zdecydowanie lepiej jest siebie tak nie zaniedbywać, być ze sobą w kontakcie, nauczyć się czytać sygnały, które znacznie wcześniej wysyła nam nie tylko „dusza”, ale także i ciało.

A my często wiążemy je z chorobą, zamiast pomyśleć o naszych emocjach.
Sygnałem alarmującym są także irytacja, fakt że zaczynamy izolować się od świata, od ludzi, nie robimy tego, na co mamy ochotę albo wręcz przestajemy czuć że mamy ochotę na cokolwiek. Gorzej śpimy – to znaczy, że kiedy jesteśmy na tak zwanym „luzie”, czyli kładziemy się do łóżka, by w teorii odpocząć, zaczyna się gonitwa myśli. Razem z zachodem słońca znikają rozpraszacze, a w naszej głowie zamiast ciszy aż huczy…
Pojawiają się też czasem, zupełnie nieuzasadnione, bo nie ma żadnej konkretnej przyczyny, napady lęku. Nagle zaczynamy się bardzo bać, dopada nas panika, niepokój.
No i wspomniana psychosomatyka. Dolegliwości psychosomatyczne to dziś niemal codzienność. Bóle i zawroty głowy, drżenia i drętwienia kończyn, bóle brzucha, odruchy wymiotne, a nawet wszelkiego rodzaju wysypki.

Wtedy pędzimy do dermatologa i chcemy dostać receptę na maść, po której wysypka zniknie.
Tak. Zrobię USG, badanie krwi, rentgen, a potem niech doktor mnie wyleczy. Stosujemy całą masę mechanizmów obronnych, więc korzystamy również z tego – by nie konfrontować się z trudnymi emocjami – „rządamy” od lekarza recepty na ból głowy. Doszukując się choroby dajemy sobie czas, odwracamy uwagę od meritum. Jeszcze przez kilka tygodni, miesięcy możemy zająć się ciałem, pochodzić po lekarzach – bo to zwykle maraton – jeden mówi, że ciało jest zdrowe, więc szukamy kolejnego, który się już „nie pomyli”.

Tymczasem z ciała płyną jasne sygnały: „Zatrzymaj się, zobacz jak żyjesz!”. Często jest tak, że nasze trudności emocjonalne, nasza nieumiejętność radzenia sobie w życiu związana jest z tym jak zostaliśmy wychowani, jakie przekazy mamy w sobie „zanotowane” Na przykład mężczyźni wdrukowane mają, że zajmowanie się swoją „duszą” jest niemęskie: „chłopaki nie płaczą”, „okazywanie słabości jest dla mięczaków”, itd. Tym bardziej tkwić będą w nieprawdzie, że ból brzucha czy wysypka z pewnością są objawem choroby, a nie wołaniem psychiki o pomoc.

Zamiast rozpakować ciężar…
Bo tego bardzo się boimy, boimy się – oczywiście podświadomie – że jak już do tego plecaka z kamieniami zajrzymy, emocje nas zaleją, że to co znajdziemy w naszej „duszy” będzie nie do opanowania. Lepiej nie ruszać.

Takim bardzo utrudniającym przekonaniem o życiu, które wielu z nas nosi w sobie jest to, że zmiany są trudne, więc lepiej siedzieć w miejscu. Jeśli w taki sposób zostaliśmy wychowani przyjrzenie się temu, co tak naprawdę nam doskwiera jest arcytrudne. Będziemy cierpieć, ale to jest „znajome zło”, hodować ból, ale nie poprosimy o pomoc. Z taką postawą łatwo dorobić się wyczerpania emocjonalnego.

Jest też grupa ludzi, których nazywamy „zadowalacze innych” (z angielskiego „people pleaser”), taki rys to też idealny „podkład” pod emocjonalny ból. Trzeba być za wszelką cenę grzecznym, kulturalnym, nikogo nie ranić, każdemu pomóc. To osoby, które nie potrafią stawiać granic, stawiają wyłącznie na innych, nie chroniąc siebie. Bo to inni są ważniejsi, inni mają rację, a ja muszę swoją postawą wciąż pracować na akceptację całego świata. To prosta droga do emocjonalnego wyczerpania, nadużycia.

A czy są wśród nas ci którym, niezależnie od tego jak toczy się ich życie, nie grozi emocjonalne wyczerpanie, bo są wyposażeni w taką zbroję, że nic ich nie poruszy?
Nie wydaje mi się możliwe, żeby dało się przejść przez całe życie „suchą nogą”. Z pewnością są osoby, które mają bardzo przyzwoite zasoby, by radzić sobie z trudnościami, ale nie uwierzę, że są ludzie „ze stali”.

Wspomniała pani o tym, że najlepiej byłoby nie dopuszczać do emocjonalnego przeciążenia. Rozumiem, że jak chociażby w przypadku dbania o zęby, tu też ważna jest profilaktyka.
Arcyważna, kluczowa!

Co się do niej zalicza?
Polecam zawsze, by zrobić taki przegląd swoich przekonań o świecie, życiu i innych ludziach. Jaki stosunek do siebie samego wyłania się z naszych przekonań? Czy jest tu miejsce na własne potrzeby, oczekiwania, na wyrażenie siebie? Jeśli nie, pierwszym krokiem jest praca nad przekonaniami. Zmiana ich w taki sposób, by kierować się zasadą, że nasze potrzeby i nasze zdanie nie są mniej ważne od potrzeb i zdania wszystkich dookoła. Czasem taką rewolucję da się przeprowadzić samemu, czasem konieczna jest pomoc fachowca. Wszystkim, którzy potrzebują takiej przemiany polecam doskonałą książkę „Jak być dobrym dla siebie. Życie bez presji otoczenia, przygnębienia i poczucia winy”, autorstwa dr Kristin Neff . Choć tytuł wydaje się odrobinę infantylny, zawartość jest doskonała. Autorka pokazuje jak ważne jest to, by mieć dla siebie współczucie w sytuacjach, kiedy coś nam nie wychodzi, a nie okładać się jeszcze kijem – co jest skłonnością wielu z nas. Dlaczego tak łatwo nam o współczucie dla innych, a z tak dużym trudem przychodzi nam okazanie odrobiny wyrozumiałości i czułości wobec siebie samego.

Kolejnym krokiem w profilaktyce jest zmiana języka w jakim się do siebie samych zwracamy. Mam na myśli zmianę tych wszystkich słów: muszę, powinnam, nie wypada, nie wolno na: chcę, mogłabym, decyduję się, itd. Moich pacjentów śmieszy, kiedy pytam w jaki sposób siebie nazywają, w większości nie rozumieją w ogóle o co mi chodzi, i jeszcze bardziej dziwi ich, jak opowiadam, że mówię do samej siebie na przykład wieczorem: „Dobranoc”.

W ramach profilaktyki warto też obniżyć odrobinę swoje często wygórowane oczekiwania wobec samego siebie. Jeśli stawiamy sobie poprzeczkę pod chmurami, skazujemy się jednocześnie na falę niespełnień i rozczarowań. A może lepiej narzucić sobie trochę mniej, ale, po pierwsze, móc to osiągnąć, po drugie, móc poczuć dumę z dobrze wykonanego zadania?

Nie bez znaczenie są też takie pozornie błahe rzeczy jak na przykład nasza dieta czy styl życia. Potrzebujemy karmić siebie nie byle czym, potrzebujemy ruszać swoje ciało. To może być taniec, joga, rower – cokolwiek.

Potrzebujemy się też regularnie wyciszać.
Tak! Warto znaleźć swój sposób na wyciszenie i traktować go jak mycie zębów! Żyjemy w czasach, kiedy to jest absolutnie konieczne. To może być coraz bardziej popularna i rzeczywiście skuteczna metoda mindfulness, medytacja, wizualizacja, ćwiczenia oddechowe. Cokolwiek, co pomoże nam umieć bywać „tu i teraz”, co pomoże wyplenić ze swojego życia choć część automatyzmów i zastąpić je świadomymi zachowaniami, co nauczy nas uważności.

Skutecznym wentylem dla emocji jest także coś, co nazywamy pisaniem terapeutycznym. Spisywanie wszystkiego, co krąży po naszej głowie przynosi ulgę, pomaga poukładać myśli, to taki rodzaj sprzątania, porządkowania umysłu. Ponadto taka czynność minimalizuje też lęk, kiedy napiszemy o tym, czego się boimy, co nas trapi, jednocześnie odbieramy temu część mocy.

Bardzo ważnym zadaniem jest także nauczenie się, by przeżywać wszystkie emocje. Jasne, każdy z nas woli czuć tylko te „przyjemne”, ale zapominamy, że te „nieprzyjemne” są cennym sygnałem, alarmem, że coś niedobrego dzieje się z nami. Jeśli będziemy je wypierać, oddalać konfrontację, bardzo szybko doprowadzimy siebie do emocjonalnego przeciążenia. Dlatego nie ma innej dobrej drogi – trzeba wszystko dostrzegać i przeżywać. Dobrze jeść, spać i kochać siebie! To wszystko pozwoli nam uniknąć emocjonalnego rozczarowania! To da się zrobić, by potem nie czuć ciężaru zmęczonego serca!

Adriana Klos - psycholożka i psychoterapeutka. Pracuje z dorosłymi w terapii indywidualnej oraz terapii par. Pomaga uporać się z depresją, lękiem, kryzysem, skutkami traumy. www.strefazmiany.pl

  1. Kultura

Męskie Granie Orkiestra prezentuje nowy singiel

W tym roku w skład orkiestry Męskiego Grania wchodzą: Daria Zawiałow, Vito Bambino i Dawid Podsiadło. Utwór „I Ciebie też, bardzo” będzie można usłyszeć już w sierpniu na sobotnich koncertach w ramach trasy  koncertowej. (Fot. materiały prasowe)
W tym roku w skład orkiestry Męskiego Grania wchodzą: Daria Zawiałow, Vito Bambino i Dawid Podsiadło. Utwór „I Ciebie też, bardzo” będzie można usłyszeć już w sierpniu na sobotnich koncertach w ramach trasy koncertowej. (Fot. materiały prasowe)
Za nami premiera tegorocznego hymnu trasy koncertowej Męskiego Grania. Singiel „I Ciebie też, bardzo” wykonują Daria Zawiałow, Dawid Podsiadło i Vito Bambino.

„Wiem, że nie chcę się już dłużej bać, nie chcę tańczyć do melodii, którą znam. Jestem wolny, już mnie porwał wiatr. Daleko, gdzie mleko rozlewa się wśród gwiazd” – śpiewają Daria Zawiałow, Dawid Podsiadło i Vito Bambino, czyli Męskie Granie Orkiestra 2021. Daria Zawiałow występowała już w zeszłorocznym składzie, z którym również pojawi się na czterech koncertach zaplanowanych na sierpień. Dawid Podsiadło również był już członkiem orkiestr Męskiego Grania – wykonywał single „Elektryczny”, „Wataha” oraz „Początek”, który do tej pory został wyświetlony na YouTube ponad 120 milionów razy. Z kolei Vito Bambino rozpoczyna dopiero przygodę z Męskim Graniem. Jego obecność nie powinna jednak dziwić nikogo, kto śledzi polską scenę muzyczną. Zarówno jego ostatnia solowa płyta, jak i działalność w ramach zespołu Bitamina oraz liczne artystyczne kooperacje, cieszą się dużą popularnością.

„I Ciebie też, bardzo” będzie można usłyszeć już w sierpniu na sobotnich koncertach w ramach trasy Męskie Granie. Do utworu nakręcony został pierwszy na świecie teledysk w pełni zrealizowany z pokładu drona FPV oraz kamery RED Komodo.

Trasa Męskie Granie 2021

Najpopularniejsza polska trasa koncertowa – Męskie Granie – powraca po rocznej przerwie spowodowanej pandemią. W te wakacje, ze względu na ograniczenia pandemiczne, muzycy zagrają w czterech miastach, a koncerty odbędą się zarówno w piątki, jak i soboty. Już w sierpniu Męskie Granie zawita do: Krakowa (6-7 sierpnia, Muzeum Lotnictwa), Warszawy (13-14 sierpnia, Tor Służewiec), Poznania (20-21 sierpnia, Park Cytadela) oraz Żywca (27-28 sierpnia, Amfiteatr pod Grojcem). W tym ostatnim mieście, 28 sierpnia, zrealizowany zostanie streaming na żywo.

Podczas każdego z wydarzeń odbędą się cztery solowe koncerty, a zwieńczeniem wieczoru będzie występ zespołu Męskie Granie Orkiestra. W tym roku regularne koncerty zagrają aż dwie orkiestry – Męskie Granie Orkiestra 2020, która w ubiegłym roku, ze względu na pandemię, wystąpiła tylko podczas streamowanego koncertu w Żywcu oraz Męskie Granie Orkiestra 2021. To oznacza, że w piątki będzie można usłyszeć Męskie Granie Orkiestra 2020 w składzie: Daria Zawiałow, król, Igo, Kasia Piszek, Piotr Rubik, Jakub Wojtas, Thomas Fietz, Michał Kush, Monika Muc oraz Arek Kopera. W soboty przed publicznością zaprezentuje się natomiast Męskie Granie Orkiestra 2021.

Męskie Granie 2021 – line-up

  • 6 sierpnia – Kraków, Muzeum Lotnictwa: Męskie Granie Orkiestra 2020, Dawid Podsiadło, król, Jarecki, Bluszcz
  • 7 sierpnia – Kraków, Muzeum Lotnictwa: Męskie Granie Orkiestra 2021, ØRGANEK, Daria Zawiałow, BAASCH, WaluśKraksaKryzys
  • 13 sierpnia – Warszawa, Tor Służewiec: Męskie Granie Orkiestra 2020, Artur Rojek, król, Kasia Lins, Niemoc + goście
  • 14 sierpnia – Warszawa, Tor Służewiec: Męskie Granie Orkiestra 2021, BRODKA, RALPH KAMINSKI, Zdechły Osa, Shyness!
  • 20 sierpnia – Poznań, Park Cytadela: Męskie Granie Orkiestra 2020, ZALEWSKI, Maria Peszek, Vito Bambino, Kaśka Sochacka
  • 21 sierpnia – Poznań, Park Cytadela: Męskie Granie Orkiestra 2021, ØRGANEK, król, Muchy, BAASCH
  • 27 sierpnia – Żywiec, Amfiteatr pod Grojcem: Męskie Granie Orkiestra 2020, Dawid Podsiadło, Kwiat Jabłoni, WaluśKraksaKryzys, Bluszcz
  • 28 sierpnia – Żywiec, Amfiteatr pod Grojcem: Męskie Granie Orkiestra 2021, ZALEWSKI, RALPH KAMINSKI, Natalia Przybysz, Kaśka Sochacka
  1. Psychologia

Jak zaopiekować się sobą? – 10 sposobów na okazanie sobie ciepłych uczuć

Brak miłości własnej jest źródłem niesatysfakcjonującego życia (fot. iStock)
Brak miłości własnej jest źródłem niesatysfakcjonującego życia (fot. iStock)
Zwłaszcza kobiety mają tendencje do tego, żeby opiekować się dzieckiem, kotem, mężczyzną, koleżanką, czy sąsiadką. Ale nie sobą. Lato to dobry czas, żeby wreszcie to zmienić.

Dr Sherrie Campbell jest psychologiem klinicznym z 30-letnim doświadczeniem prowadzenia psychoterapii. Uważa ona, że właśnie brak opiekowania się sobą leży u przyczyn naszych kłopotów psychologicznych. Ktoś, kto nie zajmuje się sobą, nie ma ze sobą kontaktu i ciepłych uczuć wobec siebie. Brak miłości własnej jest źródłem niesatysfakcjonującego życia. Tymczasem są proste sposoby, żeby zacząć dbać o siebie. Jakie? Sherrie Campbell wymienia 10 z nich.

1. Ćwicz, spaceruj, chodź na basen, biegaj po parku. Cokolwiek, byle w samotności i na świeżym powietrzu. To właśnie czas dla siebie i bliskość natury sprawiają, że inaczej patrzymy się na świat, stajemy się spokojniejsi i przede wszystkim nawiązujemy kontakt ze sobą. Na świeżym powietrzu i ze sobą nie czujemy już tej presji obowiązków i wymagań innych ludzi. To już powiew wolności.

2. Przez 30 minut dziennie kontempluj. Obserwuj każdą swoją myśl oraz uczucie. Poświęć sobie uwagę całkowicie i do końca. Niech te półgodziny będzie dla ciebie święte. Od tego zacznij, potem staniesz się uważna na siebie przez 24 godziny na dobę.

3. Twórz. Odwołaj się do swojej kreatywności, ona powoduje, że życie staje się soczyste i pełne pasji. Pisz, tańcz, piecz tarty, haftuj, maluj czy naprawiaj samochody. Byle sprawiało ci to radość i nie było twoją pracą.

4. Odpowiednio dobieraj towarzystwo. To ważne, żeby dbać o swoją energię psychiczną. Jesteśmy stworzeniami społecznymi i potrzebujemy kontaktu z innymi ludźmi. Jednak jesteśmy również emocjonalni i łączymy się z uczuciami innych. Dlatego tak ważne jest, żeby świadomie wybierać towarzystwo. Unikaj ludzi agresywnych, złośliwych, zazdrosnych i źle ci życzących. Zwróć się ku radosnym, optymistycznym i dobrym. Naprawdę możesz wybrać.

5. 20 minutowa drzemka w ciągu dnia. Prosta rzecz i przyjemna a odprężająca nasze emocje oraz ciało. Dostępna dla każdego.

6. Nagrody. Każda okazja jest dobra, żeby się nagradzać. Przeżyłaś pracowity dzień, zrobiłaś kolejny mały krok w kierunku swojego celu, wybierz się na masaż, kup sobie inspirującą lekturę, usiądź z ulubionymi lodami na ławce w parku.

7. Żyj duchowo. Medytuj, żeby poczuć jedność ze wszystkim, co cię otacza. Szukaj ludzi, którzy żyją w ten sposób, dbaj o to, żeby energia, którą wibrujesz, była coraz wyższa i czystsza.

8. Dotyk. Jest jak uzdrowienie, bo zmniejsza skutki stresu i pozwala poczuć miłość do siebie. Dlatego dbaj o to, żeby dotykać się z bliskimi tobie ludźmi.

9. Zdrowe jedzenie. Tak, to krok w kierunku miłości własnej. To znak, że o siebie dbasz, bo masz kontrolę nad negatywnymi kompulsjami.

10. Mniej elektroniki w życiu. Sprzęty elektroniczne, którymi się otaczamy, sprawiają że nasz mózg nie emituje wystarczającej dla zrelaksowania się ilości fal alfa. Niech jakaś część dnia będzie dla ciebie wolna od telewizora, telefonu, laptopa. Jeśli się na to zdecydujesz, będziesz dla siebie dobra. A o to przecież chodzi w nauce opiekowania się sobą.