1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. (Bez)Wstyd. Najbardziej pożądający film roku

(Bez)Wstyd. Najbardziej pożądający film roku

123rf.com
123rf.com
Pod okiem ambitnego brutalisty Steve’a MacQueena spotykają się świecące coraz mocniej gwiazdy: Michael Fassbender i Carey Mulligan. W dekoracjach wielkoformatowego Nowego Jorku mają odegrać dramat erotyczny rodem z antyku – niespełniony romans pomiędzy bratem a siostrą.

Brandon to trzydziestokilkuletni samotny mężczyzna, wiodący pełne sukcesów finansowych i zawodowych życie. Seksoholik. Już w pierwszej scenie pokazuje pełną napięcia twarz. Może obudził się z sennego koszmaru, ale jeśli tak, to sen ten ani odrobinę go nie zaskoczył.

Brandon wiedzie rutynowe życie, przepełnione za dnia pracą, która zdaje się nie wzbudzać w nim żadnych emocji. Jedyna ucieczka od nudy to szybka masturbacja w toalecie biurowca. Po pracy – w chirurgicznie czystym, pozbawionym osobistych przedmiotów mieszkaniu – włącza laptop, ogląda pornografię, korzysta z usług prostytutek online i w realu. Czasem wychodzi do ukrytych w podziemiach miasta klubów, gdzie spotyka wielu podobnych mu ludzi. Jedyne jego hobby poza seksem to jogging. Tak samo rytmiczny, szybki, bolesny, zagłuszony muzyką; tak samo  samotny.

Porządek życia zakłóca Brandonowi nieproszony gość – siostra Sissy, która znów potrzebuje pomocy. Tę postać powierzono znanej widzom z głównych ról w filmach „Była sobie dziewczyna” i „Drive” Carrey Mulligan. Aktorka zaledwie dwudziestosiedmioletnia, a nominowana już do Oscara i Złotego Globu. Olśniewa naturalnością zarówno w złoconej wieczorowej sukni, jak i w wyciągniętym T-shircie. Jest w Mulligan jakaś niespożyta energia, która nie pozwala od niej oderwać wzroku niezależnie od roli.

Sissy to jedna z niewielu otaczających Brandona kobiet, które wzbudzają w nim emocje – głównie niezrozumiałe wybuchy gniewu, przeplatane nielicznymi momentami wstrzemięźliwej, ale zdawałoby się,  „zdrowej” czułości. Sissy jest przeciwieństwem Brandona, jest spontaniczna, otwarta, głośna, impulsywna, emocjonalna. Gdy podczas koncertu w wysmakowanej restauracji śpiewa hipnotyzująco piosenkę „New York, New York”, Brandon jakby odnajduje prawdę o ich relacji. Kryje ją jednak z równym zażenowaniem co spływającą po policzku łzę. Od tego momentu jego gniew będzie już tylko eskalował, a frustracja seksualna narastała. W efekcie dojdzie do (jak się okazuje, nie pierwszej) tragedii.

MacQueen twierdzi, że początkowo planował nakręcić „Wstyd” w rodzimej Wielkiej Brytanii, ale temat filmu okazał się dla Europy zbyt kontrowersyjny. I dobrze. Trudno byłoby chyba znaleźć lepszą scenerię niż Nowy Jork. To cierpiące na bezsenność, duszne, ciasne, przepocone miasto jest trzecim obok Brandona i Sissy głównym bohaterem bohaterem filmu. Tak jak Brandon, Nowy Jork ma dwie twarze, z których ciekawszą, tę wstydliwą, pokazuje dopiero nocą. Ta naprzemienność dnia i nocy nie ma końca.

Film nie spodoba się ani tym, którzy oczekują od kina moralnych pouczeń, ani tym, którzy tęsknią za fabułą zakończoną jakimś rozwiązaniem.

„Wstydu” nie sposób opisać słowami. MacQueen zbudował bezwstydny, huczący od emocji obraz, który ponoć zachwycił, ale też zbulwersował publiczność zeszłorocznych międzynarodowych festiwali. A to dopiero jego drugi film! Przy debiutanckim „Głodzie” również współpracował z  operatorem, Seanem Bobittem, a w głównej także obsadził Michaela Fassbendera. Rok 2013 ma przynieść kolejny owoc tej współpracy – film o amerykańskich niewolnikach.

Zwiastun:

"Wstyd" okazał się być za mocny i za odważny dla Amerykańskiej Akademii Filmowej, która przyznaje Oscary. Brak jakiejkolwiek nominacji dla Steve'a McQueena był jedną z największych niespodzianek podczas ogłaszania tegorocznych nominacji do słynnej nagrody. Zaskoczenie było tak duże, że zaczęły pojawiać się teksty, w którym kwestionowano znaczenie Oscara, jako nagrody przyznawanej artystycznemu kinu. Przypominano największe oscarowe pomyłki w historii (jak np. zwycięstwo w kategorii najlepszy film "Zakochanego Szekspira" a nie "Szeregowca Ryana", czy "Braveheart" zamiast "Zostawić Las Vegas"), a przede wszystkim pytano dlaczego "Wstyd", a szczególnie Fassbender, został w nominacjach pominięty?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Gniew zdetonowany

Złościć się wolno, a nawet trzeba, bo niewyrażony, tłumiony gniew zwróci się przeciwko tobie, w umyśle i w ciele. (Fot. iStock)
Złościć się wolno, a nawet trzeba, bo niewyrażony, tłumiony gniew zwróci się przeciwko tobie, w umyśle i w ciele. (Fot. iStock)
Jeśli nie potrafisz powstrzymać wzbierającej w duszy fali, daj jej ujście w twórczy sposób. Pozwól, by stała się twoją nauczycielką.

Naukowcy ze Stockholm University udowodnili związek między chorobami serca u mężczyzn a ukrywaniem przez nich złości. Panowie, którzy odruchowo tłumią gniew (np. w reakcji na konflikt w pracy), są dwukrotnie bardziej narażeni na zawał i problemy z krążeniem. Niewyrażona złość manifestuje się także migrenami i bólami brzucha. Badacze z University of Michigan, którzy przez ponad 17 lat obserwowali 192 małżeństwa, doszli do wniosków, że jeśli partnerzy mają skłonności do tłumienia złych emocji, ryzyko przedwczesnej śmierci wzrasta dwukrotnie bardziej niż u par, które się na siebie złoszczą.

Nie oznacza to oczywiście, że mamy prawo reagować agresją. Ale złościć się wolno, a nawet trzeba, bo niewyrażony, tłumiony gniew zwróci się przeciwko tobie, w umyśle i w ciele. Przyzwolenie na złość może się kłócić z twoim wizerunkiem miłej osoby, jaki być może chciałabyś zachować przed innymi i samą sobą, ale nie dając kontrolowanego upustu gniewowi, działasz przeciw sobie. Co zatem możesz zrobić? Wybierz najwłaściwszy dla siebie sposób.

Skieruj energię gdzie indziej. Złość to potężna siła sprawcza, pod jej wpływem całe ciało przygotowane jest do zrywu – krew napływa do mózgu, zwiększa się refleks i polepsza koncentracja (stąd wyjątkowa zdolność do zjadliwej błyskotliwości), wydziela się adrenalina zmuszająca do działania. Zamiast atakować innych, możesz tę ogromną energię skierować na aktywność fizyczną:

  • wyjdź na szybki spacer lub pobiegaj,
  • złap za odkurzacz, umyj okna, skop ogródek,
  • sięgnij po farby lub kredki – namaluj swoją złość,
  • tańcz, skacz,
  • zgniataj kulki z gazety – możesz nimi rzucać o ścianę,
  • z braku innych pomysłów możesz uderzać ręką w poduszkę.
Potraktuj złość jak nauczyciela. Za złością skrywają się zazwyczaj inne uczucia – ból, wstyd, słabość, strach. Tak manifestuje się bezradność lub niezgoda, gdy ktoś przekracza nasze granice. Pema Cziedryn, mniszka buddyjska, nauczycielka medytacji i pisarka, uważa, że emocje, w tym strach, zazdrość czy złość, to posłańcy od losu, którzy z ogromną precyzją wskazują nam, duchowym wojownikom, gdzie są przeszkody dla naszego rozwoju. Co trzyma nas w miejscu? Co nas przeraża? Przed czym uciekamy? A gdy już minie złość, zastanów się, co możesz zmienić w swoim życiu, by w podobnej sytuacji już się nie denerwować (np. zadbać o swoje poczucie ważności, wycofać się z raniących relacji itd.). Bądź przy tym dla siebie pełna zrozumienia i życzliwości, nie wyrzucaj sobie winy. Unikanie konfrontacji z emocjami sprawia, że urastają do ogromnych rozmiarów i potem z byle powodu wybuchają, niszcząc wszystko wokół. Dostrzegaj więc przesłanie złości, zastanów się, czego chce cię nauczyć. Co mówi o tobie i twoich niezaspokojonych potrzebach?

Nazywaj i informuj. Jeśli kłótnia wisi w powietrzu, nazywaj swoje emocje, zanim wybuchną, informuj o nich drugą osobę, powiedz np.: „Czuję, że wzbiera we mnie złość, muszę odejść na pięć minut, żeby się uspokoić”. Albo: „Jestem zła, więc przełóżmy tę rozmowę”, „Widzę, że się złościsz, wróćmy do tematu za kilka chwil”. Jeśli druga osoba wybucha i podnosi głos, powiedz spokojnie, ale stanowczo, że nie będziesz niczego uzgadniać w takiej atmosferze. Zaproponuj spotkanie za 5–10 minut. Jeśli to nie pomaga, po prostu wyjdź.

Wybaczaj. Innym, ale i sobie. Próbuj chociaż, ucz się wybaczania. Pamiętaj, że za twoimi lub czyimiś wybuchowymi reakcjami kryją się często głębokie zranienia, rany z przeszłości.  Złościmy się z obawy przed cierpieniem. Ale gdy zdejmiemy zbroję i przestaniemy walczyć, damy sobie szansę, by rany się zagoiły.

Zmień nastawienie. Amerykański badacz stresu Richard Carlson uważa, że 80 proc. naszej złości wytwarzamy my sami. W książce „Nie zadręczaj się drobiazgami” radzi, m.in.:

  • Zaakceptuj fakt, że pewne rzeczy się nie udają.
  • Nie czyń innych odpowiedzialnymi za własne niepowodzenia.
  • Zapomnij o tym, że wszystko musi być perfekcyjne – ty również nie musisz.
  • Nie trwaj uparcie przy swoim zdaniu. To kosztuje zbyt dużo energii. Naucz się odpuszczać.
  • Pamiętaj, że kto szuka błędów, ten je znajdzie.

  1. Psychologia

Na ile ukształtowali cię twoi przodkowie? Co musisz naprawić?

Czasem nie zdajemy sobie sprawy, co przejmujemy od poprzednich pokoleń, jakie traumy i niezałatwione sprawy przodków ciążą na nas do dziś. Ten emocjonalny spadek może wpływać na naszą teraźniejszość. (fot. iStock)
Czasem nie zdajemy sobie sprawy, co przejmujemy od poprzednich pokoleń, jakie traumy i niezałatwione sprawy przodków ciążą na nas do dziś. Ten emocjonalny spadek może wpływać na naszą teraźniejszość. (fot. iStock)
Lubimy myśleć o sobie jako o indywidualistach. Uważamy, że nasze życie zależy od nas samych. A już na pewno na jego kształt nie mają większego wpływu ci, którzy odeszli: nasi dziadkowie, babcie, prababcie. Łączy nas z nimi sentymentalna nić wspomnień, nie teraźniejszość, a tym bardziej przyszłość. Nowy świat budujemy sami. To błąd w myśleniu – przekonuje terapeuta Zbigniew Miłuński.

Długo szukałam kogoś, kto mi opowie o przodkach. Najwyraźniej nie jest to łatwy temat: przodkowie jako zasób, do którego możemy sięgać.
Niby oczywistość, ale jednak nie w naszym kręgu kulturowym. Na szczęście jest się od kogo uczyć. W książce „Dawna mądrość na nowe czasy” von Lüpkego pewien sangoma, czyli południowoafrykański uzdrowiciel, mówi, że jeśli komuś nie wiedzie się w życiu, napotyka nieoczekiwane przeszkody – np. choć unika konfliktów, wciąż w nie wpada, nie może znaleźć pracy, marzy o założeniu rodziny, a nie może znaleźć partnera itp. – to sygnał, że została zerwana więź z przodkami. Mówi, że trzeba odzyskać brakujące ogniwo w łańcuchu pokoleń. Wtedy życie wróci na proste tory.

Jak pan to rozumie?
Wiele osób nie przyznaje się do swoich przodków i odcina od korzeni. Oczywiście, można mieć poważne powody ku temu, chcieć żyć zupełnie inaczej. Rodzinne relacje bywają trudne.

Możemy też nie chcieć mieć wiele wspólnego z przodkami, których nie znaliśmy osobiście, ale nie pochwalamy tego, jak żyli, wstydzimy się za nich.
Rozmowę z sangomą przeprowadza Niemiec, który mówi: „My w Europie nie chcemy mieć kontaktu z naszymi przodkami, bo oni robili złe rzeczy”. I na to ów sangoma odpowiada: „To błąd. Nie ma na świecie człowieka, który by czegoś złego nie zrobił. To nie powód, żeby się odcinać od przodków. Oni są częścią nas”.

Ja uciekłam od rodziny, żeby osadzić się w tym, co jest dla mnie ważne. Teraz próbuję te relacje nawiązać na nowo. I uświadomiłam sobie, jak mało wiem o swoich rodzicach, nie mówiąc już o dalszych przodkach...
To powszechne zjawisko. Nie wiemy, kim byli nasi przodkowie, nie interesujemy się ich życiem. Nie poznaliśmy ich osobiście, nie pytamy o nich rodziców, a niekiedy nawet nie znamy ich imion.

Kiedyś nie chciałam się za siebie oglądać, bo widziałam tam samych ludzi pokiereszowanych przez wojnę. Szczególnie w męskiej linii – żołnierzy albo uciekinierów. I myślałam: „Nie chcę walczyć! Na nic mi taka spuścizna”.
Po co mi te karabiny i granaty...

Nie mają mi nic do przekazania. Tak myślałam do momentu, kiedy podczas jednego warsztatu stanęłam w miejscu przodków. Był to rodzaj ustawienia. Pojawił się ruch: dziarskie maszerowanie. Kiedy weszłam w to głębiej, poczułam, jaka to fajna energia. Ile tam jest siły, wytrwałości, umiejętności dążenia do celu.
Ale też pewnie niezłomność, waleczność, wytrwałość, stawanie w obronie tego, co ważne, gotowość do konfrontacji. Takie cechy w życiu bardzo się przydają.

A mnie ich brak – tak myślałam. I nagle zrozumiałam dlaczego: odcinając się od moich przodków, odcinam się od kawałka siebie samej, od swoich zasobów, zamykam je w pudełku z napisem „wojna”. Dotarło do mnie, że fakty z czyjegoś życia to jedno, a to, kim oni są, to drugie. Mogą mi się nie podobać rzeczy, które robili, ale ich cechy, talenty mogą być dla mnie wspierające. To ważny, psychologiczny aspekt relacji z przodkami,
ale nie jedyny. Na ogół myślimy o nich jako o kimś osobnym. Więc jeśli już nie żyją i nie mamy z nimi kontaktu, to uważamy, że nie ma powodu, żeby się nimi zajmować. Tymczasem my jesteśmy naszymi przodkami. Czy tego chcemy, czy nie, oni w nas żyją. Również w sensie najbardziej namacalnym, biologicznym. Nitki DNA naszych rodziców spotkały się, splotły w miłosnym uścisku i tak powstała istota, którą jesteśmy. Ich DNA też jest splecione z DNA ich rodziców. Nasze ciało to więc żywi przodkowie, bo odtwarza zapis DNA naszego drzewa genealogicznego. W trakcie życia płodowego przechodzimy ewolucję. Od organizmu jednokomórkowego, przez płazy, gady, aż do człowieka. Nasze ciało zawiera całą informację o dziejach ludzkich. W tym kontekście mówienie, że nie chcemy mieć do czynienia z tym czy innym kawałkiem siebie, nie ma sensu. Równocześnie nie możemy jednak udawać, że przodkowie nie robili złych rzeczy, czy skupiać się tylko na ich pozytywnych cechach. Trzeba mieć świadomość, że jesteśmy miejscem spotkania przeszłości i teraźniejszości, dzięki czemu możemy zmieniać swoje dziedzictwo. Percy Ndithembile Konqobe, nasz sangoma, ujmuje to tak: przodkowie potrzebują nas, aby przyznać się do tego, co zrobili, by mogli stać się pozytywną siłą dla swoich potomków.

To znaczy, że my mamy szansę uświadomić sobie to, co oni zrobili, przebaczyć im i zmienić ten wzór?
Sposób mówienia i myślenia w kategoriach oni – my zakłada, że jesteśmy od nich oddzieleni. A my jesteśmy nimi, oni nas współtworzą. Na przykład czy chcę, czy nie, w odruchu zdarza mi się wybuchnąć. Tak jak moim przodkom, którzy się wściekali, robili rzeczy bardzo gwałtowne, a skutki tego były katastrofalne. Wiem, bo poznałem historię rodziny. Jednak nie słucham tych historii, jakby dotyczyły wyłącznie kogoś innego. Mnie to też dotyczy. Mam w sobie tę spuściznę, wraz z doświadczeniami katastrofalnych skutków. Mogę się od tego dziedzictwa odciąć, ale ono i tak będzie we mnie obecne, tyle że poza moją świadomością. Albo mogę świadomie uznać, że to moje dziedzictwo, i z nim pracować, znaleźć większą równowagę. Na przykład wielu młodych Niemców – co budzi mój wielki szacunek – pracuje nad swoim dziedzictwem, nie odcina się, mówiąc: „To nie ja to zrobiłem, więc nie biorę za to, co się stało, odpowiedzialności”. Podejmują wysiłek, żeby przyjąć trudną spuściznę i ją przekształcić. To trudne zadanie, ale właśnie w ten sposób ci przodkowie w nich mogą przyznać się do tego, co zrobili, stać się pozytywną siłą. Działać poprzez swoich młodych następców tak, żeby zło, które wyrządzili, już się nie powtórzyło.

Indianie mówią, że mamy w sobie siedem pokoleń i to, co robimy, ma wpływ na kolejnych siedem. Wygląda na to, że tyle potrzeba, żeby traumę typu wojna domknąć i naprawdę przekształcić.
Całkowicie się z tym zgadzam. Uświadamianie sobie i przekształcanie przeszłości to proces. Każde pokolenie ma szansę posunąć temat nieco dalej, aż do całkowitego uzdrowienia.

Na przykład ja mam małą cierpliwość do dzieci. Mój syn – dużo większą. Widzę tu pewien postęp. Świadome podejmowanie tematów rodowych przynosi wymierne rezultaty.

Kiedy mówię o przodkach, mam na myśli nie tylko ludzi, ale też dziedzictwo w szerszym znaczeniu.
Czyli nasze korzenie? Często się od nich odcinamy. Wstydzimy się swojego pochodzenia. Na przykład są ludzie, którzy przenoszą się ze wsi do miasta i zmieniają w „supermiastowych”, odnoszą się do wsi z pogardą. Ich życie staje się przez to nieprawdziwe, niepełne. Zaprzeczają swojej tożsamości. Jakiś czas temu jeden z moich znajomych żalił mi się, że utknął w martwym punkcie i przestał się rozwijać jako psychoterapeuta. Powiedział mi, że nic mu nie idzie, że zwątpił w możliwość skończenia studiów. „Nie jestem już młody, powiedział, mieszkam w małym miasteczku, gdzie nic się nie dzieje, tylko starcy siedzą na ławkach i patrzą w dal”. Zamiast go przekonywać, że jest inaczej, powiedziałem mu: „To prawda. Jesteś z małego miasteczka i już nie jesteś młody”. Zachęciłem go, żeby poczuł się naprawdę stary i z tej perspektywy popatrzył na siebie i swoje studia. Strasznie go to walnęło. Uświadomił sobie, że przez lata studiował psychologię, żeby uciec z tego miasteczka, czyli od siebie, stać się kimś innym. Zrozumiał, że pracuje odtwórczo, wyłącznie zgodnie z procedurą. Procedury są ważne i trzeba je znać, ale to nie one pracują, tylko żywi ludzie. Jeśli ktoś nie wnosi do tego, co robi, swoich unikatowych zasobów, niewiele dokona. Zaprzeczanie dziedzictwu jest udawaniem kogoś innego, pozbawieniem siebie swoich darów, doświadczeń.

Dużo się mówi o tym, że jesteśmy wyjątkowi. A to właśnie takie pozornie nieatrakcyjne rzeczy jak pochodzenie z małego miasteczka nas wyróżniają i stanowią o naszej niepowtarzalności.
Jesteśmy jak liście na drzewie – mówi sangoma. Życiodajne soki nie płyną, jeśli nie ma łączności między nami a pniem i korzeniami. To piękna metafora. Nawet w naszej kulturze mówi się o drzewie genealogicznym. Gdy się odcinam od tego drzewa i udaję, że jestem pojedynczym liściem w pustej przestrzeni, to z czego mam czerpać siłę? Nie mam kontaktu z ziemią i brak mi oparcia. Czuję się samotny.

Uświadomiłam sobie ostatnio, że mnie przodkowie kojarzą się z grobami. Moja babcia mieszkała w małej miejscowości, tam był kościół i obok cmentarz. Po niedzielnej mszy zawsze szło się na te groby.
Rozmawiałem kiedyś z pewnym Indianinem, który w swoim plemieniu pełnił funkcję uzdrowiciela. Był pierwszy raz w Polsce. Zapytałem, co go tutaj najbardziej uderza. Odpowiedział, że kult przodków. Otworzyłem szeroko oczy: jaki kult przodków? Przecież jesteśmy katolickim krajem, cywilizowanym. Ale od tej chwili zacząłem się temu przyglądać i stwierdziłem, że on ma rację. W dzień Wszystkich Świętych cała Polska chodzi na groby. W Wigilię z każdego cmentarza w Polsce bije światło, na Wielkanoc też. Nigdzie indziej w Europie tak nie ma. Jednak takie nieświadome przywiązanie do przeszłości ma też negatywne strony. Na przykład trzymanie się przeszłej traumy. Czcimy ją, zamiast leczyć. Próby uzdrowienia naszego życia uznajemy za zdradę. Ten mechanizm jest w Polsce tak silny, bo przez długi czas nasze przetrwanie zależało od lojalnego trzymania się tradycji, kultywowania polskości. Świat się zmienił i nasza sytuacja też, ale wciąż trwamy w tym wzorcu, choć nam szkodzi, zamiast pomagać.

Odkryłam, że jestem też nieświadomie lojalna wobec przodkiń i ich cierpienia. Np. idzie mi dobrze i jestem zadowolona z siebie, więc robię nieświadomie coś, by się unieszczęśliwić, i w ten sposób pozostawać z nimi w solidarności. Bo one nie były szczęśliwe.
Podobnie jest z mężczyznami. Na przykład piją, bo ojciec pił. Wszyscy dziedziczymy po przodkach skłonności do określonych zachowań. Myślę, że warto znaleźć zdrowszy sposób pielęgnowania ciągłości pokoleń. Sangoma mówi jeszcze jedno: „Nie wolno oszukiwać dzieci na temat ich pochodzenia, ukrywać tego, co robili przodkowie. To i tak jest obecne. Żeby móc coś zrobić ze swoim dziedzictwem, musimy je znać. Mamy prawo do tej wiedzy. Tajemnice i kłamstwa rodzinne obciążają i niszczą”.

Mam znajomego, który dowiedział się, że jest dzieckiem ze zdrady małżeńskiej. Ale matka nie chce mu powiedzieć, kim jest jego ojciec.
Niedobrze. To pozbawia go podstawowej informacji na temat jego tożsamości. Ma dostęp do połowy siebie. Jak wygląda takie drzewo – z odciętą połową? Nie rośnie zdrowo. Nie wykorzystuje swojego potencjału. Duża część mojej pracy z ludźmi dotyczy właśnie tej trudności. Po to, żeby żyć w pełni, człowiek musi wiedzieć, kim jest, i jakoś z tym dojść do ładu. Wtedy może swobodnie tworzyć swoje życie i nie unikać odpowiedzialności za to, co robi, kim jest. To szczególnie istotne w wypadku mężczyzn. Mamy olbrzymie dziedzictwo przemocy, której biali heteroseksualni mężczyźni dopuścili się wobec kobiet, dzieci, innych mężczyzn, świata, siebie samych. Trudno się z tym spotkać, ogarnąć to jakoś, przyjąć, przekształcić, ale uważam, że to jest po prostu konieczne.

Z podobnymi tematami pracujemy w kręgach kobiecych. Tyle że my mamy do przyjęcia spuściznę ofiar, ale też manipulatorek, biernych agresorek.
Świetny przykład tego, w jaki sposób jesteśmy miejscem, w którym nasi przodkowie mogą stać się pozytywną siłą. Na warsztatach dla mężczyzn zapraszałem do ćwiczenia: prosiłem uczestników, żeby wyobrazili sobie, jakiego dziadka chcieliby mieć. A kiedy już to zrobili, mówiłem: „Teraz już wiecie, ku czemu możecie dążyć”. Na tym polega nasza odpowiedzialność. Dzieci przejmą od nas taki świat, jaki dla nich stworzymy. Żyjemy i będziemy żyć w ich ciałach tak samo, jak nasi przodkowie żyją w naszych. Więc co zostawimy po sobie?

Zbigniew Miłuński: filozof i dyplomowany terapeuta psychologii procesu. Należy do Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Trenerów Psychologii Procesu.

  1. Psychologia

Wstyd się nie wstydzić! Kasia Miller o dobrym i złym wstydzie

Miłość i akceptacja i poczucie humoru to najskuteczniejsze leki na wstyd(Fot. iStock)
Miłość i akceptacja i poczucie humoru to najskuteczniejsze leki na wstyd(Fot. iStock)
Rumieńce, spuszczone powieki? XIX-wieczne pamiętniki pełne są takich opisów. Ale dziś, w czasach akceptacji dla seksu i intymnych zwierzeń na Facebooku, wstydu już nie ma. Czy aby na pewno – zastanawia się psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Bezwstydnie obnażamy się cieleśnie i emocjonalnie w mediach społecznościowych i na portalach. Zyskujemy lajki, seks, a czasem popularność i pieniądze, a nawet towarzysza życia. Czy więc wstyd jest nam jeszcze potrzebny?
Naprawdę nadal warto niektórych rzeczy umieć się wstydzić. Żyjemy wśród ludzi i umowa społeczna zakłada przyjęcie pewnych zasad ułatwiających tę koegzystencję. Na przykład nie wyśmiewamy niczyjej urody, nawet jeśli bardzo nas korci. Nie uprawiamy seksu tak, aby inni nas mogli zobaczyć. Nie obnażamy się publicznie, a jeśli już, to na plaży nudystów.

Czyli istnieje „dobry wstyd”?
Zobacz, co robią ludzie nawet swawolni, kiedy ich ktoś przyłapie na seksie. Odruchowo się zakrywają. Kobieta przysłania łono i piersi, a mężczyzna przyrodzenie. Kołdrą, ręką, poduszką. Odsłonięcie się to byłby rodzaj gry. Ona pokazuje i kusi, ale to nie jest swoboda. Naturalna reakcja polega na tym, że jeśli ktoś wchodzi do sypialni, kiedy się kochamy, to przestajemy to robić. Wstyd wyznacza terytorium naszej intymności. Jest nam potrzebny, byśmy czuli, gdzie się zaczyna przestrzeń, do której wpuścimy tylko najbliższą osobę.

Wstyd przed obcymi pomaga zbudować intymność z drugim człowiekiem?
Miłość potrzebuje odrobiny zdrowego wstydu. Bo to wstyd pomaga nam rozróżniać to, co biologiczne, cielesne, sensualne, od tego, co duchowe. A seks może mieć wymiar duchowy. Zjednoczenie z kochankiem czy kochanką jest zjednoczeniem szczególnym, wyjściem poza siebie, transgresją. A więc to doświadczenie mistyczne. I to właśnie je chronimy, kiedy kochamy się tak, żeby nikt nas nie podglądał. Wstyd więc chroni nas przed tym, by bliskość fizyczna z drugim człowiekiem nie stała się tylko rąbanką jak w filmie porno.

Seks może być mistycznym przeżyciem, pod warunkiem że go nie nakręcimy i nie opublikujemy?
Można sfilmować nawet tantrę. Ale istnieje coś, czego nie da się prosto wyjaśnić, a jednak właśnie to coś wpływa na to, czy seks zbliży nas do siebie, wzmocni naszą miłość, wzbogaci duchowo, czy tylko pozwoli odreagować napięcie i skonsumować podniecenie.

Wstyd to tarcza dla miłości. A co, jeśli pojawi się między partnerami? Skąd się w takiej relacji bierze? Z porównywania się z ideałami piękna promowanymi przez kulturę masową?
Oczywiście, kompleksy stanowią treść naszego wstydu. Ale on sam jest wcześniejszy. Rodzi się w dzieciństwie, jeśli jesteśmy wychowywani przez zawstydzanie: „Zobacz, jak ty wyglądasz!”; „Wstydź się! Dziewczynka tak się nie zachowuje!”; „Tak ubrana z nami do cioci nie pójdziesz!”. Zaczynamy wtedy wstydzić się siebie, swojego ciała! Oj, jak cudnie wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy się siebie nie wstydziły! Ale wypuszczane w świat z podciętymi skrzydłami jesteśmy podatne na zawstydzanie. I jeśli nawet we wstępnej fazie związku wstydu nie ma, to później może się pojawiać, zwłaszcza gdy mężczyzna nie jest tak zakochany, jak był na początku. Nie stara się, nie zabiega, zamiast tego zaczyna krytykować, dogadywać. Jeśli używa wstrętnych uwag typu: „Przestałaś o siebie dbać?! Utyłaś!”,  kobieta czuje się zdradzona. On robi to, czego ona najbardziej nie chce, czyli krytykuje jej ciało. Pojawiający się w takiej sytuacji wstyd jest sygnałem, że coś się między nami psuje.

Wstyd nie powinien pojawiać się w dobrym związku?
Powiem o pewnej podwójności. Kiedy ona chce sikać, on wychodzi z łazienki. Ale ona go łapie za gatki: „Ja jestem twoja baba, każdy przecież sika”. Z jednej strony – to dobrze, kiedy ktoś jest nam tak bliski, że się go wcale nie wstydzimy. Ale z drugiej – jeśli do tego stopnia przesuwamy granice intymności, musimy się liczyć z tym, że przestaniemy być dla niego atrakcyjne seksualnie. Jakaś tajemnica, niedopowiedzenie są potrzebne. Nie możemy cały czas chodzić rozebrane, być widziane przy każdej czynności fizjologicznej. Wtedy przestajemy kusić, pociągać, podniecać…

Wstyd jako afrodyzjak?
Kobiety, które są kochankami swoich mężów, wpuszczają ich w swój intymny świat tylko wtedy, kiedy tego chcą i są na to gotowe. A kiedy tego nie chcą, mogą dać swoim mężczyznom coś innego – równie cennego – czas, by ci mogli ich zapragnąć. Mężczyzna musi pragnąć kobiety, chcieć ją. A to trudne, jeśli ona bez przerwy paraduje nago. Ludzie mieszkający w ciasnocie, śpiący na jednej rozkładanej na noc wersalce tracą ten rodzaj erotyzmu, napięcia.

To smutne, nie można tak naturalnie ze sobą być, bez gry w tajemnice?
Być może na łonie natury. Naga na łące czy słonecznej polanie idziesz inaczej niż z łazienki do sypialni. Inaczej czujesz swoje ciało i on inaczej je widzi na łące, a inaczej w łóżku. Inaczej jest wam obojgu, kiedy kąpiecie się nadzy w rzece, a inaczej kiedy wspólnie bierzecie prysznic. Miasto jest sztuczne. Inaczej śpisz na rozkładanej wersalce w pokoju na dziesiątym piętrze, inaczej w szałasie... Kobiecość dla mężczyzny to ma być tajemnica i jest, gdy żyjemy w górach czy lesie. Ale kiedy spotykamy się w windzie i na ulicy, potrzebne są rekwizyty, gesty, a więc jakaś gra.

Kobiecość jako tajemnica w czasach reklam podpasek i globulek przeciw zakażeniom intymnym? To nie będzie proste!
Właśnie o tym mówię. I właśnie wstyd może kobiecie pokazać, że za dużo jest jawności w jej relacji z mężczyzną. Że za dużo mu daje i pokazuje siebie. Takiej kobiecości, o jakiej mówię, teraz się nie lansuje. Polega ona na tym, że kobieta koncentruje się na swoim wnętrzu, na tej tajemniczej i nieznanej mężczyźnie przestrzeni. Nie kręci się nerwowo wokół swojego zewnętrza, nie zabiega tylko o swój wygląd, o atrakcyjność fizyczną. Spogląda do swojego wnętrza. Kobieta ma być zadbana, ale przede wszystkim upragniona! Tajemnica to też to, że on nie może w każdej chwili po kobietę sięgnąć i jej mieć. W małżeństwie mężczyźnie pozornie chodzi właśnie o to, żeby partnerka była pod ręką, żeby już nie musiał za każdym razem, kiedy będzie chciał seksu, się trudzić, obiecywać, uwodzić. Jednak kiedy żona będzie za bardzo dostępna, jeśli nie stworzy aury tajemnicy, to mu się znudzi. Podobnie on jej, jeśli będzie wszystko o nim wiedzieć.

A czy partnerowi bezwstydnie można zaproponować każdą pozycję, zabawę?
Są ludzie, przy których czujemy się swobodnie, i tacy, przy których jesteśmy skrępowane. Jeśli mój kochanek należy do tej pierwszej kategorii, to mu powiem: „Powrzucaj w nasz seks trochę grubych słów, bo mnie to kręci!”. Jeśli się wstydzę, to się do tego przed nim przyznam: „Wstydzę się, ale i tak ci powiem, czego pragnę”. Zrozumie, bo każdy się czegoś wstydzi! A potem mu powiem lub pokażę, o co mi chodzi. Ale jeśli czuję się przy nim skrępowana, to po prostu zmilczę. Są różne pary i ludzie czują się ze sobą szczęśliwi bez pokonywania całego wstydu w seksie.

Terapeutka i pisarka Anna Dodziuk w książce „Wstyd” mówi, że często nie wiemy, co nami kieruje, a to przeszkadza realizować swoje potrzeby...
Zazwyczaj czujemy i mówimy wtedy, że „jesteśmy zablokowane”. A to dlatego, że nie chcemy przyznać się do tego, że czujemy się zawstydzone, onieśmielone, bezradne. Wstydzimy się przyznać do wstydu! Na pewno bardziej się wstydzimy w ukryciu. Uważamy, że to źle ujawniać słabości. Obawiamy się nawet sami przed sobą przyznać do tego, że za czymś tęsknimy, że czegoś nam brakuje. Nie wypada! Bo co inni pomyślą, jak powiemy, że chciałabym wyjść za mąż, ale nikt mi się nie oświadczył?! A co pomyślą, jak się przyznam, że brakuje mi seksu albo czułości?! Pomyślą, że jestem nic niewarta, głupia, szpetna albo wredna. I co ja wtedy zrobię!? Zwłaszcza że stanie się wówczas jeszcze gorsza rzecz – okaże się, że sama też tak o sobie myślę. I to jest  najgorsze. Dlatego nie powiem partnerowi, że nie przeżywam z nim orgazmu. Bo wtedy on pomyśli, że jestem fatalną kochanką. Zakładam to, bo sama o sobie tak myślę (i pewnie dlatego mam kłopot z orgazmem!).

Wstyd pokazuje mi mój brak miłości do siebie?
Ba, brak zwykłej sympatii. No, a jeśli tak ze mną jest, to skąd powinnam czerpać pocieszenie, kiedy ktoś mnie wyśmieje?! Znikąd! Udaję więc, że niczego mi nie brak, niczego nie chcę. A tak naprawdę wstydzę się i boję tego czegoś czy tego kogoś zachcieć! I dlatego nawet jeśli chciałabym z kimś być i taki ktoś się trafi, i wypatruje za mną oczy, udaję, że mnie nudzi i nic a nic nie ciekawi. Wstydzę się do niego choćby uśmiechnąć, bo się boję, że mnie wyśmieje: „Ty, taka brzydula, pomyślałaś, że ja chciałbym z tobą być?!”. Sama tak o sobie myślę, więc i jego o to podejrzewam! Robię więc minę nadąsanej królewny i odchodzę.

Tylko kobiety tak nie wierzą w siebie, a wierzą w to, co im mówi wstyd?
Nie tylko. Wczoraj był u mnie na terapii mężczyzna w średnim wieku, który mógłby się podobać wielu kobietom. A opowiadał mi o tym, jak bardzo wstydzi się zaczepić kogoś, kto mu się spodoba. Zapytałam go, czego właściwie się boi. W  najgorszym wypadku usłyszy: „Spadaj, dziadu!”. Dziadem przecież nie jest, więc nie powinien brać tego do siebie. A może jednak usłyszy miłe słowa i zobaczy wyciągniętą w swoją stronę dłoń. Jest taki stary kawał o panu pułkowniku, który tańczył na balu z panną Krysieńką, kiedy nagle dostał w mordę. Panna Krysieńka odbiega, a on salutuje i wraca do kolegów. Koledzy pytają: „Za coś w mordę wziął?”. „Bo się zapytałem, czy się będzie ze mną pier…..”. „No, to nic dziwnego, że ci w mordę dała! A ty tak zawsze?”. „Zawsze! Dziewięć da w mordę, a jedna się zgodzi”. Taki jest sposób na wstyd! Próbuj, aż w końcu ktoś cię kupi!

Wielu ludzi kocha się tylko przy wyłączonym świetle?
Łatwiej się wtedy ruszać swobodnie. „No, bo jak się nad nim pochylę, to mi będzie wisiał brzuch”. Od pewnej dziewczyny słyszałam, że jej partner mówi jej, jak to wspaniale, że utyła. Albo że jej fałdka na brzuchu go podnieca i ma nic z nią nie robić. Jednak kobiety nie słyszą, co mówią ich mężczyźni. Pamiętają za to krytyczne uwagi matek na temat ich wyglądu, często to one zasiewają w ich sercach niezadowolenie z samych siebie, które rodzi wstyd.

A co robić, kiedy to on się wstydzi?
Trzeba go powoli oswoić. Mówić mu miłe rzeczy: „Jaką masz ładną pupkę”. Zrobić zdjęcie, pokazać: „Zobacz, jaki fajny męski tyłek!”. A kiedy się oburzy, powiedzieć: „To twój, najpiękniejszy na świecie!”. Kiedy ten, kto się wstydzi, poczuje się akceptowany, coraz mniej będzie się czerwienił. Czasami kobiety robią błąd i skreślają mężczyznę, który jest nieśmiały. A szkoda, bo mógłby stać się niezłym gierojem, gdyby tylko w jej oczach zobaczył podziw. Zmysłowe przyjemności też mogłyby pomóc oswoić wstyd. Miłość, bliskość, rozkosz dają poczucie, że nie jesteśmy tacy najgorsi, skoro nam się przydarzyły. A więc miłość i akceptacja, no i jeszcze poczucie humoru to najskuteczniejsze leki na ten zły wstyd.

  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)