1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

Czy wypada się śmiać, kiedy wokół wojna? O roli teatru w czasach kryzysu mówi Ewa Pilawska

„Imagine” w reżyserii Krystiana Lupy. Premiera spektaklu odbyła się na Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Teatrze Powszechnym w Łodzi. (Fot. materiały prasowe/Natalia Kabanow, Kasia Chmura-Cegiełkowska/teatralna.com)
Po co nam przemoc? Kogo żywi konflikt? Stawianie w teatrze takich pytań ma większą siłę rażenia niż spektakle zaangażowane społecznie i politycznie, które reagują na tu i teraz – mówi Ewa Pilawska, dyrektorka Teatru Powszechnego w Łodzi, którą pytamy m.in. o to, czy wypada się śmiać, kiedy wokół wojna.

Jaką rolę odgrywa teatr w czasach kryzysu? Czy powinien być lustrem, w którym odbijają się aktualne problemy, zbliżając nas do katharsis, czy pozwalać na oderwanie się od smutnej rzeczywistości?
Myślę, że teatr powinien być różnorodny i dawać odbiorcom możliwość wyboru. Oczywiście obecnie nie da się uciec od komentowania tego, co się wokół nas dzieje. Cały czas zadaję sobie pytanie, jak w XXI wieku mogło dojść do takiej tragedii jak w Ukrainie. Moim zdaniem człowiek nie zdał egzaminu, nie odrobił lekcji z koszmaru II wojny światowej. Zbyt dużo jest w nas konformizmu, a świat wciąż opiera się na przemocowym modelu. Już jako dzieci obserwujemy pewien układ sił w domach, gdzie modelem powinno być raczej partnerstwo, wzajemny szacunek, zrozumienie i miłość. Często nie odróżniamy przemocowości od budowania autorytetu.

Teatr jest właśnie po to, żeby tę przemocowość w naszym życiu ukazywać?
Tak. Teatr, stosując różne estetyki, powinien o tym mówić. Nie możemy uciekać od stawiania ważnych pytań, stawiania lustra. Podczas spotkania na tegorocznym Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych jeden z widzów powiedział, że ludzi przychodzących do teatru nie trzeba już edukować. Nie zgadzam się z tym. Według mnie trzeba uczyć się i rozwijać przez całe życie. Teatr Powszechny w Łodzi jest Polskim Centrum Komedii i uważam, że w obecnym czasie nie można też rezygnować z mądrej komedii.

Pojawia się pytanie, czy w świetle wojny w ogóle wypada się śmiać.
Śmiech ma różne odcienie i funkcje, a inteligentna komedia nie jest przejawem ignorancji. Przeciwnie. Na naszych scenach gramy komedie, które mówią o poważnych i najtrudniejszych sprawach. O samotności i szukaniu siebie – „Najpierw kochaj, potem strzelaj” w reżyserii Michała Siegoczyńskiego. O chorobie Alzheimera i fikcji relacji rodzinnych – „Atrament. Wczoraj. Żyrafa” Juliusza Machulskiego w reżyserii Pawła Szkotaka. O rozdźwięku pomiędzy tym, kim chcemy być, a tym, kim jesteśmy – „Chciałem być”. To kilka przykładów, które zaprzeczają stereotypom i szufladkowaniu gatunku komediowego. Myślę, że musimy przeżyć swój czas najlepiej, jak potrafimy, aby kolejne pokolenia mogły budować świat bez przemocy. O tym pięknie mówi spektakl „Imagine” Krystiana Lupy. Reżyser wraca do idei Johna Lennona i zadaje fundamentalne pytania. Dlaczego świat nie mógłby dochodzić do konsensusu w przestrzeni negocjacji? Po co nam przemoc? Kogo żywi konflikt? Stawianie w teatrze takich pytań ma jeszcze większą siłę rażenia niż spektakle zaangażowane społecznie i politycznie, które reagują na aktualne problemy tu i teraz. One też mają swoją rolę do odegrania. Wiele z nich odpowiada na to, co się zdarzyło, a potem znika, bo ich siła wyrazu nie jest uniwersalna. Krystian Lupa prezentuje podejście filozoficzne. Mówi: zastanówmy się nad tym, co zrobiliśmy.

Czy w obliczu rosnących zagrożeń, jak choćby katastrofa klimatyczna, w przyszłości język teatru będzie się zmieniał w stronę natychmiastowego reagowania na problemy? A może będziemy szukać nowego sensu w znanych już dramatach?
Myślę, że teatr będzie poszukiwał różnych ścieżek. Pod ręką utalentowanego reżysera wybitna dramaturgia zawsze wybrzmi aktualnie. Przykładem takiej sztuki są „Dziady” Mickiewicza w reżyserii Mai Kleczewskiej, które w kontekście wojny w Ukrainie brzmią zupełnie inaczej. Wydarzenia w Ukrainie zmieniły też wydźwięk sztuki Nowego Teatru w Warszawie „1.8 m” w reżyserii Iwana Wyrypajewa. W spektaklu grają białoruscy aktorzy, którzy już jakiś czas temu uciekli z Białorusi i tworzą w Polsce. Chyba nie ma bardziej bolesnego teatru niż teatr dokumentu, a ten spektakl oparty jest na tekstach, które więźniowie polityczni wypowiadali w sądach i pisali w listach do swoich bliskich. Tytułowe 1,8 metra to przestrzeń, jaka przypada na jednego więźnia w białoruskiej celi. Świadomość, że 80 kilometrów od polskiej granicy są więzienia przepełnione ludźmi, którzy głoszą niepopularne dla tamtejszej władzy prawdy o panującym tam terrorze i przemocy, jest przerażająca. Maluje to obraz współczesnego świata, kiedy myślimy o kolonizacji Marsa, a niszczymy naszą planetę, zarówno ekologicznie, jak i po ludzku.

W świecie sztuki toczy się dyskusja o usuwaniu rosyjskiej kultury. Wy nie zdecydowaliście się zdjąć z afisza Czechowa. Uważa Pani, że teraz szczególnie powinniśmy pokazywać ten teatr opierający się przecież na tradycji krytykowania porządku społeczno-politycznego Rosji?
W akcie sprzeciwu nie jedziemy ze spektaklem „Imagine” na festiwal „Złota maska” do Moskwy. Anulowaliśmy zaproszenie dla rosyjskiego krytyka, który na Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych miał wziąć udział w konferencji poświęconej Krystianowi Lupie. To gesty, które mają obudzić tamtejsze środowiska intelektualne. Chcemy, żeby ci ludzie odczuli, że są skazani na ostracyzm, ale nie można być w tym bezrefleksyjnym. Tam też są dobre, mądre osoby. Iwan Wyrypajew czuje się chyba bardziej polskim reżyserem, ale pochodzi z Rosji. W Rosji jest persona non grata ze względu na swoją postawę i poglądy. Czy my także powinniśmy go skreślić? Oczywiście, że nie.
Nie wiem, czemu miałoby służyć zdejmowanie sztuk Czechowa czy Dostojewskiego. Zresztą z Czechowem sami Rosjanie mają problem, bo często krytykował mentalność Rosji. Nie bądźmy ortodoksami, bądźmy mądrzy. Nienawiść napędza agresję.

Pani udaje się ściągnąć do teatru ludzi z blokowisk. W jaki sposób?
Jeśli teatr jest uczciwy, mądry i odpowiada na trzy pytania: o czym, po co i dla kogo – dociera wszędzie. Dla mnie bohaterami są ludzie, którzy „odklejają” się od kanap, wyłączają telewizory i jadą do teatru – z Retkini, z Olechowa, z innych części Łodzi. Zadaniem teatru wcale nie jest bycie elitarnym. Część ludzi mówi, że teatr z natury taki był, ale historia mówi nam co innego. To nasze zadanie, żeby docierać szeroko, żeby być teatrem otwartym. Prowadzę „teatr blisko ludzi”, łodzianie mnie interesują. Jednocześnie wiem, jak ciężko trzeba tu pracować, żeby osiągnąć zamierzone cele. Według mnie najistotniejsze jest, żeby nie odsuwać się od widza, nie odklejać się od niego. Trzeba rozmawiać z odbiorcą z czułością i uczciwie.
Łódź to miasto wymagające, ale z fajnymi ludźmi, których trzeba usłyszeć i zrozumieć. Z drugiej strony – każde miasto ma swoją specyfikę, każde miasto jest wymagające. Po prostu najpierw trzeba pochodzić po mieście, zasymilować się, poczuć klimat. Zobaczyć prawdę tych ulic, a potem rozmawiać.

Jechałam na dzisiejszy wywiad taksówką. I prowadzący pojazd starszy pan, z usposobienia typowy taksówkarz, wiedząc, że kieruję się do Teatru Powszechnego, zapytał, kiedy gracie „Szalone nożyczki”. Byłam zaskoczona!
I to jest fantastyczne! Mamy bardzo różnorodną publiczność. „Szalone nożyczki” miały swoją polską prapremierę w 1999 roku w naszym teatrze. W tamtym czasie mówiono mi, że nie ma możliwości, żeby w Polsce powstał interaktywny spektakl… Druga część zakłada, że widzowie zadają pytania – nikt nie wierzył w to, że ktokolwiek będzie chciał rozmawiać. Nie podzielałam tego pesymizmu, wierzyłam w widzów i udało się. Z czasem okazało się, że daliśmy polskiemu teatrowi fantastyczny prezent. „Nożyczki” są grane w wielu teatrach w Polsce.

Spod Pani rąk wyszło wiele przełomowych projektów, między innymi „Teatr dla niewidomych i słabo widzących”. Te pomysły biorą się z diagnozy potrzeb ulicy?
Tak. Teatr dla niewidomych powstał z intuicyjnej potrzeby docierania do grup, które mają utrudniony dostęp do kultury. Zaczęliśmy go robić skromnie, bez rozgłosu. Najważniejsza była idea. Modne jest natychmiastowe podawanie informacji do mediów o swojej empatii, ale ja powiedziałam do kolegów z działu promocji: „Przez rok milczymy! Robimy to w ukryciu”. Chodziło o to, by najpierw wyczuć reakcję publiczności i sprawdzić, czy projekt ma rację bytu. Pierwsze spektakle graliśmy w świetlicy Polskiego Związku Niewidomych przy ul. Więckowskiego. Okazało się, że projekt cieszył się zainteresowaniem, że powstało coś unikatowego. Świetnie, że wiele innych teatrów również zaczęło szukać formy, która pozwalałaby osobom niewidomym na odbiór spektaklu teatralnego. Teatr, aby się rozwijać, musi pulsować. Nie ma gorszej rzeczy, jak usiąść i powiedzieć: „Jest świetnie”.

Tegoroczny Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych odbywa się pod hasłem „Artysta. Wizjoner”. Co Pani zdaniem charakteryzuje wizjonerów?
To ludzie, którzy otwierają przed nami nowe perspektywy. Mają odwagę przekraczania granic, dekonstruują. Do takich osób zaliczyłabym z pewnością Krystiana Lupę czy Krzysztofa Warlikowskiego. Wydaje mi się, że wizjonerzy zamykają rozdziały z przeszłości i myślą o tym, co dalej, co przed nimi, co w przyszłości. Dzięki nim widzimy więcej. Wierzę, że również dzięki nim jesteśmy w stanie eliminować korzenie zła i przemocy.

Ewa Pilawska, teatrolożka, reżyserka teatralna, od 1995 roku dyrektorka Teatru Powszechnego w Łodzi, na swoim koncie ma m.in. stworzenie Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych oraz „Teatru dla osób niewidomych i słabo widzących”.

Ewa Pilawska (Fot. materiały prasowe/Natalia Kabanow, Kasia Chmura-Cegiełkowska/teatralna.com)
Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze