Co za nuda! Zagraniczne media z końcem roku skrzyknęły się w lamencie nad kulturą, która nie ekscytuje jak kiedyś, i jęczą, że prawdziwych dziwaków już nie ma. Czy gwiazdy naprawdę wytraciły charakter, wszystkie filmy są takie same, piosenki nie zaskakują, a sztukom wizualnym brakuje fantazji?
Jeszcze w listopadzie redakcja wpływowego amerykańskiego magazynu opinii „The Atlantic” postulowała tytułem obszernego materiału, żeby przywrócić kulturze jej dawny awangardowy ton i rewolucyjny potencjał. „Make culture weird again” – tak dokładnie brzmiał nagłówek błyskotliwie nawiązujący do skompromitowanego hasła wyborczego Donalda Trumpa. Sprawmy, żeby kultura była znów dziwna. Bo przestała być?
„Mija pierwsze dwadzieścia pięć lat XXI wieku i kultura jest wyraźnie inna niż w poprzednim tysiącleciu” – pisze na łamach „The Atlantic” W. David Marx, krytyk kultury, eseista i autor wydanej niedawno książki „Blank Space”. „Codzienność nigdy nie była bardziej wypełniona – obserwujemy niekończący się strumień słów, pomysłów, gier, piosenek, filmików, memów, niedorzecznych oświadczeń, celebrytów przeżywających załamania nerwowe, life hacków, niebywale utalentowanych zwierzątek. Jednocześnie widownia potrafi wyczuć, czego brakuje. Inwestujemy dziś w kulturę wiele energii, a nie pojawia się nic, co byłoby świeże. A już na pewno nie pojawia się nic, co byłoby wystarczająco rewolucyjne, by odesłać przeszłość do skansenu”.
Nadprodukcja jest faktem – wszystkiego wytwarza się dziś za dużo, również piosenek, filmów, seriali i książek. Układanie się twórców i twórczyń z rynkiem też jest faktem – żeby stworzyć dzieło rewolucyjne, trzeba zaryzykować, że nie znajdzie ono odbiorców i odbiorczyń, a przynajmniej nie będzie to grupa na tyle liczna, by można mówić o sukcesie mierzonym sprzedażą i zasięgami. Ale może redakcja „The Atlantic” przesadza, bo wywrotowe, przesuwające granice angażujące uwagę i niosące głęboko rezonujący przekaz dzieła wciąż powstają, tylko stanowią zdecydowaną mniejszość?
Ten sam krytyk, W. David Marx, narzekał na jałowość popkultury w podcaście amerykańskiego „Newsweeka”. Prowadzący audycję „The 1600” dziennikarz Carlo Versano zaczął zresztą rozmowę od brutalnych wyliczeń. Prawie 75 proc. najbardziej kasowych filmów to remake’i albo sequele – czyli nowe wersje starych produkcji albo kontynuacje lubianych tytułów, czytaj: nic oryginalnego. W listopadzie 2025 roku największym przebojem w Stanach Zjednoczonych była piosenka country wygenerowana przez sztuczną inteligencję. W ubiegłym roku najgłośniejszym dziełem sztuki był banan przytwierdzony do ściany kawałkiem taśmy klejącej – sprzedał się za 6 mln dolarów.
Jeśli tak stawiać sprawę… „Wciąż mogą działać interesujący, kreatywni artyści i wciąż może funkcjonować rynek kultury masowej, który nie będzie nimi zainteresowany” – W. David Marx tłumaczył, że problem nudnej kultury to problem całego ekosystemu, a niekoniecznie pojedynczych autorów i autorek. „Zmiana polega na tym, że dawniej krytyk czy krytyczka zrobiliby wszystko, by odpowiednio wysławić innowacyjne dzieło i przenieść je z peryferiów do centrum uwagi. A dziś? Dziennikarstwo to sport. Wyścig o czytelników i czytelniczki.
Nieważne, czy Taylor Swift nagrała dobrą płytą. Media i tak o niej napiszą, bo Swift słucha mnóstwo ludzi i dlatego jest traktowana poważnie”. Pełna zgoda. „The Life Of A Showgirl”, ostatni album Swift, jest jedną z najbardziej miałkich, przezroczystych płyt tej dekady, ale radykalne, bezmyślne oddanie fanów i fanek wokalistki utrzymuje ją na pierwszych miejscach list przebojów. I to prawda, że w kulturze popularnej wzmocnił się podział na mainstream, który zwraca na siebie za dużo uwagi, i awangardę, która nikogo nie obchodzi.
Czytaj także: Efekt Taylor Swift. Na czym polega jej fenomen?
Wciąż jednak można wskazać kilka osób, które działają na granicy światów, gdzie dzieją się rzeczy ciekawe. W muzyce: chociażby Charlie XCX, która na ostatnim albumie „Brat” połączyła ekstrawertyczną muzykę taneczną z często introspektywnym tekstem. W telewizji: komicy Nathan Fielder czy Tim Robinson, autorzy dwóch najbardziej ekscentrycznych seriali tego roku, bo pierwszy zrealizował drugi sezon swojej „Próby generalnej”, a drugi debiutuje dłuższą formą w „Krzesłach”. W filmie: horrory z „Oddaj ją” braci Philippou na czele, bo przesuwają granice kina gatunkowego, wypełniają je nieobecną tam wcześniej treścią („Oddaj ją” to mądry film o żałobie).
W dyskusji o twórcach, którzy nie są głodni eksperymentu i przestali poszukiwać nowych form wypowiedzi, wybrzmiewa oczywiście również zarzut, że same osoby stojące za popkulturą są dziś, no cóż, żadne. Tylko czyja to wina? Gdy niedawno Quentin Tarantino w ostrych słowach wypowiedział się o brakach w warsztacie aktorskim Paula Dano, internet rzucił się na reżysera z pięściami. Tarantino zawsze formułował swoje sądy w sposób wyrazisty, więc dlaczego akurat teraz zaczęło to komukolwiek przeszkadzać? Tzw. cancel culture, kultura specyficznych samosądów, nie zawsze była zjawiskiem negatywnym – na przykład gdy w internetowym bojkocie rozliczono homofobów, rasistów, mizoginów, damskich bokserów i przestępców seksualnych.
W przestrzeni publicznej nie powinno być zgody na mowę nienawiści, żart też może być przemocą i osobiście postulowałabym już nie rozpuszczać problemu w odwiecznej dyskusji o tym, czy można oddzielić artystę od dzieła, bo to jakiś tchórzliwy wybieg, żeby dalej chodzić do kina na filmy Polańskiego. Jednak cancel culture rozkręcona tak, że rozliczamy wszystkich ze wszystkiego, sprawa, że można jak Tarantino niesłusznie zebrać łomot komplikujący karierę i prowadzi właśnie do tego, że z każdej strony zalewa nas potok okrągłych, grzecznych zdań napisanych wcześniej przez sztab PR-owców.
Nikt nie pozwala sobie na wypowiedzi z charakterem, dosadne, bo obawia się konsekwencji. Oczywiście po całych dekadach, w których branżą rozrywkową rządzili wszelkiej maści zwyrodnialcy i przemocowcy pokroju Harveya Weinsteina, Billa Cosby’ego, Woody’ego Allena, Johnny’ego Deppa czy Diddy’ego, bardzo zrozumiałym jest popyt na poczciwe gwiazdy jak Pedro Pascal i Paul Mescal. Czasem trzeba więc uważać, za czym się tęskni. A innym razem podziękować za Alexandra Skarsgarda, który potrafi przyjść na czerwony dywan bez spodni albo na skórzanej smyczy, a w wywiadzie powiedzieć, że „lubi natarczywe kobiety” – i nie ma w tym nawet grama mizoginii. Nie, nie wszyscy są nudni.