1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Dręczenie Św. Alejandry - Pragnienie miłości

Dręczenie Św. Alejandry - Pragnienie miłości

fot. materiały prasowe Manana
Meksykański kandydat do Oscarów. Wyróżnienie Un Certain Regard w Cannes. W tytule ma „Pragnienie miłości”, ale opowiada o szkolnym zastraszaniu, dręczeniu, gnębieniu i tyranizowaniu niewinnej 17-latki. Bardzo drastyczne.

fot. materiały prasowe Manana

Reżyser i scenarzysta Michel Franco mówił po pierwszym pokazie „Pragnienia miłości”, że dla niego „lepszy nawet od oklasków był widok osób płaczących po jego filmie. To chyba dużo mówiąca informacja. Temat „bullyingu”, przemocy w szkołach, nowy nie jest – chociaż brak dobrego polskiego odpowiednika tego słowa sugeruje, że u nas najwidoczniej często się o tym problemie nie mówi – ale Franco pokazuje rzeczy, których naprawdę nie chcielibyśmy oglądać. Pewną część filmu spędzicie w związku z tym na mimowolnym trzymaniu się za głowę.

Fabuła jest prosta, tragiczna i nierówna (ale to akurat celowo). Alejandra i jej ojciec Roberto opuszczają swoją małą miejscowość i przenoszą się do oddalonej o 10 godzin drogi stolicy Meksyku, Mexico City. Przenoszą się w pośpiechu, nie zabierając ze sobą praktycznie niczego, co mogłoby im przypominać o domu. Chcą jak najszybciej zapomnieć o wypadku, w którym niedawno zginęła matka Alejandry, Lucia, i rozpocząć wszystko od nowa. Taka jest też zresztą sugestia tytułu oryginalnego, który można tłumaczyć jako „(Życie) po Lucii”. Początkowo wygląda na to, że nie będzie ono łatwe przede wszystkim dla owdowiałego męża, który nadal nie radzi sobie z tą stratą. Zadziwiająco dobrze całą sytuację znosi natomiast jego nastoletnia córka. Szkoda, że już niedługo przybędzie jej problemów zupełnie innej natury.

W Mexico City Alejandra zapisuje się do nowej szkoły. Jest nieco skromna, bardzo wesoła, miła, pozytywnie nastawiona i zdobywająca zaufanie otoczenia jednym ciepłym uśmiechem. Takich ludzi po prostu chce się lubić, więc nikogo (włącznie z samą zainteresowaną) nie dziwi chyba, że najpopularniejsze dzieciaki w klasie od razu próbują się z nią zapoznać. Że już w pierwszy weekend zapraszają ją na dwudniową imprezę, do kilkuosobowego, zamkniętego kręgu „tych fajnych”. Że tak chętnie się z nią upijają i częstują marihuaną. Że kiedy nietrzeźwa zaczyna kochać się w łazience z właścicielem całego domu, ten stawia obok telefon komórkowy i wszystko nagrywa. Pewnie nie spodziewała, że dzień później nagranie wyląduje w sieci i zobaczy je cała szkoła.

Szczerze powiedziawszy, taka „wpadka”, to wystarczająco dużo, żeby zniszczyć młodej osobie (niestety: szczególnie dziewczynie) kilka lat życia w takiej niedojrzałej, uczniowskiej społeczności. W ten sposób wykorzystane zaufanie może zresztą owocować poważnymi problemami w dalszym rozwoju i reszcie życia. Ale w Pragnieniu miłości”, to o dziwo dopiero wierzchołek góry lodowej  cierpień, na jakie reżyser skazuje główną bohaterkę. Późniejsze wydarzenia przypominają raczej te z więziennych eksperymentów Philipa Zimbardo czy filmu Fala, gdzie jedna z grup nadużywa swojej władzy, a bezsilność ofiar budzi w oprawcach coraz to ciemniejsze instynkty. Alejandra jest podwójnie łatwym celem: nie przyzna się do tego, że jest prześladowana, bo za wszelką cenę nie chce martwić swojego ojca. W obliczu wyrafinowanych tortur psychicznych, jakim poddadzą ją „koledzy” i „koleżanki” z klasy, to o tyle godne podziwu, co i trudne do zrozumienia. No i (jak już wspominałem) bardzo drastyczne.

Film jest raczej rwany, mało w nim wyjaśnień, dociekania powodów brak całkowicie. To nie jest tematycznie ułożona analiza społecznego, socjologicznego czy psychologicznego problemu. Franco ma zupełnie inne podejście do tworzenia. - Nie lubię filmów, które są zbalansowane, bo życie takie nie jest. Ja po prostu idę za filmem i pozwalam mu mówić – reżyser twierdził w Cannes. „Pragnienie miłości” złożył z fragmentów wielu prawdziwych historii prześladowanych nastolatków. Alejandra jest więc trochę symbolem, na który spada niewyobrażalnie duża ilość ciosów (bardziej dosłownie niż w przenośni).

Jak znosi to widownia? Z początku może się nudzić, bo nie brakuje tutaj długich ujęć, scen niespodziewanego płaczu przy wkładaniu naczyń do szafki (ach, meksykańskie kino) i trochę niewygodnych do oglądania kadrów, które zdają się być nakręcone domową kamerą. Efekt końcowy jest jednak taki, że gdyby po seansie na sali pojawił się Michel Franco, byłby zapewne bardzo zadowolony. Bo płaczący widzowie, to przecież coś lepszego niż oklaski.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze