Ekskluzywny wywiad z Estasem Tonne!

Po czterech wspaniałych i udanych koncertach w marcu 2018 roku Estas wraca
do Polski! W kwietniu 2019 z ukraińskim gitarzystą będzie można ponownie spotkać się w
Krakowie, Poznaniu, Gdańsku oraz Warszawie. Przeczytajcie koniecznie, co artysta powiedział nam odnośnie swojej przeszłości i tego, jak w jego życiu narodziła się miłość do muzyki!

Estas Tonne jest człowiekiem pełnym charyzmy i zaangażowania, który wyraża
siebie w autentycznym odsłanianiu się muzyki. Swoją muzyką tworzy pomost
pomiędzy człowiekiem, a Wyższą Jaźnią. Tworzy przestrzeń, która wyłaniając się
pozwala słuchaczowi w jednej chwili poczuć swobodę i przepływ oraz
doświadczyć transformacji. Estas Tonne to muzyk pełen mocy i ekspresyjności, który łamie zasady współczesnego show-biznesu. Dla Estasa muzyka nie jest celem samym w sobie, ale narzędziem, które może wydobyć na wierzch ludzką zdolność do poznania
samych siebie i otaczającej nas rzeczywistości.

Aleksandra Hekert: Jak zaczęła się twoja przygoda z muzyką?

Estas Tonne: Jak w wielu innych rodzinach, rodzice zasugerowali mi naukę gry na instrumencie muzycznym. Na początku był to fortepian, ale z powodu skoliozy nie mogłem kontynuować nauki, więc zacząłem eksplorować grę na gitarze. Muzyka płynęła już w rodzinnych żyłach, ale nie konkretnie u moich rodziców. W szkole oczywiście inni chłopcy śmiali się ze mnie, ponieważ wszędzie chodziłem z gitarą. Ale pewnego dnia, gdy zagrałem na szkolnym koncercie, poprosili, żebym ich nauczył. Uczyłem się w szkole muzycznej do piętnastego roku życia, skończyłem rok wcześniej, ale zostałem na cały kolejny rok, żeby uczyć się już jedynie gitary (bez historii muzyki i tych wszystkich innych rzeczy, które i tak mnie nie interesowały). Potem przeprowadziliśmy się do Izraela i przestałem grać. To pierwszy rozdział tej historii. W kolejnych latach chciałem grać, ale nie wiedziałem co i nie miałem żadnego kierunku. Słuchałem więc różnej muzyki, flamenco, mambo, samby, głównie muzyki kubańskiej.

AH: Czy w jakimś momencie poczułeś głębsze wołanie?

ET: Tak, usłyszałem Django Reinhardt, artystę o cygańskich korzeniach, który grał dwoma palcami (jego ręka została poparzona w pożarze) i był z tego znany. Kiedy usłyszałem jego muzykę, mój świat przewrócił się do góry nogami. Nie wiedziałem wtedy kim on był, ale to, co najbardziej mnie dotknęło, to to „cygańskie” uczucie, melancholia (którą można też usłyszeć w muzyce flamenco), nostalgia, tęsknota za czymś. I to mnie wiele nauczyło. Tak właśnie chciałem grać, ale nie wiedziałem co grać i nie potrafiłem go skopiować. Dopiero później zrozumiałem, że ten styl nie był do końca mój. Był jedynie inspiracją. Więc ponownie chwyciłem za gitarę w Nowym Jorku, mając 26 lat. Ktoś podarował mi nowy instrument w prezencie i zacząłem wałęsać się po mieście, grając trochę tu, trochę tam, czasami przygrywałem z jakimiś ludźmi grającymi bluesa na ulicy, na stacji kolejowej albo w parku. Ludzie zaczęli rzucać mi pieniądze, myśląc, że gram dla kasy, kiedy ja nawet nie otwierałem futerału. Pewnego dnia spotkałem wiolonczelistkę, której historia była bardzo podobna do mojej. Zaczęliśmy grać razem i tak to się wszystko zaczęło. Graliśmy razem prawie każdego dnia przez sześć miesięcy, a potem wyjechałem do Los Angeles.

Ale najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że w Nowym Jorku byłem po to, żeby kręcić filmy! Taki był mój zamiar. Miałem przy sobie zawsze gitarę i notatnik. Spisywałem wszystko i wszędzie: nawet w jakimś klubie czy w mocno zatłoczonym i głośnym miejscu – wszystko to było jedynie tłem. Dokumentowałem sceny, uczucia, pomysły, emocje i wyobrażałem sobie różne konsekwencje tego, co się wydarzało. W pewnym sensie wszystko to było dużo bardziej interesujące niż sama muzyka. Nie mógłbym przewidzieć wtedy tego, co ma miejsce teraz.

AH: Co czujesz, kiedy grasz?

ET: Wiesz, w pewnym sensie to kompletnie odmienne doświadczenie czy gram sam dla siebie, czy w pokoju z innymi muzykami czy jestem artystą na scenie. Wyrażanie siebie jest zupełnie inne. Z powodu oczekiwań widzów, emocji, projekcji i uczuć, z którymi ludzie przychodzą na koncert, żeby „doświadczyć” artysty, „muzycznego tripa” lub widowiska – jest zupełnie inaczej, gdy jestem sam w swojej przestrzeni. Przechodzę przez całe spektrum uczuć i nigdy nie wiem: czy to ja, czy to ludzie? Jedyna rzecz, o którą dbam na scenie, to techniczne szczegóły (bo na scenie to nie jest tylko siedzenie i granie) oraz bycie obecnym. Więc głównie: TRZYMAM PRZESTRZEŃ. Trzymam przestrzeń dla innych, żeby mogli odbyć muzyczną podróż i jestem obecny z tym, co się wydarza. Jasne, odpływam też w odległe krainy, ale muszę być bardzo mocno w TERAZ, w danym momencie, bardzo obecny. Myślę, że tak samo jest w przypadku każdego człowieka, który w pewnej aktywności musi być bardzo skupiony. To jest jak bycie na granicy bycia kimś/czymś i bycia niczym w tym samym czasie. Jest w tym bardzo cienka granica pomiędzy czymś, a niczym. Tożsamość dalej tam jest, ale jednocześnie jej nie ma. To dlatego pytam nieraz po koncercie: dlaczego bijecie ‚brawo’? Dla kogo bijecie brawo? Czy dla artysty, czy dla konkretnej osoby, która sprawiła, że coś czujecie, że mogliście podróżować? Ale czy to wszystko jest prawdą? Czy ktokolwiek coś nam zrobił? Więc moje czucie, to kombinacja… taniec wszystkich tych elementów.

AH: Co powiedziałbyś i poradził ludziom, którzy szukają i marzą o inspiracji?

ET: Zainspiruj się! (Śmiech). Co innego pozostaje? Nic nie możemy z tym zrobić. Albo jesteś czymś zainspirowany albo nie. Ktoś może być zainspirowany ptakami, ktoś inny chmurą, ktoś jakimś utworem, piękną twarzą, książką czy filmem. Więc gdy jesteśmy zainspirowani, to ogromna szansa, żeby coś poczuć, a potem tego użyć, jak alchemicznego składnika dla własnej kreatywności. Jednak jest pewna mała pułapka – mamy tendencję do reprodukcji, kopiowania tej rzeczy, ponieważ chcemy odtworzyć i ponownie połączyć się z tym uczuciem. Ale w prawdziwej inspiracji chodzi o to, żeby pozwolić jej na przejawienie się, poprzez „moją” osobę lub kogokolwiek innego. Nie chodzi o reprodukcję, tylko o przyzwalanie. W pewien sposób stajemy się jedynie kanałem i pojazdem dla inspiracji. Mówię zawsze, że „inspiracja jest cały czas”. Strumień inspiracji, przepływ (flow) nieskończonych możliwości wyrażania siebie, jest cały czas dostępny. Ale my jesteśmy wypełnieni zmartwieniami i zbyt zabiegani: czujemy – nie czujemy, albo nie mamy czasu, jednak inspiracja jest cały czas na wyciągnięcie ręki. I może w niektórych miejscach jest bardziej aktywna. Możemy udać się do jakiegoś miejsca i od razu czujemy „wow, słyszę piosenki, widzę obrazy!”, to prawie tak jakby spotykały się ukryte pewne energie, a w tym spotkaniu czujemy podziw. Więc kwestia dotyczy tego, jak sobie pozwolić, żeby to się przez nas przejawiło.

AH: Zatem ostatecznie chodzi o przyzwalanie i otwarcie się?

ET: Tak, dokładnie tak.

AH: Czy możesz podzielić się tym, jak muzyka cię zmienia i kształtuje?

ET: Jest wiele różnych sposobów, jakie poszerzają nasze rozumienie nas samych i życia. To może być np. czytanie książek… a w moim przypadku to gitara i muzyka otwierają moje postrzeganie. Oto jedna nuta jest tylko nutą, ale wspólnie z innymi tworzy harmonię (lub nie). Więc możemy patrzeć na ludzi w podobny sposób – jedna osoba może być utalentowana, ale w połączeniu z innymi tworzy coś w rodzaju rozmachu, ruchu. W ten sposób możemy patrzeć na życie z innej perspektywy, nie tylko z punktu egoistycznego „ja! ja!” (jedzenie, ubieranie się, konsumpcja, życie, umieranie). Jest w tym dużo więcej, niż nam się wydaje! I muzyka może nas nauczyć dużo więcej niż nam się wydaje. Dla większości ludzi muzyka to ładna piosenka, harmonia dźwięków czy orkiestra, ale to nie wszystko. MY JESTEŚMY MUZYKĄ! Pomyśl tylko, że mamy 7 miliardów (lub więcej!) ludzi na planecie – to dopiero jest symfonia! Wszystko jest muzyką. I nie tylko ludzie. Każdy obiekt ma swój dźwięk (częstotliwość) oraz swój cel. Już samo myślenie, że kamień ma również swoje brzmienie od razu zmienia sposób patrzenia na życie! A nawet nie mówię o dźwiękach roślin czy zwierząt. Cóż, nawet wiedząc to wszystko, jesteśmy cały czas zbyt zabiegani, żeby w pełni zrozumieć co to oznacza oraz jak działa ta wielka tajemnica. Myśląc o tym wszystkim, muzyka sprawia, że czuję się dobrze.

Ale samo myślenie, że wszystko jest muzyką, nie daje nam tego głębszego zrozumienia i otwarcia, żeby uchwycić, co tak naprawdę to oznacza. Pewnie głębszym zrozumieniem jest to, że wszystko ma raczej swoją wibrację, a nie dźwięk, ale to zostawiam już dla tych, którzy czują powołanie, żeby zająć się tą kwestią.

AH: Na koniec, jeśli mógłbyś zadać jedno pytanie i otrzymać na nie odpowiedź, o co byś zapytał?

ET: Dlaczego niektórzy z nas muszą walić głową w ścianę, przez 20 czy 30 lat swojego życia, a może nawet całe życie, żeby zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi? Chciałbym, żebyśmy nie musieli tak długo uderzać w ten mur. Nawet jeśli podążam już swoją ścieżką, nie mogę powiedzieć, że w pełni rozumiem to szaleństwo, które nazywamy życiem. Ale jednocześnie bez tych wszystkich doświadczeń, nie byłoby mnie dziś tu, gdzie jestem. Więc to taki paradoks. Jaki jest zatem cel naszego pobytu tutaj? Ten cel jest dla nas wciąż bardzo zamglony. Ktoś powie „Moim powołaniem/celem jest pisanie książek”. Ale żeby pisać książki, musisz tak wiele się nauczyć, tyle doświadczyć i tyle poczuć! Ktoś powie „Moim celem jest bycie astronautą”, ale żeby być astronautą, również musisz się dużo nauczyć i dużo doświadczyć! Więc każdy tancerz, gitarzysta czy malarz musi włożyć bardzo wiele wysiłku, kreatywności, miłości, czasu i poświęcenia. Ale i tak czuję, że po wyeliminowaniu niepotrzebnych zagadnień, miło byłoby wiedzieć jaki jest sens tego wszystkiego. Bo pytając o sens, przy 7 miliardach ludzi, będzie 7 miliardów różnych odpowiedzi! Ktoś powie „Chcę wiedzieć czym jest miłość, więc jestem tu po to, żeby doświadczyć współczucia”, ktoś inny powie, że chce doświadczyć wydania na świat potomstwa, a jeszcze ktoś inny, że chce doświadczyć bycia lekarzem. Ale nawet to nie jest najistotniejszą kwestią. Więc zapytałbym, gdybym mógł – „Jaki jest sens tego wszystkiego, jaka jest esencja?”

AH: To pytanie ludzie zadają sobie od wieków i nikt tak naprawdę nie wie!

ET: Tak, ale cel nie w sensie „co mam tu robić”? Bo to jedynie część życia i niekoniecznie prawdziwe zdanie. Bo jeśli wszystko ma nam przypomnieć, jak to jest być miłością, to samo to może oznaczać tak wiele! A miłość to nie tylko ta miła, puszysta część, przytulanie i mówienie „kocham cię”. To też, ale miłość nieraz może być bardzo szorstka. Więc moim zdaniem nie chodzi jedynie o „bycie i robienie„, ale wierzę, że wszyscy w pewnym momencie to zrozumiemy. Czujemy w środku ten subtelny, prowadzący, bardzo cichy głos, który prowadzi nas przez życie. I wiemy kiedy robimy coś całkiem sprzecznego z tym, co ten głos mówi. Nieraz musimy również skorzystać z objazdów, ale koniec końców to też może się okazać bardzo potrzebne.

 

Z Estasem Tonne rozmawiała Aleksandra Hekert