Kabaret Mumio o tym, czy śmiech może być terapeutyczny

Dariusz Basiński, Jadwiga Basińska i Jacek Borusiński. (fot. BEW)

Dariusz Basiński, Jadwiga Basińska i Jacek Borusiński spektaklem „Kabaret Mumio” trafili do serc (i głów) miłośników humoru surrealistycznego, ciepłego, niekrzywdzącego nikogo. W tym roku mija 21 lat od tego debiutu. Z tej okazji spytaliśmy ich, czy śmiech może być terapeutyczny.

Czy z racji swojego ponad dwudziestoletniego doświadczenia możecie powiedzieć, że Polacy mają poczucie humoru?

Dariusz Basiński: Są różne rodzaje poczucia humoru. Zawsze w końcu coś tam kogoś śmieszy. Pytanie tylko co. Nasza mumiowa publiczność podziela z nami pewną wrażliwość na komizm nieoczywisty, niedosadny, nieco surrealistyczny, i na pewno nieagresywny. Ale przecież, co łatwo można sprawdzić w Internecie, Polaków śmieszą też zgoła inne propozycje, dla nas często kompletnie niezabawne. Mam nadzieje, że pewien smak można jednak w sobie rozwinąć, uwrażliwić się. Wiele zależy od tego, z czym się od najmłodszych lat obcuje. Jaki przekaz, na przykład z mediów, się wchłania. Poza tym wydaje mi się, że Polacy to naród w jakimś sensie dosyć poważny.

W jakim sensie?

Dariusz Basiński: Mamy do siebie mało dystansu, boimy się z siebie żartować, boimy się ośmieszenia. Widać to chociażby w kampaniach reklamowych – firmy w większości chcą jawić się jako poważne i szacowne. Autoironia to nie najmocniejsza strona Polaków.

Jadwiga Basińska: Ostatnio w restauracji czekaliśmy na posiłek. W ramach umilania czasu oczekiwania pan iluzjonista prezentował gościom sztuczki. Było to świetne, na wysokim poziomie. Bawiliśmy się przednio. Jednak niektórzy goście bardzo szybko dziękowali za tego typu rozrywkę. Patrzyli na iluzjonistę podejrzliwie. Być może bali się, że zostaną ośmieszeni.

Jak myślicie, z czego to wynika? Z kompleksów po poprzednim ustroju?

Jacek Borusiński: Nie wiem, skąd to się bierze, choć nasi widzowie nie boją się śmiać, potrzebują tego i lubią to. Zjawisko, które obserwuję w ostatnich latach, to niepokojący mariaż tego, co komediowe, z tym, co komercyjne – jest tak potężny, że gdy włączam komedię, to szybko włącza mi się zażenowanie. Wydaje mi się, że nasza kultura mocno się rozwarstwiła, jest albo patetyczno-festiwalowo-poważna, albo komediowa w wydaniu komercyjnym. Twórców, a szczególnie producentów, nie interesuje smak, poziom, artyzm, istotny jest wynik finansowy, wysoka oglądalność.

Za jakim humorem optujecie?

Jacek Borusiński: Za nieoczekiwanym, nieprzewidywalnym, pojawiającym się nagle, ale ze smakiem. Interesuje nas tzw. wykolejenie konwencji na boczny tor, nie jak w „Shreku”, gdzie mamy jej odwrócenie i wszystko staje się przewidywalne.

Jadwiga Basińska: Myślę, że bliski nam jest humor Kabaretu Starszych Panów czy filmów typu „Wojna domowa”, „Czterdziestolatek” albo „Miś”. Tamci bohaterowie z jednej strony byli postaciami z krwi i kości, a z drugiej z dystansem do siebie i rzeczywistości, i jeszcze takimi do ukochania. Człowiek śmiał się nie tyle z nich, co z nimi. Ten śmiech był spontaniczny i w żaden sposób nie prześmiewczy. I to nas pociąga w komizmie.

Dariusz Basiński: Poza tym interesuje nas pewna kreacja rzeczywistości, a nie obrabianie schematów, nie sam absurd, a pewna jego głębia, poetyckość. To jest może nie tyle odreagowywanie codzienności, co otwieranie w niej jakichś nowych drzwi. To drzwi do ucieczki przed światem zbanalizowanym, brzydkim i nieznośnie praktycznym. Na przykład Piesek Surykatka w naszym spektaklu „Lutownica ale nie pistoletowa tylko taka kolba” opowiada o Jakimś Mariuszu Wełnie, który otrzymał od swojej trzy razy wyższej żony „taki pęk bukłaków z wizerunkiem jakby takiej znajdy”.

Wasz najnowszy spektakl „Przybora na 102” jest detoksem na to, co serwuje popkultura?

Jadwiga Basińska: To Magda Umer miała taką misję. Przyszła do nas 10 lat temu, żeby zrobić z nami spektakl z piosenkami Kabaretu Starszych Panów. Wtedy nas to przerosło, ale potem do tego pomysłu wróciliśmy. Nie ma mowy o mierzeniu się z pierwowzorem, ale Magda jest gwarantem jakości tego, jak ma ten spektakl wyglądać. Skoro dała nam zielone światło, to znaczy, że to, co robimy, jest dobre. Zależało nam na autentyczności przekazu, na tym, żeby te wspaniałe piosenki żyły na nowo, a przy okazji spektakl zdecydowanie jest detoksem.

Jacek Borusiński: Byłoby cudownie, gdyby nasz „Przybora na 102” w świecie pełnym skrajnych bodźców był promykiem, który pokazuje wartościową tradycję i nikomu nie robi krzywdy.

Ostatnio popularne stały się w Polsce stand-upy. Lubicie taki humor bez tabu i świętości?

Dariusz Basiński: Nie śledzę tego trendu, ale pewien znajomy ze Stanów zauważył, że stand-uperzy śmieją się przede wszystkim z siebie. Czarnoskórzy stand uper śmieje się z czarnoskórych, katol z katoli, a Żyd z Żydów (vide Woody Allen). U nas chyba jest odwrotnie – wytyka się palcem tego innego, często z wrogim nastawieniem.

Jacek Borusiński: Epatowanie takim niby żartem to jedno, stand-up przynajmniej momentami bywa szczery. Mnie najbardziej drażni rodzaj pewnej premedytacji, gdzie produkujemy rzeczy z etykietką komedii, które tak naprawdę są produktem do robienia kasy. Pewien producent zapytał mnie ostatnio, czy wiem, kto decyduje o tym, co jest grane w kinie. Pani wie?

Nie.

Jacek Borusiński: Otóż jest to kobieta z większego miasta w wieku 32 lat. I taki film musi zawierać piosenki, które ta pani lubi, odpowiednie product placementy, jak kremy czy inne kosmetyki, określone żarty. I to wszystko układamy jak grzybki w scenariuszu, by film odniósł finansowy sukces. Piwowski, Kontratiuk, Kabaret Starszych Panów – to bastiony polskiej komedii, która miała wartość artystyczną, a teraz nam na tym nie zależy, liczy się kasa. Na szczęście w Mumio gramy dla publiczności, z która się rozumiemy i która świetnie czuje nasze poczucie humoru.

Myślicie, że teatr przeżywa teraz renesans? Sama obserwuję tłumy przed kasami i sale wyprzedane z miesięcznym wyprzedzeniem.

Dariusz Basiński: Na pewno ludzie dziś chętnie chodzą do teatru, a teatry coraz lepiej sobie radzą.

Jacek Borusiński: Teatry może tak, ale dobra komedia nie. A przydałby się ktoś, kto podałby rękę tonącej komedii. Ale nikt jej nie wyciąga.

Dariusz Basiński: Dlatego robimy festiwal komedii Mumio. I dobrze, gdybyśmy mogli robić go cyklicznie. I na kolejne edycje na przykład zapraszać komików spod znaku Mumio, takich, którzy śmieszą Mumio i mogą też śmieszyć mumiową publiczność. Co rok taki festiwal komedii – sami chętnie byśmy poszli.

Czy śmiech jest formą terapii?

Jadwiga Basińska: Mamy takie głosy od publiczności, że to, co im dajemy na scenie, działa na nich terapeutycznie.

Dariusz Basiński: Jeden z widzów zauważył kiedyś, że Mumio jest idealne jako odreagowanie stresów po całym tygodniu pracy i męczącej codzienności. Podkreślił wyraźnie tę funkcję.

A dla was też jest formą terapii?

Jadwiga Basińska: Zdecydowanie praca nad spektaklem czy same przedstawienia wiążą się dla nas z dużą falą śmiechu, radości, spełnienia. My w ogóle na deskach jesteśmy szczęśliwi. Jesteśmy szczęściarzami, że mamy siebie nawzajem, że możemy robić na scenie to, co chcemy, że mamy podobne wyczucie smaku, no i jesteśmy z sobą tyle lat – zdecydowanie terapia zbiorowa.

Narzekacie na warunki pracy, na marną jakość komedii, ale wykonujecie ten zawód od ponad 20 lat. Misja?

Jacek Borusiński: Misja jak najbardziej, ale nie będę ukrywał, że do szału doprowadza mnie, gdy widzę różne dofinansowywane z różnych źródeł produkcje, niejednokrotnie kiepskie. „Przybora na 102” powstał bez najmniejszego wsparcia, własnym sumptem. Jesteśmy wdzięczni naszym widzom za to, że przychodzą i że możemy wspólnie przeżywać wspaniałe chwile. Może własnie o to chodzi, że trzeba walczyć, może zbytnie wsparcie rozleniwia, traci się czujność.

Jadwiga Basińska: Uważam, że ograniczenia bardzo pomagają, im więcej ograniczeń, tym wyższa jakość. Przy ograniczeniu po prostu szukasz sedna, nie krążysz.

Dariusz Basiński: Ale przecież nie upatrujemy jedynie w sztuce jakiegoś ostatecznego sensu. Odkąd wróciłem do Kościoła, po latach buntu, nie chcę ciągle utyskiwać na rzeczywistość. Często słabo to wychodzi. Nie mam jednak złudzeń, że świat może być idealny, bo zbyt wiele razy dotyka mnie swoim turpizmem, ale jednocześnie już tak mnie to nie powala. Choć z drugiej strony, jak pisał Dostojewski, piękno i sztuka mają swoją misję do spełnienia.

Jacek Borusiński: Poza tym podobno w niebie są rewelacyjne festiwale komedii, tam odbywa się festiwal za festiwalem, bo komedia uważana jest za najwyższą formę sztuki.