fbpx

Filip Springer: Gniew w Kozubniku

Filip Springer: Smutek na Gocławiu

A. mówi, że gdy wybuchł stan wojenny, chcieli ich tu przywieźć całą rodziną. Byli spokrewnieni z kimś ustosunkowanym. A tu władza miała się ukryć przed ewentualnym gniewem ludu. Rodzina A. odmówiła. Dziesięć lat później wszystko poszło na zmarnowanie.

Podobno miała tu być kwatera główna wojsk Układu Warszawskiego, na wypadek wojny. Ładnie by tu mieli. Góry, strumyk, świerki by im szumiały. Strategiczne decyzje mogliby podejmować zapatrzeni w surowy krajobraz. Atomowych grzybów pewnie by nawet stąd nie było widać. Ale z tą kwaterą to tylko plotka.

Zaparkować możemy gdziekolwiek, byle nie na jakimś szkle albo gwoździach. A tych jest pełno. Rozkład właściwie się tu kończy. Zaraz wkroczą rośliny i zwierzęta. Złomiarze wymontowali co ich, zostawili tylko ozdobną barierkę i schodki prowadzące do kaskady. Nie mogę zrozumieć dlaczego. Przecież takie schodki muszą być warte fortunę. Może się nie dało? Wolę myśleć, że po prostu odpuścili, uznali, że tego byłoby już za dużo. Po tych schodkach da się zejść do jaskini z basenem. Tłuste brzuchy pławiły się w ciepłej wodzie gapiąc się na skały.

Podobno odwiedził to miejsce sam syn Breżniewa – Jurij. I piosenkarka Irena Dziedzic. I kolarze Wyścigu Pokoju. No i partyjni bonzowie – hurtem. Z rodzinami, kochankami, na popijawy albo na wczasy. Jedli w innej stołówce niż pospólstwo. Bo górnik czy hutnik też mógł przyjechać. Ale na basen w jaskini to mógł sobie jedynie popatrzeć przez szybkę.

Idziemy pod górę, pies wariuje na smyczy, wpada w jakieś dziury, trzeba go wyciągać. Żałuję, że przyjechałem tu tak późno. Nie załapałem się już na ten moment, gdy to wszystko miało jeszcze jakiś kształt. Niewiele zostało, więc muszę sobie wyobrażać. Mijamy kolejne wyprute budynki. Wyglądają jak domki z kart, sam szkielet – konstrukcja i resztki tego, co było piętrami. W niektórych da się wejść na górę. Właściwie widać stamtąd to samo, co z dołu, tylko trochę inaczej. Pełen egalitaryzm w redystrybucji krajobrazów. Przynajmniej w tym. Patrzę uważnie pod nogi. Po podłodze walają się fragmenty gipsowych sztukaterii, płytki z łazienek zniszczone podczas wyrywania armatury.

I wszędzie te kolorowe rozpryski po żelowych kulkach. Bo Kozubnik to jest dziś ulubione miejsce miłośników strzelania do siebie farbą. Ta ruina i te ślady na ścianach, jakby lud rzeczywiście upomniał się o swoje. Jakby wpadli do środka, zaczęli strzelać. Jakby nie mieli litości dla nikogo – tłuste brzuchy, kobiety, dzieci. A potem, gdy okazałoby się, że to tylko farba, oni zaczęliby się śmiać. Bo to tylko tak na niby, jak ten cały socjalizm.