Kayah: Nauczyłam się wybaczać

Kayah: nauczyłam się wybaczać
Fot. Piotr Porębski/Metaluna

Moje stosunki z byłym mężem i jego wspaniałą kobietą są równie przyjazne, też jestem do nich zapraszana i vice versa. Emocje wygasają. A jeżeli było się z kimś naprawdę, to poza namiętnościami musiała być też przyjaźń. Przecież coś musiało być w tym człowieku, co mnie do niego ciągnęło – fascynacja życiową filozofią, charakterem, talentem, ciepłem, wyobraźnią. To zostaje poza wszelką fizycznością.

Kiedy w domu było źle, radość znajdowałaś u dziadków?

Białystok, gdzie mieszkali, to są moje wspaniałe wspomnienia. Wszystko było na spowolnionych obrotach. Sąsiadki potrafiły pół dnia gadać przez płot. Poza tym bardzo mi odpowiadała wielokulturowość. W sąsiedztwie mieszkali Cyganie, bardzo mnie lubili, traktowali jak swoją. Bawiłam się z ich dziećmi. Zaszczepili we mnie miłość do odmienności, szacunek dla innych kultur. Białystok dawał wolność, której nie miałam w Warszawie. Jako sześcioletnia dziewczynka ganiałam całe dnie po sadach, łąkach, ulicach i tylko wpadałam umorusana po pajdę chleba z musztardą, po czym biegłam dalej. Miałam swoje życie po prostu. Wszyscy idealizujemy świat dzieciństwa, bo widzieliśmy go czystym sercem.

Pogodziłaś się z tym, że na miejscu sadu pełnego jabłek wyrosły bloki?

Pogodziłam się, bo byłam świadkiem, jak dziadkowie zostali w te bloki „wsadzeni”. Okna, za którymi mieszkali, też mi się z nimi kojarzą. O wiele większą wyrwę w sercu mam po starym Białymstoku, który niszczeje. Z dzielnicy Bojary zostało już kilka przecznic, parę domków. To mnie boli, bo to znaczny fragment historii tego miasta, jego społeczności, mojej historii. Z drugiej strony Białystok się zmienia, staje się europejski. Ulica Lipowa tętni życiem. Nad miastem góruje kościół św. Rocha, jest biały, wygląda jak meczet. Uwielbiałam od dziecka to imię, Roch. Zastanawiałam się, kim był ten święty. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że za jego sprawą dokonywały się cudowne uzdrowienia i że jest patronem zwierząt domowych. Kiedy dowiedziałam się, że będę miała syna, długo zastanawiałam się, jakie mu nadać imię. W rodzinie mojego męża była tradycja imion na literę „R”. Roch, Roszek, Groszek – zdrabniałam. Z naszym obco brzmiącym nazwiskiem nie gryzie się to imię, jest oryginalne, ale nie pretensjonalne. Strzał w dziesiątkę.