Monika Kuszyńska: Bitwa z losem

Monika Kuszyńska
Fot. Rafał Masłow

Nikogo nie udaje, nic nie musi, ale czasem lubi porwać się na coś, czego do tej pory się bała. Monika Kuszyńska opowiada, jak zaczęła cieszyć się z małych rzeczy, otworzyła na miłość i nabrała pewności siebie.

Monika Kuszyńska
Fot. Rafał Masłow

Objawienie zeszłego roku?

Tylko jedno?! To był dla mnie bardzo intensywny rok. Zwłaszcza zawodowo. Dostałam propozycję wzięcia udziału w programie „Bitwa na głosy”, wystąpiłam na festiwalu w Opolu, wzięłam udział w reklamie. Jedyne, co planowałam na 2012 rok, to było wydanie płyty „Ocalona”. Udało mi się nią zamknąć i podsumować kilka ostatnich lat. Wróciłam do koncertowania. Gdy spoglądam wstecz, to myślę, że wszystkie te wydarzenia wymagały ode mnie wiele odwagi.

I znalazła ją pani w sobie?

Wszystko zaczęło się od „Bitwy…”. Miałam wiele oporów, nie czułam się na siłach, by wziąć udział w tak dużym przedsięwzięciu, ale kiedy zaryzykowałam, okazało się, że daję radę. I w kontakcie z kamerami w ogromnym studio, i w kontakcie z tak liczną publicznością… Wolę kameralne spotkania, zarówno prywatnie, jak i zawodowo. Rozmowy sam na sam, niewiele szumu dookoła. Bałam się też trudności technicznych, związanych chociażby z przemieszczaniem się… Niepotrzebnie. Urzekło mnie to, że wielu osobom chciało się dołożyć starań, żeby zapewnić mi komfort. Ludzie są o wiele bardziej chętni, by zmieniać rzeczywistość, niż nam się wydaje. Mnie dało to ogromną siłę. I pociągnęło inne wydarzenia. Na przykład występ w Opolu. Wydawało mi się, że to będzie ogromny stres, a była radość. A potem reklama. I ja w roli modelki.

To było dla pani trudne?

Tak. Od jakiegoś czasu jestem postrzegana głównie jako osoba poruszająca się na wózku. Moja kobiecość zeszła więc niejako na drugi plan. Tu miałam szansę na niej się skupić i spojrzeć inaczej na swoje ciało, na swoje możliwości w zakresie, który – jak myślałam – już mnie nie dotyczy.

Akceptuje pani swoje ciało, to, jak teraz wygląda?

Teraz tak, choć nie zawsze tak było. Tuż po wypadku moje ciało wydawało mi się obce. Nad niektórymi rzeczami nie miałam kontroli, co rodziło poczucie bezsilności i frustrację. Ale musiałam odnaleźć się w tej sytuacji, pozbierać wszystkie fragmenty w całość. Na pewno o wiele szybciej doszłam do siebie psychicznie, zapomniałam jednak o swojej kobiecości. Akceptacja wyglądu trwała długo, i przedsięwzięcia, o których wspominałam, bardzo się do niej przyczyniły. Dostawałam też wiele sygnałów z zewnątrz, że świetnie wyglądam, i to podnosiło mnie na duchu. Nie jesteśmy do końca samowystarczalni, by czuć się świetnie w swoim ciele, bez czyjejś aprobaty.