fbpx

Sulejówek Kasi Kowalskiej

Sulejówek Kasi Kowalskiej
fotochannels.com

Ma córkę Olkę, synka Ignacego, wydała nową, ósmą płytę i jest trochę zmęczona. „Czasem robię sobie tai-chi w głowie. Inaczej chybabym zwariowała” – uśmiecha się Kasia Kowalska. Sukienkę z własnej woli założyła dwa razy w życiu. Do komunii i na studniówkę – białą, do ziemi, jak Kate Bush w teledysku „Wichrowe wzgórza”. „Autystyczna jestem” – ucina wątek sukienkowy. Lubi Agnieszkę Osiecką. Kocha Woody’ego Allena.

Kościół

Wszystko kręciło się wokół niego. To było wprost nie do pomyślenia, żeby człowiek nie stawił się na mszy. Kościół prowokował mnie, jak pewnie wielu młodych ludzi, do rozmyślań, czy aby nie powinnam zostać zakonnicą. Dużo się modliłam, a droga krzyżowa i te najbardziej dramatyczne jej obrazy końcowe zawsze najbardziej przykuwały moją uwagę. Myśli o zakonie jednak porzuciłam, kiedy w kościele pojawił się Kamil. Piękny Kamil. Krótkie włosy, czarna oprawa oczu, fajnie ubrany. Siadywał sobie zazwyczaj na dole bocznego ołtarza. Był ode mnie starszy. A ja? Koniec podstawówki i buzujące hormony! Marzyłam, żeby zwrócił na mnie uwagę, a potem płakałam, bo mijał mnie bez słowa. Wciąż za nim dreptałam. Spotkaliśmy się wreszcie parę razy, ale niestety nic z tej miłości nie wyszło. W moim życiu zawsze zresztą było tak, że im bardziej mi na czymś zależało, tym mniej mi się to udawało. Może się za bardzo starałam i narzucałam? Moja matka śmiała się czasem, że gdyby nie Kamil, nie chodziłabym do kościoła. Dziś ja również się z tego śmieję, ale wtedy naprawdę bardzo to przeżywałam. Gdziekolwiek jesteś, Kamilu, wiedz, że byłam w tobie potwornie zakochana!

Obok przykościelnej salki katechetycznej znajdowało się coś w rodzaju katakumb, w których przetrzymywano trumny. Nie pamiętam już, w jaki sposób, ale ja i moje trzy koleżanki: Monika, Edyta i Agnieszka, zawsze tam wchodziłyśmy. To było nasze ulubione miejsce spotkań. Nasz sekret. Wchodziłam na te trumny i stoły i dawałam koncerty, a dziewczyny biły mi brawo.

Szkoła – trójka

Z dziewczynami i chłopakami chodziliśmy do ciemnego lasu i braliśmy tam śluby. Później każda para całowała się w krzakach… Jeśli były w czasie tych ślubów jakieś obrączki, to pewnie z drutu.

Najbardziej interesowali nas chłopcy z innej szkoły, np. czwórki. Z tymi „naszymi” łączyły nas więzy raczej partnerskie. Ganiałyśmy się z nimi albo grałyśmy w zbijaka na boisku szkolnym. Z tymi z czwórki natomiast spotykałyśmy się przed imprezami typu bierzmowanie albo na lekcjach religii. Niewątpliwie więc kościół nas jednoczył. Jeszcze przed pięknym Kamilem był chłopak, który bardzo mi się podobał. Co niedzielę biegłam na mszę dla młodzieży o 10 rano z nadzieją, że go spotkam. Gdyby te msze odbywały się codziennie, też oczywiście bym na nie chodziła. Zawsze stawałam tuż przed nim, odwracałam głowę, uśmiechając się uroczo, a on robił dziwne miny i pokazywał, że za nim stoją jego rodzice.

Uczyłam się dosyć dobrze, jednak szkołę wspominam jako czas wielkiego stresu. Gdy zaczęłyśmy z dziewczynami dojrzewać, chłopcy nas prześladowali. Wychodząc ze szkoły, każda z nas zastanawiała się, czy któryś z chłopaków znów nas będzie gonił. Czy coś się zdarzy. To był prawdziwy terror.

Do naszej klasy chodziła Cyganka, której wszyscy się bali. Nawet gdy graliśmy w dwa ognie, każda piłka od niej, która trafiła w czyjś brzuch, była prawdziwym ciosem. Podstawówka to też wspomnienie dentysty, który w gabinecie palił papierosy. Nie zapomnę, jak powiedziałam mu, że boli mnie ząb i chyba się rusza, a on na to: „Pokaż, pokaż, gdzie?”, i takim żółtym palcem zaczął go wypychać. Znieczulenie jeszcze wtedy nie istniało. Borowanie odbywało się za pomocą kilometrowego dłuta. Dentysta odkładał papieroska, borował i znów palił. Lepiej więc było pilnować mycia ząbków…

Basen

Tu nauczyłam się skakać na główkę. Basen mieścił się przy kinie i jednostce wojskowej, nieco dalej od domu. Brałyśmy z dziewczynami wałówkę, ręcznik, klapki. Była toaleta, przebieralnia, sklepik z oranżadą i nieopodal ulęgałki, po których zjedzeniu bolał brzuch. Brodzik i głębszy basen. Multum ludzi. Strach pomyśleć, jak wyglądała woda… Słońce, opalanie się, chlapanie. I tak dzień w dzień przez całe lato. Żaden z rodziców nie przyjeżdżał, nie sprawdzał, nie denerwował się. A teraz? Nigdy nie wypuściłabym córki samej na basen.

Tylko raz wyjechałam w podstawówce na wakacje. Na kolonie na Mazury. Pewnego dnia rodzice przysłali mi tam paczkę. Żadnego listu. Ciasto i czereśnie. Jakie to było wspaniałe. Nigdy nie zapomnę, jak miło się wtedy poczułam. Tam też poznałam pewnego metalowca, który słuchał takiej muzyki jak ja i chodził w samych spodniach, bez T-shirtu. Czasem podchodził do mnie przy śniadaniu, gdy siedziałam nad miską mleka, i cmokał mnie w policzek. A ja umierałam ze szczęścia… Potem jednak okazało się niestety, że cmokał też panie opiekunki.

Kino

„Blues Brothers” – to było przeżycie! Raz, że pierwsze kino, dwa, że brat mnie do niego zabrał, a trzy, że taki film. Pościgi, świetna muzyka. A do tego jeszcze taki jeden Mariusz puszczał do mnie oczko. Zdarzyło mi się później podnieść z ziemi papierosa, którego wcześniej palił, i schować jak coś cennego. Co za masakra!

Nie miałam zbyt wielu fajnych ciuchów. Ciułałam na nie na różne sposoby. Brałam na przykład od rodziców pieniądze na obiady, po czym na nie nie chodziłam. Potem, gdy byłam już starsza, znalazłam sobie pracę. Myłam butelki w przedsiębiorstwie produkującym szampony i perfumy. W Majdanie albo gdzieś obok. Zdrapywałam nalepki i zakręcałam też butelki z szamponami. Koszmar. Właścicielem interesu był Włoch. Moja koleżanka od razu dostała u niego posadę asystentki, mnie (byłam już wtedy obcięta na łyso) kazali stać na końcu taśmy… Ale to był fajny czas. Pracowało tam mnóstwo dziewczyn, plotkowało się, podkradało czasem szampon w akcie zemsty na kapitaliście, a za zarobione pieniądze wyjeżdżałam później do Jarocina.

Od mamy nigdy niczego nie brałam. Bardzo dążyłam do samodzielności. Zresztą nie było dla mnie innej drogi. Bo jak? Pracowałam w pewnym lokalu i zarazem sklepie w Warszawie. Byłam tam kelnerką, ale czasem, jak któraś z dziewczyn nie przyszła do pracy, sprzedawałam też mięso. Nie miałam o tym zielonego pojęcia. Byłam wegetarianką, nawet do dziś nie wiem, co jest mortadelą, a co polędwicą. Pewnego razu przecięłam rękę maszyną do krojenia mięsa, bo nie wiedziałam, jak ją obsługiwać. Kroiłam wtedy boczek… Szef jednak zamiast wysłać mnie od razu do lekarza, przewiązał mi rękę bandażem elastycznym i kazał wracać do roboty. Nie byłam ubezpieczona, wszystko odbywało się na czarno. Tego samego dnia koleś, który był szefem kuchni i mnie nie lubił, kazał mi umyć piekarniki. Chciałam wyłączyć je wcześniej, bo knajpę i sklep zamykano o 23, a ostatni pociąg do Sulejówka odjeżdżał o 23.11. On jednak się na to nie zgodził. Pociąg oczywiście mi uciekł, z budki telefonicznej zadzwoniłam więc do kolegi basisty, bo wtedy nie było jeszcze komórek. Jakimiś nocnymi autobusami dojechałam do niego na Rakowiec. Ręka spuchła i bolała. Krew tryskała. Kolega pojechał ze mną do szpitala. A tam pan spytał mnie: „Co, żyletką się bawiłaś?”. To mnie już dobiło. Do dzisiaj została mi blizna.

Sklep sportowy

Normalnie ludzie wieszają sobie tabliczkę z napisem „sklep sportowy” albo jakiś banner, a tu namalowany sprejem piłkarz, a obok grzebień i nożyczki, czyli fryzjer damsko-męski. Księgarnia, kiedyś największa na świecie, teraz wydaje się przytłaczająco mała, ale sprzedaje w niej ta sama miła pani co kiedyś. Tu stałam po pierwszy winyl Bajmu i „Nocny patrol” Maanamu. Bardzo długo. Sprzedawczyni mówiła: „Nie wiem, kiedy płyty będą, może jutro o 16”. To się przychodziło i czekało w kolejce. Tak samo jak po „Dziennik Ludowy” z dodatkami i plakatami w każdą sobotę rano. Celebracja. Wszystkiego było wtedy mniej i ludzie potrafili się bardziej cieszyć. Ja również. Teraz zdarza mi się ten stan, gdy na ekrany wchodzi nowy film Woody’ego Allena. Dla mnie zawsze jest to święto, że mogę obcować z artyzmem faceta, którego ubóstwiam.

Dworzec

Był dla mnie kiedyś jak terminal nr 1, sala odlotów. Miejscem, z którego przenosiłam się do innej rzeczywistości. Kilka przystanków w kierunku Warszawy, a ja czułam się taka wielka. Chowałam się przed kanarami, bo ciułałam wtedy każdy grosz. Miałam poczucie, że pociąg wiezie mnie do lepszego świata.

Studio nagraniowe

Byłam już po jakichś tam pierwszych wykonaniach, gdy poznałam Winka Chrusta. Wiedziałam, że jest gitarzystą, że ma własne studio. Kiedyś usłyszał, jak śpiewam, i zaczął zlecać mi pracę. Za pierwsze pieniądze kupiłam sobie telewizor. Pamiętam, jak nagrywaliśmy reklamówkę gumy do żucia, w chórkach Kayah, na przedzie Ewa Bem. Nieźle, co? Wydałam się Ewce na tyle sympatyczna, że następnego dnia przyjechał do mnie Winek i oświadczył, że Ewa Bem zaprasza mnie na swoją trasę koncertową. Z dnia na dzień. Bemibek. Jazzmani, dojrzali muzycy. I ja. Stałam w kolorowych szmatach z tamburynem na scenie i to się podobało. Kamera mnie lubiła. Gorzej z kamerzystami. Nie mogli się nadziwić: „Czyją ona jest córką, że tak ją lansują…”. Zaczęłam nagrywać z Ewą „Muzyczną Jedynkę”, gdzie z kolei zobaczyła mnie już Katarzyna Kanclerz. Miałam 19 lat. Wszystko się zaczęło.