Kwiatki i dziewczyny zmieniają świat

Olka Osadzińska na tle kolażowych i muralowych zdobień ściennych zaprojektowanych dla firmy Skanska do jej warszawskiej siedziby. (Fot. Szymon Szcześniak/LAF)

O dawaniu sobie szansy, o dbaniu o siebie i o pracy z pasją, która wpływa na to, jak wygląda świat wokół, opowiada ilustratorka z sukcesami w Polsce i nie tylko – Olka Osadzińska.

 

Efekty twojej pracy są obecne w przestrzeni publicznej, ale twoje nazwisko nie jest powszechnie znane. Na hasło Olka Osadzińska w niektórych kręgach wszyscy wiedzą, o kim mowa, w innych – nie do końca…
Śmieję się, że całymi dniami rysuję kwiatki i dziewczyny, więc w skali ważności rzeczy w życiu nie zajmuję się niczym istotnym. Nie to, co moi rodzice pracujący jako lekarze na ostrym dyżurze. Naturalnie więc zakładam, że zdecydowana większość ludzi nie wie, co robię.

Wie czy nie wie, jest spora szansa na to, że widziała twoje prace. Okładka płyty Maryli Rodowicz, limitowana kolekcja butów Reeboka, ostatnio urodzinowe akcesoria dla Sephory, mapy Warszawy dekorujące lobby warszawskiego hotelu PURO czy kwiatowe wnętrze butiku Ani Kuczyńskiej, plakat do filmu „Sztuka kochania”, projekty dla marek, takich jak Mercedes, Hugo Boss, Max Factor, ilustracje w magazynach, okładki… Więc niby tylko kwiatki i dziewczyny, a przecież masz realny wpływ na to, jak wygląda świat wokół nas.
Moje prace pojawiają się w przestrzeni publicznej, bo to komercyjne projekty, z czym nigdy nie miałam problemu – przecież przykładowo billboard Coca-Coli zawsze będzie większy i zobaczy go więcej ludzi niż jakąkolwiek wystawę w najlepszym nawet muzeum. Mam świadomość, że to, czym się zajmuję – zarówno ilustracje, jak i konsultacje kreatywne czy praca nad strategią marek – to spora odpowiedzialność. Wierzę w edukację estetyczną i zdaję sobie sprawę, jak ważne są rzeczy, którymi jesteśmy otaczani w przestrzeni publicznej – idealnie, gdyby były dobrej jakości, świetnie zaprojektowane i zrobione. Owe kwiatki i dziewczyny mogą przełożyć się na to, jak się czujesz. Gdy realizowałam projekt wokół stacji metra Warszawa-Centrum, to najważniejsze było dla mnie, żeby ludzie na jego widok się uśmiechnęli. Żeby nie był on kolejnym elementem, który zabiera ci przestrzeń, ale czymś, co powoduje, że poczujesz się nieco lepiej.

Masz poczucie misji, chcesz zmieniać przestrzeń, w jakiej żyjemy.
Mieszkam i w Warszawie, i w Berlinie. Wiem, że mieszkańcy Zachodu niejako w pakiecie dostają poczucie proporcji i stylu. My takiego szczęścia nie mieliśmy – urodziłam się w 1984 roku, wystarczy spojrzeć na zdjęcia Chrisa Niedenthala z tamtego okresu – chociażby ze świniakami sprzedawanymi pod Pałacem Kultury i Nauki, by przypomnieć sobie wizualny chaos, który niewątpliwie miał i, niestety, wciąż ma wpływ na nas wszystkich. Teraz jest, oczywiście, lepiej, ale wciąż daleko do ideału. Zresztą Art Yard Sale, który wymyśliłam i przez lata prowadziłam, miał na celu taką „pracę u podstaw” przez pokazanie, że sztuka jest częścią naszej codzienności. Niestety, nie wszędzie – ostatnio jechałam taksówką z obrzeży Warszawy do centrum i poraziło mnie, że reklamy zawieszone na wszystkich płotach i ścianach, żeby zwrócić na siebie uwagę, muszą prześcigać się w ledowych ekranach, bo są tak stłoczone, że w tłumie koloru i odblasku nic już nie widać.

Ilustracja towarzysząca projektowi okularów przeciwsłonecznych dla hiszpańskiej marki Flamingo. (Fot. Archiwum prywatne Olki Osadzińskiej)

Billboardoza, zaśmiecenie wizualne przestrzeni, znamy to doskonale. Tacy Francuzi czy Skandynawowie mają więcej szczęścia, bo dorastają w zadbanym i dobrze zaprojektowanym otoczeniu, wśród ładnych rzeczy, a chłonąc je od małego, jako dorośli uważają to za standard.
Czesław Miłosz w „Zniewolonym umyśle” pisał, że różnica pomiędzy Wschodem a Zachodem jest bezpośrednio związana z tym, w jaki sposób podchodzimy do sztuki i kultury. Że powód, dla którego przeciętny obywatel Francji nie musi interesować się sztuką wysoką, jest taki, że ona sama do niego przychodzi, bo jest nie tylko zamknięta w muzeum, ale wpływa też na architekturę, projektowanie tkanin, reklam, okładek i tak dalej. To taki swoisty łańcuch, który zaczyna się w pracowni jakiegoś awangardowego artysty, a kończy na poziomie ulicy.

Rysujesz od zawsze. Od dziecka wiedziałaś, że będziesz artystką?
Nie. To nie ołówek i papier, ale nowe technologie zrobiły ze mnie artystkę. Najpierw korzystałam z Painta i myszki, potem tabletu i Photoshopa. Moja siostra zawsze była zdolniejsza, ale nie miała do rysowania cierpliwości, teraz do tego wróciła, ku mojej radości. Kilka lat temu założyłyśmy markę Paperworks, którą Gosia teraz prowadzi i dla której projektuje – z moim małym wsparciem – piękne papiery do pakowania prezentów, tapety, tkaniny. Ja raczej jestem chodzącym dowodem na to, że wytrwałość i praca wyrównują braki talentu. Wiele prawdy jest w słowach, które twórca sukcesu McDonalda miał przyklejone nad biurkiem: „Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów”. To słowa Calvina Coolidge’a, 30. prezydenta USA. Nie chodzi w nich o to, żeby w kółko powtarzać wytrwale to samo i spodziewać się innego rezultatu. Tylko żeby myśleć, jaki rodzaj narzędzi i umiejętności muszę mieć w piórniczku, z kim porozmawiać i co zrobić, by osiągnąć to, co bym chciała. Na zajęciach, które prowadziłam na Art & Fashion Forum ze studentami ASP, powtarzałam w nieskończoność, że dawanie sobie szansy i wysłanie portfolio – chociażby złożone z pięciu rysunków – we wszystkie miejsca, w których chciałoby się pracować, nic cię nie kosztuje i nie szkodzi. Bo co może się stać? Najwyżej ktoś ci nie odpowie! 150–300 mejli to minimum, żeby dostać dziesięć odpowiedzi, w których ktoś napisze, że może w przyszłości chciałby z tobą współpracować.

Ty sobie tę szansę dałaś. A zaczynałaś od bloga z rysunkami.
To było w 2003 roku i wtedy każdy miał bloga. Rysowałam dla przyjemności. Aż w końcu – to potwierdza opowieść o dawaniu sobie szansy i wysyłaniu mejli – dostałam się na staż do nowojorskiego Vault49, a potem do prestiżowego studia Hort w Berlinie.

Deskorolka zaprojektowana dla kultowego monachijskiego skate shopu So Hot Right Now. (Fot. Archiwum prywatne artystki)

Ale nie studiowałaś kierunku artystycznego, wybrałaś medycynę. Chciałaś być jak rodzice?
Skończyłam antropologię kultury na Uniwersytecie Warszawskim, ale w pracy ilustratora nie liczą się studia, tylko portfolio. A wcześniej faktycznie miałam przygodę z medycyną. Widziałam, że rodzicom praca sprawia ogromną satysfakcję i jest spełnieniem, więc też chciałam iść tą drogą. Ale na medycynie zorientowałam się, że wszyscy studenci zachowują się jak moi rodzice, są totalnie zapaleni, nie mają problemu z wkuciem 250 stron na każde zajęcia, podczas gdy mój mózg w ogóle tego nie przyjmował. Dość szybko przekonałam się, że to nie dla mnie i dałam sobie szansę – mimo stresu z tym związanego – na spróbowanie czegoś innego. Zmieniłam kierunek na antropologię kultury. I tam się odnalazłam. Chyba mam małą odporność psychiczną na sytuacje, które mi nie pasują. I całe szczęście.

Dziś możesz sobie powiedzieć: „Osiągnęłam sukces”?
Lubię to, co robię, a to właśnie jest dla mnie wyznacznikiem sukcesu. „Jak robisz to, co lubisz, to robisz to lepiej, częściej, więcej i dłużej” – powiedział kiedyś tata. Sprawdziło się aż za bardzo. Nie wychodziłam z pracy, zawsze mówiłam „tak”, co z jednej strony sprawiło, że wzięłam udział w masie ciekawych projektów, a z drugiej – spowodowało, że żyłam tylko pracą. Bo tata nie powiedział, że lubiąc to, co się robi, łatwo przesiedzieć w pracy całe życie. Teraz staram się mieć większy dystans, np. nie odpisywać na mejle w weekendy i wieczorami. Pomogła przeprowadzka do Berlina, bo to miasto, które umie żyć, i to na dodatek powoli. Tu się nie biega po schodach ruchomych, latem pełne są parki, a zimą muzea, wszyscy jeżdżą na rowerach, samochody suną 40 km/h i nikt nie trąbi. To mi pomogło wyrwać się z warszawskiego pędu i podejścia, które mówi, że jak masz wolną godzinę, to popracuj. Również portfolio, które zgromadziłam po 15 latach pracy, pozwala mi w wieku 35 lat powiedzieć raz na jakiś czas: „nie”. Musiałam się tego nauczyć.

Jak?
Zdałam sobie sprawę, że to moi rodzice pracują na ostrym dyżurze, a nie ja. Bo nie ma ostrych przypadków w branży kreatywnej. Jest brak planowania, brak szacunku dla drugiego człowieka, jego czasu i życia oraz brak odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Jeżeli masz plan marketingowy potwierdzony we wrześniu – a masz, bo wszystkie wielkie firmy mają – i zwracasz się do mnie tydzień przed końcem projektu, wymagając, żebym coś robiła na już, to odpowiedzialność za realizację projektu przesuwasz na kogoś, kto nie dostaje twojej wypłaty co miesiąc. To nie do końca w porządku. Kiedyś rzucałam wszystko, robiłam po nocach projekty „na jutro”. Ale już nie chcę. Mam coraz mniejszą tolerancję na takie zachowania i coraz częściej miło, ale odmawiam. Wiem, że to ryzykowne, ale zdarza mi się mówić: „Przykro mi, ale nie pracuję w ten sposób”. Bo jak my sami nie zaczniemy o siebie dbać, to nikt za nas tego nie zrobi.

Okładka pierwszej edycji Flee Project, szwajcarskiego wydawnictwa promującego muzykę z Afryki. (Fot. Archiwum prywatne artystki)

Masz poczucie wpływu na te kampanie, przy których pracujesz, na ich przekaz? To przecież reklamy, rządzą się prawami marketingu.
Zarówno z klientami, jak i z kolegami po fachu dużo na ten temat debatujemy. Jestem na takim etapie rozwoju kariery, że po 15 latach mogę się już przy niektórych rzeczach uprzeć, więc całkiem możliwe, że niektórzy uważają mnie za osobę awanturującą się. Przeszłam ewolucję, bo dawniej skupiałam się na stronie estetycznej, teraz to przekaz jest najważniejszy. O, na przykład ostatnio zajmowałam się strategią marki lakierów do paznokci. I wyjściowe hasło było: „Daj sobie chwilę przyjemności”. Od razu pomyślałam: „Halo, halo, kiedy ostatni raz malowałaś paznokcie dla przyjemności? W tej chwili to raczej obowiązek, by mieć je zrobione, i to idealnie. Bo ten kawałek ciała podlega ocenie”. W zależności od tego, jaki masz kolor lakieru, czy masz tipsy, czy jakieś tam kryształki przyklejone, ludzie wyrabiają sobie na twój temat zdanie. Niby pierwsze wrażenie jest najważniejsze, ale bardzo blisko mu do wykluczającej oceny. Wszyscy w tym uczestniczymy, choć nie wszyscy się nad tym zastanawiamy, podobnie jak nad tym, z czego biorą się nasze stresy.

I co zrobiłaś?
Przy tamtej kampanii starałam się wytłumaczyć klientowi: wróćcie na Ziemię, to jest lakier do paznokci, on nie zmienia świata. Wystarczy, że powiecie uczciwie: „Dołożyliśmy wszelkich starań, żeby nie było w nim szkodliwych substancji, dobrze zaprojektowaliśmy opakowanie oraz zrobiliśmy badania i stworzyliśmy kolory, które kobiety lubią, więc tobie pewnie też się spodobają”. A nie, że będzie ci lepiej, daj sobie chwilę przyjemności. Ważne jest dla mnie, by w projektach, w których biorę udział, mówić do ludzi jak do ludzi, a nie do maszynki produkującej pieniądze.

Udaje ci się namówić do tego klientów?
Gdy próbuję ich przekonać, żeby w swojej komunikacji postawili na coś bardziej różnorodnego niż trzy białe dziewczyny w wieku 15–25 lat, to nie dlatego, że chcę zmieniać świat, ale dlatego, że widzę, jak on wygląda i jak ważne jest dla mnie nieutrwalanie i niepowielanie schematów. Ludzie przecież mają nie tylko różne kolory skóry, ale są też grubi, chudzi, młodzi, starzy, ładni, brzydcy. I niby o tym wiemy, ale jakoś wokół siebie tego nie chcemy dostrzegać. A tymczasem to, co widzimy, działa na nas mocniej niż sto prac naukowych na ten temat.

Ilustracje stworzona dla projektantki Cosimy Borawskiej.  (Fot. Archiwum prywatne artystki)
Ilustracje stworzona dla projektantki Cosimy Borawskiej. (Fot. Archiwum prywatne artystki)

Rihanna i jej marka Fenty jako pierwsza wypuściła podkłady w 40 odcieniach (potem zwiększając je do 50), co szybko podchwycili inni. Zauważając wreszcie, że kobiety są różne i mają różne odcienie skóry.
Bo taki jest świat, ale w Polsce się nad tym nie zastanawiamy. Mówię to z perspektywy przeprowadzki do Berlina, która otworzyła mi oczy na różnorodność. W Polsce zakładamy, że wszyscy są tacy jak my i w dodatku z dużego miasta. Moi dziadkowie od ponad 80 lat mieszkają na wsi pod Krakowem. Znają tam wszystkich i wszyscy ich znają, więc gdy ich odwiedzam, oczywiste jest, że każdemu muszę powiedzieć „dzień dobry”, bo pewnie on zna również i mnie. Szczególnie że jako dzieciak spędzałam u dziadków każde wakacje. I pewnego razu późno w nocy przyjechałam tam z moimi berlińskimi znajomymi. Poszłam otworzyć bramę i gdy tak stałam w świetle reflektorów, usłyszałam, że znajomi zaśmiewają się do rozpuku. Okazało się, że scena skojarzyła im się z taką z horroru, w którym biała dziewczyna ucieka przed goniącym ją samochodem. I wtedy właśnie po raz pierwszy się zorientowałam, że jestem jedyną białą osobą w tym samochodzie. Poza mną była dziewczyna z Izraela, jej dziewczyna Malezyjka, chłopak w połowie Francuz, w połowie Wietnamczyk oraz Niemiec z mamy Niemki, a taty w połowie Libańczyka i Syryjczyka. Kaukaskim typem byłam tylko ja. Ale przecież nie rozmawiamy na temat koloru skóry na co dzień, bo to element naszej przyjaźni kompletnie bez znaczenia.

Łatwo się odnajdujesz w tym wielokulturowym świecie?
Tak, dzięki rodzicom. Moja mama urodziła się w województwie kujawsko-pomorskim, tata w Małopolsce, jak żartobliwie twierdzi „na wsi – w galicyjskiej biedzie”. Do Warszawy przeprowadzili się w związku z pracą, gdy miałam 15 lat, więc dorastając w Warszawie, trochę zazdrościłam koleżankom, że mają tych samych znajomych od podstawówki, bo wiedziałam, ile regionalnych historii mam za sobą – zamiast tej jednej, aspiracyjnej, warszawskiej. To pewnie wykształciło we mnie poczucie przynależności związane z ludźmi, których lubię, a nie miejscem jako takim, czułam też, że pochodzę z tej mało atrakcyjnej części Polski – wszyscy znamy żarty o słoikach. Później zdałam sobie sprawę, że to nie powód do wstydu, a raczej przewaga. Moi rodzice zapracowali na wszystko, co mają, zawsze byli uczciwi, traktowali innych z szacunkiem i starali się nas tego nauczyć. To nie powód do wstydu, tylko raczej do dumy, że chcąc się zawodowo rozwijać, musieli się przeprowadzać, a mnie z siostrą ciągnęli za sobą. Dzięki temu, gdy dziś wchodzę w nowe środowisko, to nie z nieśmiałością i wstydem, a już na pewno nie przepraszając za to, skąd jestem. To zresztą dla mnie świetny temat do rozmowy, ludzie mają naprawdę ciekawe historie.

(Fot. Szymon Szcześniak/LAF)

Olka Osadzińska ilustratorka, art director i dyrektor kreatywna. Współpracuje ze znanymi markami: dla Reeboka stworzyła limitowane serie butów, dla Costy wieloformatowe murale. Pracowała dla firm: Nike, Mercedes Benz, Samsung, HTC, Jo Malone, Max Factor, Hugo Boss. Ostatnio zaprojektowała murale i zdobienia ścian siedziby firmy Skanska – Warsaw Spark. Mieszka w Berlinie.

 

Dziękujemy za możliwość realizacji sesji w siedzibie Skanska, Biurowiec Spark, Warszawa.