Mariusz Szczygieł: „Mam zaufanie do ludzi i ze wszystkiego »wypuszczam powietrze«”

Mariusz Szczygieł - laureat nagrody Nike 2019. (Fot. BEW)

Nike – najważniejsza polska nagroda literacka – dla Nie ma Mariusza Szczygła. Z tej okazji przypominamy materiał o jednym z najwybitniejszych polskich reportażystów.

Jak nakłaniam bohaterów swoich tekstów i książek do mówienia? Nie mogę powiedzieć, że „wyciągam” czyjeś wspomnienia czy wypowiedzi. Po prostu nauczyłem się słuchać. A słuchać to nie mówić drugiemu, że jego życie jest nie takie, jak sobie życzymy. Słuchania nauczyłem się, a może nawet się od niego uzależniłem, w pralni hotelu Pod Basztą w Złotoryi, gdzie pracowała moja mama. Zresztą nie tylko ona tam pracowała, ale też jedna z jej sióstr, córka innej siostry, druga żona brata mamy, a także mój tata. Praktycznie hotel to moja rodzina i dzieciństwo w jednym. Miałem być w nim recepcjonistą, a potem jego kierownikiem. Tak planowała jego ówczesna kierowniczka pani Janina Lizak. Byłem tak zafascynowany zjawiskiem hotelu w ogóle, że w roku 1978 i 1979 (czyli kiedy miałem 12 i 13 lat) prenumerowałem pismo „Hotelarz”.

A wracając do hotelowej pralni, do której przychodziłem zaraz po lekcjach – to tam pokojowe zjeżdżały z siedmiu pięter i opowiadały: „Para zamieszkała na szóstym piętrze, wydawało się, że mężczyzna i kobieta, a jednak ten mężczyzna miał dowód na kobietę”; „Wokalistka Dwa Plus Jeden gimnastykowała się na prześcieradle, które rozłożyła na dywanie”; „Ten Węgier z pierwszego, który z żoną i dzieckiem mieszka już drugi miesiąc, ma romans z pokojową z czwartego”. Chłonąłem! Byłem jedynym dzieckiem w całej Złotoryi dopuszczonym do hotelowego organizmu. A swoje pierwsze artykuły pisałem na maszynie do pisania w gabinecie pani Lizakowej.

Historie rodzinne

Skąd rodzice wzięli się po wojnie w Złotoryi? Mama jest z Ustrzyk Górnych, w ramach akcji Wisła przyjechała ze swoją mamą i pięciorgiem rodzeństwa na Dolny Śląsk, do wsi pod Złotoryją. Przejechali całą nową Polskę Ludową wszerz na furmance. Pod dwiema pierzynami.
Tata pochodzi ze Śladkowa Dużego pod Chmielnikiem w Kieleckiem, przyjechał do Złotoryi, bo niedaleko w kopalni Lena jego brat Wacek pracował jako stolarz. I tata też się chciał zatrudnić. Poznali się z mamą na zabawie 19 marca 1955 roku, a w październiku już wzięli ślub. Tata był niezwykle przystojny, mama mówi, że świetnie tańczył, śpiewał, grał na akordeonie i butelce. Co to znaczy, że grał na butelce? No jak to?! Ucina się szklaną szyjkę, nakrywa ją bibułką, kawałkiem strony z gazety, serwetką i mamy ustnik, na którym można grać.

Do siódmego roku życia żyłem w strachu. Przed Babą-Jagą. Mieszkała pod nami na Nowotki 5, na imię miała Gienia, nazwisko pominę. Każdego dnia, każdej nocy stukała szczotką w swój sufit, a naszą podłogę. Pamiętam, że kiedy wszyscy lokatorzy wyprowadzili się z tego domu, bo miał być wyburzony, i mieszkania były już otwarte, weszliśmy z tatą do jej mieszkania – cały sufit miała poobijany, zwisały z niego strzępy farby.
Wiedziałem od rodziców, że Baba-Jaga była kiedyś koleżanką mamy. I były w bardzo życzliwych stosunkach do momentu, kiedy ja się urodziłem. Ona – samotna i bezdzietna, dzisiaj myślę, że też jakoś zaburzona – bardzo źle zareagowała na moje pojawienie się. Krzyczała do mamy: „Zabij tego znajducha!”. Raz rzuciła się na mamę z odważnikami połączonymi drutem. Tata ją za to pobił. Wszyscy sąsiedzi byli za nami, świadczyli w sądzie, w kolegium do spraw wykroczeń, ona miała nakaz zmiany zachowania, miała przepraszać. Wszystko to robiła, a potem znów waliła w sufit. Bałem się schodzić sam po schodach, żeby nie przechodzić obok jej drzwi. Kiedy miałem sześć lat, mama na próbę wysłała mnie z koszem na śmieci. Zszedłem, ale już bałem się wejść i krzyczałem z podwórka, żeby po mnie zeszła, bo nie przejdę obok Baby-Jagi.

Całe moje dzieciństwo to nerwica i wizyty u psychiatrów. Moich, nie Gieni. Dlatego też na dłuższe okresy mama oddawała mnie do innych rodzin, żebym nie musiał mieszkać na Nowotki. Tego też nie znosiłem. Lubiłem i ciocię Halinę, i Lodzię, i Cesię, ale nie chciałem u nich mieszkać!

Doszło do tego, że raz, kiedy mama prowadziła mnie do cioci Haliny na dłużej, przewróciłem mamę na jezdni i omal samochód jej nie przejechał. Pamiętam to jak dziś: pociągnąłem ją za rękę, jak przechodziliśmy przez ulicę. Czy kiedykolwiek powiedziałem jej wprost, że nie chcę mieszkać u tej czy innej cioci? Nie pamiętam. Mama też nie pamięta.

Myślę, że dlatego całe dorosłe życie byłem taki miły, żeby nie pojawił się ktoś taki jak Baba-Jaga, kto mnie nienawidzi.

Kiedyś byłem niewidzialny

Mama zawsze pragnęła, żebym się nie wyróżniał. Żebym został księgowym w fabryce butów w Złotoryi. Trochę źle znosi moją popularność. Hanna Krall mi kiedyś wyjaśniła, że niektóre dzieci wojny tak mają: chcą być przezroczyste, nie rzucać się w oczy, żeby przeżyć. W dzieciństwie byłem jak mama, przygaszony, małomówny. Ale jak zacząłem dojrzewać, zaczęły się we mnie ujawniać cechy taty. I tak zostało do dzisiaj. Myślę, że mój sukces w życiu bierze się z tego, że jestem jak Jerzy Szczygieł. Nie mam żadnego poczucia obciachu, mam zaufanie do ludzi i ze wszystkiego „wypuszczam powietrze”.
Tak czy inaczej w dzieciństwie dostałem bardzo dużo lęku. Z jednej strony Baba-Jaga, z drugiej – „bądź niewidzialny”. Żartuję sobie. Przecież byłem też szczęśliwy.
Lubiłem wieszać ścierki na kredensie, stawiać świeczniki i krzyż do przyjmowania księdza po kolędzie i „odprawiać mszę”. Lubiłem, jak moi rodzice byli w domu wieczorem i z głośnika (cała Złotoryja jako poniemieckie miasto była wyposażona w głośniki w mieszkaniach, podłączone jakoś do Polskiego Radia, dlatego nie mówiło się „włącz radio”, tylko „włącz głośnik”) leciało „Przy muzyce o sporcie”.
A jednak mało jest tych rzeczy, które lubiłem do siódmego roku życia. Czyli do momentu wyprowadzenia się z tej starej poniemieckiej kamienicy, przeznaczonej do rozbiórki, do nowego bloku na ulicy Podwale.

Skąd masz tę piątkę?

Napisała do mnie list dyrektorka mojej podstawówki, czyli Szkoły Podstawowej nr 1 im. Marii Konopnickiej w Złotoryi, pani Barbara Kraska: „Pobyt w szkole jest niezapomnianym okresem w życiu każdego człowieka, a jubileusz placówki jest okazją do wspomnień, które zawsze gdzieś tam tkwią w naszej pamięci”. Pani Barbara prosi mnie, bym na jubileusz 70-lecia szkoły napisał „kartkę z pamiętnika z lat szkolnych”.
Co musiałoby się znaleźć na tej kartce? Że kiedy miałem 12 lat, polonistka Danuta Balska, widząc, jaką pisanie sprawia mi frajdę, zadawała mi dodatkowe wypracowania, a oceny za nie wpisywała do specjalnego notesu, bo w dzienniku już zabrakło kratek. Że polonistka Maria Wodyńska (dziś Bielecka) omawiała ze mną poniedziałkowy Teatr Telewizji i wzdychała: „Musiałam dla ciebie obejrzeć ten teatr”, a ja byłem autentycznie w niej zakochany. Że wuefistka Krystyna Szmigiel, widząc, że grania w piłkę nożną nienawidzę, dawała mi mnóstwo możliwości biegania na czas, bo w tym byłem dobry.
No i to są wspomnienia pożądane. Ale mam też takie, których – zakładam na sto procent – Szkoła Podstawowa nr 1 w Złotoryi by sobie nie życzyła.

Że jako zaufany uczeń wszystkich „pań” dostawałem dziennik i go odnosiłem do pokoju nauczycielskiego, a dzięki temu dopisywałem oceny wszystkim leserom z klasy. Raz dopisałem oceny z historii dwóm kolegom i sobie. Dokonałem wtedy idiotycznego wpisu, którego wstydzę się do dziś. U pana Bogusława Kuriaty miałem same dwóje i jedną trójkę (mówimy o systemie ocen od dwójki do piątki), a dopisałem sobie piątkę! Zamiast zadowolić się skromną tróją, zrobiłem coś, co Kuriata zauważył natychmiast: – Szczygieł, skąd masz tę piątkę?

Powiedział, że nie doniesie o tym wychowawczyni, bo nie chce, żeby dostała zawału.

Miałem dryg w dłoni! W trzeciej klasie podstawówki tak dobrze podrabiałem pismo wychowawczyni Heleny Manowiec, że nawet mój dzisiejszy podpis jest wzorowany na jej podpisie. Ile napisałem koleżankom i kolegom lewych usprawiedliwień od ich rodziców – nie zliczę.

Szczygiełku możesz

W Bieszczadach miał miejsce mój pierwszy raz. Za dwa miesiące kończyłem 16 lat i wreszcie wyjechałem na wakacje bez rodziców. Do Ustrzyk Dolnych. W Opolu Małgorzata Ostrowska śpiewała „Szklaną pogodę”, a w Bieszczadach trwała operacja „Bieszczady 40”: harcerze mieli tam sprzątać, budować, śpiewać i poznawać dzikie góry. A ja zostałem najmłodszym dziennikarzem wydawanego dla nich pisma „Stanica”. Przez pierwsze dwa tygodnie nic mi nie szło. Co napisałem, było bez życia i nudne. Wtedy opiekunka, młoda dziennikarka Aldona Krajewska (dziś znana jako Wiśniewska, niech szczęście jej nigdy nie opuszcza!), postanowiła mnie zgwałcić. Gwałt przez starszą o siedem lat koleżankę wyglądał tak: – Szczygiełku, usiądź tu na chwilę i pokaż, co masz w kieszeniach – poprosiła. Wyciągnąłem więc legitymację szkolną, zaświadczenie, że pracuję dla „Stanicy”, i portfel. Aldona wyjęła mi z niego 100 zł i położyła na stół. Resztę rzeczy schowała do portfela, a ten do swojej kieszeni.

– Wstajesz od tego stolika – zarządziła – i wyruszasz w Bieszczady. Bez śpiwora, namiotu, koca, pieniędzy, dokumentów i latarki. Masz udawać biednego turystę i wrócić z reportażem pełnym przygód. Nie wcześniej niż za trzy dni. Żebyśmy uwierzyli, że tam byłeś, weźmiesz stemple z poczty – uśmiechnęła się i wręczyła mi stówę. – A to – wyjaśniła – jest stówa honoru na wypadek, gdyby coś ci się stało. Chociaż najlepiej, jak z nią wrócisz do redakcji, zaznaczę ją żółtym flamastrem.

– A gdzie ja będę spał? – spytałem bezradny.

– Gdzie chcesz. Możesz pomóc rolnikom w polu, to dadzą ci nocleg.

Myślę, że tamta stówa to dziś równowartość 50 złotych. Wyruszyłem o czwartej po południu, pamiętam, jak szybko góry ogarniała mgła, a ja śpiewałem modną wtedy frazę z Urszuli: „Bladą dłonią świt otrze pot i łzy, koszmar minie, znikną duszne sny […]”.

Nie nocowałem u rolników, dajcie spokój! Praca w polu? Wróciłem do Ustrzyk po trzech dniach – a w kieszeni miałem 123 złote!

Trafiłem do stanicy harcerskiej, gdzie akurat kilka dziewczyn biedziło się nad gazetką ścienną. Gazetki ścienne wypluwałem z siebie jak Bronka w „Daleko od szosy” pestki czereśni. – Jak mi dacie jeść, to wam wymyślę fajne tytuły – zareklamowałem się. Zaraz przyniosły naleśników z dżemem i zrzuciły się na bilet autobusowy. Trafiłem też do pilarzy w lesie. Byłem spłoszony, ale oni od razu się ucieszyli, że przyszedł miastowy. Bo właśnie dołączył do ich brygady stażysta Mirek, co porzucił studia filozoficzne i chce ścinać drzewa. Nie ma z kim biedak pogadać. Mogę nocować u niego w baraku na materacu. Mirek był uciekinierem z Wałbrzycha, chciał się ożenić i zostać w Bieszczadach… Tak powstał mój pierwszy prawdziwy reportaż. Aldonie Krajewskiej i Bieszczadom będę wdzięczny do końca życia za to, że od lata 1983 do dzisiaj nie opuszcza mnie jedna myśl: „Zawsze sobie w życiu poradzisz”. Zostawiony na środku Marszałkowskiej – nago, bez dachu nad głową i jednego grosza – po tygodniu będę już mógł pożyczać innym na procent. Od 16. roku życia mam poczucie: „Szczygiełku, możesz!”.

Aż strach pomyśleć, że dziś za taki numer na dziecku Aldonę Krajewską rodzice wsadziliby do więzienia. I dlatego nie wróżę dobrze dzisiejszym 16-latkom.

Donos na dyrektora

Dlaczego wybrałem Liceum Ekonomiczne w Legnicy? W Złotoryi był ogólniak, ale sportowy. WF każdego dnia! Umarłbym tam. Przez cztery lata musiałem więc dojeżdżać do Legnicy. Codzienne wstawanie o 6.10 najpóźniej, o 6.50 – autobus. Wtedy postanowiłem, że zrobię wszystko, żeby nie musieć w dorosłym życiu wcześnie wstawać. To właściwie był mój cel i udaje mi się to od dziesiątek lat!

W całym roczniku byłem jedynym chłopakiem, wokół same dziewczyny. Prawie każda z nich jest dziś księgową. Szybko zostałem przewodniczącym klasy, a potem szkoły.

Miałem 16 lat, dyrektor naszej szkoły spotkał się z przewodniczącymi i chciał, żebyśmy mu powiedzieli o swoich problemach. Powiedzieliśmy, a on podsumował to tak, że dopóki będzie strona oceniana i oceniająca, nigdy nie zostaniemy partnerami. Nie tego się po tym spotkaniu spodziewałem. Akurat tygodnik młodzieżowy „Na Przełaj” ogłosił nabór na korespondentów, więc napisałem swój pierwszy tekst w życiu: „Punkt widzenia”. Właściwie był to rodzaj donosu na mojego dyrektora.

Pamiętam, jak dyrektor mówił potem mojej mamie w klasie maturalnej: „Niech on nie wyobraża sobie, że jest dziennikarzem, bo najpierw musi zdać maturę”.

Tenże dyrektor uczył mnie matematyki, zawsze miałem niedostateczny na pierwszy semestr, a na koniec roku cudem wyciągał mnie na tróję. Nie znosiłem go. Ale na maturze okazał się fantastycznym człowiekiem. Wiedział, że mam pasję, że dostałem się już bez egzaminu na Wydział Dziennikarstwa UW, bo wygrałem jeszcze przed maturą ogólnopolski konkurs dziennikarski Indeks za Debiut. I ten mój osobisty potwór podszedł podczas pisania matury z matematyki, spojrzał na moją kartkę i powiedział po cichu: „Pierwsze zadanie masz dobrze. W drugim – zamiast »x« wpisz »2x«, za chwilę przyjdę…”. Coś takiego mniej więcej.

Nie uniósł się honorem, tylko wiedział, że ważne są moje cele, i mi pomógł. Zawsze się wzruszam, jak go wspominam. Nazywa się Zdzisław Kisiel.

„Nie ma” to ósma książka napisana przez Szczygła. (Fot. materiały prasowe)
„Nie ma” to ósma książka napisana przez Szczygła. (Fot. materiały prasowe)

 

Mariusz Szczygieł rocznik 1966; dziennikarz, reporter, pisarz. Tegoroczny laureat Nagrody Literackiej Nike za książkę „Nie ma”. Laureat finalista „Nike” 2007, laureat Europejskiej Nagrody Książkowej. Autor cenionych książek o Czechach: „Gottland”, „Zrób sobie raj” i „Láska nebeská”, ale też m.in. „Kaprysiku. Damskich historii”, redaktor zbioru „20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła”.