1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Muzyka
  4. >
  5. Pozwólcie, że trzeci rok pisania felietonów rozpocznę wyznaniem: nie znoszę rankingów i podsumowań

Pozwólcie, że trzeci rok pisania felietonów rozpocznę wyznaniem: nie znoszę rankingów i podsumowań

Olivia Dean w „Saturday Night Live” (Fot. Will Heath/NBC via Getty Images)
Olivia Dean w „Saturday Night Live” (Fot. Will Heath/NBC via Getty Images)
Teoretycznie powinnam mieć do nich przynajmniej sentyment, bo moim pierwszym zadaniem w radiowej Trójce – obok niezgubienia się w niemały budynku przy Myśliwieckiej 3/5/7 – było przepisanie na raczkującą wtedy stronę internetową rozgłośni (rok 2001, młodzieży!) opublikowanego w brytyjskim magazynie muzycznym „Q” rankingu.

Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 02/2026.

Ach, te emocje sprawdzania każdej literówki, odstępu, przewidywanie podstępów autokorekty! To pamiętam doskonale, bo presję prymuski narzuciłam sobie od pierwszego dnia. Czego dotyczyło sumiennie nanoszone muzyczne zestawienie – nie mam pojęcia. Może już wtedy miałam do nich dość nonszalancki stosunek?

Dwadzieścia kilka lat później podsumowania nie dają w moim życiu za wygraną. „Pani Aniu, a opublikuje pani listę ulubionych płyt?”, „Album pani życia to…”, „Pięć płyt na bezludną wyspę…?”. Wreszcie, jak w zegarku, co 12 miesięcy wraca moje ulubione: „Ma pani płytę roku?”. Drodzy słuchacze, czytelnicy, obserwujący – nie mam! A tak bardzo chciałabym mieć!

Zbyt szanuję waszą inteligencję, by argumentować swoją niechęć banalnym „muzyka to nie zawody”. W najprostszym znaczeniu sztuka nie podlega klasyfikacjom i ocenom, bo jakim prawem ktoś wyrokuje, że czerwona plama na czarnym tle to arcydzieło, gdy nam podoba się sielski pejzaż? Na bardziej zaawansowanej płaszczyźnie można stawiać tezę, że powinność artysty jest większa od oczekiwań publiczności i ostrza krytyki; powinien tworzyć z trzewi, głuchy na oczekiwania rynku i mas. W takim myśleniu opinia nie może skrzywdzić sztuki, bo ta jest po stronie artysty. Finalnie pozostaje kwestia dla mnie najważniejsza: dlaczego w ogóle obchodzi nas, jak ktoś szereguje i kategoryzuje sztukę, czy – w przypadku tego felietonu – fonograficzne wydawnictwa? Bo ma etat w magazynie muzycznym? A co, jeśli zdobyty po znajomości i w sumie nie za chętnie, bo lepszy byłby ten w motoryzacyjnym?

Wiem, podcinam teraz gałąź recenzentki, na której wygodnie siedziałam przez 10 lat. Recenzje pisać uwielbiałam, czułam się taka ważna, debatując sama z sobą: cztery gwiazdki czy może cztery i pół? Na moją obronę: miałam skromne dwadzieścia kilka lat. Gdy skończyłam lat 30, skończyłam i z pisaniem recenzji, i z potrzebą szufladkowania i zestawiania muzyki. Pamiętam doskonale tamten czas. Spotykałam się z pewnym muzykiem, był to tak niezobowiązujący romans, jak tylko pozwalają na to rock’n’rollowe mity. On odreagowywał koniec wieloletniego związku, ja znakomicie się bawiłam, jednocześnie uczestnicząc w tworzeniu jego nowego albumu, całego w bólu złamanego serca, bardzo osobistego. Gdy ukazał się na rynku, został ciepło przyjęty przez słuchaczy, ale recenzenci, głusi na warstwę emocjonalną materiału, przyłożyli szkiełko do muzyki, tak czystej i szczerej. I było to szkiełko niewypolerowane, ostre i kaleczące. Czytałam wszystkie te słowa, pamiętając każdą z bolesnych sesji nagraniowych, a w głowie miałam tylko buńczuczne: „A co ty takiego nagrałeś, stworzyłeś, by oceniać?”. Nie znalazłam odpowiedzi na to pytanie, ale wiedziałam – ja także nie nagrałam niczego, więc z klubu przemądrzałych wypisuję się natychmiast.

Od tego czasu recenzji nie napisałam, a swoją zawodową uwagę skierowałam nie tyle w stronę samego dzieła, co tych, którzy je tworzą. Chcę opowiadać historię ludzi, pokazać człowieka za piosenką, tak rozumiem swoją specjalizację. Nie umniejszam swoim kompetencjom, raczej zrozumiałam, że muzykologia nigdy nie była moim powołaniem. Nie poszłam studiować muzyki, „poszłam” muzyką żyć.

Jednocześnie jestem zawsze ciekawa tego, co o płycie, którą gram w radiu, myślą moi słuchacze, bo ich feedback jest dla mnie informacją, że spełniam swoją rolę: daję im muzykę inspirującą, intrygującą, oddziałującą na nich, „coś” im robiącą. To jest dla mnie recenzja sztuki, nie gwiazdki.

Tę samą zasadę przykładam do podsumowań i zestawień: nie interesuje mnie, w jakiej kolejności ktoś na kolorowych stronach magazynu, witryny czy insta rolki ułożył plakaty filmowe czy okładki płyt, numer jeden, dwa czy pięć. Jest takie powiedzenie: „Ludzie zapomną, co powiedziałeś, co zrobiłeś, ale zawsze będą pamiętać, jak się z tobą czuli”. I tak właśnie jest z muzyką: jeśli jest twoja, nie ma znaczenia, czy to „album roku”, czy płyta numer jeden na liście przebojów – ty wiesz, że to jest twoja muzyka i dodatkowych zapewnień nie potrzebujesz.

Odpowiadając na nieulubione pytanie „moją” muzykę w 2025 roku, Ania słuchaczka i Anna Gacek dziennikarka powiedzą podobnie: była niewyjątkowa, nieszczególna, nie – wielka. To nie był dobry rok, niestety. Jeśli szukamy „płyty roku”, to w znaczeniu głębszej analizy, a więc dzieła pełnego, kulturowo, artystycznie i komercyjnie znaczącego – taka płyta po prostu się nie ukazała. Mam wielki przywilej i radość pisania w tym numerze o jedynym albumie, który wywołał we mnie silną reakcję osobistą i równie mocną satysfakcję zawodową, znakomitym „West End Girl” Lily Allen, ale nawet ja, zauroczona nim od pierwszego przesłuchania, przyznam, że bez sensacyjnego tła gwiazdorskiego romansu i skandalicznych, soczystych okoliczności ta płyta najpewniej przeszłaby bez większego echa. Więc jej sukces to triumf muzyki czy PR-u? No właśnie.

Lily Allen (Fot. Stuart C. Wilson/Getty Images) Lily Allen (Fot. Stuart C. Wilson/Getty Images)

Najbliższym trafienia w dziesiątkę albumem był prawdopodobnie „Lux” Rosalíi, ambitna, łącząca gatunki, oszałamiająca rozmachem produkcja, do której przykładam jedno niespokojne „ale”, niepozwalające z czystym sumieniem na wybranie tej płyty jako albumu, o którym będziemy pamiętać za, powiedzmy, 30 lat – gdzie te przeboje? Wielka płyta potrzebuje wielkiego utworu, definiującego jej wyjątkowość. I nie, to nie krytycy o tym decydują, wyłącznie publiczność. „Lux”, porywająca płyta, nie wylansowała żadnego globalnego hitu. Mogę się mylić, chcę się mylić, ale wszystkie zachwyty, jakimi obdarowano w 2025 roku Rosalíę są więcej niż komplementami, są raportem o stanie świata, gdy na fonograficznej pustyni bardzo dobra płyta zostaje okrzyknięta albumem wybitnym.

Mnóstwo ubiegłorocznych wydawnictw przypominało o tym, w jakiej przestrzeni aktualnie funkcjonujemy: Sabrina Carpenter, Taylor Swift, Florence and The Machine, Lorde wydały płyty w różnej skali dobre, czasem nawet bardzo, ale nigdy bliskie ich największym dokonaniom. Olivia Dean rozkochała w sobie pół Ameryki, gdy w złotej sukience Versace wystąpiła w „Saturday Night Live”, śpiewając „Man I Love”, bez dwóch zdań jedną z piosenek roku. Była olśniewająca, ale musiałam odpędzać gorzkie myśli, gdy porównywano ją do Amy Winehouse, bo to przecież na razie inna liga. Marudzę i wybrzydzam, wiem, przepraszam!

Ale to nie są tylko moje utyskiwania. Platforma Apple Music opublikowała zestawienie najczęściej odtwarzanych piosenek w 2025 roku. Pierwszych sześć to… utwory wydane jeszcze w 2024, bo przez cały ostatni rok nie nagrano jednej piosenki „mocniejszej” od nieco już przestarzałych hitów. Pamiętam świetną ceremonię wręczenia nagród Grammy za 2024 rok, jak iskrzyła od soczystego popu Billie Eilish, Charli XCX czy Chapelle Roan. 2024 był fantastyczny, jeśli nie albumowo, to piosenkowo.

A jednak ta energia nie naznaczyła kolejnego roku. Pop jest zmęczony i jego bohaterowie również. Jedna z sensacji ostatnich miesięcy, autorka przebojowego „Messy”, Lola Young, nie wytrzymała presji intensywnej promocji i nagłego sukcesu. Psychika powiedziała „dość”, dołączyło wymęczone używkami i pracą ciało, i słuch po młodej artystce zaginął. Przewiduję, że podobny los czeka melodie roku 2025, w dalszej perspektywie po prostu przepadną. Co zostanie? Perły dla poszukujących. Znakomity album „Getting Killed” amerykańskiej rockowej grupy Geese. Pełen radości tworzenia projekt „Temporary” koleżeńskiego kolektywu Everything Is Recorded. Moje odkrycie roku, Sofia Isella, charyzmatyczna śpiewająca poetka, która ma potencjał zostania nową Patti Smith, ikoną pokolenia Z.

Sofia Isella (Fot. Astrida Valigorsky/Getty Images) Sofia Isella (Fot. Astrida Valigorsky/Getty Images)

Pewnie wymienię jeszcze kilka tytułów, podobnie jak interesujący się muzyką czytelnicy „Zwierciadła”. A potem pomyślę: w 2025 roku słuchałam starego jazzu, uczyłam się country, przez miesiąc odświeżałam dyskografię Prince’a, później naszło mnie na ckliwe ballady z lat 80., potem słuchałam wyłącznie rocka, bo rock jest najlepszy, aż w pokoncertowej euforii moją playlistę przejęli Oasis. W tym wszystkim były jeszcze tysiące pojedynczych utworów, setki całych albumów i to jest najważniejsze. Póki gra w nim muzyka, jest to dobry rok. I pod takim podsumowaniem podpiszę się zawsze!

Anna Gacek, dziennikarka, przez dwie dekady głos radiowej Trójki, autorka, podcasterka. Jej najnowszego podcastu „Blaski i cienie. Anna Gacek i biografie najsłynniejszych” można słuchać w Audiotece.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE