fbpx

Nie żyje Wojciech Pszoniak. Wybitny aktor miał 78 lat

Nie żyje Wojciech Pszoniak
Wojciech Pszoniak. (Fot. Rafał Guz/Forum)

Żegnamy jednego z najwybitniejszych polskich aktorów. Wojciech Pszoniak zmarł dziś rano, w wieku 78 lat. Zmagał się z chorobą nowotworową. Przypominamy wywiad, którego udzielił kilka lat temu na łamach naszego pisma.

W książce „Aktor”, którą napisałeś wraz z Michałem Komarem, opowiadasz, że będąc dzieckiem, czułeś straszliwą samotność. Chciałeś nawet popełnić samobójstwo.
Miałem 13 lat, kiedy umarł ojciec. To jest wiek, w którym spod ciepłych skrzydeł matki chłopca przejmuje właśnie ojciec. Czas inicjacji. Ja jej nie miałem. W związku z tym czułem się niezwykle samotny. Byłem najsamotniejszym człowiekiem na świecie. To było tragiczne.

A koledzy? Nie miałeś w nich wsparcia?
Nie miałem ich, bo nigdy nie miałem potrzeby kumplowania się, i do dziś nie mam. Nie udało mi się umrzeć, więc musiałem zdecydować co dalej.

Nie udało ci się umrzeć, bo…
Raz się nie udało, bo pociąg przejechał nie po tych torach. Następnym razem postanowiłem w nocy wejść na stalowe wieżyczki, na których umieszczone były semafory. Już wspiąłem się na nie z paskiem, ale przegonił mnie dróżnik i zwiałem. Widocznie to był mój anioł stróż czy może inny wysłannik Pana Boga, nie wiem. Trzeci raz już nie próbowałem.

Trzeci raz to poszedłeś do wojska z własnej woli jako 13-latek. Stałeś się kadetem.
I przeżyłem tam dwa lata. To był zupełnie obcy mi świat – ludzie, ich mentalność, sposób zachowania się. Wszystko było inne niż w moim domu.

O wojsku mówiło się kiedyś pompatycznie: szkoła życia.
O tak. Ale właśnie tam pojąłem, że to świat, w którym nie chcę żyć. Świat, który mnie nie interesuje, świat, którego nie rozumiem. Wiedziałem, że muszę z tego świata uciekać.

Dokąd?
Wiedziałem, skąd mam uciec, ale jeszcze nie wiedziałem dokąd. To był najważniejszy moment w moim życiu.

A kiedy zdecydowałeś, że zostaniesz aktorem?
Poznałem wielu starszych ludzi, którzy narzekali, że podjęli złe wybory w swoim życiu. A ja chciałem dokonać właściwego i ciągle szukałem. A że byłem omnibusem, to próbowałem różnych rzeczy: latałem na szybowcach, skakałem ze spadochronem, grałem na instrumentach, marzyłem też o wyprawie w Himalaje. W pewnym momencie pomyślałem o aktorstwie, być może też dlatego, że mój starszy brat Antoni już był aktorem. Nie miałem ojca, więc wzorowałem się na nim. Próbowałem, ale nie byłem pewny, czy to jest to. Grałem w teatrze amatorskim. Dobrze, ale stale mi czegoś brakowało.

Spotkałeś wtedy wybitnego poetę i pisarza Tadeusza Różewicza.
Został opiekunem naszego teatru i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Latem zapraszaliśmy go na Mazury, gdzie żeglowaliśmy. Człowiek, szczególnie młody, rzadko zdaje sobie sprawę z wagi takiego zdarzenia. A dzisiaj mogę powiedzieć, że bez spotkania Różewicza na pewno byłbym inny. Kompletnie inny.

Pamiętasz, co wtedy do ciebie mówił?
Najważniejsza rzecz, którą mi powiedział, to, żebym spróbował opisać, sformułować, co to jest sztuka aktorska. Nigdy nie słyszałem takiego pytania. A ono było bardzo ważne i zmieniło mój punkt widzenia na aktorstwo, w ogóle na sztukę.

Odpowiedziałeś?
Do dziś nie wiem i wciąż mnie to nurtuje i fascynuje. Przyglądam się moim studentom, sobie. Piszę na ten temat. Myślę o tym dzięki Tadeuszowi.

Intuicyjnie wiesz, kiedy masz do czynienia ze sztuką w aktorstwie, a kiedy z rzemiosłem?
Oczywiście. Rzemiosło nie ma nic wspólnego ze sztuką. Zresztą nie lubię tego słowa. Dlatego prowokacyjnie mówię o sobie jako o niezawodowym aktorze. Podobnie jak nie można być zawodowym księdzem czy poetą, tak nie można być zawodowym artystą. Bywam aktorem albo czekam, żeby nim być.

W swoich wierszach także zmagasz się z tematem sztuki aktorskiej. „Aktorstwo / odkrywanie czegoś z bijącym sercem / zabawa w chowanego w ciemnych piwnicach / gruzach / jak w dzieciństwie”. Aktor sięga do doświadczenia bycia dzieckiem?
Myślę, że w sztuce człowiek, który nie zatrzymał w sobie dziecka, nie istnieje. Tylko dziecko ma dar korzystania z wyobraźni, z wchodzenia w inną rzeczywistość. To jest też coś najcenniejszego dla artysty. Dziecko jest niesamowicie otwarte, a sztuka to bezinteresowne otwieranie się. Na te momenty się czeka.

Zagrałeś wiele wybitnych ról. Przy każdym budowaniu roli – Korczaka, Robespierre’a czy Puka – zaczynałeś od otwarcia się na postać?
Nie ma jednej metody. Wiem na pewno, że muszę mieć natchnienie, kontemplować. To jest rodzaj wchodzenia w rzeczywistość postaci, którą gram, w świat, w którym mam się znaleźć. Chodzę ulicami, prowadzę samochód, rozmawiam z ludźmi, ale powoli wkraczam w tę inną rzeczywistość. Jeżeli takiego stanu nie udaje mi się szybko osiągnąć, to boję się i bardzo się denerwuję. Nie mogę jednak tego przyspieszyć. Paradoksalnie praca aktora odbywa się głównie w samotności. W domu nie ma nikogo: nie ma widza, nie ma reżysera. Jest się tylko ze sobą. A kto może wiedzieć lepiej, czy kłamię, czy mówię prawdę, niż ja sam.

W innym wierszu piszesz: „Sztuka aktorska – ciągła podróż poszukiwanie zdobywanie podróż w siebie w innych poszukiwanie zdobywanie prawdy nie mógłbym chyba zagrać Hitlera nie umiałbym szukać w nim człowieka”. Zawsze szukasz człowieka?
Wyłącznie. Nie można zagrać stolarza, ślusarza, działacza partyjnego, Żyda, Polaka. Gra się człowieka bez względu na to, jaki wykonuje zawód czy jakiej jest narodowości. Praca nad rolą zaczyna się od człowieka i na człowieku się kończy. Jeśli jest inaczej, to nie ma to nic wspólnego ze sztuką.

Jak dobierałeś się do postaci Piotra Wierchowieńskiego w sztuce „Biesy”?
To była fascynująca praca z Wajdą w krakowskim Starym Teatrze. Ale i dramatyczna ze względu na Dostojewskiego, który jest dla mnie niebezpiecznym autorem, bo dotyka bardzo mrocznych i przerażających stron człowieka. Ten Wierchowieński był dla mnie wyzwaniem. Byłem młodym człowiekiem, który nie poczuł jeszcze, czym jest prawdziwe zło. Czułem, że bez tego doświadczenia nie będę mógł tej roli zagrać. Musiałem to uruchomić w sobie. I udało się, bo znalazłem taki moment w moim życiu.

Gdzie to znalazłeś?
Moja matka bardzo pilnowała reguł, którymi powinien kierować się młody człowiek. Któregoś dnia odwiedziła mnie koleżanka. Było już po dziesiątej wieczorem. Siedzieliśmy grzecznie, słuchając muzyki z magnetofonu. Do pokoju wpadła matka i zakończyła nasze zupełnie niewinne spotkanie. Kiedy koleżanka wyszła, matka wygadywała rzeczy, których przykro było słuchać. Na przykład że tak się tylko prostytutki zachowują. Potem nieustannie do tego wracała. I pewnego dnia, kiedy kolejny raz to powtórzyła, wziąłem magnetofon, który był wielki i ciężki, i chciałem nim w nią rzucić. Chciałem ją zabić. Po prostu zabić. No, ale dobrze wychowany chłopak nie zabija swojej matki. Zresztą zawsze miałem konflikt z matką, która próbowała mnie złamać. Miała silny charakter, ale jej się nie udało. Tamto zdarzenie utkwiło we mnie. I kiedy pracowałem nad rolą Wierchowieńskiego, przy której męczyłem się niemiłosiernie, nagle wyciągnąłem tamto zdarzenie z głębokiej pamięci. I wtedy już wiedziałem, co to za postać.

Zawsze przy budowaniu roli szukasz wskazówek w sobie?
Nie można zagrać kogoś innego. Można kogoś naśladować, zrobić czyjąś karykaturę, skopiować. Ale nie o to chodzi. Żeby stworzyć postać, trzeba czerpać z siebie. Nie ma innej możliwości, wszystko inne jest albo udawaniem, albo lękiem przed sobą. Sztuka w ogóle jest wynikiem tego, kim artysta jest. Nie warto być aktorem, żeby udawać.

Były role, których na początku nie chciałeś się podjąć. Na przykład Robespierre’a. Dlaczego?
Nie znałem takich ludzi, takich konstrukcji psychicznych. Nie wiem, może gdybym znał kogoś z NKWD, jakiegoś oficera UB, jakiegoś fanatyka, Dzierżyńskiego…

Ale Gomułkę zagrałeś?
Ale to jest inny wymiar. Gomułka to jest mały pikuś w stosunku do Robespierre’a.

Kiedy zdecydowałeś, że jednak zagrasz tę rolę?
Miałem zaufanie zarówno do Zygmunta Hübnera, ówczesnego dyrektora Teatru Powszechnego w Warszawie, jak i do Andrzeja Wajdy, z którym już wcześniej wiele razy pracowałem. Oni przekonali mnie, że to jest rola dla mnie. Zapytałem tylko, jakie racje za tym przemawiają, dlaczego oni uważają, że to jest dla mnie. Może jest coś, czego ja w sobie nie widzę? No i zacząłem szukać, aż znalazłem w sobie pewną skłonność do idealizmu, ale też jakiś rodzaj perfekcjonizmu. Mam też tendencję do porządkowania świata, by był lepszy, ale też potrzebę porządkowania siebie. I od tego zacząłem myślenie o roli. Potem musiałem zlikwidować w sobie tego ruchliwego Pszoniaka, który mi przeszkadzał…

Usprawiedliwiasz człowieka z jego zła?
Nigdy nie oceniam. Aktor nie jest prokuratorem, nie jest sędzią.

Kolejną nieoczywistą dla ciebie rolą była postać Korczaka.
Korczak to trudny temat. To, co jest najbardziej spektakularne w jego życiu, to śmierć z dziećmi w komorze gazowej. A co z resztą? Kiedy Wajda zaproponował mi tę rolę, zastanawiałem się, co mam z nią zrobić. Gdzie mam szukać? Zacząłem, oczywiście, czytać różne książki Korczaka, ale też to, co o nim napisano. Nic mi to nie dawało, odrzuciłem te wszystkie lektury. Pochyliłem się nad „Pamiętnikiem z getta”. I dopiero po jego przeczytaniu poczułem i zrozumiałem, w którym kierunku mam iść. Próbowałem pójść do gazu razem z Korczakiem. Musiałem to przeżyć. Bo to jest rola nie do zagrania. Tego nie można zagrać. I ja tam nie gram. Do tego stopnia ta postać weszła we mnie czy ja w tę postać, że przez kilka lat, gdy dziennikarze pytali mnie o Korczaka, to w ogóle nie mogłem o tym mówić.

Miałeś traumę?
Tak. Teraz mi się tak zrobiło…

Poczułeś dreszcz?
Wróciło wspomnienie. Z roli wyszedłem tuż po zdjęciach, ale na sam sygnał: Korczak, to tak jak w tej chwili… To zostaje na zawsze. Chcę powiedzieć, że dużo daję z siebie postaciom, które gram, ale też te postacie zostawiają we mnie ślad.

To są ogromne emocje.
Widocznie mam potrzebę głębokiego przeżywania jako człowiek i w związku z tym tego szukam w sztuce. Przecież nikt mi tego nie każe robić.

Twoja droga sztuki aktorskiej zaczęła się niefortunnie. Nie zostałeś przyjęty do szkoły teatralnej w Warszawie. Egzaminatorzy podali jakieś zdumiewające powody tej decyzji. Zauważyli nawet jakieś wady wymowy.
Myślę, że byli zmęczeni. Teraz jako pedagog wiem, co to znaczy. Tamtego dnia przyszedł jakiś blondynek, który nie zrobił na nich wrażenia. Ale to dla mnie była fantastyczna lekcja, bo dzięki niej jestem bardzo uważny przy rekrutacji młodych ludzi do szkoły teatralnej.

Uparłeś się i skończyłeś studia w Krakowie. Podczas nich nie chałturzyłeś tak jak koledzy, żeby zarobić na życie. Zdarzało ci się znowu głodować jak w dzieciństwie, kiedy ze Lwowa po wojnie przyjechałeś z rodziną do Gliwic.
Na wakacjach pracowałem jako pomocnik zaopatrzeniowca w studenckim ośrodku żeglarskim w Giżycku, bo nie chciałem chałturzyć. Uważałem, i nadal tak uważam, że sztuka aktorska to jest moje święto. A ja potrzebuję święta. To jest najcenniejsze i chcę to szanować. Bez tego nie byłbym aktorem.

Mogłeś stracić życie w debiucie filmowym.
Kręciliśmy w Łodzi niewielki epizod na szczycie komina fabrycznego. Wszedłem tam. Lęku wysokości nie miałem, bo przecież byłem pilotem i spadochroniarzem. Pirotechnik, który był tam ze mną, odpalał jakiś ładunek, żeby stworzyć wrażenie wydobywającego się z komina dymu. Niestety, był porywisty wiatr i tak się rozhajcowało, że ten komin, na którym stałem, zapalił się. I ten cwaniak pirotechnik krzyczy do mnie: „Skacz pan!”. Jakbym skoczył, toby mnie już nie było.

Przestraszyłeś się?
Niewiele myśląc, rzuciłem się w ogień i zacząłem schodzić. Pirotechnik i strażak za mną. Gorąca smoła kapała na mnie. Miałem ręce do łokci poparzone, bo metalowe klamry w sekundę się rozgrzały. Kiedy wreszcie zszedłem, odesłali mnie na pogotowie, a potem, obandażowanego, wysłali pociągiem do Krakowa. Opowiadałem o tym, jak wyglądał mój debiut filmowy, moim przyjaciołom za granicą i oni chyba mi nie uwierzyli. Myśleli, że zmyślam.

Wróćmy do Wajdy. Grasz u niego kolejne role i nagle stajesz się znany na świecie. To są wtedy nieciekawe czasy dla Polski. W stanie wojennym, gdy miałeś wyjechać do Paryża na zdjęcia do francusko-polskiego filmu „Danton”, by zagrać Robespierre’a, twojej żonie odmówiono paszportu. Były dylematy, co zrobić?
Żadnych. Pomyślałem sobie, że wobec tego nie zagram tej roli. Jak mógłbym Basię zostawić? Nie pojechałbym bez niej. Poznałem ją dzięki Danusi Rinn, z którą się przyjaźniła, a z którą występowałem w Kabarecie pod Egidą. Po spektaklu poszliśmy razem na kolację. I tak jesteśmy z sobą 40 lat. Powiedziałem Wajdzie, który już był w Paryżu, że nie jeżdżę bez żony. Zawsze podróżujemy wspólnie, czy się to partii podoba, czy nie. Podjąłem taką decyzję bez żalu.

Pomógł wam…
Generał Kiszczak. Szukałem kogoś, kto mógłby pomóc. Prosiłem o pomoc wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, którego żoną była moja koleżanka aktorka Ela Kępińska. Ale on się rozchorował i przekazał moją prośbę Kiszczakowi, który zadzwonił i zapytał: „Dlaczego pan do mnie nie przyszedł?”. Powiedziałem: „Panie ministrze, nie mam zwyczaju chodzić do ministrów spraw wewnętrznych, a szczególnie w stanie wojennym”. Na to on: „Niech pan nie przesadza”. Basia dostała paszport.

Wyjeżdżaliście na dłużej niż tylko na czas kręcenia filmu?
W ogóle nie miałem zamiaru wyjeżdżać na zawsze. Grałem już wcześniej we Francji m.in. z Gérardem Depardieu, z Danielem Olbrychskim, z Andrzejem Sewerynem. Rzeczywistość stanu wojennego w Polsce była okropna, ale o wyjeździe na stałe nie myślałem. Jednak potem już dostawałem propozycje jedna po drugiej. A życia się przecież nie wyreżyseruje.

Pamiętano cię przecież z „Ziemi obiecanej”. Ale kiedy po raz pierwszy pojechałeś grać po francusku, nie znałeś w tym języku wielu słów.
Uczyłem się francuskiego w liceum muzycznym i potem na studiach. Będąc aktorem, chodziłem na lekcje do Instytutu Francuskiego, jakby z przeczucia. No, ale trudno powiedzieć, że znałem język.

Jak można grać w języku, którego się nie zna?
Dostałem list od francuskiego reżysera, który widział „Ziemię obiecaną”. Reżyser chciał ze mną rozmawiać telefonicznie, więc moja żona ze swoją siostrą Bogusią, z wykształcenia romanistką, ułożyły odpowiedzi na potencjalne pytania i zapisały je na kartkach. Nauczyłem się je czytać i kiedy rozmawiałem z nim na głośnomówiącym telefonie, to Bogusia wskazywała na odpowiednie odpowiedzi. I udało się. Potem nauczyłem się na pamięć roli.

Czy on kiedykolwiek zorientował się, że nie znasz języka?
Nie, ale kiedy graliśmy już ostatni spektakl w Lozannie, reżyser przyszedł do garderoby, by mi podziękować. A ja się już wtedy kompletnie rozluźniłem i zacząłem mówić po francusku ze strasznymi błędami. Zdumiony reżyser zwrócił się na to do mojej żony: „Dziwne z tym Wojtkiem, przecież on na początku mówił dużo lepiej niż teraz”. Nie zorientował się nigdy.

A ty sam nigdy nie bałeś się, że odkryją twoją tajemnicę?
Oni mnie nie znali. Nie wiedzieli, jaki jestem, że lubię mówić, że jestem gaduła. Nazywali mnie Poźniak, bo nie mogli wymówić „Pszoniak”. Może nawet coś przeczuwali, ale Francuzi są bardzo mili i kulturalni. Jak widzisz, musiałem grać dwie role, jedną w sztuce Petera Handkego, a drugą rolę w życiu, i udawać, że wiem, co do mnie mówią, i wszystko rozumiem. Próby w teatrze trwały po dziesięć godzin, po których wracałem do domu i padałem nieżywy. Taki byłem zmęczony graniem tych dwóch ról, że moja żona nawet chciała wyjechać, bo się obawiała, że już nigdy się do niej nie odezwę. A ja przez dziesięć godzin słyszałem tylko bulgot i zupełnie nie wiedziałem, co mówią. I tak przez dwa miesiące.

Grałeś też po angielsku na West Endzie w Londynie.
To już było łatwiejsze. Szczerze mówiąc, nie chciałem grać po angielsku. Granie w obcym języku jest trudne. Bardzo trudne. Ale ponieważ przeżyłem granie po francusku, to mógłbym też grać nawet po japońsku. To doświadczenie pokazało mi, że w sztuce aktorskiej słowo nie jest najważniejsze.

A co?
Teatr nie jest miejscem, gdzie odbywa się wymiana intelektualna. Teatr jest miejscem, w którym muszą być emocje. Kiedy ich brak, nie ma teatru. Przecież człowiek z człowiekiem porozumiewa się również poza słowami.

Kiedy się przygotowujesz do premiery, wchodzisz w trudny czas…
Wtedy gotuję, słucham muzyki. I tu znajduję relaks. Zawsze towarzyszyła i do dziś towarzyszy mi trema.

Czym się ona objawia?
Kiedy gram monodram „Belfer”, już dwa dni przed występem zaczynam być niespokojny, a w dniu, w którym gram, w ogóle niczego nie robię. Kiedy grałem w teatrze w Londynie, a tam spektakle zaczynają się o godzinie 21, to już o 17 byłem w swojej garderobie i się wyciszałem.

Ta trema jest budująca czy destrukcyjna?
Nie miewam tremy paraliżującej. Odwrotnie – to jest śluza psychiczna.

Kiedy zdarzy ci się w teatrze zapomnieć słów, ratujesz się sam czy czekasz na pomoc kolegów?
Zawsze sobie daję radę sam. Na Zachodzie gra się bez suflera. Również mój monodram jest bez suflera. Jeżeli się wie, co ma się grać, jeżeli zna się sensy tego, co ma być wypowiedziane, można łatwo wybrnąć z trudnej sytuacji. Kiedyś, gdy grałem Papkina w „Zemście” Fredry, zapomniałem słów, ale starałem się utrzymać rytm i mówić do rymu. Szybko wskoczyłem w wiersz i dostałem brawa. Przecież wszyscy na sali znali ten tekst na pamięć. Ale ja nie mogłem przerwać, bo wyszedłbym z postaci.

Gdy patrzysz wstecz, czujesz, że los dał ci więcej, niż mogłeś oczekiwać? Czy raczej ty od tego losu wydarłeś to, co chciałeś?
Nigdy niczego nie wydzierałem. Myślę, że bardzo dużo dostałem. Czuję się obdarowany. Ale mam poczucie, że nie skorzystałem z tego wszystkiego, co dostałem. Że mógłbym dużo, dużo więcej z siebie dać.

Masz poczucie zaniechania?
Nie. Przecież nie jestem leniwy, ale może mógłbym więcej dobrych rzeczy jeszcze zrobić. Nie mówię o rolach. Pytasz mnie, czy wykorzystałem to wszystko, co dostałem? Chyba nie.

Więc jesteś otwarty na nowe zadania?
Tak. Nawet zacząłem się uczyć grać na wiolonczeli. Dla siebie.

Próżność ma coś z tobą wspólnego?
Naturalnie. Ale to jest taka próżność kontrolowana.

Lubisz, jak cię chwalą…
Nie, nie, nie! Najmniej się sobą zajmuję. Lubię, gdy to, co chcę powiedzieć, co chcę przekazać, jest dobrze zrozumiane i odczytane. To mi sprawia niesamowitą satysfakcję.

Dużo jest w tobie sybaryty?
Kocham życie! Dzięki temu, że jestem aktorem, inaczej je odbieram. To nie tylko wychodzenie na scenę i robienie min lepszych czy gorszych. Aktorstwo to więź ze światem i rozumienie go. Czuję ludzi, nawet nie muszę patrzeć.

Grałeś u boku wybitnych aktorów znanych na całym świecie: Gérarda Depardieu, Liv Ullmann, Michela Piccolego, Serge’a Reggianiego, Simone Signoret, Colina Firtha i wielu innych…
Dobry aktor jako partner stymuluje. Jedna rzecz jest trudna w sztuce aktorskiej, kiedy się trafia na złego aktora. Kiedy między mną a nim nie ma przepływu. Tego się boję. Bardzo często, patrząc na innych, zadaję sobie pytanie: po co on jest aktorem? Ale jest też wielu, o których wiem, dlaczego nimi zostali. Wiem, bo widzę. I cieszę się, kiedy zobaczę wspaniałą rolę, bo myślę, że widownia też czuje to co ja.

Nazwałbyś siebie artystą spełnionym?
Nie czuję się spełniony. Bo chciałbym opowiedzieć wszystko o człowieku. A to jest niemożliwe. A mam taką tęsknotę. Człowiek – to jest najważniejsze i najpiękniejsze.

A bywa najstraszniejsze.
To prawda. Jestem po lekturze książki o Himmlerze, niedługo będę czytać biografię Goebbelsa – to są te straszne głębie. Ale też zupełnie inne głębie mogą występować w kabarecie. Lubię się wygłupiać. Przecież kiedy człowiek jest radosny i szczęśliwy, też jest głęboko. Chaplin jest moim absolutnym idolem. Jestem zakochany w komikach, w klaunach. To jest mój świat.

Cyrk jest ci bliski?
Uwielbiam. Artysta w cyrku jest solą teatru. Zachwycam się cyrkiem. Ale to klaun jest moim najbliższym przyjacielem…

Nie chce ci się płakać, kiedy widzisz klauna?
Tak. Właśnie dlatego.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze