fbpx

Poezja łagodzi samotność – Jarosław Mikołajewski o poezjoterapii i Zuzannie Ginczance

Poezja łagodzi samotność - Jarosław Mikołajewski o poezjoterapii i Zuzannie Ginczance
Zuzanna Ginczanka (fot. East News)

Jarosław Mikołajewski mówi, że pisze się po to, żeby się dowiedzieć. By wczuć się w drugiego człowieka. Jego książka o poetce Zuzannie Ginczance jest właśnie próbą dotknięcia cudzego życia. O to, co daje nam fascynacja innymi twórcami oraz poezjoterapia – pyta go Julia Wollner.

Opisując swoją relację z Ginczanką, zarówno ty sam, jak i krytycy twojej książki, używaliście różnorakiej terminologii: obsesja, zakochanie, nawet stalking historyczny…
Bardzo nie lubię krągłych, zamkniętych zdań, które cokolwiek rozstrzygają. Gdy się do czegoś zabieram, to musi stać za tym przejęcie. Tak jest również w tym przypadku i myślę, że to właśnie to słowo najtrafniej opisuje mój związek z Ginczanką. W 1974 roku, kiedy usłyszałem o niej po raz pierwszy, miałem 14 lat; szedłem właśnie do liceum. W życiu wielu młodych ludzi jest to szczególny moment otwarcia na lekturę. Dla mnie także okazał się przełomowy. Po 8 latach w szkole podstawowej, która była dla mnie jak długi tunel – niewiedzy, zagubienia, braku inspiracji – trafiłem do nowego miejsca właśnie z powodu literackiego zachwytu. Po lekturze wierszy włoskiego poety Cesarego Pavesego zdecydowałem się na naukę w klasie z językiem włoskim. Wtedy też po raz pierwszy zetknąłem się z poezją Ginczanki. Obie te postaci odcisnęły na mnie swoje piętno. Pavese, urodzony i wychowany na wsi, zmuszony do przeprowadzki do miasta, zupełnie stracił w nim swoją tożsamość – i jednocześnie szczęście. Popełnił samobójstwo. Ginczanka, którą przedstawiła mi prawdopodobnie moja licealna polonistka Hanna Zawiślak, była do niego w pewien sposób podobna. Pisała „Non omnis moriar”, a potem została zamordowana. Ta historia spowodowała we mnie jakiś rodzaj bolesnego pęknięcia.

W tym samym czasie zdarzyła się jeszcze jedna ważna dla mnie historia. Wraz z tatą odwiedzałem jego rodzinne miasto Płońsk, od XVI wieku zamieszkiwane przez Żydów, którzy stanowili od 50 do 80 proc. jego mieszkańców. Podczas spaceru spotkaliśmy dawnego kolegę taty ze szkoły, Elię. Kiedy się żegnali, pan Elia powiedział ojcu, że w Płońsku poza nim nie ma już ani jednego Żyda. Ten świat zaginął, a on sam żył w niepokoju, że kiedy umrze, nie będzie miał go kto pochować. „Może znasz jakiegoś młodego chłopaka, który zechciałby przyjechać do Płońska i nauczyć się żydowskiego pochówku?” – pytał. Ta rozmowa zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Czasem myślę wręcz, że całe moje późniejsze życie było spłacaniem długu wobec tego, czego dowiedziałem się o świecie w 1974 roku: od Pavesego, od Ginczanki, od pana Elii. Byłem chłopakiem wychowującym się w szczęśliwej rodzinie, który nagle dowiedział się o tym, że istnieje inny wariant świata, w którym tego szczęścia nie ma.

Pisząc o tym, próbujesz uporać się z bezsensownością ich cierpienia i śmierci?
Szukam śladów tych ludzi i ich nieszczęścia. W Płońsku na miejscu dużego żydowskiego cmentarza, istniejącego 400 lat, wzniesiono niedawno galerię handlową. Po grobach nie ma już śladu. Za każdym razem, gdy tam jestem, staję i próbuję poczuć – jak w mieszkaniu Ginczanki czy hotelowym pokoju, w którym umarł Pavese. Poczuć co? Nie wiem. Dlatego piszę. To chyba Rysiek (Kapuściński – przyp. red.) powiedział mi kiedyś, że pisze się nie dlatego, że się wie; pisze się po to, żeby się dowiedzieć.

Podobnie jak ty, mam w życiu kilka fascynacji, i choć żadna z nich nie doprowadziła mnie do napisania książki, to z pewnością miały spory wpływ na wiele moich decyzji i poczynań. Kiedyś opowiedziałam o nich mojej terapeutce, niepokojąc się, że będzie mnie podejrzewać o jakiś rodzaj zwichnięcia. Zamiast tego usłyszałam, że artyści, o których tak intensywnie myślę, to po prostu… ja. Ile w tobie z Ginczanki? Czy nie uosabia ona twojej własnej kruchości?
Nie wydaje mi się. To nie jest tak, że ja przez Ginczankę dochodzę do prawdy o sobie. Natomiast rzeczywiście uważam, że my wszyscy, ludzie w ogóle, jesteśmy do siebie bardziej podobni, niż nam się wydaje. Jeśli trafimy na mądrych przewodników, mądrych nauczycieli, usłyszymy, że powinniśmy być sobą, być indywidualistami. Ale nawet oni rzadko kiedy mówią nam inną prawdę, ważniejszą: że w gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami. Ja się Ginczanki czy Pavesego, czy tych Żydów, którzy zniknęli z Płońska, domyślam; czuję ich poprzez siebie.

I dlatego już na samym początku książki o Ginczance deklarujesz: „Nie mówię, że tak było. Jak było, tego się nie dowiemy, czuję jednak, że tak mogło być”.
Tak. Moje podejście oznacza przy tym niezgodę na definiowanie tożsamości, na formułowanie jednoznacznych sądów, wydawanie opinii. Uwielbiamy określać ludzi jednym słowem – Ginczanka na przykład jest zawsze „piękna”. Mało kto mówi o jej poezji bez odwoływania się do fizycznej atrakcyjności autorki. A przecież jedno z drugim nie ma żadnego związku. Uznanie dla jej urody jest też jakimś spłaszczeniem, jakąś kapitulacją, jakimś banalizowaniem. Bo życie samo siebie nigdy nie nazywa. Nie nazywam więc, nie oceniam, nie określam, ale próbuję zrozumieć ich emocje, ich bycie w tym nieszczęśliwym świecie. Kilka lat temu, podczas targów książki Salone Internazionale del Libro w Turynie, udało mi się odwiedzić pokój w hotelu Roma, w którym Pavese popełnił samobójstwo. Zrobiłem tam dokładnie to samo, co w mieszkaniu Ginczanki we Lwowie. Poprosiłem, aby zostawiono mnie samego i zdjąłem buty. To taki odruch, który mam od lat, jakbym umiał patrzeć tylko stopami. To samo zrobiłem na Lampedusie, sycylijskiej wyspie, którą odwiedzałem, pisząc reportaż o tysiącach uchodźców przybywających nań przez Morze Śródziemne. Stopami szukam prawdy. Nie głową – poprzez wydawanie opinii, ważenie 
sądów – tylko nogami, przez czucie.

Nie uległeś mylnemu przekonaniu, wedle którego wielka fascynacja wymaga wiekopomnego dzieła, jakiegoś encyklopedycznego opracowania, biografii, pomnika. Swój hołd oddałeś Ginczance poprzez krótką, emocjonalną książkę, przez tekst o uczuciach i poezji.
Zrobiłem wszystko lub prawie wszystko, by zrozumieć. I podkreślam to w tekście: tylko próbować się liczy. Sięganie po sens jest dla autora najwyższą formą obcowania z nim. Wielu ludzi jednak bardzo się moją książką o Ginczance rozczaruje – uznają, że czegoś nie dookreśliłem, nie dopowiedziałem. Mieszają się gatunki, emocje, wnioski. A to jest właśnie książka o niedopowiedzeniu. O tym, że nie można nazywać.

Każda relacja, każde spotkanie w życiu jest po to, by czegoś nas nauczyć. Czego nauczyła cię relacja z Zuzanną Ginczanką? I czego nauczyła cię sama Ginczanka? Za co jesteś jej wdzięczny?
Odpowiem ci wspomnieniem kolejnej ważnej dla mnie postaci. Przed laty bardzo chciałem poznać księdza Kaczkowskiego; gdy się to udało, przez jakiś czas wielokrotnie odwiedzałem jego samego i chorych w jego hospicjum. Chciałem być obecny przy ostatnich namaszczeniach. Dlaczego? Dlatego, że wydawało mi się wtedy, że to jak włożyć dłoń między plisy wieczności. Ginczanka dała mi to samo. Przypomniała mi też, jak bardzo poważnie traktuję surrealistyczny manifest André Bretona – mówiący notabene, że egzystencję darowano nam na śmiesznych warunkach. Breton pisze, że zadaniem naszego poezjowania jest odnalezienie w rzeczywistości takich punktów, w których pojęcia postrzegane jako przeciwstawne przestaną takie być. Musimy szukać punktów, w których wszystko się łączy. Nie mam nadziei pogodzić niczego z nikim, ale straszliwie pociąga mnie samo szukanie. Cały czas szukam więc tych punktów, także dzięki Ginczance, i przez nią. I przypominam sobie, że tylko poezja jest w stanie nazywać życie – poprzez niedomówienie, niedopowiedzenie, tajemnicę, sugestię.

Wierzysz w terapeutyczną moc poezji?
Oczywiście, i to bardzo głęboko. Kilka miesięcy temu prowadziłem warsztaty poetyckie w więzieniu dla młodocianych przestępców w Acireale na Sycylii. Mój znajomy poeta Biagio Guerrera, SIAE – włoski odpowiednik naszego ZAiKS-u oraz fundacja Treccani Cultura kierują tam Ustawiczną Szkołą Pisarstwa Autobiograficznego. Zostałem zaproszony do udziału w tym projekcie. Poznałem ludzi o dramatycznych życiorysach. Weźmy takiego Ibrahima. Urodził się w Libii, w Trypolisie. Na tyle naraził się miejscowym bandytom popieranym przez władzę, że do ucieczki z kraju namówił go sam ojciec. Pojechał na brzeg, wmieszał się w tłum uchodźców z Afryki subsaharyjskiej i Syryjczyków, zapłacił za transport, wsiadł do łodzi. Kiedy tylko wypłynęli z przystani, silnik zaczął kopcić. „Hej ty – powiedzieli. – Jesteś stąd: zadzwoń po pomoc”. Ibrahim zadzwonił, przemytnicy podpłynęli, ściągnęli łódź na brzeg, kazali przesiąść się do innego kutra. Kiedy dopłynęli na Sycylię, czekała już na nich policja: uznano, że skoro to Ibrahim dzwonił na brzeg po awarii silnika, był odpowiedzialny za transport. Został aresztowany, stanął przed sądem w Messynie. Dostał 12 lat. Dziś wraz z innymi więźniami uczy się spisywać swoje historie i myśli. Wypowiadać swój ból.

Charles Angoff pisał, że poezja jest reakcją najgłębszej cząstki naszej osobowości na uniesienia i cierpienia, na wielką zagadkę istnienia. Poetka i edukatorka Myra Cohn Livingston wielokrotnie podkreślała, że poezja uczłowiecza.
Poezja pomaga też złagodzić uczucie samotności, którego wszyscy doświadczamy. Na warsztatach poetyckich pracujemy w ok. 20 osób. Każdy pisze swój wiersz, później wychowawca, Girolamo, bierze je wszystkie i łączy w jeden długi poemat. Biografie mieszają się, trudno już rozpoznać autorów, zostają same emocje. Uczucia zostają wyrażone na bieżąco, co dla wielu uczestników jest nowością, czymś, czego muszą się uczyć od zera. Następuje moment oczyszczenia. Na warsztatach nierzadko leją się łzy…

Poezjoterapia stoi na pograniczu trzech dyscyplin naukowych: psychologii, pedagogiki i medycyny. Ty jesteś uznanym, wielokrotnie nagradzanym poetą. Czy jako mistrz słowa jesteś w stanie zdystansować się od niego na tyle, by nie zwracać uwagi na ułomność czyjejś twórczości, a jedynie doceniać i promować jej wartość terapeutyczną? Udaje ci się wcielić w postać doktora?
Zdarzają się wiersze różne, lepsze i gorsze; często jednak są bardzo, bardzo udane. Jeden z więźniów napisał na przykład: „Cztery są zakątki świata, jak cztery są ściany, które mam wokół, cztery jak ziemia, woda, ogień i wiatr. Cztery, jak cztery kolumny mojego życia, jak lata, które minęły od kiedy zaczęło się dla mnie to więzienie. Cztery imiona przychodzą mi bezwiednie do głowy: mama, Antonio, Erika i Giorgia. Tylko tą drogą odwiedza mnie Spokój – ten, który te cztery imiona potrafią mi ofiarować za każdym razem kiedy o nich pomyślę”…

Moja rola bywa trudna, ale też sprawia, że całość przedsięwzięcia jest terapią także dla mnie. Podam ci przykład. Na zajęciach wychowawca proponuje temat, użyteczny z reedukacyjnego lub po prostu edukacyjnego punktu widzenia. Czas mojej obecności na warsztatach został przeznaczony na hasło „pragnienie”. Początkowo przyjąłem go jako propozycję refleksji nad jego 
druzgocącą rolą – a więc nad pragnieniem destrukcyjnym. Tymczasem dla wychowawców była to okazja, by mówić o przechowaniu pragnień jako o sposobie na przetrwanie w więzieniu! Powiedziałem chłopcom o tej rozbieżności. O pragnieniu, które wiele razy zaprowadziło mnie nie tam, gdzie chciałem. Podobnie jak ich. Znowu okazało się, że wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Łączy nas wielka wspólnota losu. W książce o Ginczance napisałem, że mocno wierzę w siłę empatycznej wyobraźni. W to, że człowiek, który czegoś już w życiu doświadczył i coś pokochał, może, choćby tylko powierzchniowo, wejść w innego człowieka i w jego świat. I znajdzie jakieś wspólne włókienko odczuwania. Coś, co pozwoli mu dotknąć cudzego przeżycia i sytuacji, w której się znalazł, i poczuć powiew lub stojące powietrze po tamtej stronie. A najlepiej opisze to wszystko poezja.

Kim była Zuzanna?

Zuzanna Ginczanka, właściwie Zuzanna Gincburg, polska poetka żydowskiego pochodzenia, związana z kręgiem Skamandra. Urodziła się w 1917 roku w Kijowie w rodzinie zasymilowanych rosyjskich Żydów, a wychowała w Równem na Wołyniu. Swoje niezwykle współczesne, odważne, pełne pasji wiersze tworzyła w języku polskim. We wrześniu 1939 roku wyjechała z Równego do Lwowa. Zadenuncjowana przez Zofię Chominową – gospodynię kamienicy, w której wynajmowała pokój – uciekła do Krakowa. Aresztowana w mieszkaniu na Mikołajskiej 26, zginęła w wieku zaledwie 27 lat, rozstrzelana na terenie obozu koncentracyjnego w Płaszowie.

„Cień w cień” Jarosława Mikołajewskiego to opowieść o poetce, a przede wszystkim o kimś, kto jej szuka. Książka wydana jako reportaż, jest tak naprawdę rodzajem notatnika, pełnego osobistych zapisków, skrawków korespondencji, wspomnień z podróży i fragmentów wierszy.

Poezja łagodzi samotność - Jarosław Mikołajewski o poezjoterapii i Zuzannie Ginczance
Jarosław Mikołajewski, „Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki” (wyd. Dowody na Istnienie)

Jarosław Mikołajewski, poeta, italianista, reportażysta. Ostatnio opublikował esej „Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki” (Dowody na Istnienie), zbiór wierszy „Głupie łzy” (Wydawnictwo Literackie) i antologię współczesnych poetów włoskich „W szczelinie między czuwaniem a snem” (Austeria).

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze