fbpx

Historia jak radiowy kalambur

„Jak być kochaną” – przepis konstruuje reżyserka spektaklu Weronika Szczawińska, dramatopisarka Agnieszka Jakimiak i aktorzy Bałtyckiego Teatru Dramatycznego.
Słynna opowieść o aktorce, która ukrywa w czasie okupacji (między ścianą a kantem łóżka) kolegę i która, licząc na odwzajemnienie uczucia, znosi gwałty, upokorzenia ze strony Niemców, pracuje w hitlerowskim teatrze i walczy o chwile szczęścia w swoim życiu – to materiał na inną wersję historii Polski. I jednocześnie powód, by dopomnieć się o to, co zazwyczaj niewidoczne lub naznaczone jednoznaczną interpretacją, która ruguje niewygodne, niepasujące wątki poza przyjętą wersję wydarzeń narodowych.

Odbijając się od legendarnego filmu Hasa i opowiadania Brandysa, reżyserka buduje własną wykładnię tytułowego dylematu (lub też katalogu sposobów, które mogą się złożyć na owo doświadczenie miłości i jej braku – tytuł można bowiem przeczytać rozmaicie). Najważniejsze okazuje się to, czego zazwyczaj brakuje w narracjach oficjalnych, podręcznikowych, zapisanych w kronikach i zbiorowej pamięci. To, co wielkie i historyczne, pozornie dobrze znane i wielokrotnie przywoływane w epickich obrazach, monumentalnych narracjach, ostatecznych sformułowaniach: II wojna światowa, okupacja, walka o wolność ojczyzny, zostaje rozbite i poddane oglądowi z innej perspektywy. A ta pełna jest osobistego pragnienia, które nie może zostać zaspokojone, doświadczenia wojny, którego nikt nie pamięta i nie gloryfikuje, ponieważ nie wpisuje się w pożądany obraz i historyczną politykę.

Na pierwszy plan w koszalińskiej realizacji wysuwa się codzienność, intymność, jednostkowe spojrzenie. Dodajmy: tu właśnie raczej kobiece niż męskie, tak bowiem rozkładają się akcenty, jeśli szukać odpowiedników dla podziału między prywatnym i publicznym, zapominanym i pamiętanym, trywializowanym i gloryfikowanym.

Zresztą akcenty u Szczawińskiej rozłożone są gęsto i tworzą wyraźny rytm. To on jest organizatorem scenicznej formy: każde przejście ma tu swój sens, każde słowo – choćby urwane – wpisuje się bezbłędnie w partyturę. Aktorzy, jak figury na szachownicy, poruszają się blisko widzów, na krzyżowo rozstawionych podestach. Ich układy przypominają grę w klasy albo wizję lokalną. Jednak to odtworzenie nie jest bezwolne, z góry zaprogramowane. Towarzyszy mu inwencja: pominięta w dotychczasowych rozdaniach bohaterka teraz dochodzi do głosu i to w podwójnej, rozszczepionej postaci: jako Pani Felicja i Ofelia. Gotowanie obiadu dla męża, wieczne oczekiwanie na odwzajemnienie uczucia, nieskazitelny wygląd – to role, które przywołuje jak nieznane, wstydliwe akapity opowieści o wojennych bohaterach, snutej z perspektywy kobiet, które nie mieszczą się w pożądanej wizji historii. Muszą budować swoją tożsamość z nie swoich, dostarczonych przez pamięć narodową kawałków, lub nie istnieć. Pozostać w roli ofiary lub zamilknąć.

W spektaklu jednak okazuje się możliwa trzecia wersja, przejęcie inicjatywy, żonglerka pociętymi kawałkami pieśni, opowieści, wspomnień. W tej grze każdy uzyskuje równą pozycję, kobiety i mężczyźni na równi bezradni wobec narzucanej im pamięci, na równi zmuszeni do zlepiania siebie z kawałków cudzych przeżyć. Wyśpiewywane szlagiery polskiej pieśni patriotycznej miksują się z przejmująco demaskatorską melorecytacją: Na zachód, na wschód / I nie walczyłeś / Na południu / Warty, Bugu, Nysy brzeg / Także tam nie było cię / I cię nie było w Armii Krajowej / W Armii Ludowej nie było też / I cię nie było wtedy w Warszawie / W Bitwie o Anglię nie było cię / Barbarossa / I 303 / Enigma / To też nie ty!

W „Jak być kochaną” nie ma postaci, jednoznacznych bohaterów, nie ma pełnych podmiotów. Są głosy, figury, fragmenty gestów. Wielka historia: wojna, powstanie, walka o wolność, heroiczne czyny i oficjalny model bohaterstwa, czyli wszystko to, czym pamięć Polaka powinna być przenicowana i nasączona, zostają tu bezceremonialnie poszarpane rozbite na kawałki, zamienione w kalambur, łamigłówkę dźwiękowo-choreograficzną. Z precyzją, według ściśle określonego alfabetu, z którego ciała i głosy korzystają bez skuchy, układana jest przewrotna, antyheroiczna, czasem zawstydzająco trywialna narracja historyczna. Przez godzinę uruchamiany jest język, którego pozornie niepoukładane elementy tworzą pamięciowy patchwork, sklejony z żywej materii cielesnego doświadczenia kobiety.

Papieros palony ukradkiem, mały melonik, elegancka garsonka, kieliszki w kawiarni stają się alternatywnymi ikonami, impulsami do uruchomienia innej optyki, która pozwala prześledzić szereg sposobów komunikowania cudzemu ciału miłości, przywiązania, pożądania, potrzeby, odrzucenia, niechęci. Czyli wszystkiego, na co w heroicznej opowieści o wojnie nie ma zazwyczaj miejsca. Napięcie, które rodzi się pomiędzy tym, co prywatne i tym, co publiczne, między językiem a cielesnością, między odtwarzaniem a zapominaniem, wyznacza linię kolejnych układów, choreografii, które w spektaklu są jakby powidokami pamięci.

U Szczawińskiej strategia budowania sensów inna jest niż w oficjalnym projekcie pamięci. Bez patosu, bez domagania się tego, by podręczniki wyrzucać do kosza i ustalać inny porządek opowiadania. Raczej ze wskazaniem, jak łatwo ulec jest złudzeniu o neutralności i kompletności historycznej narracji, która zawsze pozostaje niepełna i domaga się dopowiedzeń. Choćby zaburzały one dotychczasową harmonię, choćby rozwalały dobrze już ustabilizowaną konstrukcję.

„Jak być kochaną”, reż. Weronika Szczawińska, Warszawskie Spotkania Teatralne, Bałtycki Teatr Dramatyczny im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie.