fbpx

Zwyczajność w najlepszej odsłonie. O filmie „Babyteeth” rozmawiają Martyna Harland i Grażyna Torbicka

Zwyczajność w najlepszej odsłonie. O filmie „Babyteeth” rozmawiają Martyna Harland i Grażyna Torbicka
Kadr z filmu "Babyteeth". Od 7 sierpnia produkcję będzie można oglądać w kinach. (Fot. materiały prasowe)

Dla nastoletniej Milli i jej bliskich „tu i teraz” to nie puste hasło, a niepowtarzalna okazja, by wzajemnie cieszyć się sobą, póki życie jeszcze trwa. O tym, czego uczą nas bohaterowie filmu „Babyteeth”, rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. Od 7 sierpnia „Babyteeth” będzie można oglądać w kinach.

Milla, główna bohaterka filmu „Babyteeth”, to ciężko chora nastolatka, która mimo wszystko stara się poznawać smak życia i przekraczać granice. Co w takim ukazaniu tematu cię zaskoczyło?
Przyznam, że kiedy przeczytałam opis filmu, nastawiłam się na dość przewidywalną opowieść… Jednak reżyserce Shannon Murphy udało się mnie zaskoczyć! Choćby tym, że nie zabiera widza od razu do sali szpitalnej, nie każe mu oglądać kroplówek, zimnych białych gabinetów czy smutnych ścian. Za to pokazuje bardzo fajną rodzinę i widoczną w niej olbrzymią chęć zachowania pozytywnej energii i myślenia o tym, co dobre. Radzenia sobie z trudną sytuacją przez zachowanie wszystkiego, co cenimy w życiu najbardziej: bycia razem, uśmiechu, wsparcia, zabawy. To opowieść o zwyczajności, ale w najlepszej odsłonie. Mimo trudnej sytuacji bohaterowie prawdziwie doceniają każdą chwilą w życiu, a my, ludzie niedotknięci chorobą, często tego nie potrafimy. I to jest moim zdaniem największa siła „Babyteeth”!

Poza tym podobała mi się plastyczna forma filmu, pastelowe barwy świata, który widzimy z perspektywy Milli. Twórcom udało się uniknąć sentymentalizmu. To ciekawe, ale nie czułam żalu podczas oglądania tego filmu. Po prostu byłam z tą rodziną i chciałam, żeby wszystko dobrze jej się ułożyło.

Przypomniał mi się teraz poruszający dokument „Joanna” Anety Kopacz, który również opowiada o chorobie nowotworowej. Obawiałam się trochę, że „Babyteeth” będzie ciężki w odbiorze, zwłaszcza że oglądałam go w niełatwym dla mnie czasie i nie miałam siły na takie trudne emocje. Okazało się jednak, że w tym filmie najważniejsze jest życie.
W dodatku zobacz, jak niesamowite wzajemne zrozumienie panuje w tej rodzinie. Rodzice akceptują pierwszą młodzieńczą miłości Milli – Mosesa. Dziewczyna poznała go na peronie kolejki miejskiej i gdyby była zdrowa, prawdopodobnie rodzice byliby mniej wyrozumiali, bo chłopak, który jest życiowym outsiderem, to nie wymarzona partia dla jedynaczki… Jednak w tej sytuacji muszą się zastanowić, co właściwie złego jest w tym nastolatku. Dlaczego nie dać mu szansy? Może ta miłość czy przyjaźń go odmieni? Zaufanie może przywrócić Mosesowi wiarę w człowieka, w więzi rodzinne, bo wcześniej ze strony dorosłych spotykały go tylko rozczarowania.

Z pozycji dorosłego rzeczywiście można by powiedzieć, że Milla zakochuje się chyba w najgorszym możliwym chłopaku. A jednak to on w pewnym momencie przywraca radość w jej rodzinie. I może to lekcja dla nas wszystkich: zadbać o szczęście bliskiej osoby,o jej potrzeby, a to szczęście i nas obejmie?
A trzeba powiedzieć, że to jest bardzo ryzykowny pomysł scenariuszowy, który mógł się różnie skończyć na ekranie. Mogliśmy nie uwierzyć w postać Mosesa ani w ten związek… Wiemy przecież, że momentami jest w domu Milli tylko dlatego, że ma tam zapewniony dostęp do środków odurzających, bo tak umawia się z jej ojcem. To oczywiście niemoralne, jednak akceptujemy tę sytuację, bo widzimy, że na naszych oczach chłopak zmienia się i staje się częścią tej rodziny.

Mówisz, że to niemoralne, ale rodzice Milli zrobią wszystko, żeby ich córka była szczęśliwa. Chciałabym być tak otwartym i uważnym na potrzeby mojego dziecka rodzicem.
Tak jak mówisz, rodzice są niesamowicie skupieni na potrzebach Milli. Jednak zarazem nie zapominają o sobie. Każde z nich realizuje swoje małe potrzeby, a nawet grzeszki. Matka ciągle bierze leki uspokajające, żeby w ten sposób ukoić swój ból. Dostaje je od męża psychoterapeuty, który wie, że musi zachować spokój, zwłaszcza gdy jego żona dostaje ataku histerii. Dla niego swego rodzaju oderwaniem od problemów okazuje się obserwowanie sąsiadki z naprzeciwka, która jest w ciąży, co prawdopodobnie przypomina mężczyźnie ten czas, kiedy to oni z żoną oczekiwali dziecka. Oboje byli szczęśliwi, wszystko wydawało się piękne. Teraz nawzajem próbują sobie pomóc i tolerują swoje słabości. Myślę, że to bardzo ważne, żeby w małżeństwie potrafić to zaakceptować.

Interesujące jest też i to, że australijska reżyserka pokazuje mężczyzn, którzy mają w sobie niebywałą wrażliwość, dobrze rozumieją kobiety i są wobec nich czuli.

A czy nie przyszła ci do głowy taka myśl, że Moses mógłby się bardziej „poświęcać” dla Milli, starać się mocniej okazywać jej miłość, skoro ona jest tak ciężko chora?
Nie wiem, czy on w ogóle wiedział, co to znaczy miłość… Jednak zaufałam mu, myślę, że czuł coś do Milli. Nawet jeśli tylko grał w grę, która polegała na dawaniu szczęścia Milli, to ona mu to szczęście „zwracała”. I było im razem dobrze.

Mówię o tym, bo w pewnym momencie rozgrywa się dość dramatyczna scena, którą byłoby mi łatwiej zaakceptować, gdybym wierzyła, że Mosesem kieruje miłość. A tak nie było…
Ale to przecież Milla prosi go, żeby jej pomógł! Zresztą to doskonale przemyślana i wyreżyserowana scena. Wcześniej w wielu momentach śmiejemy się, wzruszamy, ale nie z żalu, tylko dlatego, że czujemy się dobrze, a ta scena mogłaby wszystko zepsuć. Byłaby nieznośnie patetyczna, gdyby nie pewien komiczny element…

Przyznam się, że jedyną rzeczą, która mnie drażniła w pierwszej chwili, była teatralna wręcz rozpacz matki. Jednak pomyślałam, że bez niej mogłabym nie uwierzyć w tę historię, bo przecież nawet jeśli myślimy, że jesteśmy na coś przygotowani, to, doświadczając bólu, wszyscy zachowujemy się tak operowo i dramatycznie żałośnie.

Jakie emocje wywołał w tobie ten film? We mnie wiele trudnych: smutek, wzruszenie, jednak przyniósł mi oczyszczenie także.
Przede wszystkim zobaczyłam w tym filmie światło. Chociaż nigdy nie byłam w Australii, ten kraj wydaje mi się tak daleki od naszej europejskości, naszych problemów i podporządkowania całego życia chorobie, jeśli nas dotknie. Ludzie chyba potrafią tam inaczej spojrzeć na życie i zachować nadzieję.

Dla kogo ta historia mogłaby być terapeutyczna? Ja pokazałabym ludziom w wielkim smutku. Bo nawet jeśli wydaje ci się, że bardzo ciężko chorujesz, to jednak okazuje się, że możesz zawsze doświadczyć czegoś pięknego.
Moim zdaniem ten film niesie bardzo uniwersalne przesłanie. Mówi nam wszystkim, żeby nie marnować żadnej chwili w życiu, bo nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień.

Gdy oglądałam „Babyteeth”, zadawałam sobie pytanie: co powinnam zrobić już teraz, jeśli chciałabym odejść pogodzona z życiem? Myślę, że można nawet zrobić sobie takie ćwiczenie po tym filmie.
A ja zastanawiam się, czy potrafiłabym zachować tyle energii co ta filmowa rodzina w podobnej ekstremalnej sytuacji. I powiem szczerze, że nie wiem…

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu „Kocham Kino” w TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” w TVP2.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze