1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Matki i singielki w jednej pracy

Matki i singielki w jednej pracy

fot.123rf
fot.123rf
Z jednej strony: „Dlaczego to znów ja mam zostać po godzinach, a ona może wyrwać się o 16 do domu?”. Z drugiej: „Jak mam być bardziej wydajna w pracy z chorym dzieckiem?”. Pytanie: kto jest tu ofiarą, a kto agresorem?

Zaczynasz pracę w nowej firmie i angażujesz się w nią bez reszty, chcesz wywrzeć na współpracownikach dobre wrażenie i przekonać do siebie szefa. Często zostajesz po godzinach, kiedy wszyscy inni poszli już do domu. Z czasem każdy przyzwyczaja się, że zawsze pracujesz dłużej niż inni. Przecież jesteś singielką i nikt wieczorami nie czeka na ciebie z kolacją, ty też dla nikogo nie musisz gotować. Koledzy i koleżanki spieszą po pracy do swoich rodzin, dzieci, partnerów, proszą więc o pomoc ciebie. W końcu ty nie masz obowiązków i możesz dokończyć zadanie za nich – to fragment artykułu z portalu e-darling. Bardzo trafnie pokazuje pewien mechanizm, którego staramy się nie widzieć, kiedy stajemy po jednej albo drugiej stronie barykady.

Dużo mówi się o problemie dotyczącym delegowania przez współpracowników osób samotnych do pełnienia dyżurów, zastępstw czy wyjazdów służbowych w niewygodnych terminach. Według obiegowej opinii matki mają wygrywać w tym starciu z singielkami, wytaczając argument opieki nad dziećmi jako niepodważalny. Nie znam badań na ten temat, ale podejrzewam, że gdyby ktoś je przeprowadził, wyniki wcale nie byłyby tak jednoznaczne, jak sugeruje obiegowa opinia. Myślę, że jest wiele (a nawet pokuszę się o twierdzenie, że większość) matek, które zdecydowawszy się na łączenie pracy zawodowej i macierzyństwa, godzą jedno z drugim bez konieczności obciążania współpracowników. Bycie matką lub bycie singielką jako argument w dyskusji to przykrywka umożliwiająca toczenie rozgrywki polegającej na wkręcaniu i dawaniu się wkręcać, czyli bardziej naukowo mówiąc: na uczestniczeniu w manipulacyjnej grze.

Układ: prześladowca–ofiara–wybawca

Mamy zadziwiającą skłonność do rozgrywania wielu problemów metodą wchodzenia w układ: prześladowca–ofiara–wybawca. Ten trójkąt dramatyczny ma taką właściwość, że ludzie początkowo przyjmują jakieś role, by później – w wyniku rozwoju akcji – zamieniać się nimi nieraz w nieskończoność, co pozwala trwać dramatowi. Najczęściej obsadzamy się w jednej z ról, ale wyeksploatowawszy możliwości, jakie ona daje bez osiągnięcia pożądanej zmiany, popadamy w drugą skrajność: z ofiary stajemy się agresorem, agresor obejmuje pozycję ofiary – gra się toczy, wszyscy są coraz bardziej wykończeni, a rozwiązania nie ma. Skarżenie się bliskim i znajomym na taki stan rzeczy jest dalszym etapem polegającym na poszukiwaniu wybawcy, który przyjdzie i rozsądzi – obroni ofiarę i ukarze agresora. Jednak jak tego dokonać, gdy ofiara i prześladowca co chwilę zamieniają się rolami?

I tak, jeżeli zaczniemy od obsadzenia w roli ofiary singli, usłyszymy, że są oni bardziej wykorzystywani w pracy, bo nie mogą zasłaniać się rodziną i dziećmi, że są stawiani pod ścianą zwłaszcza w kwestii konieczności pracy po godzinach, w weekendy i święta, no bo jaki kontrargument przedstawić na wiadomość, że świetlice, przedszkola i żłobki pracują najdłużej do 17, a w weekendy i święta – wcale?

Kiedy z kolei damy możliwość matkom wyżalić się z pozycji osoby pokrzywdzonej, usłyszymy, że one nie mogą pozwolić sobie na zabieganie o przychylność szefa poprzez branie większej ilości pracy i poświęcanie jej tyle czasu, co single. Dzieci nie informują z wyprzedzeniem, kiedy zachorują, obsługa czynności domowych to drugi etat, a do tego matki w pracy traktowane są jak zło konieczne i przegrywają w przedbiegach z mającymi na wszystko czas – w tym dbanie o siebie, swój wygląd i rozwój – singielkami.

Osobiście znam matki siedzące do nocy w pracy i singielki, które za pięć szesnasta w ubraniach wierzchnich, z torebkami w dłoni popychają wzrokiem wskazówkę minutową zegarka, jeśli akurat w ich pracy zwraca się uwagę na porę przyjścia i wyjścia co do minuty. Nie chodzi tu więc o to, czy jest się singielką, czy matką, tylko raczej na ile posiada się taką konstrukcję psychiczną, która radzi sobie z asertywnością lub nie.

Bez owijania w bawełnę

Osoba asertywna w znaczeniu: zrównoważona, rzeczowa, otwarta na współpracę, działa wprost, nie owija w bawełnę, nie „sprawia wrażenia”, nie „skłania” nikogo do robienia tego, co ona chce, ale też nie poddaje się „skłanianiu” i wszelkim sugestiom wyrażanym nie wprost. Etymologicznie pojęcie assertio (łac.) oznacza wyzwolenie, zwłaszcza wyzwolenie niewolnika. Człowiek asertywny to ktoś, kto zdołał uwolnić się zarówno od nadmiernej zależności od innych, jak i od własnego lęku, niepewności i agresji w kontaktach międzyludzkich. Natomiast ktoś, komu się to jeszcze nie udało – będzie starał się zabiegać o zaspokojenie swoich potrzeb poprzez budowanie relacji uzależnieniowych, jak w cytowanym na wstępie tekście: chcesz wywrzeć na współpracownikach dobre wrażenie i przekonać do siebie szefa. Czyli: działasz z poziomu manipulacyjnego zawoalowania, wywierania wrażenia, zabiegania o względy, co wcześniej czy później kończy się nieprzyjemnie. Nie zawsze udaje ci się zachować asertywnie, bo nie do końca uwolniłaś się od swojego lęku i niepewności, więc starasz się ugłaskać sytuację, żeby zapobiegać niekorzystnemu dla ciebie obrotowi spraw. Jednak zazwyczaj tak się nie dzieje. To, co się dzieje – to proces wysyłania informacji: „ze mną tak można, ja sobie na to pozwolę”. Ta historia jest tak powtarzalna, że zdarza się w różnych środowiskach, w różnych relacjach i okolicznościach. Jednak zazwyczaj wpadamy w pułapkę myślenia, że nasza sytuacja jest specyficzna i dotyczy właśnie tych dwóch obozów, np. „matki” kontra „singielki” w pracy.

Bądźmy profesjonalistami

Myślę, że nie warto tak na to patrzeć i w ten sposób komentować, bo to nadweręża i tak kruchą dość w naszym kraju solidarność kobiet pracujących zawodowo. Na sprawy zawodowe spójrzmy profesjonalnie – pod kątem umów o pracę, zakresu obowiązków i zasad np. udzielania urlopów, jakie są praktykowane w firmie. Najprostszy sposób radzenia sobie z takimi sytuacjami w pracy to pamiętać, kto za co dostaje pieniądze. Bo praca to nic innego, jak oferowanie swoich umiejętności i czasu w zamian za gratyfikację finansową. Dlatego jeżeli mamy wrażenie, że pojawia się konflikt interesów, w którym monetą przetargową jest konieczność odebrania dziecka z przedszkola czy spędzenia świątecznego dnia z rodziną, nie zatrzymujmy się na tym poziomie konfliktu, nie rozgrywajmy go z pozycji ofiara kontra agresor, bo zazwyczaj niewiele z tego wyniknie. Zastanówmy się, co nie działa z punktu widzenia pracy i jej wartości. To na tym poziomie rozgrywa się batalia, którą możemy przeprowadzić na drodze negocjacji, zamiast wykrwawiać się w walce. Wobec przytoczonej na wstępie sytuacji, kiedy to: koledzy i koleżanki spieszą po pracy do swoich rodzin, dzieci, partnerów, proszą więc o pomoc ciebie. W końcu ty nie masz obowiązków i możesz dokończyć zadanie za nich – rodzi się proste pytanie: kto otrzyma pieniądze za to, co ja mam zrobić?

Kiedy więc ktoś proponuje ci, żebyś zrobiła coś za niego, bo on musi odebrać dzieci z przedszkola, zapytaj, czy proponuje ci płatne zastępstwo, czy wolontariat? Musisz to wiedzieć, zanim podejmiesz decyzję. Bo na tym polega bycie asertywną wobec samej siebie – na dbaniu o to, by nie decydować pod wpływem lęku, niepewności czy bezradnej złości. Odpowiadasz za troszczenie się o swoje ważne potrzeby. Pamiętaj też, że osoba, która usiłuje cię wkręcić w robienie czegoś za siebie, postępuje tak nie dlatego, że jest matką, tylko dlatego, że ma taki styl bycia. Gdyby nie miała dzieci, znalazłaby inną wymówkę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Za czym tęsknią singielki?

Wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. (Fot. Getty Images)
Wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. (Fot. Getty Images)
Z jednej strony zarzuca się im, że są nastawione tylko na własny komfort, że szukają księcia na białym rumaku… Z drugiej – zazdrości się, że są wolne, niezależne, bez zobowiązań. Jaka jest prawda? Co mówią same zainteresowane?

Basia, 36-latka, zawsze myślała, że będzie mieć dom, męża i dwójkę dzieci. Na potencjalnych kandydatów patrzyła dość krytycznie, wyszukując cechy, które mogą przeszkodzić w dopełnieniu tego obrazu. Z czasem, gdy już uznała, że ideału nie ma, gotowa była związać się z aktualnym chłopakiem, próbując zaakceptować go takim, jakim jest. Był już pierścionek zaręczynowy i miał być ślub… Realna szansa, że plan się ziści, była jednak zbyt przerażająca. Od kilku lat Basia jest sama. Czy tęskni za czymś, gdy patrzy na znajome małżeństwa?

Za ciepłem drugiego człowieka

– Brakuje mi bycia z drugą osobą, dzielenia smutków na dwoje i mnożenia radości przez dwa – wymienia Basia. – Może to wyświechtane, ale w pojedynkę każdy problem, nawet najdrobniejszy, urasta do rangi tragedii, czarnej dziury, katastrofy. Może trochę przesadzam, ale samemu trudniej się „ogarnąć” i znów przyjąć „właściwą perspektywę rzeczy”. Przyjaciele? Pewnie, są bardzo ważni, ale z doświadczenia wiem, że kiedy problem przegada się z osobą bliską sercu, ma się wrażenie, że jest nas dwoje do rozwiązania tej kwestii. A kiedy ten sam problem omawiasz z przyjaciółką – dostajesz rady, wskazówki, a i tak wszystko spoczywa na twoich barkach. Mimo pomocy jesteś sama. Odkąd jestem singielką, brakuje mi na co dzień męskiej energii. Po pracy zazwyczaj nie chce mi się samej iść do kina, na spacer, coś ugotować czy wyskoczyć na piwo. Siadam i czytam książkę, pracuję, oglądam film w telewizji, ale sama. Brakuje kogoś, kto powie: „Chodź, idziemy na spacer”. Tęsknię za ciepłem drugiego człowieka, pocałunkami, seksem, dotykiem. Tęsknię za okazywaniem i odbieraniem tego, że się komuś podobam, że ktoś na mnie zwraca uwagę, że jestem dla kogoś atrakcyjna... Próżne? Może tak, ale bardzo ważne. Bez tego trudno stawić czoło życiu i światu, a kiedy się wie i czuje, że ktoś za tobą stoi i cię wspiera… jest łatwiej. Nie zazdroszczę jednak, i zawsze to powtarzam, bycia w związku, w którym dzieje się źle i w którym ludzie nie wspierają się, lecz ranią. Jeśli wiem, że moja koleżanka nigdy nie może liczyć na swojego męża – to jej nie zazdroszczę, ale wręcz współczuję, bo w zasadzie ma ciężej ode mnie. Bo ja mogę liczyć na siebie albo na przyjaciół (a mam takich, którzy nie zawodzą). Jestem więc szczęściarą, która szuka tylko wzmocnienia swojego szczęścia.

Za wspólnym domem

Bycie na co dzień z drugim człowiekiem nie niesie za sobą samych zalet, o czym przekonała się niejedna mężatka. Frustracje, których on nie rozumie, często znajdują wyraz w pozamałżeńskich romansach i pogaduchach z przyjaciółkami – singielkami. 40-letnia Hanka nie ukrywa braku złudzeń co do możliwości szczęśliwego, zgodnego pożycia po grobową deskę i swoich podejrzeń co do motywacji jej koleżanek, by zostać żonami.

– Generalnie nie zazdroszczę mężatkom, bo odruch wymiotny budzą we mnie zdrada, fałsz i obłuda. I zawieranie małżeństwa po to, by móc się pochwalić obrączką na palcu – mówi Hanka. – Cel główny: nie być starą panną. A gdzie miłość? Gdy patrzę na znajome mężatki, widzę kobiety zmieniające facetów, dzieci mające kilku dziadków i tatusiów, kilkoro przyrodniego rodzeństwa – co w moim przekonaniu nie służy nikomu. Dzieci powinny mieć normalny dom, wzorce i podstawowe poczucie bezpieczeństwa. Pełna, kochająca się rodzina to dziś zjawisko godne podziwu – wspólne obiady, spacery, wakacje, wzajemny szacunek, dzieci wychowywane w miłości i wsparciu – to wszystko jest bardzo ważne, ale nie każdemu jest dane. Gdybym znała takie małżeństwa, to z pewnością mogłabym zazdrościć im posiadania wspólnego domu, tworzenia rodziny, wychowywania dzieci, zwykłego codziennego życia, jeśli jest w nim miejsce na kompromis, miłość i szacunek. Świadomość, że ktoś na ciebie czeka, że masz do kogo zadzwonić, masz z kim spędzać wspólne niedziele, uprawiać regularnie seks – jest cudowna. Ale ja słyszę raczej: „Całowanie? A co w tym przyjemnego?!”. Z takim podejściem, jakim cudem mają dzieci? Gdy tak patrzę na niektóre mężatki, to mam wrażenie, że trzymają się związku głównie ze strachu, by nie być samą. Są też takie, którym wydaje się, że obrączka na palcu jest wystarczającym powodem, by na niezamężne koleżanki patrzeć ze współczuciem lub pogardą. Jedyne, czego może trochę im zazdroszczę, to tego, że nie muszą bać się o pieniądze – jeśli mężczyzna ma pracę, to przynajmniej mają świadomość, że nie są skazane wyłącznie na siebie.

Za dzieleniem się odpowiedzialnością

Gdy już się spróbowało małżeństwa, a owoc był gorzki, odzyskana wolność wcale nie musi lepiej smakować. Przyznaje 43-letnia Beata. – Jestem singielką z odzysku, z wyboru, a może bardziej trafnie: w wyniku własnej decyzji – mówi. – Nie zostałam porzucona, to ja porzuciłam, nie mam na kogo zrzucić winy, a z tym trudniej się żyje. O ile lżej by mi było, gdybym mogła powiedzieć: „zostawił mnie, poznał inną... a to drań”. Ale tak nie było, za to był brak zrozumienia, wspólnych pasji, fascynacji, brak miłości, a przede wszystkim brak szacunku, a tego nie byłam w stanie znieść. Szkoda życia i szkoda dzieci. Jedni się nie rozwodzą z powodu dzieci, mimo braku miłości i chęci bycia ze sobą, drudzy rozwodzą się dla dzieci, aby tego nie oglądały. Zdecydowanie należę do drugiej grupy. Mężatkom więc nie zazdroszczę niczego, ale zazdroszczę kobietom będącym w udanym związku. Nie w jakimś związku, ale właśnie w udanym, bo taki związek daje poczucie bezpieczeństwa. Zazdroszczę im też dzielenia się odpowiedzialnością, chętnie bym ją zrzuciła ze swoich barków. Poczucie, że tylko ja jestem odpowiedzialna za swoje decyzje, dość mocno mnie obciąża. Wiem, że ta współodpowiedzialność często jest złudna, ale na pewno jest większa szansa na zrozumienie. Do tego koniecznie muszę dodać zazdrość o codzienny byt – boksowanie się z życiem jest męczące, we dwójkę zawsze łatwiej.

Nikt nie chce być sam

W kulturze nastawionej na siebie, na dążenie do zaspokojenia indywidualnego prawa do szczęścia, wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. Rozwódki, choć podjęły tę decyzję świadomie, przyznają, że odzyskana niezależność nie jest wcale taka kolorowa. Zmienia się społeczny obraz małżeństwa – już nie jest ostoją wartości (choć czasem jeszcze nią bywa), gwarantem stałości, coraz więcej rodzin jest patchworkowych – nadal jednak do niego tęsknimy. Gdyby ktoś zagwarantował nam, że tam za rogiem czeka ktoś, z kim będziemy szczęśliwi, mało kto powiedziałby „nie”.

Hanka mówi wprost: – Ktoś, kto ucieka przed związkiem, jest w pewnym sensie upośledzony emocjonalnie – tak myślę. Jasne, można całe życie przeżyć samemu, ale właściwie – po co? Są też tacy, którzy mimo że mają żony czy mężów, są sami, ale jednak mają do kogo się odezwać w domu czy nawet z kim się pokłócić! Mają kogo prosić o zakupy czy nawet na kim wieszać psy! To zupełnie co innego niż bycie samemu naprawdę...

Dobra samotność

Jest jednak czas, gdy samotność może być dobra, i jest nam jak najbardziej wskazania. To czas „pomiędzy” – gdy już zakończyliśmy ważną relację, a jeszcze nie nawiązaliśmy nowej. Wtedy możemy bliżej przyjrzeć się sobie, bez pośpiechu, bez zagłuszania deficytów kimś lub czymś z zewnątrz, gdy możemy sprawdzić, jak mi ze sobą jest, z czym sobie dobrze, a z czym gorzej radzę, jakie są moje największe potrzeby, ale i najważniejsze zasoby. Gdy nie patrzymy na potencjalnego partnera jak na kogoś, kto nas wypełni, uzupełni (jakbyśmy sami byli niewystarczająco kompletni). Idealna „druga połówka” może się nigdy nie pojawić. Z prostego powodu – bo jej nie ma. Każdy z nas jest całością, jest kompletny. Dobrze to wiedzieć, zwłaszcza w czasach, gdy małżeństwo nie gwarantuje ani bycia szczęśliwszym, niż kiedy jest się samemu, ani czegoś stałego, co daje poczucie bezpieczeństwa. To poczucie możemy dać sobie tylko my sami. I warto to sobie uświadomić właśnie wtedy, kiedy akurat nie jesteśmy z nikim w związku.

Wojciech Kruczyński, psycholog, autor książki „Wirus samotności”, mówi: – Jeśli umiesz cieszyć się samym sobą, dla innych ludzi jest to sygnał, że masz wiele do zaoferowania – że przebywając blisko ciebie, nie tylko nie będą czuli się wykorzystywani, ale wręcz zostaną w jakiś sposób zainspirowani, wzbogaceni lub ogrzani twym wewnętrznym ogniem.

Basia, choć przyznaje, że tęskni za związkiem, dodaje: – Doceniam bycie samej ze sobą. Za możliwość wykonywania różnych dziwnych rzeczy o różnych porach dnia i nocy. Namiętnie urządzam sobie kąpiele o 13.00 lub 14.00. Nikt mi nie zawraca głowy, nikt nie stuka do drzwi – to czas absolutnie dla mnie. Doceniam to i korzystam z tego. Bezkarnie mogę nałożyć maseczkę na twarz – bez jej utraty przed moim ukochanym.

Dopiero gdy umiemy być sami, gdy kochamy siebie, łącznie z naszymi wadami, to możemy także pokochać kogoś innego. – Kiedy bycie samemu staje się bardziej darem niż torturą, wiesz, że twoje szczęście nie jest przez nikogo uwarunkowane – mówi Bob Mandel, pisarz i terapeuta, autor książki „Terapia otwartego serca”. – Wówczas możesz wybierać związki, które automatycznie odzwierciedlają miłość, jaką znalazłeś w sobie. I nikomu niczego nie zazdrościć.

Singielki kontra ich matki

Kiedyś kobieta musiała mieć męża i brała pierwszego lepszego – mówi psycholog Katarzyna Korpolewska w książce Magdaleny Kuydowicz „W co grają matki i córki?”. – Teraz zrobiła się wybredna i ma większe poczucie własnej wartości. Chce mieć partnera do rozmów, seksu, sportu, a także kogoś, kto rozumie jej potrzebę samorealizacji. Ponieważ singielki są coraz bardziej wymagające, trudniej jest im znaleźć stałego partnera. Wiele z nich to wykształcone, wartościowe kobiety robiące karierę zawodową, poszukujące na życiowego partnera kogoś, kto ma podobną pozycję społeczną i zawodową. To nie oznacza, że nie chcą być żonami. Chcą, ale na określonych warunkach.

Matki często myślą, że córka z przekory nie chce założyć rodziny – dodaje psycholog. – Dla córki taki punkt widzenia jest ogromnie stresujący. Co ona ma zrobić? Zgłosić się do biura matrymonialnego? Czatować z obcymi mężczyznami na wirtualnej randce? Córka chce znaleźć jedynego mężczyznę na całe życie, ale nie może go spotkać. Pretensje matki są oczywiście wyrazem niepokoju. Matka boi się, że córka będzie samotna. Kiedyś, gdy matka była młoda, samotna kobieta żyła na marginesie życia społecznego. Teraz tak nie jest. Wszędzie jest pełno singielek, które świetnie się bawią i nie są pomijane towarzysko. Kobieta, która żyje sama, nie musi być samotna. Ma przyjaciół i znajomych.

  1. Psychologia

Z ciekawością i bez presji - rady dla dojrzałych singielek

W budowaniu relacji opartych na równowadze wiek działa na korzyść kobiet. (Fot. Getty Images)
W budowaniu relacji opartych na równowadze wiek działa na korzyść kobiet. (Fot. Getty Images)
W budowaniu relacji opartych na równowadze wiek działa na korzyść kobiet. Po przepracowaniu życiowych doświadczeń są bardziej otwarte, umieją dostrzec potencjał w partnerze i nie oczekują od niego spełnienia wszystkich potrzeb. O rady dla dojrzałych singielek pytamy psychoterapeutkę Marię Rotkiel.

Kiedy mamy dwadzieścia kilka lat, zwykle w naszym życiu wiele się dzieje, łatwo poznać nowych ludzi. Potem przychodzi stabilizacja, zaczynamy spędzać całe dnie w pracy i nagle okazuje się, że mamy dość ograniczony krąg znajomych. A to oznacza także mniej okazji do spotkania kogoś, kto mógłby zostać naszym partnerem. Co możemy wtedy zrobić? Nie chcę tego nazywać projektem, bo chodzi o relacje, a nie biznes, jednak dojrzała osoba wie, że dziecinno-romantyczne sposoby i bierne czekanie nie wystarczą...
Zacznę od tego, że jeżeli mówimy o otwarciu się na związek w dojrzałym wieku, to w tym wypadku wiek działa na korzyść nas, kobiet, ponieważ mamy za sobą wiele doświadczeń, także trudnych. Możemy je wykorzystać, żeby tworzyć relacje oparte na równowadze, w których będziemy szczęśliwsze i będziemy potrafiły dawać szczęście. Oczywiście jeśli mamy świadomość tych doświadczeń, czyli, używając języka psychologicznego: przepracowałyśmy je. A co do samego poszukiwania partnera, to od lat namawiam kobiety do bycia aktywnymi. W postawie typu „jestem gotowa na zbudowanie związku, rozglądam się za tym potencjałem, który byłby w drugiej osobie do budowania szczęśliwej relacji” nie ma przecież nic złego.

Słyszałam jednak nieraz, że na przykład zapisując się na portal randkowy, kobiety czują się niekomfortowo, jakby wystawione na sprzedaż...
Rozumiem, że można się czuć niekomfortowo w pewnych okolicznościach, ale okoliczności zależą od nas. Przecież nie musimy wystawiać się „na sprzedaż”, czyli pokazywać zdjęcia sprzed 10 lat, podawać swoich wymiarów i numeru telefonu. Wybierzmy portal, który oferuje większy komfort przedstawienia się. Przygotujmy intrygujący, ale i rzeczywisty opis, sprawdzajmy, kto zagląda na nasz profil, badajmy, czy ten ktoś jest gotowy na nawiązanie relacji, a potem obserwujmy, jak ona się rozwija. Internet oferuje szansę poznania kogoś szybciej niż w rzeczywistości, bo w dojrzałym życiu te możliwości są ograniczone. Mamy dość hermetyczne grono przyjaciół i znajomych w miejscu pracy, rzadziej wychodzimy do klubów, choć zawsze zachęcam, żeby z tego nie rezygnować. Uważam zresztą, że właśnie przestrzeń portali randkowych jest dobra do przełamywania dyskomfortu, o którym mówimy, bo możemy ćwiczyć nawiązywanie relacji z poszanowaniem własnych granic i potrzeb.

Powiedziała pani, że ważne jest aktywne rozglądanie się wokół i poszukiwanie znajomości, które mogą się rozwijać. Na czym to polega?
Najważniejsza jest postawa „jestem gotowa na relację”, „chcę relacji”. To wiąże się ze świadomością, o której już mówiłyśmy, ponieważ w określonym momencie życia możemy nie być gotowe na relację, bo chcemy skupić się na sobie, na swoim rozwoju zawodowym czy na dzieciach... Relacja ma być wtedy dla nas wartością dodaną. Ważne jest więc, by nie robić niczego na siłę. Postawa świadomego otwarcia się na związek oznacza, że swobodnie komunikujemy o swojej potrzebie. Nie panikujemy, kiedy koleżanka mówi na przykład: „mój mąż ma interesującego znajomego, może przyjedziesz do nas na kolację, on by go zaprosił?”, albo same proponujemy: „może kogoś fajnego zaprosicie, żebym nie była nie do pary?”. Nie chodzi o desperackie chodzenie ze sztandarem „szukam mężczyzny”, bo  życie może być fajne również bez niego, a o postawę pozytywnej, ciepłej, spokojnej otwartości na to, że jeżeli ktoś ciekawy się pojawi, to chętnie go poznam i zobaczę, co ta znajomość przyniesie.

Tu dotykamy dużego tematu, czyli: kto może być dla nas ciekawy jako potencjalny partner? Dojrzałość oznacza przecież także i to, że nie trzymamy się już kurczowo myśli o „drugiej połówce jabłka”, ale chyba nie można stworzyć trwałego związku z każdym?
Myślę, że możemy stworzyć dobrą relację z osobami o różnych typach osobowości, temperamentach i zainteresowaniach. Jestem zdecydowaną przeciwniczką idei dwóch połówek. W mojej książce „Nas dwoje, czyli miłosna układanka” piszę o koncepcji puzzli, która polega na tym, że jesteśmy bardzo różni, natomiast jakimś kawałkiem do siebie pasujemy, na przykład oboje kochamy zwierzęta czy jesteśmy domatorami...

Uważam, że liczy się system wartości w dość ogólnym pojęciu, czyli stosunku do świata, bo jeśli brak takiego porozumienia, to wybory, wypowiedzi czy nawet dowcipy partnera będą dla nas niezrozumiałe. Sprowadzam to do pewnej wspólnej płaszczyzny, która definiuje dwie osoby jako parę. I tyle! W takim modelu jest przestrzeń na wiele odmienności. Niektóre koncepcje mówią nawet, że praktycznie z każdym jesteśmy w stanie zbudować związek. Opierają się na tezie, że wszyscy mamy w sobie jakiś potencjał. Na przykład ktoś jest dowcipny, pomysłowy, kreatywny i nigdy nie będziemy się z nim nudzić, więc to może być wartość, która jakiejś osobie zrównoważy brak poczucia bezpieczeństwa w rozumieniu przewidywalności. Inny jest z kolei bardzo przewidywalny, stateczny i daje ogromne poczucie bezpieczeństwa, co może dla kogoś oznaczać deficyt bodźców, ale te potrafi  sam sobie zapewnić: zacząć kolejne studia, naukę języka, wychodzić z przyjaciółmi do klubu. Bardzo ważne jest budowanie związku na jego potencjale i dostarczanie sobie samemu doznań w obszarach, gdzie odczuwamy braki. Tu znowu wracamy do atutów związanych z wiekiem, bo nie dość, że dojrzałe kobiety są bardziej otwarte i bardziej elastyczne, ale jednocześnie mądrzejsze w tej elastyczności, czyli nie przekraczają swoich granic − to jeszcze potrafią dostrzec potencjał partnera.

Internet to bardzo dynamiczne medium, informacje zmieniają się co chwilę, więc możemy też czuć presję, żeby kogoś szybko „odhaczyć”, ocenić, czy się kwalifikuje, czy nie, i przejść do kolejnego kandydata. Jak się od niej uwolnić?
Przede wszystkim samodzielnie budować swój dobrostan. Wspierać się własnym potencjałem, żeby żyć szczęśliwym życiem, w którym partner jest wartością dodaną, a nie narzędziem do zapewnienia nam tego szczęścia. Wtedy związek nie oznacza „kupowania” kogoś, kto ma budować nasz wizerunek czy zaspokoić wszystkie nasze potrzeby, a okazję do poznania drugiego człowieka.

A doraźnie – nie dać się skusić wizji idealnego związku, nie buszować po Internecie jak w poszukiwaniu nowej pary butów, tylko rozglądać się z perspektywy kogoś, kto siebie dobrze zna, potrafi się sobą zaopiekować oraz jest gotowy na budowanie interesującej relacji. Moim zdaniem bardzo ważna jest właśnie ciekawość drugiego człowieka. Wtedy nie działamy desperacko, pod presją, tylko robimy to dla siebie.

Podkreśla pani potrzebę działania. Jeśli chodzi na przykład o szukanie pracy, to jest to dla nas oczywiste, ale już w stosunku do relacji często wybieramy jakiś rodzaj magicznego myślenia.
Pracuję w nurcie psychologii, który się nazywa poznawczo-behawioralnym. Poznawczość to świadomość, rozumienie, umiejętność wypracowywania pewnych postaw poznawczych, czyli sposobu myślenia, a behawioryzm oznacza, że nasze życie kształtują nasze działania. Tak jak szukamy nowej pracy, jeśli ta, którą mamy, nie daje nam satysfakcji, czy w trosce o zdrowie zmieniamy dietę − tak samo aktywni możemy być w przyjaźniach i związkach. Bardzo wiele od nas zależy. Siedzenie w domu i rozmyślanie nad życiem, choć potrzebne w określonych momentach, kiedy musimy coś przepracować, to za mało! Warto wyjść do ludzi, do świata, uśmiechnąć się rano do siebie, a potem do drugiego człowieka, chodzić do teatru, na lekcje tańca, wyciągnąć przyjaciółki z domu na fajny wyjazd... Należy komunikować swoje potrzeby i pozwolić życiu dawać nam okazje do rozwoju i poznawania ludzi. Sprawczość jest tu ważna, bo nikt nam na złotej tacy ciastka pod nos nie podetknie.

Zatem szukanie partnera to nie jest projekt biznesowy, ale także wymaga pewnego wysiłku.
Tak, jednak nie wiążmy tego z ciężką pracą, bo to jest przyjemne. Mnie samej czasem nie chce się pójść na dłuższy spacer z psem, ale gdy już się zmobilizuję, jestem bardzo zadowolona. I przy zawieraniu nowych znajomości jest tak samo – to wymaga pewnej mobilizacji, zastrzyku energii, na który składają się optymizm, odwaga, wiara i witalność, ale szybko odczuwamy radość z tego wysiłku, bo nawet jeśli nie poznam nikogo nowego w klubie czy na imprezie, to spędzę przyjemnie czas z innymi ludźmi, a to buduje ten wspominany wcześniej dobrostan. Przede wszystkim pamiętajmy, że najważniejsza relacja w życiu to relacja z samą sobą. Gdy jest dobra, możemy dać innym to, co mamy najcenniejszego, potrafimy też otworzyć się na dobro, które ma dla nas świat.

Maria Rotkiel, psycholog, certyfikowana terapeutka poznawczo-behawioralna. Prowadzi praktykę psychologiczną, terapeutyczną i trenerską. Autorka poradników psychologicznych, ekspert w mediach oraz kampaniach społecznych.

  1. Seks

Życie seksualne singielki

Seks przekłada się na funkcjonowanie całego organizmu. To najskuteczniejszy antydepresant – korzystajmy więc z niego. (Fot. iStock)
Seks przekłada się na funkcjonowanie całego organizmu. To najskuteczniejszy antydepresant – korzystajmy więc z niego. (Fot. iStock)
Jeszcze sto lat temu samotna kobieta niewiele mogła zrobić ze swoim libido. Stłamszona kobieca energia seksualna była przyczyną ataków melancholii i histerii, które leczono masażami. Jak jest dziś, w dobie emancypacji i nowych norm społecznych? Pytamy seksuologa Andrzeja Depko.

Choć trudno w to uwierzyć, jeszcze na przełomie XIX i XX wieku uważano, że dopiero sperma mężczyzny, wtłoczona do ciała kobiety, wyzwala u niej popęd seksualny. Na szczęście dziś wiemy już, że obydwie płci w jednakowym stopniu mają prawo do tego, żeby odczuwać potrzeby seksualne oraz je zaspokajać. Poza tym zanikło już stygmatyzujące pojęcie starej panny, a samotne życie nie wyklucza, a wręcz zakłada aktywność na różnych poziomach, w tym seksualną. Współczesne kobiety są wsłuchane w swoje potrzeby, choć zdarzają się też singielki, które z powodu wychowania będą starały się swoją seksualność wypierać. Zdecydowana większość wie jednak, że skoro ma potrzeby seksualne, to musi podjąć decyzję, w jaki sposób chce je zaspokoić. Nie da się rozładować napięcia seksualnego poprzez ćwiczenia na siłowni czy bieganie na bieżni. Taki wysiłek może zmęczyć i pomóc zasnąć, ale potrzeby seksualnej nie rozładuje.

Są singielki, które przeżywają dużo frustracji i stresu, bo z powodu braku partnera całkowicie tłamszą swoją seksualność. Nie decydują się na takie rozwiązania, jak pójście do łóżka z przypadkowym chłopakiem poznanym na imprezie czy zamówienie masażysty erotycznego, nie zarejestrują się też na portalu randkowym. Szukają kogoś, kogo będą mogły obdarzyć uczuciem i zaufaniem. Z kim będą mogły się realizować na różnych polach. Dopiero poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego przyczynia się do nasilania ich potrzeb erotycznych.

Część z nich żyje w wewnętrznym rozdarciu. Źle by się czuły, gdyby zdradziły własne zasady. Ale też źle się czują z tym, że nie zaspokajają swoich potrzeb seksualnych. Mają powtarzające się erotyczne sny i fantazje. W skrajnych przypadkach nawet masturbacja przestaje sprawiać im przyjemność – są niezadowolone z siebie, uważają się za ładne, ciekawe i niezależne, i nie chcą się same zaspokajać. Nie afirmują masturbacji jako wyrazu troski i dbałości o siebie, lecz traktują jako formę przymusu. To są potencjalne pacjentki do gabinetu seksuologa. W ich przypadku niezbędna jest zmiana podejścia do siebie – zaakceptowanie różnych form dbałości o sferę erotyczną, w tym masturbacji, jako zdrowego i normalnego zachowania. Tak jak dbamy o zęby, chodząc do dentysty, i o skórę, chodząc do kosmetyczki, tak samo możemy dbać o swoje ciało i umysł poprzez masturbację.

Sama i sfrustrowana

Jeżeli kobieta notorycznie kładzie się spać z niezaspokojoną ochotą na seks, może z czasem zacząć odczuwać problemy wynikające z przekrwienia biernego narządów miednicy małej. Skutkiem jest całonocny ucisk na pnie układu autonomicznego – w efekcie rano wstanie rozdrażniona, będzie łatwiej popadać w złość, stanie się płaczliwa, rozżalona na świat. I zapewne nie będzie potrafiła tych stanów połączyć z brakiem rozładowania seksualnego. Na dodatek po wielu latach może się pojawić zespół pięciu objawów Kehrera: skłonność do stanów zapalnych błony śluzowej pochwy, bóle brzucha i okolicy kości krzyżowej, stany napięcia, a po bardzo długim okresie żylaki w kończynach dolnych (blokada przepływu krwi w obszarze miednicy małej powoduje utrudnienie odpływu krwi z nóg, przepływ zwalnia i powstają żylaki) oraz obrzęk i zgrubienie macicy z towarzyszącymi zaburzeniami miesiączkowania.

Jeżeli nie zajmujemy się swoją seksualnością, to tracimy kontakt z ciałem i w efekcie – ze sobą. Zaczynamy gorzej funkcjonować psychicznie. Czujemy się mniej atrakcyjni, niezadowoleni, pojawiają się dolegliwości, które nas dodatkowo irytują, obniża się samoocena, pogarsza się jakość życia. Może to być prosta droga do depresji.

Kolejna ważna rzecz jest taka, że jeżeli kobieta rezygnuje z seksu i wchodzi w stan uśpienia, nie będzie potem w stanie od razu przejść w stan rozbudzenia i gotowości seksualnej. Uśpienie układu hormonalnego powoduje, że trudno potem rozruszać libido. A jego brak sprawia, że zmniejsza się ochota na seks.  Więc nawet gdy kobieta znajdzie się w łóżku z partnerem, jego dotyk i czułości nie sprawią jej takiej przyjemności, bo będą dla niej obce. Trzeba przyzwyczajać się do zupełnie nowej sytuacji. I ten okres rozbudzenia może trwać krócej lub dłużej. A przecież lepiej cieszyć się seksem bez przerwy.

Afirmacja masturbacji

Co zatem robić? Najlepiej zacząć od myślenia o przyjemności, jaką chcemy sobie sprawić. Dopieśćmy wszystkie zmysły. Najpierw słuch. Może jakaś piękna muzyka? Teraz węch. Zmysłowe zapachowe świece? Smak. Ulubiona potrawa? Dotyk. Aromatyczny balsam, żeby ciało nabrało innego poczucia sensytywności i miękkości? Wzrok. Może jakiś film pornograficzny? Są kobiety, które lubią fantazjować i masturbować się przy tego rodzaju obrazach. Ale są też takie, które to wypierają. A warto spróbować.

Istnieje wiele odmian filmów pornograficznych. Są one tak różne, jak różne są nasze gusta i wrażliwości. Niektóre kobiety uwielbiają filmy delikatne, ledwie muskające erotyką. Są takie, które szukają pięknych ludzi w pięknych wnętrzach – jest namiętność, seks i pożądanie, ale nie ma dosłowności. Są też takie, które uwielbiają filmy bardzo dosadne, gdzie pięciu partnerów ejakuluje na całe ciało kobiety. Wtedy czują się, jakby kierowały emocjami tych mężczyzn. Są też panie, które podniecają filmy prezentujące zachowania erotyczne kobiety z innymi kobietami, bo wierzą, że tylko kobieta wie, jak zaspokoić potrzeby drugiej. Każdy może znaleźć coś, co będzie odpowiadało jego pragnieniom. Można wspomóc się filmem, ale można też pójść do wanny. Zrobić sobie kąpiel z pianą, przy zapalonych świecach i delikatnych dźwiękach pomasować się lub wyjść, nabalsamować się i sprawić sobie przyjemność w sypialni za pomocą wyobraźni i dłoni lub różnych gadżetów.

Potrzeby seksualne są ważne

Dla niektórych kobiet seks jest ważnym motorem w osiąganiu sukcesów w pracy zawodowej. Jeżeli wieczorem mają udany seks, następnego dnia prą do przodu, są bardzo kreatywne i mają poczucie satysfakcji. Nie szukają przygód, tylko same zajmują się swoją seksualnością. A jeżeli nie dostaną lub nie zapewnią sobie zaspokojenia, wszystko leci im z rąk, nie są w stanie podjąć sensownej decyzji, są nieprzyjemne dla współpracowników.

Ale są też kobiety, które doskonale potrafią wyciszyć swoje libido, bo jego poziom nigdy nie był wysoki. Brak partnera nie wywołuje w nich pobudzenia seksualnego, więc łatwo im się wycofać z aktywności seksualnej i dalej świetnie funkcjonować zawodowo i społecznie, zapominając niejako o seksie. Nie czują, żeby seksualność była im do czegoś potrzebna. A jednak…

Gdy prowadzimy aktywne życie seksualne, czy to z partnerem, czy samodzielnie, to reguluje się cykl miesięczny oraz aktywuje produkcja szeregu neuroprzekaźników, które dają poczucie zadowolenia i relaksacji. Dzięki temu pozytywnie postrzegamy świat i siebie, dobrze odnosimy się do innych, spokojnie śpimy, jesteśmy bardziej zrelaksowani. W czasie seksu intensywnie działa układ krążenia i oddychania, podnosi się ciśnienie krwi, zwiększa dotlenienie tkanek, przyspiesza praca nerek, poprawia się metabolizm, skóra jest lepiej dokrwiona i wyglądamy piękniej. Seks przekłada się na funkcjonowanie całego organizmu. To najskuteczniejszy antydepresant – korzystajmy więc z niego.

Andrzej Depko dr n. med., seksuolog, neurolog, certyfikowany seksuolog sądowy, autor książek. 

  1. Styl Życia

Flow Joga – przyjemność bycia w ciele

Flow Joga stwarza idealne warunki sprzyjające pojawieniu się stanu przepływu, a tym samym potencjalnej transformacji i wewnętrznej integracji. (Fot. iStock)
Flow Joga stwarza idealne warunki sprzyjające pojawieniu się stanu przepływu, a tym samym potencjalnej transformacji i wewnętrznej integracji. (Fot. iStock)
Flow Joga to powrót do naturalności, do tego, za czym tęsknimy, nie tylko w jodze, także w życiu. Powrót do stanu jedności ciała, duszy i umysłu.

Nie można nauczyć się Flow Jogi, ale można sobie przypomnieć, że „już nią jesteśmy", można przypomnieć sobie, jak wielka przyjemność płynie z bycia w swoim ciele, w stanie flow. Wtedy tracimy poczucie czasu, jesteśmy totalnie zaabsorbowani wykonywaną czynnością.

Płynąc na fali, mamy poczucie bycia w kontakcie ze swoją prawdą, ze swoją naturą, a jednocześnie czujemy się częścią pulsującego życiem świata, częścią wspólnoty ludzkości.

Flow to naturalny stan umysłu. Pojawia się on wtedy, gdy wykonujemy jakąś czynność dla samej przyjemności wykonywania jej. Dysponujemy wówczas wysokim poziomem energii, otwieramy się na swobodny przepływ kreatywności i radości z życia. Każdy kiedyś tego doświadczył, jednak osoby, które na co dzień, w życiu prywatnym i w pracy są w stanie przepływu, należą do rzadkości.

Flow Joga stwarza idealne warunki sprzyjające pojawieniu się stanu przepływu podczas zajęć, a tym samym potencjalnej transformacji i wewnętrznej integracji. Im częściej doświadczamy flow na zajęciach jogi, tym większe prawdopodobieństwo, że flow spontanicznie zacznie pojawiać się w codziennym życiu. Wykorzystujemy do tego celu rytm, muzykę, naturalny oddech, ruch oraz uważność.

Czego uczy Flow Joga?

Flow Joga uczy, jak płynąć z nurtem życia, jak stawiać czoła wyzwaniom, nie tracąc wewnętrznego spokoju i kontaktu ze sobą na co dzień i w obliczu kryzysu. Płynięcie z nurtem życia to umiejętność stawiania czoła wyzwaniom oraz zachowanie wewnętrznego spokoju wobec zmian, jakie przynosi życie.

Swami Satchitananda powiedział: „Życie to zmiana, naucz się surfować”. Dlatego na zajęciach Flow Jogi uczymy się płynnych przejść z jednej asany w drugą, a sekwencje ruchu budowane są w taki sposób, aby każdy kolejny cykl był okazją do rozwoju (np. silniejsze mięśnie brzucha lub spokojniejszy umysł). Ważnym elementem jest też naturalny ruch, zsynchronizowany z oddechem. Ewolucyjny rozwój to budowanie pojedynczej asany, a także cyklu zajęć - etapami, krok po kroku. Uczestnicy mogą sami wybrać odpowiedni dla siebie wariant ruchu, co wiąże się i z pogłębianiem świadomości ciała, i z przyjmowaniem odpowiedzialności za nie. Zajęcia są okazją do budowania kontaktu z ciałem, zarówno poprzez asany (o sztywno określonej formie z precyzyjnym ustawieniem ciała), jak poprzez spontaniczną ekspresję, poszukiwania swojego ruchu.

We Flow Jodze kluczową rolę odgrywa oddech. Nie chodzi jednak o dążenie do oddychania w konkretny sposób (choć klasyczne pranayamy także się pojawiają), ale raczej o nabieranie szacunku do oddechu jako siły życiowej, która inicjuje każde działanie i ruch we Flow Jodze. Oddech jest traktowany jak specjalny gość, który odwiedza nasz dom (ciało). Nie będziemy mu mówić, gdzie ma usiąść i co ma zjeść. Zapraszamy go do środka, dając swobodę i uważnie słuchając.

Najprzyjemniejszym chyba elementem Flow Jogi jest stwarzanie warunków sprzyjających pojawieniu się stanu „przepływu” (z ang. flow), czyli stanu zjednoczonej świadomości. Termin może brzmieć tajemniczo, ale od dawna funkcjonuje chociażby w psychologii i opisuje sytuację, kiedy jesteśmy w pełni zaabsorbowani wykonywaną czynnością. Tracimy twedy poczucie czasu, wzrasta nasza kreatywność i efektywność działania, pojawia się radość i uważność. W jodze efektem „ubocznym” takiej praktyki jest przyjemność, poczucie bycia na fali i piękno ruchu.

Flow Joga nie mieści się na macie – choć mata niewątpliwie jest przydatna i wygodna, to może stać się ograniczeniem. Flow jest odmianą jogi, która pozwala wyjść poza utarte schematy. Ciało porusza się naturalnie, w swobodny sposób. W efekcie pojawia się poczucie wolności i przyjemność bycia obecnym w ciele. Bezpieczeństwo ćwiczącego jest uwarunkowane przestrzeganiem zasad praktyki, czyli jogicznego BHP. Piękny taniec wolności z ograniczeniami.

Flow Joga jest narzędziem poszerzania i pogłębiania świadomości. Prowadzi ku integracji wewnętrznej. Jest drogą i celem. Stwarza przestrzeń dla tego, co ludzkie i tego, co boskie, łącząc sprzeczności. Transformuje, uzdrawia, przywraca wiarę w siebie, swoją siłę i uwalnia pełnię potencjału każdego człowieka. W konkretny sposób – poprzez ciało.

Czym Flow Joga różni się od innych stylów jogi?

Joga często bywa prowadzona mechanicznie. Na polecenie: z wdechem unieś ręce do góry, większość uczestników zajęć równocześnie unosi ręce do góry, próbując dopasować oddech do wykonywanego ruchu. We Flow Jodze jest odwrotnie, ruch jest inicjowany przez oddech. Dzięki temu jesteśmy w kontakcie ze sobą i czujemy się bardziej zintegrowani. We Flow Jodze bardzo ważne są także płynne przejścia pomiędzy pozycjami oraz uszanowanie każdej fazy cyklu ruchu: wstępu, szczytowego momentu oraz zakończenia. Taki rodzaj pracy pomaga nam być w lepszym kontakcie z ciałem oraz naturą, ponieważ wszystko, co istnieje w świecie, podlega prawom natury i ma cykliczny charakter.

Dla Flow jogi charakterystyczny jest także zmysłowy, pełen gracji, spontaniczny ruch, który przypomina taniec. Ciało nie porusza się jak maszyna, ale raczej jak ciało dzikiego zwierzęcia. To szczególnie cenny element praktyki, który pozwala odblokować zastałą energię, pobudza kreatywność, ekspresję oraz pozwala nam doświadczyć wolności i przyjemności bycia w ciele.

Dla kogo nadaje się Flow Joga?

Flow Joga jest stylem jogi dostępnym i przyjaznym większości osób. Zajęcia ogólnodostępne mogą być nieodpowiednie dla ludzi z poważniejszymi problemami zdrowotnymi lub urazami. Dla nich najlepszym wyjściem może okazać się podejście indywidualne. W przypadku wątpliwości najlepiej skonsultować się z lekarzem prowadzącym oraz nauczycielem jogi.

  1. Styl Życia

Archetyp Bliźniąt – z kwiatka na kwiatek

Ekstrawertyczne Bliźnięta otaczają się innymi ludźmi i rzucają w wir wydarzeń. Przerywają milczenie, zakłócają spokój, komplikują - byle tylko się działo. Jeśli się w tym zatracą, grozi im wypalenie - energetyczne, towarzyskie i zawodowe. (Ilustracja: iStock)
Ekstrawertyczne Bliźnięta otaczają się innymi ludźmi i rzucają w wir wydarzeń. Przerywają milczenie, zakłócają spokój, komplikują - byle tylko się działo. Jeśli się w tym zatracą, grozi im wypalenie - energetyczne, towarzyskie i zawodowe. (Ilustracja: iStock)
Zodiakalne Bliźnięta dają swoim podopiecznym błyskotliwość, ekstrawertyzm i ciągłe zmiany. Choć bywają nieco powierzchowne i niecierpliwe, mogą posłużyć za przykład, jak być kreatywnym i nie dzielić włosa na czworo. Czego mogą spodziewać się w najbliższym czasie urodzeni pod tym znakiem – zbadała Aleksandra Nowakowska we współpracy z astrologiem Piotrem Gibaszewskim.

Archetyp Bliźniąt znamy z greckiej mitologii – Kastor i Polluks urodzili się jako synowie Zeusa i Ledy, ale tylko drugi z nich otrzymał nieśmiertelność. Byli spryciarzami i psotnikami, kochali się nierozerwalną braterską miłością do tego stopnia, że kiedy Kastor umarł, Polluks ubłagał ojca, by mógł podzielić się z bratem nieśmiertelnością. Od tamtej pory obaj spędzają pół roku w Hadesie, a drugie pół na Olimpie. Dlatego Bliźnięta, jako znak podwójny o jakości zmiennej, nie przynależą ani do świata ludzkiego, ani boskiego.

Reprezentują żywioł powietrza i jak nasiona klonu wirują dzięki rozpostartym skrzydełkom ciągle dalej i dalej. Bliźnięta są rozedrgane, mało skoncentrowane i nie potrzebują stabilizacji. Dlatego – jak wyjaśnia astrolog Piotr Gibaszewski – niektórzy przedstawiciele tego znaku wolą pracować na etacie, a inni jako kierowcy tirów zapuszczają silnik i wyruszają przed siebie w deszcz, śnieg czy upał.

Co w trawie piszczy

Byk, poprzednik Bliźniąt na kole zodiaku, ogrodził i uznał za swoje terytorium zdobyte przez Barana. Bliźnięta z tego miejsca nawiązują kontakt ze światem, który znajduje się za płotem: ciekawskie, lubią wiedzieć, co w trawie piszczy. Są mostem łączącym ludzi z tym, co dookoła. To typowi ekstrawertycy: kochają wyjazdy integracyjne, festiwale, publiczne debaty, godziny szczytu, wielkie zgromadzenia. Potrafią zagadać nieznajomą osobę na ulicy, flirtować, błyskawicznie przekonać rozmówcę do swojego zdania. Są mistrzami konwersacji, ciętej riposty, błyskotliwego poczucia humoru.

Patronem znaku jest planeta Merkury, odpowiadająca za intelekt i komunikację, nosząca imię rzymskiego boga posłańca. Skrzydełka przy sandałach ułatwiały mu pracę pośrednika między Olimpem a ziemią. Ciągle był w drodze, tak jak Bliźnięta, które mogłyby mieszkać w wagonie kolejowym czy w kamperze. Merkury to bóg handlu, kupców i złodziei. – Mimo że okradał bogów i był krętaczem, oni go lubili. Miał w sobie urok i przekazywał ciekawe ploteczki – przypomina Piotr Gibaszewski i dodaje, że Bliźnięta mają coś ze stereotypu cwanego Polaka, który pożycza lawetę, jedzie do Niemiec i ściąga golfa na handel. Są crème de la crème elastyczności, kombinowania, wciskania kitu i bajeru. To urodzeni marketingowcy, którzy dobrze rozumieją istotę gry o sumie niezerowej, w której dwie strony wygrywają. Dobrze odnajdą się na arabskim bazarze, gdzie brak targowania się jest traktowany jako obraza.

Bliźnięta to specjaliści wszelkiej komunikacji – pisania, nauczania, wykładania. Za niemieckim filozofem i wielkim pragmatykiem Ludwigiem Wittgensteinem powtarzają, że granice naszego świata są granicami naszego języka. – Jeżeli mamy pismo, mamy do czynienia z kulturą. Jeśli analizujemy i przetwarzamy informacje, mamy do czynienia z cywilizacją – mówi astrolog. – Początkiem komputera czy rakiety kosmicznej był proces mentalny, z którym Bliźnięta wręcz się utożsamiają.

Patronują też dziennikarstwu, nowoczesnym mediom, promocji czy informatyce. Piotr Gibaszewski przypomina, że nadchodzące czasy będą wymagały kreatywnego podejścia do życia. – Bliźnięta bez trudu sobie z tym poradzą, ponieważ to one stoją za trenowaniem umysłu, technikami szybkiego uczenia się i twórczego myślenia. W psychoterapii bliski im jest nurt poznawczo-behawioralny czy coaching biznesowy lub rozwojowy, bo to praca z przekonaniami i wzorcami mentalnymi. A one lubią eksplorować zasoby mózgu – wyjaśnia.

Nazywanie świata

Bliźniąt nie dręczy pytanie: kim jestem? Zapytaj, do czego dążą, a zasypią cię słowami, ale dowiesz się, w jakim dokładnie kierunku zmierzają. Trudno im też podjąć decyzję, bo więcej myślą niż czują. Umysł na jedno pytanie ma odpowiedzi tysiące, serce – jedną, a Bliźnięta nie mają czasu ani cierpliwości, żeby ją usłyszeć. Można powiedzieć, że są bezimienne, bez tożsamości, noszą w sobie powierzchowność. To nie jest typ medytacyjny, który siedzi i czeka, aż myśli odpłyną jak chmury na niebie, by dotknąć wewnętrznej błogiej pustki i ciszy.

Ekstrawertyczne Bliźnięta otaczają się innymi ludźmi i rzucają w wir wydarzeń. Przerywają milczenie, zakłócają spokój, komplikują – byle tylko się działo. Jeśli się w tym zatracą, grozi im wypalenie – energetyczne, towarzyskie, zawodowe. Ekstrawertyk, inaczej niż introwertyk, ma mniej uważny kontakt ze swoimi uczuciami, nie słyszy dobrze sygnałów, które wysyła mu ciało, a dość często brzmią one: zatrzymaj się, odpocznij, zastanów, co czujesz i czego naprawdę chcesz. Ty, nie ludzie wokół ciebie. Z braku wewnętrznej definicji wynika ich ogromna potrzeba nadawania imion rzeczom. To Bliźnięta obdarowują świat pojęciami, liczbami, zasadami, teoriami. Mierzą i ważą, ustalają cechy wspólne oraz różnice. To ich ulubione intelektualne igraszki.

Badania wskazują, że towarzyscy ekstrawertycy są bardziej optymistyczni niż introwertycy. Ich mózg częściej zalewany jest hormonami szczęścia – dopaminą i serotoniną. Bliźnięta dążą do odczuwania pozytywnych emocji, co, jak zbadali kanadyjscy naukowcy, wiąże się z większą łatwością osiągania celów zawodowych. Potrafią skutecznie zmotywować się do działania, żeby odebrać nagrodę w postaci awansu. Po szczeblach kariery zawodowej wspinają się z lekkością i uśmiechem, żyjąc w poczuciu sukcesu.

Koczownicy

Astrolog zwraca uwagę, że grecki odpowiednik Merkurego, Hermes, wędrował też do Hadesu, przeprowadzając tam dusze zmarłych. To jego mroczna strona, powiązana z wiedzą hermetyczną, dotyczącą sztuki tajemnej, magii, zaklęć. W tarocie uosabia ją karta Maga, która łączy się z planetą Merkury i oznacza moc kreacji myśli.

– Tajemniczość Bliźniąt odnajdujemy w mitologii egipskiej, w której Hermes połączył się z bogiem zmarłych Tothem. Tak narodził się Hermes Trismegistos, czyli Hermes Po Trzykroć Wielki. To mistrz, nauczyciel, wielki mag. Kimś takim był niedawno zmarły Jerzy Prokopiuk, gnostyk, antropozof, pisarz-eseista, wybitna postać polskiej ezoteryki. Żył trochę między światami, niepasujący do nikogo i niczego. A jego Słońce urodzeniowe było w znaku Bliźniąt – opowiada Piotr Gibaszewski.

O Bliźniętach mówi się, że kłamią i są niewierne. – Jeśli zaczniemy moralizować, powiemy, że to złe – zwraca uwagę ekspert. – Zauważmy jednak, że Bliźnięta stosują strategie ewolucyjnie korzystne. Wierność narzucona jest przez większość religii i społeczne uwarunkowania, natomiast w naturze jest niezmiernie rzadka, ponieważ ogranicza szanse na przetrwanie.

Astrolog tłumaczy, że ten merkuriański znak Zodiaku na miłość patrzy jak na grę interesów. Bliźnięta nie mają sentymentów, romantyczne nie są, nie poświecą się. Bycie z drugim człowiekiem odbywa się na ziemi, a żywioł powietrza odrywa je od niej. W ich życiu dominują zmiany, co nie sprzyja budowaniu stabilnych relacji. – Osoby ze Słońcem w Bliźniętach do końca życia są luzakami, nigdy nie dorastają. To są takie dzieciaki jak Kastor i Polluks – mówi Piotr Gibaszewski. – Mają silną potrzebę zachowania lekkości i otwartości umysłu, a to odmładza. Dlatego Bliźnięta długo zachowują atrakcyjny wygląd.

Sprzyja im ruch i brak lęku przed uczeniem się wciąż nowego, eksperymentowaniem. – Koczownicy byli zdrowsi i silniejsi niż ludy osiadłe – zauważa ekspert.

– W ludzkiej naturze nie leży przywiązanie do jednego miejsca i płacenie podatków, a raczej przemieszczanie się, bo to ono daje rozwój. Pisze o tym Olga Tokarczuk w „Biegunach” i mówi łacińska sentencja Navigare necesse est.

Bliźnięta (21 maja – 21 czerwca)

  • żywioł: powietrze
  • jakość: zmienna
  • rodzaj: męski
  • prajakość: ciepły i wilgotny
  • pora roku: późna wiosna
  • archetyp: kupiec lub intelektualista
  • cień: cyniczny prześmiewca
  • pułapka: chłodna racjonalność
  • ideał: wielki myśliciel
  • dewiza: „Myślę, powątpiewam”
  • korespondencje w organizmie: płuca, oskrzela, ręce, dłonie

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej.