1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Joga na wzmocnienie odporności

Joga na wzmocnienie odporności

Przed chorobami chroni nas nasz system obronny organizmu. Trzeba mu tylko stworzyć odpowiednie warunki, a w tym może pomóc praktykowanie jogi. (Fot. iStock)
Przed chorobami chroni nas nasz system obronny organizmu. Trzeba mu tylko stworzyć odpowiednie warunki, a w tym może pomóc praktykowanie jogi. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Funkcjonowanie człowieka w zdrowiu zostało w dzisiejszych czasach bardzo ograniczone. Skażone są powietrze, woda, gleba oraz pożywienie. Nasze ciało narażone jest na zanieczyszczenia zewsząd. Dodatkowym zagrożeniem dla organizmu są nadmierny stres, napięcie oraz zbyt intensywne doznania zmysłowe (dźwięki, zapachy, smaki).

Przebywanie w takim otoczeniu sprawia, że sami tworzymy idealne warunki dla rozwoju choroby i złego samopoczucia. Konieczne jest zatem przeciwdziałanie czynnikom, jakie nas dotykają na co dzień. Podstawową sprawą jest zdrowa dieta, bogata w ekologiczne produkty i dobrą wodę oraz praca nad sobą, by ograniczyć stres i napięcie. Jednak przed chorobą chroni nas także nasz system obronny organizmu. Trzeba mu tylko stworzyć odpowiednie warunki.

Odporność organizmu dzielimy na naturalną i nabytą. Z pierwszą się rodzimy, ta druga rozwija się wraz z nami. Organizm z każdym dniem uczy się, jak chronić nas przed bakteriami i wirusami przedostającymi się do jego wnętrza. Ze względu na liczbę zagrożeń, pochodzących ze środowiska, w którym żyjemy, konieczne staje się tworzenie dobrych warunków do funkcjonowania naszego ciała. Podstawowymi częściami systemu immunologicznego (odpornościowego) są m.in. układ krwionośny i limfatyczny.

W skład krwi wchodzą: składniki komórkowe oraz osocze, w którym są one zawieszone. Komórki krwi dzielimy na erytrocyty (komórki czerwone), leukocyty (komórki białe) i trombocyty (płytki krwi). To właśnie białe krwinki hamują inwazję bakterii i wirusów w organizmie. Mięsień serca tłoczy krew przez tętnice i pomaga dostawać się leukocytom we wszystkie rejony ciała oraz, przez żyły, wracać do serca. Dzięki praktyce pozycji odwróconych (Salamba sirsasana, Salamba sarvangasana), wykorzystując grawitację, umożliwiamy udrażnianie krwiobiegu, a leukocyty mają łatwiejszy dostęp do wszystkich komórek ciała, by je chronić. Pozycja Adho mukha svanasana masuje mięsień serca poprzez opadanie przepony w jego kierunku. Regularny masaż tego mięśnia i jego rozluźnianie w Savasanie, tworzy dla niego idealne warunki do dobrego funkcjonowania. Relaks w pozycji leżącej sprawia, że krew nie napotyka na opór siły grawitacji i praca organizmu nie wymaga aż tak dużego wysiłku. Systematyczna praktyka tych pozycji wzmacnia organizm i pomaga mu zwalczać choroby.

Limfa (chłonka) to płyn tkankowy znajdujący się w układzie limfatycznym. Jego zadaniem jest przechwytywanie wirusów i bakterii oraz ich transport do węzłów chłonnych, w celu oczyszczenia organizmu. Ponieważ transport limfy odbywa się w organizmie za sprawą kurczenia i rozkurczania mięśni, praktyka jogi wspaniale wspomaga ten proces. Wykonując asany, wspomagamy przepływ limfy w organizmie. Dodatkowy wpływ na jej transport ma siła grawitacji. Wykonywanie pozycji odwróconych (Salamba sarvangasana, Salamba sirsasana) powoduje zwiększenie krążenia chłonki w organizmie. Przechodząc przez ciało, zabiera ona wirusy i bakterie do węzłów chłonnych, by tam doszło do odfiltrowania i oczyszczenia jej. Dodatkowo, pozycje takie jak UttanasanaAdho mukha svanasana, w których serce pozostaje wyżej niż głowa, pozwalają przesuwać się limfie do układu oddechowego. Jest on zazwyczaj najsilniej narażony na zainfekowanie bakteriami i wirusami przedostającymi się do wnętrza organizmu. Asany w skłonie w przód z podparciem głowy (Yoga mudra) pozwalają docierać chłonce w rejon głowy, tak by mogła przepływać przez gardło i nos, wychwytując infekcję. W ten sposób możemy wspomagać drenaż limfatyczny organizmu, by mógł skuteczniej bronić się przed chorobą.

Jeżeli jednak choroba już zaatakowała nasze ciało, należy dać mu odpocząć. Wszelkie możliwe pozycje relaksacyjne będą doskonale wspomagać organizm. Potrzebuje on wtedy głównie energii na walkę z infekcją. Asany w siadzie ze skłonem w przód pozwalają obniżyć gorączkę i zmniejszyć bóle głowy. Pozycje regeneracyjne w leżeniu, najlepiej z użyciem pomocy pod plecami, tworzą dużo przestrzeni w klatce piersiowej, aby ułatwić swobodne oddychanie. Wykonanie zaś pozycji odwróconych i relaksacyjnych (Salamba sirsasana, Salamba sarvangasana, Setu bandha sarvangasana), z uwzględnieniem, by nie były zbyt męczące, pozwala przemieszczać się wydzielinie w zatokach tak, aby po wyjściu z pozycji można było dokonać lepszego oczyszczenia nosa.

4 asany na odporność

Uttanasana

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Sposób wykonania:

Stań z połączonymi stopami. Wyciągnij ręce do góry i chwyć łokcie. Zachowując proste plecy, pochyl się do przodu.

Dociśnij stopy, wyprostuj kolana i napnij uda, przenieś ciężar ciała na nasady palców. Trzymając łokcie, przesuwaj je w dół, by dzięki temu rozciągnąć kręgosłup i wydłużać plecy. Rozluźnij rejony szyi i głowę.

Wskazania i korzyści:

Limfa spływa w rejon klatki piersiowej, gardła i nosa oraz do węzłów chłonnych pachowych, przyusznych i podżuchwowych. Jednocześnie asana daje regenerację, odpoczynek i sprzyja wyciszeniu.

Adho mukha svanasana

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Sposób wykonania:

Przejdź do klęku podpartego i ustaw dłonie na szerokość barków, a stopy na szerokość bioder. Podwiń palce stóp i wyprostuj nogi, unosząc biodra do góry. Dociskając dłonie do podłoża, wyciągnij biodra do góry i do tyłu.

Utrzymuj rozszerzone palce dłoni i stóp. Proste łokcie i kolana. Napięte uda oraz tyły ramion. Odsuwaj barki od uszu i rozluźnij głowę. Wykorzystaj siłę nóg i rąk, by przesuwać biodra w tył i do góry.

Wskazania i korzyści:

Limfa, dzięki sile grawitacji, może z łatwością docierać w rejon klatki piersiowej. Serce ma zapewniony masaż w wyniku opadania przepony.

Salamba sirsasana

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Sposób wykonania:

Ustaw przedramiona na podłożu trzymając łokcie na szerokość barków, po czym spleć palce dłoni. Połóż tył głowy w dłoniach i wyprostuj nogi. Podejdź blisko stopami i unieś je do góry.

Dociskaj nadgarstki, przedramiona i łokcie do podłoża, by unosić barki do góry, tył głowy kierując jednocześnie w dół. Napnij uda, skręć je do wewnątrz i unieś pięty do góry.

Wskazania i korzyści:

Limfa i krew spływają w dół ciała. Po wyjściu i powrocie do pozycji horyzontalnej, chłonka spływa w odwrotnym kierunku. Dzięki temu działaniu, udaje się ją skutecznie rozprowadzić po całym organizmie.

Salamba sarvangasana

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Sposób wykonania:

Przygotuj trzy koce oraz pasek z pętlą na szerokość barków (nie pokazano na zdjęciu). Połóż barki na kocu, a głowę poza nim. Przerzuć nogi za głowę, załóż pasek powyżej łokci, odkręć barki na zewnątrz. Umieść dłonie nisko na plecach. Wyprostowane nogi unieś do góry.

Dociskaj łokcie do podłoża i unoś plecy do góry. Utrzymuj wyprostowane nogi z udami skręconymi do wewnątrz.

Wskazania i korzyści:

Siła grawitacji zapewnia spływanie krwi z żył w stronę serca. Pochylenie głowy sprawia, że mimo odwrócenia ciała, pojawiają się spokój i wyciszenie, sprzyjające regeneracji. Limfa przemieszcza się w rejon górnego ciała, wychwytując bakterie i wirusy i odprowadza je do węzłów chłonnych.

Marek Bednarski dyplomowany nauczyciel jogi metodą B.K.S. Iyengara stopnia Intermediate Junior II. Praktykę jogi rozpoczął w roku 1992 r., od 2005 r. jest nauczycielem. Od 2008 r. specjalizuje się w terapii jogą, w szczególności jogą kręgosłupa oraz jogą hormonalną. Jest współwłaścicielem Fabryki Energii – Centrum Jogi Wrocław. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Szczepienia – przekonujmy nieprzekonanych

Niestety, jako społeczeństwo myślimy egoistycznie, każdy o sobie, nie mamy w polu widzenia odpowiedzialności zbiorowej. A odporność zbiorowiskowa to nasza wspólna sprawa. I może być osiągnięta dzięki każdemu z nas. Nie myślimy o tym, że powinniśmy też z siebie coś dać. (Fot. iStock)
Niestety, jako społeczeństwo myślimy egoistycznie, każdy o sobie, nie mamy w polu widzenia odpowiedzialności zbiorowej. A odporność zbiorowiskowa to nasza wspólna sprawa. I może być osiągnięta dzięki każdemu z nas. Nie myślimy o tym, że powinniśmy też z siebie coś dać. (Fot. iStock)
"Naukowcy i lekarze, którzy stali nad umierającymi dziećmi, pragnęli zrobić „coś”, by ten koszmar i nieszczęście się nie powtarzało. Żeby przyszłe pokolenia nie doznały cierpienia, aby żyło nam się lepiej. Zrobili to, wynaleźli szczepionki. A my to teraz kwestionujemy”. Z dr Joanną Pietroń, lekarką, specjalistką medycyny rodzinnej z Centrum Medycznego Damiana rozmawiamy o szczepieniach – także tych na COVID-19.

Poziom zaszczepienia dzieci na odrę spadł w Polsce do poziomu poniżej 93 proc. To oznacza, że straciliśmy odporność zbiorową na tę chorobę – donosi UNICEF Polska. Nie chcemy się szczepić. Dlaczego?
Od początku XXI wieku nie tylko w Polsce, ale i na świecie widać masowe zwiększanie się występowania chorób zakaźnych. W 1930 roku w USA było wiele przypadków błonicy, w roku 2000 nie było ich w ogóle, a teraz choroba zaczyna wracać. Wraca krztusiec, wraca odra. Widzę tu dwa powody. Jeden dzieje się to często w miejscach, gdzie są konflikty zbrojne. Na to nie mamy wpływu. Drugi – odmowy szczepień. Zdarza się to w ortodoksyjnych mniejszościach religijnych, ale nie tylko. Mamy coraz mocniejsze ruchy antyszczepionkowe i ludzi, którzy są podatni na różne pseudonaukowe teorie i pseudowiedzę.

No właśnie, te ruchy rosną w siłę. Dlaczego?
Bo jest Internet. Informacje okrążają kulę ziemską w sekundę. Rozprzestrzeniają się i tam, gdzie padają na podatny grunt, dają owoce. Chore owoce. Kiedy wprowadzono powszechne szczepienia ochronne, choroby zakaźne były powszechne. Każdy widział chorych po polio, na własne oczy mógł zobaczyć, jak straszne są następstwa tej choroby – o ile oczywiście pacjent ją przeżył. Słyszało się o tragediach, o zgonach, ludzie znali rodziny dotknięte tragedią. Teraz osiągnęliśmy odporność zbiorowiskową na takim poziomie, że tacy ludzie, takie dzieci zniknęły. Więc choroby zaczęły być abstrakcją, nie konkretem. Zachorowania stały się nieliczne i dotyczą albo osób niezaszczepionych albo zaszczepionych jedną dawką, np. w niepełnym schemacie szczepień przeciwko śwince, odrze lub różyczce. Rzadko zdarza się, żeby chorowała osoba zaszczepiona w pełni, a jeśli już, to choruje łagodnie.

I trzeba powiedzieć bardzo wyraźnie: twierdzenie, że choroby zakaźne to łagodne choroby wieku dziecięcego, jest nieprawdziwe. One są łagodne, ale po szczepieniu. Na przykład odra. Łagodna choroba? Bzdura. Może wywołać zapalenie ucha, płuc, mózgu. Może na długo obniżyć odporność. Może nawet doprowadzić do śmierci. Nie znamy naturalnego przebiegu tych chorób, bo od lat nie mamy z nimi kontaktu. A bywają po ich przechorowaniu poważnie powikłania, szpital, czasem śmierć. Naukowcy i lekarze, którzy stali nad umierającymi dziećmi, pragnęli zrobić „coś”, by ten koszmar i nieszczęście się nie powtarzało. Żeby przyszłe pokolenia nie doznały cierpienia, aby żyło nam się lepiej. Zrobili to, wynaleźli szczepionki. A my to teraz kwestionujemy. Myślimy: mnie to nie spotka, po co narażać dziecko na kłucie, ból, może gorączkę. A ruchy antyszczepionkowe nagłaśniają każdą sytuację niepożądanych odczynów poszczepiennych – na takich właśnie emocjach bazują. Ta przesadna troska o bezpieczeństwo szczepień niestety często podważa ich istotę.

Nie chcemy wierzyć nauce?
Świat stał się skomplikowany, dużo w nim niepewności, nauka nie daje odpowiedzi na pewno i na zawsze, takie odpowiedzi za to dają ruchy pseudonaukowe, promujące, powiedzmy to sobie, mity. Nauka opiera się na specjalizacji, na zaufaniu, które jest wpisane w system instytucji kontrolnych. Szczepimy i jednocześnie zwiększamy wymagania co do samych szczepionek. Do jakości preparatu. Obecnie szczepionka powinna zapewniać niemal stuprocentową ochronę, ma stymulować mechanizmy odporności swoistej i nieswoistej, ma wywołać długotrwałą odpowiedź poszczepienną, ma być bezpieczna, bez działań niepożądanych, stabilna, łatwa w stosowaniu, najlepiej jednodawkowa, powszechnie dostępna i z przystępną ceną. Tych wymagań, jak widać, jest dużo. Producenci szczepionek reagują też na głosy opinii publicznej. Tiomersal, substancję konserwującą w szczepionkach, praktycznie wycofano (choć szkodliwości jej działania nie dowiedziono), bo ruchy antyszczepionkowe oskarżały ją o „wywoływanie” autyzmu. I co? Z jednej strony liczba autystyków w społeczeństwie wcale się nie zmniejszyła, z drugiej – rezygnacja z tiomersalu została, paradoksalnie, źle przyjęta: wycofują, aha, znaczy, że coś było nie tak. Truli nas.

Wierzymy w spiski?
Bywa, że ludzie nie odróżniają nauki od pseudonauki. Nauka dąży do poznania mechanizmów, do dania odpowiedzi na pytania, co i dlaczego. Pseudonauka głosi tezę i albo w nią wierzysz, albo nie. Poziom wiedzy dotyczącej biologii nie jest u nas wysoki, często niełatwo zrozumieć procesy zachodzące w organizmie czy mechanizmy działania pewnych substancji. Pseudonauka nie każe rozumieć, każe wierzyć. I to jest dla wielu osób prostsze. Nauka stara się zrozumieć szerokie konsekwencje głoszonych tez, pseudonauka nie uwzględnia choćby społecznych konsekwencji. Nie zaszczepię się i już. Nie zastanawiam się nad dalszymi kosztami takiej decyzji. Nie myślę o osobach z obniżoną odpornością, które szczepić się nie mogą, a które jako pierwsze poniosą konsekwencje powrotu chorób zakaźnych.

Dane mówią, że w roku 2019, kiedy w Polsce zanotowano rekordową liczbę zachorowań na odrę, bo aż 1500, najwięcej przypadków dotyczyło ludzi między 35. a 40. rokiem życia. Skąd to się bierze? Przecież oni w dzieciństwie byli szczepieni?
Ale produkcja czy raczej receptura szczepionek kiedyś wyglądała inaczej. Miały one bardzo wysoką immunogenność, zawierały dużo antygenów, które wywoływały mocną odpowiedź immunologiczną. Czyli na przykład szczepionka na krztusiec zawierała 3200 silnie immunogennych białek. Teraz we wszystkich szczepionkach podawanych dzieciom w ciągu pierwszego roku życia liczba tych białek nie przekracza 50. Im większy jest ładunek substancji, która ma wywołać odporność, tym mocniejsza jest odpowiedź. Ale żeby zmniejszyć ilość NOP, czyli niepożądanych odczynów poszczepiennych, zmniejszano ilość immunogenów.

Czyli u 35-latków odporność mogła wygasnąć, bo szczepionki przeciw odrze, które im podano, były „słabsze”?
Mogło tak być. Może ci ludzie mają własne dzieci, może ich nie szczepili albo miały one w przedszkolu kontakt z odrą – a to wyjątkowo zakaźna choroba, jedna osoba może zakazić 17 – a ich odporność wygasła czy była już słaba, stąd zachorowanie. To samo z krztuścem czy błonicą. Moi pacjenci mają dzieci w przedszkolu, a nie podaje się informacji, że błonicą, tężcem i krztuścem warto doszczepiać się co 10 lat. Odporność wygasa.

A gdyby dzieci były szczepione i mielibyśmy odporność zbiorowiskową, nie trzeba byłoby doszczepiać?
Wtedy chorują jedynie osoby podatne, te, którym wygasła odporność albo te, które nie byłyby szczepione. Ale też rzadziej, bo mniejsze byłyby szanse na kontakt z patogenem. Zresztą to nigdy nie jest tak, że szczepionka zabezpiecza w stu procentach przed zachorowaniem. Zawsze jest grupa osób, które nazywamy „non-responders”, które właśnie „nie odpowiadają” na szczepienie. Poza tym celem szczepionki jest zapobiec ciężkiemu przebiegowi choroby, który grozi poważnymi powikłaniami, z hospitalizacją i śmiercią włącznie.

No właśnie, to podkreślają też wirusolodzy i lekarze zachęcający do szczepienia się przeciw COVID-19. Ale znam osoby, które mówią: nie będę się szczepić, Iksiński się zaszczepił i zachorował.
Powiem jeszcze raz: żadna szczepionka nie zapobiega zachorowaniu w stu procentach. Chodzi o to, żeby było jak najmniej ciężkich przebiegów. I śmierci. I żeby osiągnąć odporność zbiorowiskową. Żebyśmy wszyscy mogli normalnie żyć.

Czy spotyka pani na co dzień w gabinecie ludzi, którzy nie chcą się szczepić?
Spotykam. Jest grupa, która zdecydowanie nie chce. Jest grupa niezdecydowanych. I grupa osób, które mówią: trudno powiedzieć. Ale to się zmienia. Chęć szczepienia jest większa, jeśli ktoś w rodzinie czy wśród bliskich znajomych widział tragedię związaną z COVID-19. Znał kogoś, kto zmarł albo u kogo choroba wywołała spustoszenie. Doświadczenie to najlepsza, niestety, droga do przekonania nieprzekonanych. Dotyczy to zarówno COVID, jak i chorób wieku dziecięcego – kiedy te wrócą i znajome dziecko wyląduje w szpitalu, nasze nastawienie się pewnie zmieni.

Tylko musimy znów zatoczyć to koło, z którego, wydawało się jeszcze niedawno, udało nam się wyjść…
Tak to wygląda. Kiedy zagrożenie znika nam z oczu, przestajemy się bać. To w gruncie rzeczy cena sukcesu programu szczepień.


Kto szczepi się najchętniej?
Mężczyźni z dużych miast, ci, którzy są zmęczeni pandemią, a mają odpowiedzialność za innych. Tak mówią badania i potwierdza mi się to w gabinecie. Najmniej chętni są ludzie z małych miejscowości, mniej przekonane są też kobiety.

Boimy się konsekwencji zdrowotnych szczepienia, nagłaśniane są przypadki powikłań, zatorowości – jak w przypadku Astra Zeneca i Johnson&Johnson – ale to są sprawy jednostkowe. Zwłaszcza jeśli zestawić je z zagrożeniem, jakie niesie sama choroba. Boimy się, że szczepionka jest nowa, że tak szybko powstała, że nie wiadomo, czy będzie skuteczna, czy nie trzeba jej będzie co rok powtarzać. A jednocześnie ci sami ludzie zamykają się na informacje dotyczące epidemii, nie śledzą doniesień, nie widzą realnych niebezpieczeństw. To przypomina mi sytuację, kiedy jest wojna, ogłaszają alarm, a ja wyłączam radio, które jest moim źródłem informacji o zagrożeniu. Tak bym to określiła. To chyba kwestia i zmęczenia przedłużającą się pandemią, i lęku, który wiadomości podsycają.

Jakie jest wyjście? Na razie chyba szczepienia to jedyna droga?
Nie mamy na COVID-19 póki co dostępnych skutecznych i przebadanych leków przeciwwirusowych. To zresztą dotyczy wielu chorób zakaźnych, choćby odry, świnki czy różyczki. Mam nadzieję, że jednak osoby niezdecydowane przy stałym przekazie medialnym i dostępności szczepień będą się szczepić. Naprawdę jedna rozmowa z osobą, która przeszła hospitalizację przez COVID-19, a teraz nie może wejść po schodach, może tu być argumentem decydującym.

Mówiła pani o naszych brakach w wykształceniu. Ale wszyscy znamy osoby po studiach, które deklarują, że się szczepić nie będą.
To nie jest łatwe. Myślę, że mechanizm działania szczepionek nie jest zrozumiały nawet dla części lekarzy. Szczepionki mRNA to nowy krok, choć ta technologia była już wykorzystywana w badaniach nad nowotworami, epidemia spowodowała jedynie przyspieszenie prac. Także procedur rejestracyjnych – to, co kiedyś trwało i trwało, teraz zostało załatwione w szybszym tempie. Strach przed epidemią zmobilizował rzesze urzędników i naukowców do działania dla dobra ludzkości. Motywacja była i jest silna.
Poza tym dziś, kiedy trwają szczepienia, wszystkie instytucje otwarte są na przyjmowanie każdego zgłoszenia dotyczącego NOP.
Może zadziałałoby też, gdyby rzeczywiście wprowadzono realne przywileje dla zaszczepionych. Tak jak dzieje się to w krajach, w których proces szczepień idzie szybciej niż u nas – jak Izrael czy Wielka Brytania. Sądzę, że u nas młodzi ludzie, którzy chcą wyjeżdżać na wakacje czy nie mieć już ograniczeń w życiu codziennym, zdecydują się na szczepienie, nawet jeśli jeszcze parę miesięcy temu nie byli przekonani. Niedobrze natomiast, że my, lekarze, nie mamy tu jednolitego stanowiska.

Zdarza się podobno, że w szpitalach w mniejszych miejscowościach zaszczepione są pojedyncze osoby z personelu medycznego, zarówno wśród lekarzy, jak i pielęgniarek.
Tak, znam takie sytuacje. Cały czas słyszę: ja mam dobrą odporność, na pewno nie zachoruję, a nawet jeśli, przejdę to lekko. Tylko niestety absolutnie nie ma tu gwarancji.

Co pani wtedy odpowiada?
No właśnie: że nie ma gwarancji. Że jest pandemia i warunkiem powrotu do normalności jest wyszczepienie pewnego procenta populacji. I to dotyczy każdego z nas. A szczególnie tych, którzy mają codziennie kontakt z wieloma ludźmi, pracują w handlu, prowadzą restauracje, uczą w szkole, są lekarzami. Został napompowany lęk przed powikłaniami po szczepieniu. Ja mam wśród pacjentów dużą grupę zaszczepionych i nie wiedziałam jeszcze naprawdę poważnych powikłań poza bólem ręki czy gorączką, która po dniu czy dwóch mija. I jest na dobrą sprawę efektem pożądanym, bo to znak, że szczepionka zaczyna działać. Antyszczepionkowców się nie przekona, tylko straci się dużo energii, a efekt żaden. Powinniśmy walczyć o grupę niezdecydowanych.

Czyli rozmawiać, przekonywać?
Trzeba to robić. Wczoraj rozmawiałam z kuzynką, która nie chce się szczepić. Zrobiłam coś, czego pewnie nie powinnam – zapisałam ją na szczepienie. Ona się obraziła, bo jak ja tak mogłam. Powiedziałam jej, że ma telefon, może odwołać. Ale uważam, że ryzykuje. A ja chcę się jeszcze przez wiele lat móc z nią widywać i nią cieszyć. Wykształcona dziewczyna, a jest w niej ogromny lęk przed następstwami szczepionki, nie ma za to lęku przed następstwami choroby. Cały czas to samo przekonanie: że szczepionka jest gorsza niż choroba. Niemożliwe i nieprawdziwe. Mamy dziś tak wysokie wymagania stawiane szczepionkom, także tym na COVID-19, one też przeszły absolutnie wszystkie obowiązkowe badania i etapy. I cały czas są monitorowane. A mimo to cały czas jest też strach. A strach to silna i trudna emocja, nie jest łatwo z nią walczyć.

Można mieć nadzieję, że jednak powoli będzie się to zmieniać.
Jeszcze rok temu ja sama nie znałam nikogo, kto ciężko przechodził COVID-19 czy zmarł w wyniku tej choroby. Teraz codziennie rozmawiam z pacjentami, z których większość już kogoś straciła. Sąsiadkę, przyjaciółkę, ojca. To już nie jest abstrakcja. Ale może ten przedłużający się stres sprawia, że ludzie to wypierają. I wyłączają się. Nie słuchają o nalocie bombowym. Tak im wygodniej, w ten sposób czują się bardziej komfortowo. Jak znikły czerwone paski w telewizjach informacyjnych, to jakby choroby nie było. No nie, ona jest. I sieje spustoszenie. Liczba zmarłych straszna, a ciągle nie ma w społeczeństwie głębszej refleksji. Choć też w gabinecie widzę zmiany na lepsze. Ludzie, którzy jeszcze niedawno deklarowali, że nie będą się szczepić, dziś martwią się i narzekają, że muszą czekać na termin szczepienia. I jadą do Białegostoku czy Przasnysza, bo tam może być szybciej. Co, z drugiej strony, znaczy, że w Białymstoku czy Przasnyszu zbyt wielu chętnych na szczepienie nie ma…

Ludzie mówią, że kiedyś szczepionki były lepsze, bezpieczniejsze…
Jest dokładnie odwrotnie. Nie były tak dobrze oczyszczone, nie stawiano im tak wysokich wymagań jak dziś. Ja ze szczepionkami przecież pracuję na co dzień i wiem – jeśli jakaś partia jest podejrzana, natychmiast się ją wycofuje. Jeśli w przychodni jest awaria prądu i rozmrozi się lodówka, to cała zawartość tej lodówki idzie do utylizacji. Niestety, ludzie nie wierzą, że tak się dzieje.

Ktoś powiedział mi, że na COVID-19 się nie szczepi, bo szczepionka nieprzebadana. Nie to, co ta na polio.
Pierwsza szczepionka na polio, żywa, doustna, chroniła, ale było co do niej wiele zastrzeżeń. A mimo to była podawana. I zrobiła swoje. Myślę, że dziś trudno byłoby ją zarejestrować, o ile w ogóle by się to udało.
Mogę tylko apelować. Nawet jeśli jesteśmy zdrowi, odporni i zakładamy, że kiedy zachorujemy, nic poważnego się nie stanie, ale na przykład mamy w domu, sąsiedztwie, pracy chorego na nowotwór, w immunosupresji, albo osobę starszą, z osłabioną odpornością i przywleczemy jej COVID, to konsekwencje mogą być tragiczne.

Niestety, jako społeczeństwo myślimy egoistycznie, każdy o sobie, nie mamy w polu widzenia odpowiedzialności zbiorowej. A odporność zbiorowiskowa to nasza wspólna sprawa. I może być osiągnięta dzięki każdemu z nas. Nie myślimy o tym, że powinniśmy też z siebie coś dać.
Zadbajmy też o seniorów. Moim zdaniem wielu z nich nie zgłosiło się na szczepienia, bo nie mieli nikogo, kto im pomoże. Zapisze ich, zawiezie. Cyfryzacja idzie błyskawicznie do przodu, system szczepień jest na tym oparty, starsi ludzie często sobie z tym nie radzą, nie wiedzą, jak, nie potrafią „ogarnąć”, dzieci daleko, czasem za granicą. W ich przychodni nie ma punktu szczepień i czują się często bezradni. Warto im pomóc. Zapytać, zawieźć. Cały czas możemy to zrobić. Bardzo do tego zachęcam.

  1. Zdrowie

Joga tybetańska - wsparcie podczas leczenia raka

Praktykowanie jogi powoduje wiele pozytywnych zmian w ciele: obniżenie ciśnienia krwi, zmniejszenie bólu, poprawę odporności. (Fot. iStock)
Praktykowanie jogi powoduje wiele pozytywnych zmian w ciele: obniżenie ciśnienia krwi, zmniejszenie bólu, poprawę odporności. (Fot. iStock)
Lekarze koncentrują się na ogół na farmakoterapii, często zapominając o uczuciach pacjentów. Prawie połowa osób chorych na raka szuka więc wsparcia psychicznego w metodach niekonwencjonalnych. O korzyściach, jakie przynosi chorym metoda integracji ciała i umysłu za pomocą jogi, przekonuje dr Alejandro Chaoul.   

Czym można wytłumaczyć to, że ćwiczenia jogi tybetańskiej pomagają lepiej się poczuć osobom wyczerpanym rakiem i ubocznymi skutkami leczenia onkologicznego? Praktykowanie jogi powoduje wiele pozytywnych zmian w ciele: obniżenie ciśnienia krwi, zmniejszenie bólu, poprawę odporności. Pacjenci śpią lepiej i dłużej, nie muszą zażywać takiej ilości lekarstw nasennych jak wcześniej. Zmniejszają się efekty uboczne radioterapii i chemioterapii, przede wszystkim uczucie zmęczenia i mdłości. Wzrasta także uważność i sprawność umysłowa, ludzie pozbywają się obsesyjnych myśli. Kiedy wyciszamy umysł, mamy możliwość spojrzenia na swoje myśli „od wewnątrz”, to fantastyczne. Decydujemy, w którym momencie zatrzymać naszą uwagę.

Jeśli się uspokoimy i wyciszymy, zwolni się rozwój choroby? Niektórzy naukowcy przypuszczają, że stres emocjonalny przyczynia się do nasilenia raka. Stres to niedostrzegalny symptom towarzyszący chorobie nowotworowej. W szpitalu, w którym prowadzę zajęcia, lekarz podczas rozmowy z chorym i jego rodziną zawsze pyta, czy w życiu pacjenta zdarzyło się coś negatywnego. 60 proc. osób odpowiada, że tak. Z całą pewnością stres ma wpływ na rozwój raka u zwierząt, a zmniejszanie napięcia nerwowego hamuje chorobę, co potwierdziły badania. Czy w ten sposób można zwolnić rozwój nowotworu także u ludzi – to dopiero się okaże.

Chyba niełatwo jest przekonać i zmotywować ciężko chorych ludzi do rozpoczęcia ćwiczeń... Tak naprawdę to nic nie obiecuję. Nie mówię im, że wyleczą się z raka. Będą mogli za to z innej perspektywy spojrzeć na swoją chorobę, a dzięki praktykom jogi poprawi się jakość ich życia i zmniejszy stres. Niektórzy pacjenci mówią: „Nie czuję bólu, nie czuję się tak źle jak wcześniej, teraz czuję się lepiej, czuję się fantastycznie – co było wcześniej nawet nie do pomyślenia!”. I to jest bardzo istotne, bo jeśli w tym momencie czuję się dobrze, to dlaczego nie może tak być za minutę, za godzinę, za jakiś czas?

Jogę znam z ćwiczeń, po których jestem rozluźniona głównie fizycznie. Co szczególnego jest w praktykowaniu jogi tybetańskiej, że tak odmienia i czucie, i myślenie? Wszystkie praktyki medytacyjne biorą pod uwagę ciało i umysł. Niestety, na Zachodzie uważa się na ogół, że joga jest zbiorem fizycznych ćwiczeń. Nawet sami instruktorzy zwracają uwagę przede wszystkim na ciało. Tymczasem praktyka obejmuje trzy elementy: pozycje ciała, czyli asany, pranajamy, czyli oddechy, oraz część medytacyjną. Dlatego my jako instruktorzy jogi tybetańskiej zwracamy uwagę na te elementy „od drugiej strony”. Najpierw rozwijamy umysł, później rozwijamy oddech, w końcu dochodzimy do ciała. Na przykład w pierwszym tygodniu pacjent uczy się wyciszać i przekłada uwagę z gonitwy umysłu na własne ciało. W drugim tygodniu pracuje głównie z samym oddechem i emocjami, jakie można uwolnić poprzez oddychanie.

Wydychając powietrze w specjalny sposób, wyrzucamy z siebie złe emocje? Oczywiście, używamy nawet specjalnych wizualizacji. Wyobrażamy sobie dym, który symbolizuje wszystkie negatywne rzeczy, które nam szkodzą. Zaczynamy autentycznie doświadczać, że poprzez taki wydech czegoś się pozbywamy. Przy wdechu wyobrażamy sobie przyjemne światło. Trzeci tydzień ćwiczeń jest związany z przeniesieniem uwagi na ruch ciała. Umiejętność wyciszenia umysłu i pracy z oddechem wykorzystujemy w pracy z ciałem, a poprzez ruch obszar naszego doświadczenia staje się coraz szerszy. Na następnych sesjach rozwijamy coraz bardziej świadomość oczyszczającego procesu praktyki. Pacjenci uczą się, jak wykorzystywać ją w swoim codziennym życiu. Po zakończeniu praktyk każda osoba dostaje podręcznik i płytę DVD, żeby nadal wykonywać te ćwiczenia w domu.

Umysł z ciałem

Terapia raka oparta na psychologii buddyjskiej i jodze tybetańskiej w połączeniu z farmakologicznym postępowaniem medycyny akademickiej jest jednym z przykładów rozwijającej się dopiero dziedziny – medycyny integracyjnej, której założeniem jest ścisła współpraca dla dobra pacjenta lekarza specjalisty i przedstawiciela metody niekonwencjonalnej. Badania i terapia są wspierane grantem naukowym z Narodowego Instytutu Raka w USA.

Rozmowę tłumaczył instruktor jogi Wojciech Pluciński. 

  1. Styl Życia

Joga - przyjemność czy rozwój?

Joga wpływa na lepszą koncentrację, lepszy oddech i kontrolę nad umysłem. (Fot. iStock)
Joga wpływa na lepszą koncentrację, lepszy oddech i kontrolę nad umysłem. (Fot. iStock)
To pytanie jest zasadne, zwłaszcza jeśli od sportu oczekujesz czegoś więcej niż tylko ruchu. W tym temacie dużo do powiedzenia ma joga. Czym się kierować przy wyborze właściwych zajęć – radzi nauczycielka jogi Agnieszka Gortatowicz. 

Według psychologicznego podejścia ktoś, kto jest energiczny i dynamiczny, powinien chodzić na zajęcia, które najbardziej odzwierciedlają jego osobowość… …a według ajurwedy powinien zrobić dokładnie odwrotnie, czyli zamiast podkręcać swoje cechy, uspokoić je, zrównoważyć. Jeśli jesteś vatą, czyli ajurwedyjskim typem wietrznym, któremu trudno się wyciszyć i skoncentrować, to powinnaś poszukać aktywności i diety, które cię przystopują, z kolei leniwa kapha, która chciałaby tylko leżeć na kanapie, powinna się zainteresować bardziej dynamiczną aktywnością, żeby dodać sobie energii. Tak mówi ajurweda.

Jak to się przekłada na wybór odpowiednich dla nas zajęć jogi? Można się kierować wskazaniami ajurwedy, można też patrzeć na to, co nas motywuje. Bo może te zajęcia, które miały nas zrównoważyć, na dłuższą metę zaczną wkurzać i po prostu przestaniemy na nie chodzić.

W Polsce najbardziej popularne są dwa style: joga Iyengarowska i bardziej dynamiczna ashtanga. Pierwsza jest skupiona na szczegółach – bardzo długo wchodzi się w określoną pozycję, dopracowując każdą część ciała, a potem długo się w tych pozycjach pozostaje. Dla niektórych osób może być łatwa, dla innych – potwornie trudna, i to nie ze względu na opór ciała, ale głowy. Bo w jednej pozycji trzeba tu wytrzymać czasem 5, a czasem nawet 20 minut, i to wytrzymać psychicznie. Nie wiercić się. Wytrwać. I nie odpływać myślami. Być cały czas świadomym, co robi mały palec prawej stopy, prawa pachwina i lewe kolano. Niektórych to denerwuje, inni wprost przeciwnie – lubią dopracowywać szczegóły i wierzą, że dopiero wtedy joga działa. Kiedyś usłyszałam porównanie jogi według Iyengara z numerem telefonu: nie możesz pomylić żadnej cyferki, bo się nie dodzwonisz. Precyzja jest tu bardzo wymagana. Iyengar używał także różnych pomocy: wałków, pasków, klocków, bo uważał, że jogę może uprawiać każdy, niezależnie od swojej kondycji, tuszy czy wieku i gdy pewne pozycje są niedostępne, to można sobie pomóc, coś tam podstawiając czy naciągając.

Drugi typ – ashtanga joga – jest dynamiczny. Pozycje wykonuje się tu w określonej kolejności, zawsze tej samej. W miarę stopnia zaawansowania nauczyciel dodaje ci kolejne, ale dopiero gdy opanujesz poprzednie. W większości asan zostaje się na pięć oddechów, więc nie ma za dużo czasu, by dopracować szczegóły. Nie ma też czasu, by sięgnąć po pasek czy klocek, dlatego robi się to tylko w wyjątkowych wypadkach. Tutaj liczy się flow, przepływ energii, oddech, a oprócz tego koncentracja wzroku na jednym punkcie – zwykle na czubku nosa. Ten rodzaj jogi pasuje zwykle osobom młodszym i sprawniejszym fizycznie – zresztą ashtanga joga została wymyślona właśnie dla młodych mężczyzn, którzy wrócili po wojnie do Indii i mieli inną kondycję psychiczną i fizyczną niż Iyengar, który był po prostu schorowanym chłopcem i szukał terapii.

Na Zachodzie te dwie jogi występują albo w czystej formie, albo w różnych odmianach. Dynamicznych, jak vinyasa flow czy power joga, albo spokojnych, jak yin joga czy joga regeneracyjna. Zgodnie z ajurwedą, Iyengarowską odmianę powinny uprawiać vaty i pitty, ale te ostatnie, ponieważ są nastawione na cel i bardzo ambitne, muszą nauczyć się cieszyć także prostymi asanami, nie podnosić sobie za wysoko poprzeczki. Z kolei dynamiczna ashtanga jest bardziej wskazana dla osób w typie kapha, czyli spokojnych, leniwych.

Ty jesteś vatą pomieszaną z pittą i bardziej ci się podoba vinyasa, choć uspokaja cię Iyengar. Vinyasa bardziej oddaje mój charakter, natomiast joga Iyengarowska jest dla mnie wyzwaniem, bo brakuje mi cierpliwości – i w życiu, i na macie – więc jest idealna wtedy, kiedy chciałabym nad sobą popracować. Gdy męczę się w danej pozycji, zastanawiam się, dlaczego jest mi niewygodnie i co mogę z tym zrobić (nie wychodząc z sali). W jodze mówi się, że ta asana, której nie lubisz, jest tą asaną, którą powinnaś częściej wykonywać. Bo jeśli się przed nią bronisz, to znaczy, że masz w sobie jakąś granicę, którą warto przekroczyć.

Joga uchodzi raczej za spokojną dyscyplinę, obecnie dużą popularnością cieszą się bardziej dynamiczne sporty. Wszystkie rodzaje sportów, które wymagają większego wysiłku fizycznego, wyzwalają endorfiny i działają jako dystresor. I to jest fajne zwłaszcza dla ludzi, którzy nie potrafią stresu „rozpuścić” w inny sposób. Jakiś czas temu badacze udowodnili, że dynamiczna joga, tak jak bieganie czy cardio, też po 20–30 minutach wyzwala endorfiny, ale w przeciwieństwie do sportu jednocześnie wytwarza neurotransmiter GABA, który działa bardziej długofalowo, zwiększając naszą odporność na stres i umiejętność relaksowania się. Poza tym joga – tak jak chciał Iyengar – konkretnymi asanami potrafi leczyć konkretne choroby, stymuluje układ trawienny, detoksykację. W jednej pozycji masuje się wątrobę, w innej dotyka receptorów głowy, jeszcze inna stymuluje pracę nerek. Iyengar, który nie tylko sam był schorowany, ale i miał chorą na nerki córkę, podkreślał terapeutyczną moc jogi. W Indiach mniej się łyka pigułek, więcej leczy dietą i właśnie asanami. Nie sądzę, by jakiś inny sport tak bezpośrednio działał na wewnętrzne organy.

To praca bardziej z energią czy z ciałem? Z jednym i z drugim. Kiedyś w Indiach jogę praktykowało się głównie ze względów zdrowotnych, a także by przygotować ciało do medytacji – tak by można było potem posiedzieć sobie w pozycji lotosu kilka godzin bez bólu. W pewnym okresie życia Hindusi przestawali uprawiać asany, czyli hatha jogę, i bardziej koncentrowali się na przykład na karma jodze, czyli podejmowali działania na rzecz innych – to w ich mniemaniu też jest joga. Na Zachodzie trochę inaczej ją traktujemy. Skupiliśmy się na fizycznym aspekcie, choć niektórzy też chętnie praktykują karma jogę czy bakhti jogę (śpiewanie mantr i oddawanie czci bóstwom) oraz żyją według wskazówek moralnych, które są zawarte w starych pismach jogicznych.

A czy joga jest rzeczywiście dla każdego? Moim zdaniem – tak. Może nie w każdym momencie życia, nie każdy jej rodzaj i nie z każdym nauczycielem. Ale zachęcam wszystkich, którzy jeszcze nie spróbowali, by nie sugerowali się żadnymi opowieściami i nie czytali zbyt dużo w Internecie czy książkach, tylko po prostu poszli na zajęcia i sami się przekonali, czy to dla nich, czy nie. Zobaczyli, jak się czują w trakcie zajęć i po nich. Ja na przykład dzięki porannej jodze mam lepszą koncentrację, niż gdy nie ćwiczyłam. Inni czują większy przypływ energii albo wyraźną poprawę zdrowia. Tego nie wyczytamy w książkach, to trzeba przetestować na sobie. A jeśli coś nam nie podpasuje, zastanowić się, czy na pewno chcemy zrezygnować, czy podjąć wyzwanie i dać sobie i jodze czas, by zadziałała.

Jakie korzyści może nam przynieść joga? Na pewno lepszą koncentrację, lepszy oddech i kontrolę nad umysłem. Dzięki jodze łatwiej nam zatrzymać umysł, gdy zaczyna wkręcać się w spiralę negatywnych myśli. Nabieramy dystansu do siebie i świata. A na poziomie fizycznym – ćwiczymy także równowagę, elastyczność i siłę. Joga obdarza też niesamowitą świadomością ciała, od czubka głowy po palce u nóg, co przydaje się podczas innych aktywności. Jest też bardzo pomocna w obecnych czasach, kiedy całe dnie spędzamy przy biurkach. Dzięki jodze na sygnał potrafimy zmobilizować mięśnie, ale też na sygnał potrafimy je odprężyć. Ułatwia to m.in. zasypianie. Na zajęciach jogi wykonuje się też trudne albo zaskakujące asany – jak na przykład stanie na głowie czy balanse na rękach. A świat do góry nogami naprawdę wygląda inaczej. Nie mówiąc już o tym, że wchodzenie w pozycje, które są dla nas wyzwaniem, zwyczajnie dodaje pewności siebie na zasadzie: „Halo, potrafię założyć sobie nogę na głowę, to nie dam sobie rady z trudnym klientem?!”.

Ludzie, którzy chodzą na jogę, wielu kojarzą się z oryginałami, co ubierają się w organiczną bawełnę i lepią garnki z gliny. Można uprawiać jogę bez tej filozofii? Zacznę od końca – każdy może wziąć sobie z jogi to, co chce. Sama uczę dziewczyny, które umawiają się po moich zajęciach do McDonalda i przychodzą na zajęcia na kacu po szalonej imprezie. Ale jak się wchodzi głębiej, zaczyna czytać teksty joginów – a większość ich nie jadło mięsa, nie piło alkoholu i w ogóle nie stosowało używek, w dodatku chodziło boso i tylko w przepasce na biodrach – można zacząć sobie stawiać pytania. Czy na pewno potrzebny ci jest kolejny T-shirt? Czy etyczne jest jedzenie mięsa z przemysłowej produkcji? Oczywiście można popaść w tym w przesadę. Znam miłośników jogi, którzy są bezglutenowymi weganami i nie latają samolotem, bo to najbardziej nieekologiczny rodzaj transportu – i dobrze, pod warunkiem że robią to dla dobra świata, a nie po to, by pokazać sobie i innym, że są jakimś lepszym gatunkiem człowieka, bo każdy ma swoją ścieżkę.

Na co działa konkretna joga? Każdy rodzaj jogi wzmacnia oraz uelastycznia ciało, pozwalając złapać z nim lepszy kontakt. Każdy pobudza też metabolizm, obniża poziom cukru we krwi, wzmacnia serce i dobrze działa na kręgosłup. A poza tym: Bikram Joga, Hot Joga, Hot Vinyasa (i inne odmiany jogi trenowane w wysokiej temperaturze i przy dużej wilgotności) sprawiają, że się pocimy, więc działają jak sauna. Gdy w pomieszczeniu jest 40 stopni, mięśnie są bardziej rozgrzane, więc wchodzimy głębiej w pewne pozycje. Vinyasa Flow, Ashtanga, Power Joga, czyli dynamiczne odmiany jogi, wyzwalają dużą dawkę endorfin, sprawiają, że się pocimy i spalamy więcej kalorii niż podczas trenowania innych rodzajów jogi. Poza tym energetyzują, więc bardziej się nadają na poranną praktykę niż na wieczorną. Joga wg Iyengara pozwala dopracować szczegóły i dobrać praktykę do konkretnych dolegliwości fizycznych, pomaga więc na przykład przy bolesnych miesiączkach, „leniwych” jelitach czy depresji. Może być energetyzująca lub wyciszająca – zależnie od rodzaju asan. Joga Hormonalna to właściwie terapia, nie joga. Nie powinno się jej ćwiczyć bez powodu, a tym powodem mogą być menopauza albo zaburzenia układu hormonalnego na przykład w chorobie Hashimoto. Air Joga, Aerial Flow Joga – trenuje się je na specjalnej chuście-hamaku podwieszonej do sufitu. Są polecane szczególnie przy problemach z kręgosłupem i stawami, bo wisząc, nie obciążamy ich tak bardzo jak ćwicząc na stojąco. No i ponieważ wszystko dzieje się w powietrzu, robimy nowe, niezwykłe pozycje, co daje dużo radości i pewności siebie. Acro Joga, Partner Joga, czyli joga w parach, trójkach albo grupach. Uczy współpracy, empatii i równowagi, a przy okazji bardzo wzmacnia – druga osoba jest przecież jak sztanga z obciążeniem.

Agnieszka Gortatowicz nauczycielka jogi, dziennikarka, tłumaczka, redaktorka. 

Artykuł archiwalny. 

  1. Zdrowie

Naturalne nie znaczy łatwe

Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację. (Fot. iStock)
Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację. (Fot. iStock)
Dzisiaj nikt nie kwestionuje naukowych argumentów przekonujących, że najlepszym pokarmem dla dziecka jest mleko matki. Nadal jednak pokutuje na ten temat wiele mitów i przekłamań.

W różnego rodzaju badaniach, między innymi przeprowadzonym przez Kantar w 2015 roku wynika, że ponad 90 procent kobiet w ciąży deklaruje chęć karmienia piersią. Przyszłe mamy na ogół doskonale znają zalecenia Światowej Organizacji zdrowia (WHO) i Amerykańskiej Akademii Pediatrii, które mówią: karmimy wyłącznie piersią przez pierwsze 6 miesięcy życia dziecka, potem kontynuujemy ten sposób odżywiania tak długo, jak możemy i chcemy. Od 6. miesiąca życia wprowadzamy też inne pokarmy, ale mleko matki (bądź modyfikowane) jest podstawą żywienia do 12. miesiąca życia. Po tym okresie  karmienie mlekiem matki jest zalecane ze względów innych niż tylko żywieniowe - zawiera wiele elementów potrzebnych dla zdrowia i rozwoju dziecka, wspiera jego odporność, rozwój mózgu, zapewnia bliskość, poczucie bezpieczeństwa i komfort, zmniejsza ryzyko SIDS, otyłości i wystąpienia cukrzycy typu 2. Przy czym, jak zauważa Aneta Korcz, doradczyni karmienia noworodków, pielęgniarka w Royal Berkshire Hospital w Reading, karmienie ma także korzyści zdrowotne dla mam: wspomaga zwijanie macicy do jej wielkości sprzed ciąży, może zmniejszyć krwawienie, obniża ryzyko wystąpienia osteoporozy, raka jajnika - im dłużej karmimy piersią, tym mniejsze ryzyko.

Większość przyszłych matek ma tego świadomość. Zamierzają karmić piersią także dlatego, że to wydaje im się po prostu wygodne. Dlaczego zatem nie wszystkie z tych, które deklarują chęć karmienia piersią, potem to robią?

Fabryka mleka

Marta Moeglich - promotorka karmienia piersią i doula, współtwórczyni przestrzeni wsparcia dla mam „Babki z piersiami” - widzi dwa obszary przyczyn, o które jej zdaniem trzeba zadbać. Pierwszy to edukacja na temat laktacji.

- Bardzo często kobiety, które mają rodzić, nie wiedzą jak działa laktacja. Przy czym chcę wyraźnie zaznaczyć, że to nie ich wina, tylko braku edukacji na ten temat na lekcjach biologii, przez lekarzy prowadzących kobietę w ciąży. Wiele kobiet ma w głowie wizję, że wystarczy przystawić dziecko do piersi i od razu poleją się hektolitry białego płynu. A tak nie jest. Białe mleko pojawia się dopiero po kilku dniach, na początku jest siara. Też bardzo wartościowa! Nawet jeżeli więc kobieta w ogóle nie zamierza karmić piersią, to warto podać dziecku siarę, bo to działa jak pierwsza szczepionka. Można ją zebrać jeszcze przed porodem.

Ekspertki od karmienia zgodnie podkreślają, że niewiedza na temat laktacji to jedna z głównych przyczyn problemów z karmieniem piersią. Część matek po prostu nie ma świadomości, że tuż po porodzie mleko może się nie pojawić (a pojawia się siara, w drobnych kropelkach) i że to jest normalne. Mama, która tego nie wie, myśli: nie mam mleka, więc podam mieszankę. A jak podaje mieszankę to nie rozkręca laktacji. A jak nie rozkręca laktacji, to mleko rzeczywiście się nie pojawia. I tak powstaje błędne koło, w które wpada część młodych mam.

Marta Moeglich: - Warto wiedzieć, że mleko powstaje wtedy, gdy dziecko jest przystawiane do piersi na żądanie albo gdy laktacja rozkręcana jest laktatorem (choć ten zawsze będzie działał gorzej niż dziecko, bo jest maszyną, do której nic nie czujemy i nie produkuje śliny). Wtedy przysadka mózgowa dostaje informację o zapotrzebowaniu na mleko, przekazuje ją do piersi, które to mleko produkują. Nie ma tak, że dziecka się nie przystawia albo nie pobudza się piersi laktatorem, a mleko się pojawia. Tak, niestety, nie będzie.

Promotorki karmienia walczą z nadal dość powszechnymi praktykami podawania sztucznych mieszanek w szpitalach. Z rozpędu, bo tak jest wygodnie. Efekt takich praktyk jest niestety taki, że dziecko najedzone mieszanką, niechętnie ssie pierś. A niestymulowana pierś nie produkuje mleka. Promotorki porównują ten proces do produkcji w fabryce. Jeśli fabryka dostanie małe zamówienie, produkuje mniej, jeśli duże – więcej.

- Kiedy pojawia się problem i matka nie może karmić, bo tak też się zdarza, to zamiast butelki warto próbować podawać mleko matki na małym palcu, łyżeczką albo kubeczkiem – podpowiada Marta Moeglich. - Te sposoby mniej zaburzają odruch ssania niż butelka, która powinna być podawana w ostateczności. Przy czym warto zaznaczyć, że są sytuacje, kiedy butelka się sprawdza, na przykład w przypadku słabego odruchu ssania.

Lekarze zwracają uwagę, że niemowlę może nie chcieć ssać z wielu przyczyn, innych na każdym etapie karmienia. Na przykład z powodu nieprawidłowej techniki podawania piersi, bólu wywołanego pleśniawkami, ząbkowaniem, dlatego, że mleko wypływa za szybko lub nie wypływa w ogóle. Przeszkadzać może maluchowi nawet silny zapach perfum mamy. Może odmawiać ssania także z powodów medycznych, na przykład dlatego, że jest ospałe pod wpływem leków podanych w czasie porodu.

Cenna pomoc 

Marta Moeglich zwraca uwagę na inny powód niechęci do ssania – za krótkie wędzidełko (czyli błonka pod językiem). - Doświadczona certyfikowana doradczyni laktacyjna potrafi ocenić wędzidełko. Niestety, czasami jednak upływa dużo czasu zanim zostanie postawiona prawidłowa diagnoza. I teraz wyobraźmy sobie, że noworodek z za krótkim wędzidełkiem dostaje mieszankę. To nie rozwiązuje ani obecnego problemu ze ssaniem, ani przyszłego z mówieniem, bo wędzidełko wpływa na pracę języka. Podcięcie wędzidełka nie rozwiąże problemu jeśli technika przystawiania jest nieprawidłowa. Nie każda mama, zwłaszcza po trudnym porodzie, potrafi ocenić swoją sytuację. Dlatego tak ważna jest pomoc ekspertek laktacyjnych, które ocenią problem i doradzą, co z nim dalej robić. Chodzi o zdrowie dziecka, ale także o to, by nie zaburzyć odruchu ssania. Na oddziałach położniczych jest jednak wiele pacjentek, a doradczyni jedna, w dodatku ma określony czas pracy.

Gdy pojawia się problem z karmieniem, w głowach, nie tylko mam, ale także ludzi wokół niej, pojawia się butelka - cudowne rozwiązanie na wszystko: płacz niemowlęcia, spadek na wadze, budzenie się nocy.

- Sztuczna mieszanka została stworzona po to, żeby ratować zdrowie i życie niemowląt. To jedyna jej rola – przypomina Marta Moeglich. – Ale przez działania promocyjne producentów mieszanek, które sięgają lat 70., stała się lekiem na wszystkie problemy z karmieniem. Bywa używana nie zawsze wtedy, gdy trzeba, czyli kiedy jest niezbędna do ratowania życia dziecka. To trochę tak, jakby stosować antybiotyk zanim poda się lżejsze leki, tak na wszelki wypadek.

Promotorka karmienia uważa, że mieszanka powinna być traktowana jak lek i jeśli jest podana w szpitalu - być uwzględniana w karcie medycznej dziecka. Z wyjaśnieniem przyczyn jej zastosowania. Czyli, że na przykład dziecko dostało butelkę dlatego, że spadło na wadze powyżej 10 procent wagi urodzeniowej. Ale nawet wtedy można dokarmiać odciągniętym mlekiem matki (wcześniaki  mlekiem z Banku Mleka - dopóki mama nie rozkręci laktacji), a dopiero potem mieszanką. Ta nie powinna być pierwszym wyborem, ale najczęściej niestety jest.

Ważna umiejętność

Promotorki karmienia obalają kolejny mit, jakoby dziecko karmione mieszanką lepiej spało, natomiast karmione piersią częściej się budziło: - Budzenie się noworodków w nocy jest fizjologiczną normą – mówi Marta Moeglich. - Zdarzają się oczywiście noworodki przesypiające całą noc, ale rzadko, większość budzi się kilkakrotnie i to normalne. Mama myśli, że skoro się budzi, a dziecko karmione mieszanką – jak słyszała – przesypia całą noc, to może powinna dokarmiać. To błąd. Bo mleko modyfikowane jest cięższe, dziecko czuje się po nim trochę tak, jak dorośli po zjedzeniu porcji kaczki z kluskami i kapustą. Czyli sennie, ospale. Natomiast mleko matki jest jak lekkostrawna sałatka, która nie obciąża.

Aneta Korcz: - To noworodek, który nie budzi się na karmienia powinien zwrócić naszą uwagę. Dziecko po urodzeniu nie ma uregulowanego trybu snu, nie rozpoznaje dnia i nocy jak dorosły, zatem u noworodków ważne są karmienia na żądanie, ale nie rzadziej niż 7-8 razy na dobę. Głód na ogół nie jest przyczyną budzenia się w nocy dziecka w wieku poniemowlecym, natomiast  noworodki i niemowlęta budzą się głównie dlatego, że są głodne. O wszystkich niepokojach warto porozmawiać ze specjalistą.

Nie do końca da się obronić kolejny sąd, że wiele kobiet nie ma pokarmu. Może to być spowodowane na przykład działaniem niektórych leków albo schorzeń, jak zespołu policystycznych jajnikow, bądź niedorozwojem tkanki gruczołowej. Ale to bardzo rzadka przyczyna, ma ją co najwyżej 4 procent kobiet w wieku rozrodczym.

Aneta Korcz: - Jeśli piersi są odpowiednio stymulowane to pokarm zazwyczaj się pojawia. A to, że nie ma go w pierwszej dobie po porodzie (lub dłużej jeśli nie ma stymulacji) jest dość częste i fizjologiczne. Mało mówi się o możliwości stymulacji piersi i odciąganiu siary przed porodem, a  to bardzo wartościowa umiejętność. Można, powiedzieć, że dzięki temu, zaczynamy rozkręcać laktację, aby po przyjściu na świat dziecko miało łatwiej. W dodatku, jeżeli mamie uda się zebrać nawet kilka mililitrów do strzykawki, a z przyczyn medycznych nie będzie mogła być z dzieckiem, to ten pokarm zostanie mu podany. Często kobieta po porodzie, jeśli jest rozdzielona z dzieckiem, w ramach wsparcia dostaje laktator. A w pierwszych dwóch dobach laktator zazwyczaj nie ma sensu. Ważna jest regularna, imitująca karmienia, stymulacja własną ręką, zbieranie kropelek. Żaden laktator nie zbierze tyle mleka co dziecko. Jest to szczególnie istotne, u mam wcześniaków, które, jeśli są rozdzielone z dzieckiem, poddają się nie widząc efektów używania laktatora w pierwszych dobach.

Doradczynie laktacyjne powtarzają do znudzenia: żeby matki karmiły piersią, trzeba kłaść większy nacisk na edukację na temat tego, jak przebiega laktacja, jak ją stymulować, jak ważne jest kangurowanie, kontakt skóra do skóry. W tym obszarze w dalszym ciągu jest wiele do zrobienia. Także w szpitalach.

- Wiele z nich ma status Szpitala Przyjaznego Dziecku, co bardzo mnie cieszy, ale nie wszędzie ten tytuł jest w pełni rozumiany, a wartości tej inicjatywy –przestrzegane – uważa Aneta Korcz.

Szpital powinien móc umożliwić mamie karmienie dziecka nie tylko wtedy, gdy znajduje się ona na oddziale położniczym, ale i na innych, oczywiście gdy jej stan zdrowia na to pozwala. Powinna mieć możliwość częstego przychodzenia do dziecka na oddział noworodkowy, mieć dostęp do laktatora jeśli sama trafia na oddział. Wiedzę, o której mówimy, powinny posiadać, a przynajmniej mieć spisane odnośniki i stosować je w praktyce, wszystkie osoby sprawujące profesjonalna opiekę nad matka i dzieckiem, ale czasami wystarczy po prostu ludzka troska.

Marta Moeglich: - Drugim obszarem, który powinien być lepiej zaopiekowany, nawet nie wiem, czy nie ważniejszym od edukacji, jest siatka wsparcia dla kobiet. Mam na myśli wsparcie zarówno pod kątem karmienia, jak i w ogóle wchodzenia w macierzyństwo, które potrafi, oj potrafi, dać kobiecie po głowie.

Aneta Korcz: - To wsparcie profesjonalne niestety nie jest w Polsce powszechne i dostępne dla każdej kobiety. Jest niejednolite i nieukierunkowane podmiotowo. Żeby to zmienić, potrzebne są zmiany systemowe, nie wystarczy jedno szkolenie, jednego czy dwóch członków zespołu na cały szpital. Ta wiedza musi być uaktualniana i podawana  dalej, regularnie przez wszystkich opiekujących się kobieta i dzieckiem, w szpitalu, w przychodni, w szkole rodzenia.

Więcej luzu

Chodzi o to, żeby mamy mogły liczyć na pomoc promotorek karmienia, certyfikowanych doradczyń, położnych, pielęgniarek, douli. Ale także bliskich osób, które przyniosą obiad, powiedzą: odpuść sobie wszystko, siadaj w fotelu, tul dziecko, rozkręcaj laktację. Jeśli tego oczywiście chcesz i potrzebujesz.

Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację.

- Podczas karmienia wydzielana jest oksytocyna, hormon szczęścia, związany z przyjemnością – wyjaśnia Marta Moeglich. - Natomiast gdy się napinamy i stresujemy, to zamiast oksytocyny wydziela się kortyzol, hormon stresu.

Więc danie sobie trochę luzu jest bardzo ważne. Mogą w tym pomóc inne kobiety, partner, profesjonalne doradczynie. A często kobiety nie mają wsparcia ani przestrzeni, żeby zaopiekować się sobą. Poddawane są za to presji zarówno w sprawie karmienia, jak i zaprzestania.

No właśnie, kiedy przestać karmić? Aneta Korcz: - Uniwersalna odpowiedź na to pytanie mogłaby być taka: mama kończy karmić wtedy, kiedy ona lub dziecko podejmują taką decyzję. Nie ma dobrego i złego momentu. A może inaczej: każda decyzja w tej sprawie podjęta przez mamę, jest dobra, ale wiąże się z pewnym procesem i niesie za sobą określone konsekwencje. Czasem dziecko samo rezygnuje z piersi i mówimy wtedy o samoodstawieniu. A zalecenia medyczne do zaprzestania karmienia piersią? Na przykład zakażenie mamy przez wirusa HIV, zapalenie wątroby typu B, C, czy inne schorzenia związane z ryzykiem zakażenia dziecka. Ale to bardzo rzadkie sytuacje. Na pewno warto zwrócić uwagę na samopoczucie i emocje towarzyszące karmieniu. Jeśli staje się ono niekomfortowe pod względem psychicznym to jest to wystarczający argument, by zakończyć karmienie.

Aneta Korcz wyjaśnia, że inaczej wygląda odstawianie dziecka w pierwszym roku życia. Wtedy trzeba zadbać o podanie mu mleka modyfikowanego, tzw. jedynki, czyli mleka początkowego (takiego mleka nie wolno reklamować, jak mlek następnych). Niemowlęciu 7-8- miesięcznemu można podać mleko niekoniecznie w butelce, ale na przykład z kubeczka. Taki sposób wart jest rozważenia, ponieważ zdejmuje potem problem odstawiania od butelki.

- Decyzja należy jednak do rodziców – mówi Aneta Korcz. – Jako doradcy chcemy wspierać te decyzje, które rodzice sami podejmują.

Jak wyhamować

Ekspertki od karmienia zauważają, że z odstawieniem dziecka od piersi jest bardzo podobnie jak ze startem do karmienia. Wokół tych dwóch spraw nabudowano mnóstwo mitów, które narzucają mamom, co powinny robić, a czego nie, wbrew ich pragnieniom. Ta presja działa w dwie strony – zarówno, gdy sugeruje im się karmić dłużej niż by chciały, jak i krócej, na przykład do roku. Słyszą tak czasem od lekarza ortopedy, teściowej lub pani w żłobku. Chce pani posłać półtoraroczne dziecko do żłobka? To musi pani odstawić je od piersi – autorytatywnie wypowiada się wychowawczyni w żłobku. Bo jeżeli nie, to będzie mu trudniej znieść rozłąkę.

- A to nie jest prawdą – mówi Marta Moeglich. - Wręcz przeciwnie, pierś pomaga ukoić dziecięce emocje, które w tym trudnym momencie się pojawiają, bo pójście do żłobka to duża zmiana w życiu małego człowieka. Inna sprawa jest taka, że pierś w społecznym postrzeganiu służy głównie do seksu. Może dlatego karmienie powyżej roku jest źle widziane. Natomiast w świecie laktacyjnym długie karmienie zaczyna się dopiero powyżej dwóch lat. Dla każdej mamy oznacza to jednak co innego. Dla jednej długo to 8 miesięcy, dla innej rok, dla innej trzy lata. Jeśli chce skończyć przed rokiem, to ją w tym wspieramy. Tak samo jak wesprzemy mamę, która chce karmić trzy lata. Ale jeżeli za pół roku zmieni zdanie, to też ok.

Jak podkreślają ekspertki, kończenie karmienia nie jest zerojedynkowe – wszystko albo nic. To nie odbywa się tak, że dzisiaj karmimy kilka razy dziennie, a jutro całkowicie odstawiamy. Można karmienie zredukować do pór, kiedy dziecko zasypia. Albo do karmienia tylko nocą. Można utulać karmieniem po powrocie ze żłobka. Każda mama robi tak, jak uważa i nikomu nic do tego.

Aneta Korcz przyznaje, że odstawienie od piersi kilkulatka może być trudne. To proces zarówno biologiczny, jak i emocjonalny. Wymaga z jednej strony wyhamowania laktacji, a z drugiej – podjęcia wewnętrznej decyzji bez poczucia winy. Zanim podejmiemy decyzję o sposobach na zaprzestanie karmienia warto zadać sobie pytanie dlaczego chcemy przestać karmić. Motywacja może być inna jeśli rozważamy to w pierwszych tygodniach po porodzie, a inna po roku, dwóch czy trzech latach.

To, że wiele kobiet deklaruje chęć karmienia piersią, a rezygnuje z niego po paru tygodniach najczęściej spowodowane jest bólem, obawą o zdrowie dziecka, a te często wynikają z braku realnego wsparcia otoczenia i personelu medycznego. Instruktaż prawidłowego przystawienia noworodka, pozycja ciała, odchylenie główki, ocena wędzidełka, ocena dolegliwości ze strony mamy powinny odbyć się kilkukrotnie w pierwszych tygodniach. Wszystkie te czynniki wpływają na to, czy dziecko najada się, czy prawidłowo przybiera na masie, czy karmienie jest dla mamy komfortowe. Czasami mamy, kończą karmienie przed zajściem w kolejna ciążę. Z biologicznego punktu widzenia nie muszą tego robić, jeśli nie ma wskazań medycznych, a jeśli  chcą, to jest wystarczający powód.

Aneta Korcza: - Na pewno warto próbować kończyć karmienie jak najmniej agresywnie. To znaczy stopniowo, rozkładając ten proces w czasie. Bywa, że mama jest zmuszona sytuacją, żeby przestać karmić jak najszybciej. Wtedy zdarza się, że przepisywane są leki, inhibitory prolaktyny, które szybko hamują laktację, ale z kolei skutki uboczne mogą być bardzo dokuczliwe. Takie rozwiązanie jest wskazane w pewnych sytuacjach, ale na pewno nie powinno się po nie sięgać rutynowo. Kończenie karmienia to długi proces, może trwać kilka tygodni, a nierzadko kilka miesięcy. Karmienie kilkulatka odbywa się często raz dziennie lub co parę dni. Ale chcę uspokoić – samoodstawienie nastąpi na pewno zanim dziecko pójdzie do szkoły.

Nie tylko w głowie

Aneta Korcz wylicza sposoby wspierające proces odstawiania. Po pierwsze: to sukcesywna redukcja karmień (produkcja mleka będzie się zmniejszać na zasadzie popytu i podaży). Po drugie: zaangażowanie innych, w tym partnera, w kontakt z dzieckiem, kiedy prosi ono o pierś (może pomóc wyjście mamy na spacer). Po trzecie: przeniesienie uwagi dziecka na coś innego co ono lubi, na przykład zabawę, czytanie. Po czwarte: zaproponowanie alternatywy: wody, mleka z kubka, czegoś do zjedzenia. Jeśli jesteśmy w trakcie procesu odstawiania, a jednak zdecydujemy się na podanie piersi, to warto wcześniej zaproponować coś do picia. Po piąte - zapewnienie, że malec zawsze może się przytulić. Po szóste - odciągnięcie karmienia w czasie (po kąpieli, po śniadaniu, po przedszkolu). Albo wymyślenie nowego rytuału w zamian za jedno karmienie. Warto być konsekwentnym i nie proponować piersi, kiedy dziecko nie wspomina, tak na pocieszenie, ale też nie mówić bezwzględnie „nie”, kiedy prosi. Raczej warto unikać rozpoczęcia odstawiania wtedy, gdy w życiu dziecka zachodzą duże zmiany, na przykład idzie do przedszkola. Trzeba liczyć się z przejściowymi, możliwymi konsekwencjami odstawienia dla mamy, to jest z obniżeniem nastroju, przepełnieniem piersi, zapaleniem gruczołu (najczęściej przy nagłym odstawieniu) i wiedzieć, jak im zaradzić. Dobrze jest ograniczyć produkty wzmagające laktację (słód jęczmienny) oraz mieć kontakt do lekarza lub specjalisty laktacyjnego.

Tu i ówdzie słyszy się obawy, że długie karmienie piersią zagraża autonomii malca.

- Jest wręcz przeciwnie – odpowiada Aneta Korcz. – Mówią o tym zarówno badania, jak i moje doświadczenie. Obserwuję mianowicie, że karmienie piersią umacnia poczucie bezpieczeństwa dziecka, a to z kolei buduje jego poczucie własnej wartości, a więc także autonomię.  Na poczucie bezpieczeństwa i wspieranie autonomii wpływa wszystko co robimy: pozwalanie na samodzielność w innych sferach, rozumienie  tego, co dziecko sygnalizuje, okazywanie bliskości w innych sytuacjach niż karmienie piersią. Jeżeli akt karmienia piersią jest jedynym momentem, kiedy dziecko jest z mamą blisko to odstawienie może być trudniejsze, bo dziecko będzie zabiegać właśnie o tę bliskość.

Marta Moeglich: - Mówi się, że karmienie siedzi w głowie. My, promotorki karmienia, nie lubimy tego określenia. Bo kobiety się obwiniają, jeśli coś potem pójdzie nie tak. Myślą: z tą moją głową chyba nie jest w porządku, skoro zawaliłam, widocznie za mało się staram, za mało chcę. Głowa jest oczywiście ważna, ale czasem nie przeskoczymy tego, co ktoś nam wcześniej rozwalił. Bardzo często dużo złego dzieje się w szpitalach. Jeśli mama nie dostała tam wsparcia od specjalistów i nie rozkręciła laktacji, to czasem trudno jej to naprawić. No chyba że wykaże się dużym samozaparciem, zainwestuje w doradczynie laktacyjne, bo to też kosztuje, choć to wciąż będą mniejsze pieniądze niż cena karmienia mieszanką.

Promotorki karmienia podkreślają: karmienie piersią jest naturalne, ale nie znaczy, że łatwe. Matka i dziecko mają wszystko, co do karmienia niezbędne od strony fizjologicznej. Ale karmienia trzeba się najzwyczajniej w świecie nauczyć. A do tego potrzeba edukacji i wsparcia.

  1. Styl Życia

Siła spokoju - joga na odbudowanie wewnętrznej równowagi

Joga i medytacja oddziałuje na pracę mózgu i wpływa na poprawę zdrowia i samopoczucia. (Fot. iStock)
Joga i medytacja oddziałuje na pracę mózgu i wpływa na poprawę zdrowia i samopoczucia. (Fot. iStock)
Gdy jesteśmy niespokojni i brakuje nam cierpliwości, aby zrozumieć to, co dzieje się wewnątrz i wokół nas, trudniej nam podejmować decyzje i dogadać się z innymi. Dlatego tak ważne jest odbudowanie wewnętrznej równowagi. 

Według filozofii jogi istnieje pięć podstawowych zasad, które pomogą nam zatroszczyć się o ciało i umysł tak, aby osiągnąć wewnętrzną równowagę.

Pierwszą zasadą jest prawidłowe odżywianie, czyli lekka dieta, która dostarcza niezbędnych składników odżywczych.

Druga zasada to odpoczynek pozwalający na zregenerowanie się całego organizmu i utrzymanie silnego systemu nerwowego.

Trzecia – ćwiczenia fizyczne. Dzięki nim utrzymujemy w dobrym stanie mięśnie, krążenie krwi i dostarczamy ciału energii. Gdy zestroimy ruch z oddechem oraz skoncentrujemy na nich całą uwagę, możemy doświadczyć jedności ciała i umysłu, a tym samym – spokoju, który jest naszą wewnętrzną siłą.

Czwartą zasadą jest używanie oddechu jako narzędzia, które pozwala zmieniać stan umysłu i emocji: uspokaja, ułatwia koncentrację, a nawet regenerację całego organizmu.

Ostatnia, piąta zasada to medytacja. Naukowcy od wielu lat prowadzą badania korzyści płynących z jej praktykowania. Ich wyniki potwierdzają to, czego jogini uczą od tysięcy lat: medytacja oddziałuje na pracę mózgu i wpływa na poprawę zdrowia i samopoczucia.

Wprowadzenie tych pięciu zasad w codzienne życie może wydać się trudne. Róbmy to więc stopniowo, zaczynając od świadomego wybierania tego, co i kiedy jemy, jak odpoczywamy, jak oddychamy. Ciało i umysł zaczną szybko wynagradzać nasze wybory. Po czym to poznamy? Odzyskamy spokój, który przejawiać się będzie nie tylko opanowaniem i wyciszeniem, ale też większą radością życia, głębszą świadomością własnej mądrości, intuicji i kreatywności.

Ćwiczenie

Podczas wykonywania ćwiczenia cały czas oddychamy głęboko i spokojnie przez nos, świadomie wydłużając każdy wdech i wydech. Stoimy w lekkim rozkroku, stopy są ustawione równolegle do siebie. Wyciągamy ramiona przed siebie na wysokości barków, łokcie są wyprostowane, ramiona równoległe do podłogi, wnętrze dłoni kierujemy do dołu. Powoli podnosimy ramiona, nie zginając łokci. Głowa jest lekko przechylona do tyłu, biodra lekko wysunięte do przodu. Pozostajemy w tej pozycji od 30 sekund do 2 minut. Płynnym ruchem robimy skłon do przodu, nie zginając łokci.

Zatrzymujemy się w momencie, gdy dłonie dotkną podłogi. Pozostajemy w tej pozycji od 30 sekund do 2 minut, pamiętając o oddechu. Następnie prostujemy powoli kręgosłup, ramiona są cały czas wyprostowane przed nami. Dochodzimy do pozycji wyjściowej i pozostajemy w niej ok. 30 sekund.

To proste ćwiczenie zmniejsza intensywność emocji wywołanych zmianami hormonalnymi przed miesiączką i menopauzą, więc każda kobieta powinna włączyć je do regularnej praktyki jogi.