1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Za co kochasz swoje miasto?

Za co kochasz swoje miasto?

HRS/Miasto Roku 2017
HRS/Miasto Roku 2017
Mieszkamy w danym miejscu, bo jest nam w nim dobrze, znamy większość ulic, restauracji czy parków. Czy jednak zastanawiamy się, za co dokładnie cenimy miejsce, w którym żyjemy? Rusza druga edycja plebiscytu „Kocham To Miasto – Miasto Roku 2017”, dzięki któremu mieszkańcy mogą zaprezentować i docenić walory swoich miast

O miłości do miast nie mówi się często. Mieszkamy w danym miejscu, bo jest nam w nim dobrze, znamy większość ulic, restauracji czy parków. Czy jednak zastanawiamy się, za co dokładnie cenimy miejsce, w którym żyjemy? W zeszłym roku w plebiscycie „Kocham To Miasto – Miasto Roku 2016” wspieranym przez HRS Polacy zdradzili, za co kochają swoje miasta. Oto najczęściej wymieniane powody:

1. Historyczne zabytki, niecodzienna architektura i zdumiewająca przyroda

Polacy kochają swoje miasta, bo znają je najlepiej. Poznali historię swojego regionu, a nawet byli świadkami jej tworzenia. Doceniają wartości architektoniczne, tereny zielone i wiedzą o prawdziwych perełkach regionu, których nie znają przyjezdni czy turyści.

2.Ciągły rozwój i zmiany, których mieszkańcy są świadkami

Polacy przyznali, że lubią widzieć, jak ich miasto rośnie i poszerza swoją ofertę kulturalną, ekonomiczną i turystyczną. Miasta odpowiadają na potrzeby swoich mieszkańców – tworzą inicjatywy społeczne, dysponują budżetami na rozwój dzielnic itd.

3.Poczucie wspólnoty i ludzie, których poznali w danym miejscu

Miasto to przede wszystkim ludzie, którzy je tworzą. Poczucie przynależności jest priorytetowym składnikiem miłości do miejsca, w którym się mieszka. Dla Polaków fakt, że w danym regionie poznali swojego przyszłego partnera, przyjaciół i inne ważne dla siebie osoby, jest wystarczającym argumentem, aby ciepło myśleć o tym miejscu.

4.Wspomnienia, przez które zawsze wracają do swojego miasta

Mieszkanie w jednym miejscu od urodzenia lub spędzenie w nim kilku lat sprawia, że przywiązujemy się emocjonalnie do związanych z nim wspomnień. Głęboka więź z miastem buduje się z czasem – wzmacniają ją ważne wydarzenia w życiu, pierwsze sukcesy, małe niepowodzenia czy ludzie, z którymi przeżyło się w tym miejscu wyjątkowe chwile.

5.Atmosferę i znajomość miasta, które mogą nazwać domem

Każde miasto ma swój klimat i styl życia, zgodnie z którym funkcjonują jego mieszkańcy. Dopasowujemy się do tej atmosfery i nierozerwalnie kojarzymy ją z domem. Polacy potwierdzają, że panująca w danym miejscu atmosfera jest jednym z głównych czynników, dla których decydują się zamieszkać w danym mieście.

A ty, za co kochasz swoje miasto? Rusza druga edycja plebiscytu „Kocham To Miasto – Miasto Roku 2017”, dzięki któremu mieszkańcy mogą zaprezentować i docenić walory swoich miast. W plebiscycie bierze udział 26 polskich miast o wielkości od 90 000 do 190 000 mieszkańców. Weź udział w konkursie i powiedz, za co kochasz swoje miasto. Szczegóły konkursu dostępne są na stronie

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło poleca

Fenomen 63 dni. Powstanie Warszawskie

Szczyt heroizmu i bohaterstwa czy tragedia i wierzchołek głupoty? Dowód na bezprzykładne umiłowanie wolności czy błąd i zbrodnia na własnym narodzie? Dyskusja o tym, czym było Powstanie Warszawskie, zaczęła się już w jego trakcie. A jej napięcie właśnie sięga zenitu.

31 sierpnia, dokładnie w połowie trwania Powstania Warszawskiego, było już wiadomo, że polskiemu dowództwu nie uda się połączyć walczącej Starówki ze Śródmieściem. Atak na Niemców, mimo że skoordynowany z obu stron, nie powiódł się. Część oddziałów, te najbardziej elitarne, bo składające się z ubranych w niemieckie panterki żołnierzy Kedywu czy Zośki, postanowiła zatem przebijać się inaczej. Nie jak pozostałe formacje kanałami, ale górą, przez Ogród Saski. W praktyce oznaczało to przejście przez pozycje niemieckie z karabinami przewieszonymi przez ramię. Fortel ten uznawany jest dziś za najsprytniejszą akcję powstania. Za logistyczny majstersztyk i dowód na brawurową odwagę żołnierzy AK. Uczestnikiem tej akcji był Stanisław Likiernik pseudonim „Staszek”.

Gdy razem z Emilem Maratem (współautorem wywiadu rzeki z tym żołnierzem Kedywu pt. „Made in Poland”) mówimy mu, że akcja uchodzi za legendarną, że mówi się o niej jak o dowodzie na genialną umiejętność improwizacji w warunkach bojowych, wzrusza tylko ramionami. – Genialna? Była beznadziejna, ale tylko to mogliśmy zrobić – mówi poruszony.

Dziś – przyznali to i inni powstańcy – wiadomo, że aby akcja się udała, trzeba było uciszyć jednego z żołnierzy Kedywu. Na słynnym zdjęciu, zrobionym 2 sierpnia 1944 r., reprodukowanym w wielu opracowaniach Powstania Warszawskiego, stoi on w pierwszym szeregu z chojracko przewieszonym karabinem. Cztery tygodnie później został ciężko ranny i głośno wył z bólu. Nie dałby rady iść. Koledzy musieli go dobić. Zrobili to. – To też waszym zdaniem jest „genialne”? – pyta pan Stanisław.

Utracona szansa Stalina

Powstanie Warszawskie to fenomen. Zgodni co do tego są zwolennicy jego wybuchu, jak i zdeklarowani przeciwnicy. Gdy streszczamy panu Stanisławowi dyskusję publicystyczną, jaka toczy się na ten temat w Polsce i na emigracji od lat, wzrusza ramionami. To mitologizowanie warszawskiego zrywu, rocznicowe celebry, a zwłaszcza zapatrzenie młodych ludzi w powstańcze biografie wywołuje w nim lekką irytację. A już z równowagi wyprowadza go coraz bardziej prężny ruch rekonstruktorów historycznych. Co roku w rocznicę walk hobbyści ci odgrywają sceny ataków i odwrotów na stołecznych ulicach.

– Kiedyś miałem prelekcję dla młodych ludzi w szkole i połowa z nich była poprzebierana w panterki. Organizator nawet mnie zapytał: „Czy to panu nie przeszkadza?”. „Przeszkadza – odpowiedziałem – ale niech tam. Niech sobie noszą”. Primo: to nie jest ten sam kolor, to nie wygląda tak jak tamte panterki. Secundo: kochani, jaki to przebieranie ma sens? Jak mam się przebrać, to wolę od razu za Napoleona, a nie za jakiegoś pętaka z Kedywu takiego jak ja.

Ten „pętak z Kedywu” ma na koncie kilkanaście akcji w podziemiu. Brał udział w likwidacji postrachu Warszawy Karla Schmalza „Panienki”. Władysław Bartoszewski uznał tę akcję za najlepiej przeprowadzoną przez AK w stolicy. W powstaniu przeszedł cały szlak bojowy z Kedywem, a potem Zośką, był wiele razy ranny. W trakcie wspomnianego przechodzenia przez Ogród Saski szedł, krzywiąc się z bólu, bo miał przestrzelone pośladki. – Siadałem „półgębkiem” – kpi z tej rany. Zgadza się jednak, że powstanie to fenomen. Z wielu powodów, przede wszystkim historycznych. W dziejach całej drugiej wojny światowej żadna podziemna armia żadnego z okupowanych krajów nie wpłynęła tak totalnie na rozwój wypadków. Przyznał to nawet marszałek Wasyl Czujkow. Po upadku ZSRR napisał: „Gdyby nie Powstanie Warszawskie, wojnę można było zakończyć pół roku wcześniej, nie w maju 1945 r., ale do grudnia 1944, gdyby nie decyzja Stalina wstrzymująca 1. Front Białoruski w sierpniu 1944 […]. Mogliśmy dojść dalej na zachód, nie do Berlina i nad Łabę, ale aż do Renu”. Te wypowiedziane dopiero w latach 90. słowa potwierdzali również emerytowani dowódcy powstania. Idąc tym tokiem rozumowania, można powiedzieć, że Europa zawdzięcza „szalonym” Polakom to, że Armia Czerwona nie zajęła całych Niemiec i nie przesunęła żelaznej kurtyny bardziej na Zachód. W słowach Czujkowa pobrzmiewa żal za startą z powierzchni ziemi Warszawą i żal czerwonoarmisty. „Mogliśmy mieć więcej!” – mówił marszałek, żałując że Stalin skupił się na upokorzeniu Polski, a nie na podboju Europy.

Golgota i Reduta Ordona

Czy powstanie to jednak fenomen militarny? Pan Stanisław ma co do tego wiele wątpliwości, twierdzi, że tak naprawdę strzelać w powstaniu potrafiło kilkuset profesjonalistów, reszta to były – jego zdaniem – dzieciaki. Tymczasem wśród historyków panuje przekonanie, że pod nosem okupanta do walki przygotowało się prawie 37 tysięcy zaprzysiężonych żołnierzy. Wprawdzie tylko co 25. był uzbrojony w broń ręczną, zaś amunicji starczyło im na dwa, trzy dni, ale po wybuchu walk przyłączyli się do nich cywile. Czyli o tym, że czysto wojskowa akcja stała się insurekcją narodową, zdecydowali bezbronni warszawiacy. „Dopiero kiedy ludność cywilna stanęła do walki, zaczęto tę walkę nazywać Powstaniem Warszawskim” – wspominał w 1973 r. faktyczny dowódca powstania gen. Tadeusz Pełczyński w słynnym wywiadzie z francuskim dziennikarzem Jeanem-François Steinerem. „To leży w psychice polskiej, że o wyzwolenie, o niepodległość naród chce sam walczyć” – mówił. A zatem fenomenem było to, że pół miliona ludzi stanęło do otwartej walki na bardzo małym terenie, zdobywając broń w zasadzie na wrogu.

„Tymi, którzy wystawiają najwyższą ocenę powstaniu, uważając, że była to akcja na najwyższym poziomie, są Niemcy” – mówił były powstaniec Władysław Bartoszewski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w 2002 r.: „[…] książki niemieckich sztabowców to pieśń ku czci Polaków. Dla nich powstanie to był niepojęty fenomen. 63 dni! Stłumiła je dopiero specjalnie sprowadzona do Warszawy po ośmiu tygodniach elitarna 19. Dywizja Pancerna Wehrmachtu, bo tysiące policjantów, esesmanów, oddziały międzynarodowe nie były w stanie powstania stłumić. Palono dom po domu, wyrzynano mieszkańców, a powstanie trwało”. Ten ostatni tragiczny czynnik również buduje niezwykłość tego zrywu. Ogółem w ciągu 63 dni zginęło ok. 180 tys. ludzi. Niektóre kraje zaangażowane w wojnę nie straciły tylu obywateli w ciągu sześciu lat.

Właśnie ta gigantyczna skala ofiar, ten ogrom zniszczenia: zburzone miasto, zniszczone muzea, kolekcje, wypalone do cna bezcenne księgozbiory, zrównane z ziemią – budowane przez pokolenia – warszawskie domy i pałace budzą chyba największe emocje. To dziś też największa trudność w zrozumieniu fenomenu powstania. Tadeusz Sobolewski zwrócił uwagę na poczucie uczestniczenia w święcie nawet przez uwięzionych w piwnicach cywili. Bo powstanie miało aurę karnawału. Ludzie byli – przynajmniej na początku – w narkotycznej euforii. Czuli się jak główni bohaterowie polskiej historii. „Frajda przeżycia” – jak pisał Białoszewski – to bycie razem, na kupie, w centrum „dziania się” dało warszawiakom pewność, że uczestniczą w najważniejszym momencie dziejowym. To poczucie działa zresztą do dziś. Warszawa w tym kontekście to i Golgota, i Termopile, i święty szaniec, i jedna wielka reduta Ordona w walce ze wszystkimi. I mimo że powstanie zakończyło się klęską – jest drugim, tym razem szalonym i obłędnym, cudem nad Wisłą. Dlaczego? Z tego można się dziś śmiać i wiele osób śmieje się gorzkim śmiechem coraz głośniej, ale powstanie w głębi serc milionów Polaków uratowało coś dla pokoleń najcenniejszego. Lapidarnie ujęła to w powstańczych wspomnieniach Barbara Wyrzykowska, rocznik 1925. Na pytanie, co zyskało jej pokolenie na powstaniu, odpowiedziała: „Honor to rzecz bezcenna”.

Konserwy i koniak

Jeden z najodważniejszych powstańców Jan Więckowski pseudonim „Drogosław”, szef kompanii w batalionie „Zośka”, wyznał w jednym z wywiadów: „[…]w tym skondensowanym idealizmie, jakim było powstanie, wszystko, co materialne, zostało odłożone na bok. Byliśmy odurzeni idealizmem”. I być może właśnie to „odurzenie idealizmem” to klucz do zrozumienia, czym było powstanie dla samych jego uczestników. W bardzo wielu wspomnieniach przebija świadomość, że dni walki były latami świetlnymi w rozwoju emocjonalnym młodziutkich żołnierzy AK. To była inicjacja i przyspieszony kurs dojrzałości. Młodzi ludzie nagle wyszli spod kurateli rodziców i musieli decydować o życiu i śmierci, o losie swoim i tysięcy cywili, o losie miasta w końcu i – w ich poczuciu – o losie „świętej polskiej sprawy”. Jak się to przekładało na emocje? Skutkiem była między innymi eksplozja uczuć.

Halina Degórska „Iga”, łączniczka pułku „Broda 53”, w rozmowie z historykiem Januszem Zawodnym wyznała: „Kiedy byłam ranna, to mojemu dowódcy zebrało się na miłość. Odmówiłam mu – on później zginął, a ja miałam wyrzuty sumienia! Inny chłopiec też zaczął mówić do mnie namiętnie, że mnie chce. Ja byłam ranna. Jakoś nie mogłam tych spraw pogodzić. Mężczyznom było łatwiej emocjonalnie […]”.

Potwierdza to Jerzy Janczewski „Glinka”: „Pod presją walki wybuchła intensywność uczuć. Istniało pewne rozluźnienie norm. Znałem 18-letnią sanitariuszkę, która uważała mnie za bohatera. Alkoholu nie piliśmy, ale jak w nocy znaleźliśmy puste mieszkanie, to się kochaliśmy, oddając się sobie bez opamiętania”. Każdy zresztą pamięta swoje powstanie inaczej. Intensywność uczuć? Tak. Abstynencja? Skąd! Kazimierz Tuleja „Góral”, lekarz z batalionu „Chrobry II”, wspomina moment, gdy na Starówce żołnierze znaleźli skład butelek z alkoholem. Dowódca kazał je potłuc i wylać do rynsztoka. „Kilku chłopców położyło się na ulicy i piło rozlany płyn”. Zresztą o rozluźnieniu norm związanych z piciem wspomina wielu powstańców, pisze o tym historyk Janusz Marszalec w książce o porządku publicznym w powstaniu. Dowództwo widziało problem, alkoholu było sporo, więc okazji do picia i upijania się nie brakowało. Powstaniec i pisarz Jan Kurdwanowski przyznawał zresztą, że większe spożycie nie wynikało tylko z chęci i wolnej woli. W powstaniu po prostu panował głód. Może nie na początku, ale im bliżej kapitulacji, tym większe były kłopoty ze zdobyciem czegokolwiek do jedzenia i picia. „Z kulinarnego punktu widzenia podzieliłbym powstanie na następujące okresy – pisał. – Okres wolski – grochówka i papierosy, okres wczesnostaromiejski – konserwy i koniak [...]”.

Powstańcze wspomnienia to również obraz pękania obyczajowych barier. Bliskość związana z ciągłym przebywaniem obok siebie, ramię w ramię, przy jednoczesnym stałym zagrożeniu śmiercią i kalectwem powodowała przyspieszone emocjonalne dojrzewanie.

Irena Turkowska „Danka”, sanitariuszka, zwróciła na przykład uwagę, że do powstania szła przede wszystkim patriotyczna młodzież z dobrych domów. „Jeden z chłopców prał na kwaterze swoją osobistą bieliznę. Weszłam do pokoju w towarzystwie pchor. »Słonia« – chłopak był tak zażenowany, że przepraszał mnie, całując w rękę – i w zakłopotaniu pocałował w rękę także »Słonia«!”.

Łączniczka Jadwiga Gac wspominała, że oprócz opatrywania rannych brała także udział w wyprawach zaopatrzeniowych po jęczmień z browarów Haberbusch i Schiele na Grzybowskiej. „Nie miałam spodni i martwiłam się w czasie tych przepraw nie o to, że mogę być zabita, ale o to, czy przy przeskakiwaniu przez mur chłopcy nie zobaczą moich majtek”. Po kilku tygodniach frontowego życia razem młodzi zmieniali się nie do poznania. Dobrze to ilustruje wspomnienie łączniczki Bohdany Marii Domańskiej pseudonim „Czarna”. Ewakuując się ze swoim oddziałem z Żoliborza, zdecydowała się wejść do kanałów w samej bieliźnie. Po dramatycznych próbach ominięcia niemieckich pozycji, gdy dowódca zdecydował jednak, że oddział wyjdzie w okolicach Dworca Gdańskiego wprost pod lufy karabinów, ta uprosiła go, że wyjdzie pierwsza. „Dlaczego? – wspominała. – Bo kobieta. To będzie zupełnie co innego, jak pierwsza wyjdzie kobieta”. I wyszła ku zdumieniu Niemców w samym biustonoszu i majtkach!

W powstaniu według oficjalnych statystyk zawarto 256 małżeństw. Dziś trudno to sprawdzić, ale zapewne większość z nich została zawarta spontanicznie. Maria Huber i Kazimierz Piechotka, legendarna skądinąd para, pobrali się 30 sierpnia w kościele Dzieciątka Jezus przy ul. Moniuszki po wyjściu Kazimierza z kanałów. Pani Maria wspominała to bez cienia ironii: „Pojawił się na Bartoszewicza w mundurze esesmańskim, znaczy w panterce. Powiedział : »Słuchaj, to jest jedyny moment, żebyśmy się pobrali, bo ja mam wreszcie całe spodnie«”.

Pretekst, by wykończyć

Jest taka znana anegdota dotycząca spotkania wspomnianego już generała Pełczyńskiego ze znanym pisarzem Stefanem Kisielewskim. Do ich zabawnej rozmowy doszło w 1957 r. w Londynie. „Spotkaliśmy się, a że on był z »dwójki« – oficer wywiadu – to zaczął mnie wywiadowczo traktować” – relacjonował potem Kisiel.
Pełczyński pyta: Czy pan służył w wojsku? Mówię: Służyłem. Pełczyński: A w którym pułku? Mówię: W takim a takim. Pełczyński: A kto to jest Jerzy Turowicz? Mówię: Redaktor »Tygodnika Powszechnego«. Pełczyński: Czy on służył w wojsku? Mówię: O ile wiem, to nie. Pełczyński: A dlaczego nie? Mówię: Nie wiem, dlaczego nie służył. Pełczyński: A Stanisław Stomma służył w wojsku? W końcu mnie to zdenerwowało i mówię: Panie generale, teraz ja chcę panu zadać pytanie. Pełczyński: Proszę bardzo. Więc ja mówię: Fortepian. Smoking. Biblioteka po ojcu. Pełczyński: Co? Mówię: Przepadły mi w Powstaniu Warszawskim 1944 roku i chcę wiedzieć dlaczego. Tadeusz Pełczyński wściekł się, wyzywał mnie od demagogów. Rozstaliśmy się niedobrze. Był to porządny człowiek, ale ewidentnie Warszawę zburzył.
Powyższa rozmowa nie tyle pokazuje kłopot z dogadaniem się wojskowego z cywilem, ile głównie obrazuje trudności interpretacyjne powstania. Widać to również dziś. Powstanie to jeden z niewielu polskich tematów, które rozpalają emocje między przedstawicielami tego samego pokolenia, ale również między pokoleniami.

To, co dla jednych stanowiło szczyt patriotyzmu, dla drugich było odmętami głupoty. To również fenomen chyba na skalę światową. Mało jest w dziejach ostatniej wojny tak zażartych sporów o sensowność inicjowania walk w mieście i trwania w oporze za cenę życia setek tysięcy ludzi. Dyskusja o sensowność wojny w Warszawie zaczęła się… zanim wybuchły walki.

Stanisław Likiernik wspomina, że w przeddzień wybuchu powstania usiadł na dachu kamienicy ze swoim przyjacielem Romanem Bratnym. Rozmawiali o powodzeniu akcji. Bratny wyśmiał entuzjazm „Staszka”: „Ruscy nawołują do walki z Niemcami – miał mu powiedzieć – a kiedy już zaczniemy, zatrzymają się i pozwolą Niemcom nas wykończyć”. Miał rację, jak się okazało. I dlatego pan Stanisław jest dziś wielkim przeciwnikiem powstania. Ale na przeciwległej szali jego krytycznego zdania umieścić można tak samo uprawniony, choć inny sąd.

Matka Antoniego Szczęsnego Godlewskiego, legendarnego Antka Rozpylacza, tak wiele lat po wojnie wspominała pogrzeb syna: „Koledzy nieśli go na ramionach, szłam obok, ludzie płakali, a ja nie potrafiłam. Nie płakałam, bo ja w sercu czułam dumę… Tak, byłam dumna z mojego syna”. Obok dumy z powstania istnieje również świadomość fatalnej klęski i wyboru samobójstwa jako opcji politycznej.

Sowieckie świństwo

Co ciekawe, świadomość fatalnej sytuacji, w jakiej się znaleźli, mieli również dowódcy powstania, uczestnicy słynnych narad na najwyższym szczeblu AK tuż przed ogłoszeniem godziny W w lipcu 1944 r. „Niemcy nas zmiażdżą” – uczciwie przyznał wtedy gen. Pełczyński pytany, co się stanie, jeśli Sowieci wstrzymają swoje natarcie na Warszawę na początku sierpnia. Znając przebieg tych rozmów, a także ich ostateczne konsekwencje, gen. Władysław Anders w znanej rozmowie z Januszem Zawodnym eksplodował: „Jestem na kolanach przed powstaniem, ale to było nieszczęście”. Gdzie indziej dodał nawet, że dowódcy powstania za swoją lekkomyślność powinni trafić pod sąd. Z kolei Adam Ciołkosz, członek Rady Narodowej w Londynie, uważał, że decyzja o wybuchu powstania była „naturalna i poprawna”. „Kosztowało strasznie dużo, setki tysięcy poległych, zrównanie z ziemią całej Warszawy, ale to było konieczne” – powiedział Zawodnemu. Podobnie premier Stanisław Mikołajczyk. Choć w wielu wywiadach odżegnywał się od odpowiedzialności za rozpoczęcie walk, przyznał, że „powstanie było nie do uniknięcia”. Chyba najdobitniej wytłumaczył to we wspomnianej rozmowie gen. Pełczyński. Po klęsce powstania przyznał, że ono osiągnęło swój cel. Ten cel to było światło, które trzeba było zapalić przy wejściu do czarnego tunelu, jakim była komunistyczna okupacja. „Dramatem Polski jest, że Polacy muszą umierać, żeby Polska mogła żyć” – mówił i w zasadzie zgadzał się z nim cały polski emigracyjny Londyn.

Zgadzał się, ponieważ generał zrzucił odpowiedzialność za zniszczenie Warszawy jako centrum polskości na Sowietów. „Stalin był policjantem, a nie politykiem, i miał zamiar zniszczyć AK” – powiedział Steinerowi. I dodał, że powstanie musiało wybuchnąć, bo „[…]gdyby Rosjanie zajęli Warszawę i nas wytaszczyli do Irkucka, i głosili, że byliśmy tchórzami, bo nie zaczęliśmy walki – to byłaby dla nas i dla Armii Krajowej klęska sięgająca w historię […]. Sowieci nigdy się nie wyplączą aż do momentu, kiedy padną na kolana i powiedzą: zrobiliśmy Warszawie świństwo”.

A jednak nie wszyscy dziś zgadzają się z dowódcą powstania. Już wcześniej polemizowali z nim publicysta Stanisław Cat-Mackiewicz i historyk Władysław Pobóg-Malinowski. Ich argumenty powtarzane są dziś jak mantra przez przeciwników zrywu. A tych, za sprawą książki „Obłęd ’44” Piotra Zychowicza, jakby przybywa. Ich guru, nieżyjący już prof. Paweł Wieczorkiewicz, krytycznie oceniał w zasadzie każdy aspekt powstania. Przede wszystkim oskarżał dowódców. „[…] kto tak naprawdę dowodził powstaniem. Bór-Komorowski modlił się. Okulicki, jak twierdzą świadkowie, głównie pił, a w polu teoretycznie dowodził Chruściel, który nie miał mocy wykonawczej. Ale Chruściel nie chciał się poddać, chciał do końca walczyć. I przez ten bałagan zginęło ponad sto tysięcy ludzi” – mówił w rozmowie z Rafałem Jabłońskim dla „Rzeczpospolitej”.

Jego zdaniem polityczna głupota, fałszywe ambicje i rachuby, a także mały format dowódców sprawiły, że powstanie należy oceniać jako zbrodnię na własnym narodzie. Zbrodnię przy jednoczesnym osobistym tchórzostwie. „Znana jest historia jednego z dowódców oddziałów, któremu „Monter”, Antoni Chruściel, zarzucił tchórzostwo. Gdy potem przyniesiono go z rozpłatanym brzuchem, spytał: „Kto tu jest tchórzem, panie pułkowniku?”. I to jest pytanie, które trzeba by zadać Chruścielowi, Pełczyńskiemu i Okulickiemu. Nie zginął żaden ze sztabowych oficerów w myśl koncepcji, że walką dowodzi się z tyłów”.

Wieczorkiewicz wytoczył na koniec działo najcięższego kalibru. Powstanie było klęską, wszyscy uczestnicy mieli po niej gigantycznego moralnego kaca i dlatego „sztuką stało się przekucie klęski w legendę. Bo jeśli jest klęska, to jedyną korzyścią, jaką można z niej mieć, staje się legenda”. A obok legendy używane bardzo często jako argument za sensownością powstania – moralne zwycięstwo.

Dziś na młodym pokoleniu takie argumenty nie robią wrażenia. Jest tak jak na spotkaniu w jednym z  warszawskich liceów. Gdy prelegent cytował słynne słowa Stalina, które ten skierował 3 sierpnia 1944 r. do premiera Stanisława Mikołajczyka: „Cóż to jest ta wasza Armia Krajowa? Co to za armia bez artylerii, bez czołgów, bez lotnictwa? Nawet broni ręcznej nie ma dosyć […]” – uczniowie spontanicznie odpowiedzieli i Stalinowi, i prelegentowi, śpiewając hymn Parasola: „[…] choć na »tygrysy« mają visy, bo warszawiaki fajne chłopaki są, tarara!”.

Błogosławię, bo nas zamordujesz

Ten zdumiewający kult powstania dostrzega również dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego Jan Ołdakowski: „Myśmy ten spór o polską pamięć wygrali. Z opowieści o Armii Krajowej i powstaniu wyrosła samoświadomość kolejnego pokolenia, które teraz nie może się od historii oderwać” – powiedział w jednym z wywiadów. Wtórował mu Dariusz Gawin, jego zastępca. On z kolei zwrócił uwagę, że komunistyczne kłamstwa o powstaniu oraz zatajanie prawdy o Katyniu były kłamstwami założycielskimi Polski Ludowej, czymś w rodzaju kamieni węgielnych nowego systemu. Ten fałsz był nie do zniesienia. Umiłowanie wolności u Polaków jest tak samo duże jak umiłowanie prawdy.

Dziś PRL to myślowy skansen. Młode pokolenie powstańców co najmniej szanuje. Władysław Bartoszewski z kolei uważa, że powstanie było punktem odniesienia dla wszystkich powojennych pokoleń. Jego zdaniem „syndrom powstania powstrzymał społeczeństwo od skrajnych form działania w latach zrywów 1956, 1970 i 1980 roku”. Dzięki hekatombie 63 dni Polacy nie byli już tak hojni w rozlewaniu krwi w walce o wolność. Z tego chyba najbardziej cieszy się Stanisław Likiernik.

– Co wy ciągle z tym fenomenem? – wypala w końcu. – Fenomenalne to były jedynie konkretne momenty. I opowiada. Tak samo jak opowiadał Romanowi Bratnemu 60 lat temu. Wtedy jego wspomnienia złożyły się na przeżycia głównego bohatera powieści „Kolumbowie. Rocznik 20”. Pan Stanisław jest prototypem tej postaci, zresztą razem z nieżyjącym już Krzysztofem Sobieszczańskim, który nosił pseudonim „Kolumb”. Czy zatem to, co dziś twierdzi pan Stanisław, jest głosem legendarnego pokolenia Kolumbów?

– To są tylko moje słowa tak jak rana w moim tyłku! – mówi.

2 września 1944 r. Starówka była już opanowana przez nieprzyjaciela. Niemcy kazali wyjść wszystkim pacjentom szpitala Pod Krzywą Latarnią, którzy mogli to zrobić o własnych siłach. Z piwnic wyszło 20 osób, resztę Niemcy podpalili. A potem chcieli rozstrzelać tych, którzy byli już na powierzchni. Gdy niemiecki oficer wyciągnął broń, leżący na noszach ranny żołnierz Kedywu Olgierd Cemerski „Remec” pobłogosławił go znakiem krzyża. Niemca zamurowało. Stanął jak wryty i krzyknął: „Co pan robi!?”.

Stanisław Likiernik opowiada to, co jemu z kolei opowiedział kolega z oddziału: – Remec powiedział: „Jestem księdzem. Wiem, że nas rozstrzelacie, ale was błogosławię i przebaczam z góry...”. Ten genialny podstęp uratował całą grupę. Nawet hitlerowski oficer był pod wrażeniem odwagi i miłosierdzia polskiego kapłana. Ewakuowano ich po tej scenie do szpitala na Woli. I wiecie, co tu jest mądre i głupie, śmieszne i tragiczne? Że Remec ani nie był księdzem, ani nawet nie był wierzący.

Artykuł ukazał się w „Zwierciadle” we wrześniu 2014 roku. Stanisław Bolesław Likiernik (ps. „Staszek”, „Stach”), podpułkownik Wojska Polskiego, żołnierz Armii Krajowej, uczestnik powstania warszawskiego, politolog, zmarł 17 kwietnia 2018 w Wersalu. 

  1. Kultura

Nowa wystawa w Muzeum Polin - "Tu Muranów"

Wystawa w Muzeum Polin -
Wystawa w Muzeum Polin - "Tu Muranów" (materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Od 26 czerwca w Muzeum Polin będzie można oglądać nową wystawę czasową "Tu Muranów", opowiadającą historię tego warszawskiego osiedla i losy jego mieszkańców, a także postaci kojarzonych z dzielnicą – od jego najdawniejszych początków po czasy współczesne, a nawet scenariusze przyszłości.

Wystawa "Tu Muranów" w Muzeum POLIN prezentuje niezwykłą, wielopoziomową historię Warszawy. Pod pozornie znaną warstwą zwiedzający odkryją kolejne wymiary przeszłych, obecnych i przyszłych losów miasta.

Van de Poll, 1934, Niderlandzkie Archiwum Narodowe; Nowa wystawa w Muzeum Polin - 'Tu Muranów' Van de Poll, 1934, Niderlandzkie Archiwum Narodowe; Nowa wystawa w Muzeum Polin - "Tu Muranów"

Najistotniejsze w opowieści o Muranowie, z kuratorskiego punktu widzenia, było ukazanie warstwowości jego dziejów w taki sposób, by w równym stopniu skupić uwagę na każdym z prezentowanych okresów historycznych i losach żyjących wówczas ludzi – mówi kuratorka wystawy Kamila Radecka-Mikulicz. I dodaje: Wystawę adresujemy nie tylko do warszawian, ale także osób interesujących się szerzej historią społeczną miast, architekturą, urbanistyką. Mamy nadzieję, że okaże się interesująca z uwagi na przedstawiane w niej osobiste historie i uniwersalność poruszanych tematów, takich jak przemiany społeczne na przestrzeni lat, utopie urbanistyczne, zadomowienie czy wreszcie lokalność, obywatelski i sąsiedzki aktywizm oraz miejska przyroda.

Pielęgniarki doglądają niemowląt w prowizorycznym oddziale położniczym Szpitala św. Zofii w oblężonej Warszawie, Wrzesień 1939, fot. Julien Bryan Pielęgniarki doglądają niemowląt w prowizorycznym oddziale położniczym Szpitala św. Zofii w oblężonej Warszawie, Wrzesień 1939, fot. Julien Bryan

Na samym początku opowieści widzowie przeniosą się do XVIII wieku, by poznać Wenecjanina tęskniącego za ojczystą wyspą Murano. Kolejnym etapem podróży będzie spacer dawną Dzielnicą Północną, która przed wojną była centrum żydowskiego życia – w czasach, gdy Warszawa była domem największej w Europie Diaspory. Przespacerują się przedwojenną ulicą Nalewki, wówczas tętniącą życiem reprezentacyjną ulicą handlową, nie ustępującą wielkością i różnorodnością sklepów, warsztatów i towarów dzisiejszej Marszałkowskiej w Warszawie, czy Piotrkowskiej w Łodzi.

14) Warszawa, ul. Nalewki, róg Długiej, pocztówka : nakł. J. Ślusarski, POLONA 14) Warszawa, ul. Nalewki, róg Długiej, pocztówka : nakł. J. Ślusarski, POLONA

Poznają dramatyczne losy Żydów, których uwięziono w utworzonym tu warszawskim getcie. Dowiedzą się, jak planiści odbudowujący stolicę z wojennych gruzów zakładali nowe, modernistyczne osiedle, poznają historie słynnych warszawskich windziarek, które przysłużyły się budowie nowoczesnej dzielnicy, zajrzą na podwórka powojennego Muranowa.

5) Brygada kobieca budująca blok mieszkalny. Na dalszym planie widoczna wieża kościoła ewangelicko-reformowanego, 1952 – 1959, fot. Siemaszko Zbyszko NAC 5) Brygada kobieca budująca blok mieszkalny. Na dalszym planie widoczna wieża kościoła ewangelicko-reformowanego, 1952 – 1959, fot. Siemaszko Zbyszko NAC

Uwagę zwiedzających z pewnością przyciągnie dzieło Jadwigi Sawickiej, uznanej twórczyni, której prace znajdują się w narodowych kolekcjach sztuki. Artystka przygotowała przestrzenny kolaż-mural, przypominający o wielowarstwowej, ludzkiej historii tego miejsca. Powstawał on na chwilę przed ponownym otwarciem muzeum, już w przestrzeni wystawy, wskutek nakładania i zdzierania kilku warstw wydruków ze słowem „głosy” w językach jidysz, polskim i angielskim.

Zdzieranie kolejnych warstw to proces odwrotny od naturalnego nawarstwiania się pokładów znaczeń – tłumaczyła artystka. Jest świadomym aktem; jednocześnie wolą poznania, dotarcia do dna/sedna, jak i działaniem formalnym: chęcią stworzenia całościowego obrazu, w którym wszystkie te warstwy byłyby jednocześnie obecne – dodaje Sawicka.

Od połowy lipca zwiedzający będą mogli zobaczyć instalację artysty Artura Żmijewskiego i badaczki pamięci Zagłady Zofii Waślickiej-Żmijewskiej. To dzięki ich projektowi po raz pierwszy wystawę czasową będzie można oglądać także na zewnątrz Muzeum. Tematem fotografii i filmów są obiekty archeologiczne znalezione podczas budowy muzeum, takie jak brytfanka do pieczenia, sztućce, szklanki, okulary, czy zwykły zegarek. Sądziliśmy, że zdjęcia te powinny być stonowaną, ale nacechowaną uczuciowo opowieścią o tych rzeczach. Dla każdego z wybranych przedmiotów znaleźliśmy odpowiadający mu współczesny kontekst. Zardzewiałe nożyce krawieckie położyliśmy wśród niedokończonych ubrań w zakładzie krawieckim i tak sfotografowaliśmy. Naczynia kuchenne trafiły między dzisiejsze garnki, a sztućce na świeże obrusy – mówią Żmijewscy.

Nożyce, Fot. Artur Żmijewski, 2020, Zdjęcia wykonane przez Artura Żmijewskiego w warsztatach i pracowniach. Przedstawiają obiekty archeologiczne - przedmioty codziennego użytku - wydobyte z ziemi podczas budowy Muzeum POLIN. Nożyce, Fot. Artur Żmijewski, 2020, Zdjęcia wykonane przez Artura Żmijewskiego w warsztatach i pracowniach. Przedstawiają obiekty archeologiczne - przedmioty codziennego użytku - wydobyte z ziemi podczas budowy Muzeum POLIN.

Prace fotograficzne artysty będzie można również oglądać w przestrzeni wystawy – wykonane w szczególny sposób współczesne zdjęcia wybranych muranowskich lokalizacji.

Tu Muranów, wystawa czasowa Muzeum POLIN, 26.06.2020 - 22.03.2021

 

  1. Styl Życia

Elektrownia Powiśle - nowa modna miejscówka w Warszawie

Elektrownia Powiśle (materiały prasowe)
Elektrownia Powiśle (materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Świetna lokalizacja, ciekawa rewitalizacja i atrakcyjna oferta - Elektrownia Powiśle ma sporo atutów. Dziś otwarcie części handlowej, kilku barów i restauracji.

Warszawskie Powiśle od pewnego czasu tętni życiem. Teraz pojawia się tu kolejna atrakcja. Elektrownia Powiśle, która dziś otwiera swoje podwoje, to miejsce, które z pewnością przyciągnie nie tylko warszawiaków, ale również turystów, odwiedzających pobliskie Centrum Nauki Kopernik, Muzeum nad Wisłą, czy spacerujących bulwarami wzdłuż Wisły.

Nowe marki w starej kotłowni

Nie jest to ani typowe centrum handlowe, ani kompleks sieciowych restauracji, które można spotkać w galeriach handlowych. W odrestaurowanych budynkach starej elektrowni, w których zachowano m.in. metalową konstrukcję pod dachem z silosami, do których wsypywano węgiel, kominy czy szyb windy, którą transportowano w przeszłości węgiel, docelowo będzie działać blisko 60 sklepów, 30 restauracji (w tym należący do Kuby Wojewódzkiego "Niewinni Czarodzieje") i barów. Na piętrze, zapewne od czerwca, będzie otwarta strefa beauty.

Wystrój wnętrza Elektrowni Powiśle współgra z charakterem miejsca (materiały prasowe Wystrój wnętrza Elektrowni Powiśle współgra z charakterem miejsca (materiały prasowe

W Elektrowni Powiśle nie znajdziemy popularnych sieciówek. Będziemy mogli za to odwiedzać sklepy marek, których do tej pory w Warszawie nie było, między innymi sklepy Urban Outiffiters czy Weekday. Będą też butiki COS, Levi’s, Converse czy Hugo, a także sklepy polskich marek: Warsaw Concept Store, Jestem Slow Concept Store, Chosen By, Confashion, Orska. Pierwszy butik otworzy tu również projektantka Vasina, znana z projektowania dla gwiazd muzyki, takich jak Monika Brodka czy Krzysztof Zalewski. Wielbiciele pięknych zapachów i niszowych kosmetyków będą mogli upajać zmysły w znanej perfumerii Galilu.

Food court, czyli strefa restauracji i barów zajmuje znaczącą powierzchnię Elektrowni Powiśle (materiały prasowe) Food court, czyli strefa restauracji i barów zajmuje znaczącą powierzchnię Elektrowni Powiśle (materiały prasowe)

Elektrownia Powiśle to nie tylko sklepy i restauracje. Na terenie odrestaurowanego kompleksu mieszczą się także trzy biurowce, apartamenty na wynajem, a także 4-gwiazdkowy hotel, którego otwarcie zaplanowano na przyszły rok.

Podświetlane fontanny to kolejna atrakcja tego miejsca (materiały prasowe) Podświetlane fontanny to kolejna atrakcja tego miejsca (materiały prasowe)

 

  1. Styl Życia

Życie w czasie pandemii koronawirusa [FOTOREPORTAŻ]

Życie w Warszawie w czasie pandemii koronawirusa toczy się wolniej (Fot. Marta Rybicka)
Życie w Warszawie w czasie pandemii koronawirusa toczy się wolniej (Fot. Marta Rybicka)
Zobacz galerię 24 Zdjęcia
Nasze życie od kilku tygodni zmieniło się diametralnie. Miasto, które normalnie tętni życiem, opustoszało, a życie toczy się w nim zupełnie innym trybem. Wolniej, ciszej, na odległość.

Zobaczcie niezwykły fotoreportaż Marty Rybickiej, dokumentujący codzienność w Warszawie w czasie trwania epidemii koronawirusa.

Wstałam wcześnie rano. Obejrzałam wiadomości z Hiszpanii i Włoch. To dzieje się tu i teraz. Szybko wybiegam z domu, jak zwykle z aparatem. Do kieszeni wkładam maseczkę i rękawiczki. Ulica. Pusta. A przecież słonecznie i ciepło. Przecież wiosna. Wsiadam do metra, ludzie podejrzliwe patrzą na siebie. Niektórzy w maskach. Pan na końcu wagonu delikatnie chrząknął. Spore poruszenie. Mnie nie wystraszył, ale od jutra będę jednak jeździć wyłącznie samochodem.

Nie trzeba być fotografem, żeby widzieć jak wiele się zmieniło. Nagle nasze przyzwyczajenia nie do końca pasują. Nawet nasz kot nie wie, skąd taki tłok w domu. Każdy próbuje zaadoptować swój świat do rzeczywistości.

Wszystko nagle podlega weryfikacji – nasz styl życia, nasze potrzeby, nasze relacje. W czasie, kiedy powinniśmy być blisko, musimy trzymać dystans – najlepiej dwa metry.

Marta Rybicka, fotografka

  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).