1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Słuchasz mnie? Felieton Tomasza Sobierajskiego

Słuchasz mnie? Felieton Tomasza Sobierajskiego

fot.123rf
fot.123rf
Być może czytasz ten tekst w kolejce po skarpetki dla wujka Zdziśka, który zaskoczył Cię i postanowił skorzystać z zaproszenia na święta. Liczysz na to, że w tym felietonie pomogę Ci w wyborze koloru? OK. Kup czarne, ale to i tak nie ma znaczenia. Bo wujek Zdzisiek nie ma dla Ciebie znaczenia.

Przestaliśmy się obchodzić i słuchać. Nie Ty mnie ani ja Ciebie, bo jeśli czytasz ten felieton, to znaczy, że jeszcze trochę Cię obchodzę. A Ty mnie obchodzisz Czytelniczko/Czytelniku, bo to dla Ciebie i do Ciebie piszę te felietony. Czasem mi się wizualizujesz.

Wyobrażam sobie Twoją pochyloną sylwetkę nad tą kartką papieru. Widzę Cię, jak czytasz mój felieton w pociągu, w tramwaju, w łóżku, u fryzjera. Myślę sobie – z nadzieją – że może zaczynasz lekturę SENSu od moich felietonów. Czasem się na mnie złościsz, czasem się ze mną zgadzasz. Może chcesz napisać do mnie, podzielić się tym, że czujesz to samo i tak samo jak ja, ale w ostatniej chwili rezygnujesz… Myślisz: „Nie warto zawracać mu głowy”. Niesłusznie. Jeśli napiszesz do mnie, co myślisz i jak mój felieton oddziałał na Ciebie, będzie to dla mnie największą nagrodą.

Bo nie piszę tych felietonów dla siebie. Piszę je zawsze dla Ciebie. I bardzo interesuje mnie to, co podczas lektury dzieje się w Twojej głowie, duszy, sercu… Zastanawiasz się, czy to, o czym piszę, działo się naprawdę? Właściwie nie wiesz, dlaczego Cię to interesuje. Może taka jest ludzka natura, a może zupełnie bez powodu. Interesuje i już. Nie chcesz się z tego tłumaczyć. Szanuję to.

Niezależnie od charakteru naszej relacji – ona trwa. Jesteśmy sobą zainteresowani. Ja wsłuchuję się w Ciebie, zastanawiam się, czym podzielić się z Tobą tym razem, o czym Ci opowiedzieć, w jaki sposób. Głowię się nad tym, jak Ci to przekazać, pracuję nad formą i dopieszczam każde słowo. Przekazuję Ci część mnie, po kawałku, zwierzam się i dzielę nierzadko intymnymi spostrzeżeniami. A Ty?

Ty mnie słuchasz, czytając to, o czym piszę. Czasem spoglądasz na moje zdjęcie przy felietonie i dzięki temu jest Ci łatwiej odnaleźć mnie w tej historii. Mam nadzieję, że to, co piszę, pomaga Ci też zrozumieć wiele rzeczy. Może nawet widzisz mnie w sytuacjach, o których piszę. Może mam wtedy na sobie tę samą koszulkę. Rozmawiamy ze sobą. Zależy nam na sobie. Dbamy o siebie, choć się nie znamy. Nie jesteśmy nawet „znajomymi”na fejsie. I o to w tym chodzi.

Ale co potem? Kończysz czytanie, zamykasz SENS, odkładasz na półkę, pożyczasz koleżance. Może myślisz o tym, że nie możesz się doczekać kolejnego numeru, a może zapominasz o mnie na cały miesiąc. Albo na całe życie, jeśli okaże się, że to, o czym Ci opowiadałem, nie było dla Ciebie ważne. Niemniej jesteśmy szczęściarzami, bo wysłuchaliśmy się chociaż przez chwilę. Nie myl tego ze słyszeniem. Słuchanie to sztuka, którą musimy doskonalić i która – zaniedbana – niezwykle mocno stępia się w ciągu całego życia.

Najlepszymi słuchaczami, zupełnie naturalnie, są dzieci. Kiedy dorastamy, wydaje nam się, że nie musimy już nikogo słuchać. Po co?! Przecież wszystko wiemy. W dorosłości tak mocno walczymy o czas i atencję innych, że każdą chwilę uwagi poświęcamy na mówienie o sobie. Nie słuchamy. Mówimy, mówimy, mówimy. O sobie, o sobie, o sobie. Wszystko jest o nas. Nie ma w tym drugiego człowieka.

Dajemy takie prezenty, jakie sami chcielibyśmy dostać, mówimy innym to, co sami chcielibyśmy usłyszeć. Ani razu nie myśląc o tym, jak czuje się druga osoba. Wymuszamy na innych komplementy, nie dając ich w zamian. Spotykamy się z przyjaciółmi tylko po to, żeby się dowartościować i obejrzeć w nich jak w niemym lustrze. A przecież przyjaciele, znajomi coś do nas mówią. Nie słuchamy.

Zbyt dużo szumu jest w naszych głowach, żeby wprowadzać do nich inne fale dźwiękowe. Nie interferujemy. Mamy blokadę w naszych uszach i mózgu. Czyjaś historia? Skasuj. Zablokuj. Nałóż ban. Moja historia? Wyślij. Rozwiń. Podkręć.

Dlaczego o tym piszę? Bo chcę sprawić, żebyś odłożyła/odłożył skarpetki dla wujka Zdziśka i zastanowiła się/zastanowił się, co sprawi mu największą radość.

Wiesz już? Wiesz. Zatem jak wujek Zdzisiek przyjedzie do Ciebie, to nie dawaj mu kolejnego materialnego prezentu, którego nie potrzebuje i który nic nie mówi o waszej relacji. Usiądź z nim, przy nim, spójrz mu w oczy i po prostu zapytaj: „Wujku, dawno nie rozmawialiśmy, powiedz mi, co czułeś, gdy zmarła ciocia”.

Ścisnęło Cię choć trochę w żołądku? I o to właśnie chodzi.

Takiej bliskości życzę Ci na święta.

PS Joanna ostatnio zapytała mnie: „Jaki prezent chciałbyś dostać najbardziej?”. Odpowiedziałem: „Chciałbym, żeby ktoś poświęcił mi choć trochę czasu, pobył ze mną tak naprawdę, porozmawiał, wysłuchał. Ale nie oczekuję już tego, bo wiem, że większości ludzi nie stać na takie prezenty”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Święta i rodzina. Co zrobić z toksycznymi relacjami? - pytamy Kasię Miller

Bliscy w rodzinie nie zawsze są nam bliscy. Czasem te relacje, zamiast pielęgnacji, wymagają odcięcia. (fot. iStock)
Bliscy w rodzinie nie zawsze są nam bliscy. Czasem te relacje, zamiast pielęgnacji, wymagają odcięcia. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Jaka jest właściwie rola rodziny w naszym życiu? Co zrobić, jeśli przestaje ją odgrywać? A członkowie rodziny – czy można zaliczyć do nich przyjaciół, znajomych i psa? Albo nigdy niewidzianą praprababkę? I czy rodzinne święta to święta najlepsze? O to wszystko psychoterapeutkę Katarzynę Miller pyta Joanna Olekszyk.

Często powtarzasz, że rodzina tak jak jest opoką, tak też bywa siedliskiem toksyn i problemów. Ale czy można i czy warto się całkowicie od niej odciąć?
Całkowite odcięcie jest właściwe wtedy, gdy rodzina jest totalnie toksyczna. Natomiast większość rodzin jest trochę toksyczna, a trochę nie. I wtedy warto poszukać takiego sposobu, żeby jako dorosłe osoby mieć z rodziną sporadyczne kontakty, które będą uprzejme, miłe i eleganckie – i nic więcej. Pokażmy, że pamiętamy, iż dobrze życzymy, pomóżmy, gdy potrzebuje naszej pomocy, ale tylko wtedy, gdy o nią poprosi i za nią podziękuje. Tylko wtedy! Nie dalej jak dziś miałam sesję z kolejną dziewczyną, która, odkąd pamięta, wszystko robiła dla tatusia i mamusi – pilnowała młodszej siostry i tego, żeby tata nie pił, a do tego świetnie się uczyła. Do dziś ciągle czegoś od niej chcą, a ona dalej na nich zasuwa. To jest tak niesprawiedliwe i niedobre, że aż mnie skręca.

Oczywiście jest też wielu rodziców, którzy bardzo się starali, ale niespecjalnie wiedzieli, co i jak trzeba robić – więc zrobili sporo fajnych rzeczy i trochę tych niefajnych. I takim rodzicom trzeba powiedzieć: „Halo, tu mówi wasze dziecko. Jestem w świetnym momencie mojego życia, wspaniale sobie radzę, i to dzięki wam, bo mnie dobrze wychowaliście i nauczyliście. Bądźcie dumni”. Czyli: „Dziękuję, teraz możecie odpocząć”. Po pierwsze, mówmy tak dlatego, by rzeczywiście byli dumni, a po drugie, by już się więcej nie wtranżalali (śmiech). Ale też my jako dzieci przestańmy od nich brać bez przerwy. Bo karygodne jest nie tylko to, jak rodzice się wtrącają do życia dzieci, ale też to, co dorosłe dzieci wyprawiają z rodzicami.

Oj, koniecznie o tym powiedzmy...
Na przykład dzieci ustalają, jak mamusia ma teraz żyć. Bo nie życzą sobie nowego pana u jej boku lub nowej pani u boku taty. „To świństwo, żeby w tym wieku mieć romanse”. A co im do tego? Nic! Albo takie gadanie: „Może byście gdzieś wyjechali, coś zrobili? Nie można tak ciągle w domu siedzieć!”. A może oni nigdzie nie chcą jechać i niczego nie chcą robić. Odczepcie się od nich!

Ale powiem ci też, Kasiu, z własnego doświadczenia, że bardzo miłe jest dla dziecka, kiedy widzi rodziców pochłoniętych jakąś pasją czy codziennymi przyjemnościami.
Mama uczy się włoskiego, a tata chodzi z kolegami na szachy, tak? Spokojni, że dziecko się ustatkowało, zaczynają robić to, co powinni już dawno zacząć. Pewnie, że to jest niesamowicie miłe i urocze. Bo to oznacza, że się miało i ma fajnych rodziców. Gdyby wszyscy takich mieli, świat byłby inny.

Powiedzmy, że do takiej sytuacji dążymy, ale na razie jeszcze trochę nam brakuje. Czyli jesteśmy dorośli, ale rodzice ciągle czegoś od nas oczekują – musimy przyjechać na święta, dzwonić do nich dwa razy w tygodniu, ale też musimy wyjść za mąż, mieć dzieci... Jak zacząć wprowadzać trochę luzu do tej relacji?
Przede wszystkim na spokojnie i ze świadomością, że nie da się uniknąć sytuacji, w której rodzicom będzie przykro lub w której się zezłoszczą. No bo na pewno się zezłoszczą albo zrobi im się przykro, jeśli dziecię im powie: „Mamo, tato, ja już nic nie muszę. Kiedyś musiałam, ale teraz już nie. Kiedy więc będę miała chęć, to do was zadzwonię. I przecież czasem będę miała chęć. Ale jeśli będziesz mi, mamo, mówiła, że muszę, to taką ochotę będę miała rzadziej, i będę rzadziej dzwonić”. Można też dodać: „Wy też do mnie dzwońcie, kiedy macie ochotę. Ja też lubię usłyszeć, że jesteście ciekawi, czy wszystko w porządku i czy się dobrze czuję. A poza tym nie życzę sobie słyszeć, że ty się, mamo, o mnie martwisz. Nie jestem kimś, o kogo trzeba się martwić. Ty we mnie wierz. I proszę mnie tym martwieniem nie straszyć”. Albo: „Będę odkładała słuchawkę, jeśli mi będziesz ciągle powtarzała, że powinnam mieć dziecko, męża, że powinnam schudnąć czy chodzić w tym płaszczyku od ciebie, bo ja nie chcę”. Trzeba zawsze powiedzieć, co drugi człowiek straci, gdy będzie wywierał presję.

Ale żeby takie coś powiedzieć, musimy być już na pewnym poziomie odwagi na swój temat. Przerażone ofiary rodziny raczej się nie buntują, tylko dzwonią i przychodzą. Wściekają się do środka siebie, a potem chorują. Strasznie dużo jest takich dorosłych, a wciąż małych dzieci. Ale też mogę zaświadczyć, że im częściej dziewczyny, które znam, jasno określają swoje granice, tym bardziej rodzice je szanują. Znam też kilka małżeństw, gdzie mąż czasem powie teściowej: „Nie mów tak do niej, bo to jest niemiłe, a jej jest przykro. Ja to widzę, a ty nie widzisz?”. Takie wsparcie też pomaga wyrwać się spod ciasnego uścisku rodzicielki.

Wielu rodziców, by w tym uścisku dzieci utrzymać, powtarza, że tylko na rodzinę można w życiu liczyć.
To jest tekst wielkiego kołtuna polskiego, którego szczerze nie lubię i się z nim nie zadaję. W związku z tym mam przyjaciół i znajomych, na których mogę liczyć. Zawsze było dla mnie jasne, że wybieram bliskich mi ludzi i ludzie, którzy chcą być ze mną blisko, mnie wybierają – i to jest moja rodzina.

Przyjaciele mogą być naszą rodziną?
No pewnie, że tak. Jeśli jest między ludźmi prawdziwa bliskość, to są dla siebie rodziną. Gdy mówimy „bliscy”, to wielu ludzi myśli, że chodzi o krewnych. Ale przecież rodzina pochodzenia często nie jest bliska, tylko najdalsza. Jeśli kogoś nie obchodziłam, tak jak kolejna moja klientka, którą rodzice porzucili, gdy miała 13 lat, i wyjechali – to o jakiej bliskości mowa?! Przecież oni powinni za to pójść do więzienia. Samą ją w domu zostawili, a że jeszcze dobrze się uczyła i nie poszła w żadne bandy uliczne, to nie widzieli problemu. Mamusia raz na miesiąc przyjeżdżała i narzekała, że źle posprzątane i że liczyć na nią nie można! Wyobrażasz sobie?!

Często w SENSie piszemy o rodzinach, które za bardzo chcą uczestniczyć w życiu swoich dzieci, ale trzeba podkreślić, że są i takie, które pamiętają o dzieciach tylko wtedy, kiedy jest im wygodnie.
Kiedy trzeba ich gdzieś zawieźć, coś załatwić, dać pieniądze. Jeśli ktoś ma takich rodziców, to wtedy bliskie relacje przyjacielskie z tymi tzw. obcymi są wręcz podstawą emocjonalnego zadbania o siebie. W przyjacielskim kręgu możemy się pobawić, posiedzieć przy kawie, ale też pomóc sobie, kiedy tego potrzebujemy.

Bo to nie więzy krwi łączą na wieki?
One oczywiście w jakiś sposób łączą, ale trzeba powiedzieć jasno: najwięcej oszustw, wypadków, morderstw, krzywd i kłótni o pieniądze spotyka nas od tych, z którymi jesteśmy spokrewnieni albo z którymi łączą nas więzy małżeńskie. Policjanci i prawnicy znają te statystyki. Rodzinie też trzeba wyznaczać granice, a może nawet przede wszystkim rodzinie. Tylko aby to robić, trzeba wiedzieć, że odtąd–dotąd jest w porządku, ale dalej już nie. A jeśli ktoś się wychował w chaosie, to nie wie.

Ale może się nauczyć wyznaczać granice.
Ależ oczywiście, tylko musi pamiętać, że rodzinie może się to nie spodobać. Niektórzy będą bardziej wredni z tego powodu, inni mniej, niektórzy się poobrażają – ale skoro ktoś się obraża za to, że dbasz o siebie, to co ci po nim?

Terapia systemowa mówi, że jeśli jakiś element systemu się zmienia, to zmienić się muszą wszystkie inne.
Oczywiście, tyle że niekoniecznie wiemy, w którą stronę pójdzie ta zmiana systemu.

Jakie zadanie ma w ogóle do spełnienia system, którym jest rodzina? Ma nam dać poczucie przynależności?
Dobrze funkcjonująca rodzina wyposaża dziecko we wszystko, co mu potrzebne: wiedzę, umiejętności, relacje, określony stosunek do siebie i świata, normy etyczne i społeczne, granice, poczucie wiary w siebie, zadowolenie z życia. Fajna rodzina to jest po prostu świetne życie.

Po drugie, przynależność. Już samo to, że nazywasz się Kowalska, oznacza, że jesteś z tych Kowalskich. To jest człowiekowi niezmiernie potrzebne. Pomyśl o dzieciach, które po wielu latach dowiadują się, że były adoptowane i które mimo czasami nawet cudownych relacji z rodzicami, którzy je wychowali, i tak chcą poznać, skąd są.

Mamy teraz trend poszukiwania swoich przodków – więcej w tym megalomanii czy właśnie potrzeby przynależności?
Ludźmi kierują różne pobudki. Istnieją pewnie tacy, co marzą, by okazało się, że są wcale nie z Kowalskich, tylko z Zamoyskich. Ale generalnie jeśli ludziom czegoś brakuje, to zwykle szukają podstaw, korzeni. Można to robić na zasadzie sztuki dla sztuki, bo takie drzewo genealogiczne to ciekawa przygoda i w sumie ładna rzecz, ale może to być dla kogoś ratunkiem. Bo wprawdzie jego rodzice nie byli najpewniejszą gałęzią, na jakiej można się oprzeć, ale za to pradziadkowie są opoką. Śledztwo genealogiczne jest zawsze szukaniem jakiejś siły poza sobą dla siebie, szukaniem psychicznego wsparcia. Daje poczucie ciągłości. Ale też przekonanie, że my wszyscy jesteśmy dziećmi tych samych ludzi. Bo gdzieś zawsze dokopiemy się wspólnych przodków.

Na życie rodzinne składają się nie tylko najbliżsi krewni. Oddanych, serdecznych przyjaciół możemy również traktować jak rodzinę. (fot. iStock) Na życie rodzinne składają się nie tylko najbliżsi krewni. Oddanych, serdecznych przyjaciół możemy również traktować jak rodzinę. (fot. iStock)

Ale ktoś wychowany w nieszczęśliwej rodzinie ma czasem obawy, czy jemu uda się stworzyć szczęśliwszą. To rzeczywiście ma duże przełożenie?
Ale o co ty mnie właściwie pytasz? O to, czy fakt, jak nas wychowano, ma wpływ na to, jaką rodzinę stworzymy? No pewnie, już dawno wiadomo, że ma – u jednych większy, u innych mniejszy. Są ludzie, którzy wychodzą z cieplarnianych warunków i łatwo im z innymi w życiu, są tacy, co mieli zawsze pod górkę i nadal mają. A są tacy, co się zawzięli i wywalczyli sobie lepsze jutro. Nie ma reguły. Na pewno oprócz tego, co wnosimy na świat z genami i co dostajemy z wychowania, jest coś, co wnosimy sami, co jest tylko nasze, własne. Dla mnie ciekawy jest taki temat: na ile przerosłeś swoją rodzinę? I uważam, że byłoby zdrowo, gdyby rodzice ku temu dążyli, a nie rywalizowali z dziećmi, żeby ich nie „przeskoczyły”. Powinniśmy się cieszyć, że dzieci nas przerastają, ale do tego trzeba mieć klasę.

Mamy jakąś cząstkę odziedziczoną po rodzicach, ale mamy też cząstkę siebie. I o tę cząstkę nowe pokolenie jest lepsze, mądrzejsze. Potem swojemu dziecku dajesz cząstkę swoich rodziców i cząstkę siebie, a to wszystko dołącza do cząstki własnej, jaką ma już twoje dziecko…
I im więcej jej ma, tym lepiej. I tylko żeby ta cząstka nie została zduszona w zarodku. Rodzice powinni serdecznie i z zainteresowaniem przyglądać się swojemu dziecku, rozwijać jego talenty i pokazywać mu świat. Ludzie, którzy się kolegują z innymi ludźmi, właśnie to robią. Ci, którzy się zamykają w swoim domu i kręgu krewnych, zawężają dziecku punkt widzenia.

Bardzo lubię takie rodziny, które uważają za pełnoprawnych członków także przyjaciół, a nawet zwierzęta.
A to już w ogóle jest cudowne! Gdy babcia traktuje przyjaciółkę swojej wnuczki jak swoją wnuczkę. A jak fantastycznie jest, gdy ciebie tak ktoś traktuje! I ile dzieci uczą się od takich przyjaciół rodziny…

Oni też chyba dają im cząstkę siebie?
I to nieraz bardzo dużą. Ja miałam parę takich cudownych postaci, choćby przyjaciółek mamy.

Może więc na te święta zaprosić też przyjaciół?
Zaprosić i nawet z nimi gdzieś wyjechać. Albo pobyć samemu, jeśli lubimy. Bo przepis na święta, który jest przyjmowany przez nas tylko z obowiązku lub z niechęci, to nie są żadne święta. Tylko nieświęta i przymus.

I nawet spędzone w gronie rodziny nie będą rodzinne.
Będą odklepaniem formułki z zaciśniętymi zębami, a czasem z wielką awanturą czy podsrywaniem sobie.

Czyli jak życzymy czytelnikom rodzinnych świąt, to tak naprawdę jakich?
Ale ja im nie życzę rodzinnych świąt (śmiech). Ja im życzę świąt świątecznych. Spędzonych blisko natury, z zachwytem, przeżyciem i z bliskimi – czyli z tymi, których oni czują i traktują jako bliskich. Ale też spędzonych ze sobą.

No bo ty też jesteś swoją rodziną.
Każdy przynależy do siebie. Gdy mnie pytano jako małą dziewczynkę: „A czyja ty jesteś?”, mówiłam: „swoja”. I tak mi już zostało.

Katarzyna Miller psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi mężczyzny”, „Instrukcja obsługi kobiety” i „Chcę być kochana tak jak chcę”.

  1. Psychologia

Sztuka umiejętnego słuchania. Czy to potrafisz?

Podczas nauki uważnego słuchania warto skoncentrować się na świecie swoich odczuć bardziej niż myśli. (Ilustracja: iStock)
Podczas nauki uważnego słuchania warto skoncentrować się na świecie swoich odczuć bardziej niż myśli. (Ilustracja: iStock)
Słowa, słowa, słowa… Ludzie mówią ich do nas tysiące, połowę z nich puszczamy mimo uszu. Zagłębiamy się w swoich myślach, przekonaniach, nastrojach. Sztuka umiejętnego słuchania wymaga cierpliwości, ale jest jedyną drogą do autentycznych relacji.

Ile razy w życiu zdarzyło ci się, że ktoś cię słuchał? Tak naprawdę? Bez przerywania, bez rozpraszania, bez kończenia zdań za ciebie, bez pospieszania? Najczęściej jesteśmy słuchani pozornie i doskonale to czujemy, chociaż nie zawsze jesteśmy tego w pełni świadomi. Wystarczy, że podczas rozmowy twoja przyjaciółka pisze SMS-a, a koleżanka z pracy sprawdza skrzynkę e-mailową, i już wiesz, że twoje zdanie nie jest istotne dla rozmówcy. Umiejętność uważnego słuchania jest podstawą dobrych relacji, zarówno prywatnych, jak i zawodowych.

Budowanie relacji jest zjawiskiem biologicznym i psychologicznym, procesem w znacznie większym stopniu emocjonalnym niż intelektualnym. Dlatego podczas nauki uważnego słuchania warto skoncentrować się na świecie swoich odczuć bardziej niż myśli.

Na czym polega dobry kontakt?

Oznacza całkowitą koncentrację na rozmówcy. Gdy jej brakuje, między pracownikiem a szefem lub między dwojgiem znajomych nie pojawia się zaufanie. A kiedy nie ufamy sobie, nie jesteśmy w stanie wnosić do tej relacji autentyzmu. Nie ma porozumienia, które wynika z prawdziwego słuchania. Kiedy rozmówcy są na siebie uważni, przyjmują podobną postawę ciała: nachylają się do siebie, zbliżają, niemal równocześnie poruszają w podobny sposób. Dlatego podczas rozmowy delikatnie sprawdzaj, czy jesteś dopasowana do drugiej osoby postawą ciała, a także głośnością, szybkością i energią mówienia. Neurobiologia potwierdza, że w czasie autentycznego, dobrego kontaktu aktywują się te same miejsca w mózgu obu osób (neurony lustrzane). Wówczas język ciała samoistnie podąża za odczuciami i wyraża zgodność z tym, co czuje rozmówca.

Oznaki niedopasowania to sytuacje, w których np. jedno z was siedzi rozparte w fotelu, a drugie wyprostowane, ty mówisz głośno, a twój rozmówca szepcze, unikacie kontaktu wzrokowego lub robi to jedno z was, ty mówisz szybko i dużo, a koleżanka niewiele. Gdy zauważysz symptomy niedopasowania, zadaj sobie pytanie, co jest tego przyczyną. Jeśli tracisz uważność, postaraj się skoncentrować na rozmówczyni, nawiązując z nią kontakt wzrokowy. Jeżeli to ona unika słuchania, zapytaj: „Widzę, że czujesz się niekomfortowo. Co się dzieje?”.

Dowody na słuchanie

Jednym z najbardziej konstruktywnych sposobów na danie dowodu, że uważnie słuchaliśmy, jest podsumowanie, czyli krótkie zebranie tego, co ktoś do nas powiedział. Nie chodzi tu jednak o mechaniczne powtórzenie konkretnych słów, ale przytoczenie esencji wypowiedzi przy jednoczesnym braku interpretacji czy wydawania opinii. Podsumować można także wtedy, kiedy wypowiedź rozmówcy trwa już długo lub pogubiliśmy się z powodu dygresji. Jest to elegancki sposób przerwania drugiej osobie. Oto kilka przydatnych zwrotów: „Podsumowując…”, „Jak rozumiem, mówisz, że…”, „Trochę się zgubiłam, czy mogę w tym miejscu podsumować, co powiedziałeś?”. Zawsze kończ pytaniem: „Czy dobrze rozumiem?”. Nawet gdy okaże się, że niezbyt dobrze podążyłaś za wypowiedzią, okażesz zaangażowanie i chęć zrozumienia. To najważniejszy sygnał świadczący o uważnym słuchaniu.

Mając poczucie, że jest ktoś, kto słucha, rozumie i okazuje wsparcie, chętnie budujemy z tą osobą relację. Czujemy się silniejsi i mocą tą chcemy się dzielić.

  1. Psychologia

Wrażliwość w pracy. Czy osoba wrażliwa może zrobić karierę?

Osoby wrażliwe, introwertyczne i nieśmiałe też mogą być dobrymi pracownikami. (Fot. Getty Images)
Osoby wrażliwe, introwertyczne i nieśmiałe też mogą być dobrymi pracownikami. (Fot. Getty Images)
Czy ktoś, kto woli towarzystwo drzew od ludzi, a ciszę od zgiełku rozmów, może zostać cenionym pracownikiem? Czy ktoś, kto bardziej niż logiką kieruje się intuicją, a empatię przedkłada nad rywalizację, może zrobić karierę? Tak! Pod warunkiem że uwierzy w siebie i pokaże się światu.

Dar odczuwania emocji innych ludzi, introwertyzm, nieśmiałość, intuicyjne myślenie, innowacyjna kreatywność – mogą przeszkadzać w miejscu pracy. Zwłaszcza w takim, w którym przede wszystkim liczy się wydajność, dostosowanie do sztywnych reguł i rywalizacja. Inteligencja emocjonalna, którą odznaczają się wrażliwcy, rzadko idzie w parze z bezwzględnością czy umiejętnością przepychania się łokciami. Empatia, paradoksalnie, może utrudniać zawodowe relacje, w których nie zawsze chodzi o autentyczność i głęboką więź. Nieśmiałość staje się problemem, gdy na zebraniu trzeba zabrać głos, przedstawić swoje pomysły. W konsekwencji wrażliwiec czuje się niepewny siebie i ma wrażenie niedostosowania. Bywa, że odczuwa bezsilność i bardzo boi się, że sobie nie poradzi, chociaż drzemią w nim pokłady niecodziennej kreatywności.

To nie słabość

Postrzeganie wrażliwości jako słabości jest powszechnie akceptowanym i najniebezpieczniejszym mitem – twierdzi dr Brene Brown, amerykańska naukowiec i autorka książek na ten temat. Uważa ona, że wrażliwość nie jest ani dobra, ani zła. To rdzeń wszystkich emocji i uczuć. Czuć to znaczy być wrażliwym. Jeśli wierzymy, że wrażliwość jest słabością, to uznajemy, że słabością jest uczucie. A jeśli odcinamy się od naszego życia emocjonalnego ze strachu, że koszt będzie zbyt wysoki, to oddalamy się od tego, co nadaje życiu cel i sens. W sferze zawodowej przejawia się to tym, że nie wychylamy się, siedzimy w kącie, wykonujemy czyjeś polecenia. Żyjemy w wycofaniu, tracąc siły witalne. I w ten sposób szybko stajemy się ofiarą. Współpracowników i własnej frustracji. Bo naturalna nietuzinkowa kreatywność osób wysoce wrażliwych nie może znaleźć ujścia.

Wrażliwcy nie mogą zrealizować swojego potencjału, jeśli w ich firmie:

  • obawa przed ośmieszeniem i lekceważeniem jest wykorzystywana do zarządzania ludźmi bądź ich dyscyplinowania,
  • poczucie własnej wartości powiązane jest z produktywnością,
  • obwinianie i wytykanie palcem stanowią normę,
  • poniżanie jest na porządku dziennym,
  • istnieje ciągłe porównywanie i ustawianie ludzi w rankingu,
  • kreatywność jest tłumiona,
  • ludzie traktowani są bardziej według ograniczonego standardu niż nagradzani według nakładu pracy,
  • istnieje jedna forma talentu wykorzystywana jako miara wartości ogółu,
  • pracownicy obawiają się podejmowania ryzyka i wypróbowywania nowych rozwiązań,
  • łatwiej jest zachować milczenie, niż dzielić się doświadczeniami i pomysłami z innymi,
  • można odnieść wrażenie, że tak naprawdę nikt nikogo nie słucha i nikt na nikogo nie zwraca uwagi.

Potęga odwagi

Odrzucenie wrażliwości często wynika z tego, że kojarzymy ją z negatywnymi emocjami, takimi jak: lęk, wstyd, żal, smutek czy rozczarowanie. To emocje, o których nie chcemy mówić ani tym bardziej ich czuć, nawet wtedy, gdy mają one wielki wpływ na to, jak pracujemy.

Doktor Brene Brown doszła do wniosku, że wrażliwość jest również źródłem emocjonalnych doświadczeń, których pragniemy. Ta prawda zupełnie zmienia spojrzenie na wrażliwość myloną ze słabością. Wrażliwość to miejsce narodzin miłości, poczucia przynależności, radości, wielkiej odwagi i kreatywności. To źródło nadziei, empatii, odpowiedzialności, autentyczności. Przy tym Brene Brown definiuje wrażliwość jako niepewność, ryzyko i narażanie na zranienie własnych emocji. Zatem jeśli chcemy być bardziej odważni, musimy być bardziej wrażliwi. Tym samym wrażliwość wymaga odwagi. Potrzebujemy jej, by się otworzyć, odsłonić ze swoimi pomysłami, pragnieniem bliskiego kontaktu czy otrzymania wsparcia.

Dzielenie się wytworami naszej twórczości może być trudne. Ale odkrycie się jest podstawą życia pełnego zaangażowania. Pierwszym krokiem do niego jest zaprzestanie łączenia poczucia własnej wartości z tym, jak nasza praca odbierana jest przez innych. Inaczej albo będziemy unikać ujawniania najgłębszych pokładów swojej kreatywności i wychodzenia poza przeciętność (z lęku przed zranieniem), albo za każdym razem, kiedy odbiór naszej pracy nie spełni naszych oczekiwań, poczujemy się zdławieni, co przełoży się na z gruntu złe przekonanie o tym, że jesteśmy beznadziejni. W jednym i drugim przypadku ze wstydu zamkniemy się w sobie. No właśnie – wstyd. Brene Brown twierdzi, że odczuwanie wstydu świadczy o wrażliwości. Jest wpisane w jej pakiet. Jednocześnie wstyd jest sekretnym zabójcą innowacji. Za każdym razem, gdy zachowujemy dla siebie jakiś nowy pomysł, nie dostarczamy ważnej informacji czy nie zabieramy głosu w ważnej dla nas sprawie, wstyd odgrywa istotną rolę. Kryje się za nim lęk przed pomyłką, poniżeniem, czuciem się gorszym od innych. Wstyd staje się lękiem. A lęk skutkuje unikaniem ryzyka. Awersja do ryzyka z kolei zabija innowacyjność – i tutaj koło się zamyka. Wniosek: bycie wrażliwym, rozumiane jako wykazywanie się wielką odwagą, wymaga ugruntowanego poczucia własnej wartości.

Od wstydu do empatii

Jak znaleźć w sobie odwagę, by się otworzyć? Przeciwstawić się wstydowi, bo całkowita odporność na wstyd nie jest możliwa. Przeciwstawianie polega na przebyciu drogi od wstydu do empatii. Wstyd nie przetrwa, kiedy podzielimy się swoją historią z kimś, kto wykaże wobec nas zrozumienie. Zaakceptuje, że serce bije ci jak oszalałe, kiedy masz odezwać się w obecności szefa. Zrozumie, że agresywna koleżanka z pracy zabiera ci siły, i udzieli wsparcia na wieść o tym, że w szufladzie trzymasz naprawdę fajne projekty, ale boisz się je ujawnić. Równie istotne jest współczucie wobec siebie. Dlatego warto jest mówić do siebie w taki sposób, w jaki przemawialibyśmy do ukochanej osoby, którą chcielibyśmy pocieszyć w trudnej chwili.

Na przykład: „Wszystko w porządku, jesteś tylko człowiekiem, wszyscy popełniamy błędy”. Gdy w obliczu wstydu potrafimy być łagodni dla siebie, łatwiej będzie nam poprosić o pomoc, nawiązać więź, doświadczyć empatii od kogoś życzliwego.

Gdy czujesz, że wstyd cię paraliżuje, podejmij poniższe kroki:

  • Rozpoznaj fizyczne oznaki świadczące o tym, że znajdujesz się w tunelu wstydu. Pomyśl, co go wywołuje – jakie komunikaty i oczekiwania kierowane do ciebie?
  • Skonfrontuj wyzwalacze wstydu z rzeczywistością. Czy są realistyczne, uchwytne? Czy wiążą się z tym, kim chcesz być, albo z tym, czego inni ludzie potrzebują bądź chcą od ciebie?
  • Wyjdź do ludzi. Czy czujesz siłę, żeby podzielić się swoją historią? Nie doświadczysz empatii, jeśli nie nawiążesz kontaktu z innymi ludźmi, nie opowiesz im o sobie.
  • Mów o swoich uczuciach. Czy informujesz o tym, jak się czujesz, i prosisz o to, czego potrzebujesz? Podziel się swoimi uczuciami z kimś, kto cię akceptuje, nie mimo twojej podatności na zranienie, lecz właśnie z jej powodu.
Przeciwstawiając się w ten sposób trudnym uczuciom, chronimy łączność z samymi sobą i z ludźmi, na których nam zależy. Nasz mózg zaczyna inaczej działać: wygrywa kora przedczołowa odpowiedzialna za myślenie, analizowanie i tworzenie, a nie prymitywna część mózgu z lęku popychająca do walki lub ucieczki. Weźmy odpowiedzialność za historie, które nam się wydarzają z powodu naszej wrażliwości. Przyjmijmy fakty. Dopiero kiedy to się stanie, możemy być narratorami ich zakończenia. Jak powiedział Carl Jung: „Nie jestem tym, co mi się przydarzyło. Jestem tym, kim postanowiłem się stać”.

Zobacz 10 wskazówek jak pielęgnować swoją wrażliwość, nie tylko w pracy

  1. Psychologia

Uważne słuchanie - można się tego nauczyć

Efektywnie i empatycznie możemy słuchać tylko wtedy, kiedy zakładamy, że między nami a rozmówcą jest równość.(Fot. iStock)
Efektywnie i empatycznie możemy słuchać tylko wtedy, kiedy zakładamy, że między nami a rozmówcą jest równość.(Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Bywa, że na pozór słuchamy kogoś, ale wcale nie słyszymy, co do nas mówi. A przecież szczera rozmowa to najlepszy, jeśli nie jedyny sposób, aby więź między nami była silna i wciąż żywa.

Duże uszy

Jeśli zdajesz sobie sprawę, że słuchanie nie jest twoją mocną stroną albo po prostu masz trudności, żeby skoncentrować się na konkretnym rozmówcy, wyobraź sobie, że twoje uszy rosną, rosną i stają się wielkie. Metody NLP dowodzą, że takie wyobrażone ogromne uszy zbierają więcej informacji. Ćwiczenie jest proste, ale skuteczne.

Zamiana ról

Efektywnie i empatycznie możemy słuchać tylko wtedy, kiedy zakładamy, że między nami a rozmówcą jest równość. Jeśli myślisz, że wiesz lepiej, a ktoś stoi od ciebie niżej, koncentrujesz się głównie na tym, żeby udowodnić swoją wyższość. Kiedy z kolei uważasz partnera rozmowy za mentora, słuchasz go bałwochwalczo i nie masz odwagi, by wyrazić własne zdanie. Ćwiczenie polega na tym, żeby usiąść naprzeciw siebie z rozmówcą, patrząc sobie w oczy. Najpierw załóż, że to ty jesteś wielka, a ten ktoś jest nikim. Ważne jest, żebyś poczuła energię takiej rozmowy. Potem zmieniacie role. A na koniec poczujcie, że jesteście sobie absolutnie równi. O takie odczucia podczas rozmowy chodzi.

Uwaga na emocjach

Uważne słuchanie polega głównie na tym, że przestajemy koncentrować się na sobie: na swoich myślach, poglądach, odczuciach. Pomoże ci w tym następujące ćwiczenie: Usiądźcie naprzeciwko siebie. Wyobraźcie sobie, że znajdujecie się na oświetlonej scenie. Niech twój rozmówca zacznie mówić. Dobrze jest wybrać jakiś temat, który jest naprawdę ważny dla niego. Teraz wyobraź sobie, że światła sceny skierowane są na ciebie. On mówi z zaangażowaniem, ale to ty jesteś w centrum zainteresowania. Najważniejsze jest to, co ty czujesz, kiedy słyszysz wypowiadane słowa. Nie koncentrujesz się na jego wypowiedzi, ale na własnych reakcjach. A teraz zmiana. Po trzech, czterech minutach zacznijcie jeszcze raz. Rozmówca niech powie ponownie o czymś, co jest dla niego istotne, ale tym razem twoja postać ginie w mroku. To na niego skierowane są wszystkie światła sceny – to on jest ważny. Słuchasz każdego słowa, odbierasz stany emocjonalne twojego rozmówcy, koncentrując się wyłącznie na nim. Utrzymaj się w tym nastroju, słuchając tak uważnie, jak tylko potrafisz.

Parafraza

Kolejny krok to powtórzenie tego, co usłyszałaś w kilku zdaniach. Pomagaj sobie sformułowaniem: „jeśli dobrze cię zrozumiałam…”, „z tego, co powiedziałeś, wnioskuję…”. Mimo wszystko nie zdziw się, jeśli druga strona nie w pełni zgodzi się z tym, co mówisz.

Joanna Godecka life coach, praktyk integracji Oddechem i Integrującej Obecności, www.joannagodecka.pl

  1. Psychologia

Do czego może przydać się empatia w życiu zawodowym?

Odpowiedniość to kompetencje, które odpowiadają danemu stanowisku pracy. Dopasowanie oznacza, że czyjś sposób zachowania, komunikowania i postawa współgrają z zespołem. (fot. iStock)
Odpowiedniość to kompetencje, które odpowiadają danemu stanowisku pracy. Dopasowanie oznacza, że czyjś sposób zachowania, komunikowania i postawa współgrają z zespołem. (fot. iStock)
Możesz być świetnym ekspertem, obowiązkowym i terminowym pracownikiem, ale jeśli twoja praca wymaga bycia w kontakcie z dużą liczbą ludzi, kluczowa jest umiejętność zarządzania emocjami. Joanna Heidtman, psycholog i socjolog, wyjaśnia, do czego może przydać ci się empatia.

W kręgach menedżerskich popularne jest twierdzenie, że o ile zatrudnia się pracownika z powodu jego kwalifikacji zawodowych, to zwalnia najczęściej z powodu niewystarczających umiejętności społecznych, niezbędnych do pracy w zespołach i grupach osób.

Dziś staje się powszechną praktyką, że na umiejętności społeczne zwraca się uwagę już podczas rekrutacji i procesu zatrudniania. Menedżerowie i osoby zarządzające firmami nauczyli się dobierać ludzi do swoich zespołów nie tylko z powodu ich wysokich kwalifikacji, ale przyglądają się ich zachowaniom, postawom, motywacjom – czyli właśnie tym umiejętnościom społecznym – z co najmniej dwu powodów. Po pierwsze dlatego, że szukają kogoś do określonej pracy i określonego zespołu, a po drugie – wiedzą już, ile firmę może kosztować sytuacja, kiedy wybiorą, owszem, osobę bardzo dobrze przygotowaną merytorycznie do czekających ją zadań, która będzie odpowiednia, ale nie będzie dopasowana.

A na czym polega różnica między odpowiedniością a dopasowaniem?

O tym, czym jest odpowiedniość i dopasowanie, mówi m.in. Marcus Buckingham, autor książek i programów szkoleniowych pomagających firmom dążyć do identyfikacji i rozwijania talentów swoich pracowników. Odpowiedniość to kompetencje, które odpowiadają danemu stanowisku pracy, a dopasowanie oznacza, że czyjś sposób zachowania, sposób komunikowania i postawa współgrają z zespołem. Osoba odpowiednia dobrze pracuje, ale jeśli nie jest dopasowana, prędzej czy później pojawią się napięcia, konflikty i problemy, które przełożą się na efektywność pracy całego zespołu. Nie można jej zarzucić złej pracy, bo ma kwalifikacje, ale z powodu jej postawy kuleje efektywność całej organizacji.

Ale umiejętności społecznych można się nauczyć. Jeśli pracownik jest cenny dla firmy merytorycznie, to chyba jego przełożeni zrobią wszystko, by tę osobę zatrzymać, a jednocześnie wpłynąć na atmosferę w pracy.

Tak, umiejętności społeczne są nabywalne, choć każdy z nas już jakąś bazę wyjściową ma. Oczywiście, że osobie ekstrawertycznej łatwiej będzie nawiązywać kontakty niż introwertycznej, ale cechuje nas wszystkich pewna plastyczność w zachowaniach, co pozwala nam rozwijać umiejętności osobiste i społeczne. Możemy się zmieniać.

To chyba dobry moment, żeby zapytać, czym w ogóle są soft skills i dlaczego są dziś nie mniej cenne niż dyplomy?

Nie lubię sformułowania „soft skills”, nie posługuję się także terminem „umiejętności miękkie”, czyli nie dość szczęśliwym polskim tłumaczeniem. Na co dzień wolę zwrot „umiejętności społeczne”, ponieważ wydają się najlepiej opisywać zjawisko, o którym właśnie rozmawiamy. Dla mnie umiejętności społeczne to wszystkie umiejętności związane ze współdziałaniem z innymi ludźmi – bo przecież niemal wszystko, co tworzymy, nie tylko w pracy, tworzymy z innymi ludźmi. Nawet jeśli ktoś jest niezależnym przedsiębiorcą, to nie istnieje samodzielnie – jest zależny od innych, którzy współprodukują czy dystrybuują jego produkt albo usługę. Dlatego umiejętności współdziałania z innymi ludźmi są nam absolutnie niezbędne – i nie mam tu na myśli określonych technik, tylko dopasowanie rodzaju komunikatu do typu odbiorcy. Trzeba wiedzieć, w jaki sposób dotrzeć do drugiej osoby, by osiągnąć porozumienie. Królową umiejętności społecznych jest zdolność do empatii i w ogóle inteligencja emocjonalna. Ktoś może być zadaniowo doskonały, być superekspertem, ale jeśli miałby bardzo słabe umiejętności społeczne, a jego praca będzie wymagała współpracy z dużą liczbą ludzi, można przewidywać problemy i brak sukcesu.

Straty też będą po stronie osób, którymi on zarządza czy z którymi musi pracować.

Tak. Te umiejętności potrzebne są nie tylko menedżerom, ale każdemu z nas. Komunikacja, empatia, ale i samoświadomość, która jest niezbędna, gdy chcemy rozwiązywać konflikty, wychodzić z trudnych sytuacji społecznych.

Czyli przede wszystkim wiedza na temat samego siebie.

Gdy znamy siebie, gdy mamy realną wiedzę o tym, co szybko wyprowadza nas z równowagi, wówczas staje się możliwa samokontrola. Każdy z nas jest tylko człowiekiem, może się zirytować czy zdenerwować. Chodzi o to, by umieć odczytywać własne stany emocjonalne i jeśli są destrukcyjne, umieć je wygaszać, neutralizować albo zmieniać na emocję neutralną lub pozytywną. W empatii istotne jest nie tylko współodczuwanie, ale też konstruktywne działanie. Nie zawsze mamy zmieniać zdanie czy przyznawać komuś rację, ale powinniśmy kierować się chęcią zrozumienia powodów zachowania drugiej osoby. Mając jej i swoją perspektywę, łatwiej znaleźć rozwiązanie konfliktu, które będzie zadowalające dla obu stron.

Empatia jest piękną cechą i bardzo pożądaną, ale są sytuacje w życiu zawodowym, że źle rozumiana może się odbić na pracy całego zespołu. Załóżmy taką sytuację – wiemy, że koleżanka się rozwodzi, przeżywa trudne chwile, i zamiast jej dawać nowe zadania, przekazujemy je innym pracownikom. Ona ma naszą ochronę, a inni pracownicy więcej pracy – co na pewno zostanie przez nich dostrzeżone.

Empatia to nie tylko rozumienie swoich emocji i współodczuwanie stanów emocjonalnych innych ludzi, ale także działanie w związku z tym, co się w nas pojawia. Podejmujemy decyzje i nasza postawa powinna być racjonalna, choć punktem wyjścia były emocje. Działanie powinno być oparte na analizie sytuacji i przewidywaniach konsekwencji decyzji, jakie podejmiemy.

Kiedyś, podczas zajęć z psychoterapii, pewien profesor powiedział: „Co nam po tym, że empatyczny terapeuta będzie płakał razem z grupą terapeutyczną? Nikt nie skorzysta – ani grupa nie pójdzie dalej, ani terapeuta nie da grupie oglądu czy wsparcia”. Rozumiejąc odczucia pacjenta, terapeuta powinien szukać sposobu, jak mu pomóc, a nie płakać razem z nim. Nie jestem przekonana, że profesjonalne byłoby zabranie osobie będącej w jakiejś trudnej emocjonalnie sytuacji jej zadań i obarczenie nimi jej kolegów.

No właśnie, bo nasza zdolność empatii powinna obejmować też wszystkich innych współpracowników. Może ich najpierw zapytajmy, co oni na to.

To jest jeden z możliwych scenariuszy. A może właśnie dalsza praca będzie dla tej osoby najbardziej terapeutyczna? Osoba empatyczna, o wysokich umiejętnościach społecznych raczej nie postąpiłaby tak jak szefowa w powyższym przykładzie. Dlatego, że im większa inteligencja emocjonalna, tym więcej możliwości patrzenia szeroko, rozumienia organizacji systemowo – gdy zmieniamy jeden element w systemie, zmiana wpływa na wszystkie pozostałe. Spodziewałabym się od zwierzchnika w tej sytuacji zachowania, owszem opartego na empatii (dostrzega trudne emocje, współodczuwa), ale w rozmowie z zainteresowaną też na coś się z nią umawia – nie zaczyna jej traktować jak osoby pozbawionej woli i chęci samostanowienia o sobie, szuka najlepszych dla wszystkich rozwiązań. Szef empatyczny nie boi się rozmowy o emocjach – i choć też je przeżywa – to jednak potrafi myśleć racjonalnie, strategicznie, troszcząc się o wszystkie osoby w systemie. Emocje, które odczuwa, nie zalewają go, nie paraliżują jego myślenia i działania. Od szefa wymagana jest dojrzałość, która pozwala mu nie tylko dostrzegać emocje u siebie i innych, ale też nimi zarządzać.

Kiedy nam empatia szczególnie pomaga?

W tej chwili we wszystkich branżach pracuje się projektowo. Tam, gdzie składy zespołów zmienia się często, przy poszczególnych projektach, te umiejętności są rzeczywiście konieczne. Nie tylko zresztą empatia, ale i inne umiejętności społeczne – bo nie pracujemy już w tym samym składzie całymi latami, jak to było w poprzednich modelach biznesowych, ale od projektu do projektu lub realizując kilka planów w jednym czasie w różnych zespołach. Nie mamy miesięcy, a nawet tygodni na wzajemne poznawanie i uczenie się siebie. Dlatego też bardzo przydaje się wspominana wyżej odpowiedniość i dopasowanie – czyli wykorzystanie podczas dobierania osób do zespołu naturalnych predyspozycji, zachowań i postaw adekwatnych do innych ludzi, z którymi będziemy pracowali. Jeśli z owym dopasowaniem będzie krucho, praca zespołu zostanie zaburzona już przy pierwszym nadarzającym się problemie. Ludzie pracujący w systemie projektowym są bardziej zależni od siebie niż w tradycyjnym modelu zarządzania – to, co zrobi jedna osoba lub czego nie zrobi, wpływa silnie na realizację zadań przez innych. Zespoły projektowe, co zauważają menedżerowie, rozbijają się zwykle o przeszkody nie merytoryczne, lecz emocjonalne, interpersonalne. To powoduje ogromne straty, drogo kosztuje – i zdrowia, i emocji, i czasu, i w końcu pieniędzy. Dlatego tzw. soft skills są takie ważne. Wielu zarządzających dostrzega to i po okresie niedoceniania „umiejętności miękkich” (bo takie „miękkie”) do szkolenia się w nich chętnie wróciło. Niskie umiejętności społeczne okazały się być zbyt kosztowne.

Czy empatii można się nauczyć?

Można się nauczyć uwrażliwienia na drugą osobę. Można się nauczyć naprawdę jej słuchać. Uważnie i z szacunkiem. Skupiać uwagę – bo rzeczy w firmach dzieją się szybko i często nasze reakcje są nawykowe, mechaniczne. Ludzie coś słyszą, ale nie słuchają. Myślą już o spotkaniu, które mają za 25 minut. Musimy się nauczyć z powrotem koncentracji – to jest pierwszy warunek empatii. Dzięki temu możemy dostroić się do drugiej osoby i zrealizować zadania szybciej i skuteczniej. Najpierw więc uważność, koncentracja, a potem już jedno wynika z drugiego – pojawia się samoświadomość, z nią większa możliwość samokontroli i w końcu dopasowanie.

Jest jeszcze jeden ważny element, na który zwracam uwagę menedżerom i zespołom – konstruktywne myślenie w sytuacjach trudnych. Kiedy goni nas czas, kiedy projekt zbliża się do końca, a my widzimy tylko to, co się nie udało, zamiast wzmagać u innych poczucie paniki, trzeba się zatrzymać. Warto zastosować metodę trenera piłki ręcznej mężczyzn Bogdana Wenty, czyli sławne: „Mamy 10 sekund, to bardzo dużo czasu”. Dzięki tej taktyce zdobył ze swoim zespołem mistrzostwo świata. Czy były tam emocje? Na 10 sekund przed końcem meczu? Na pewno były. Ale były też umiejętności społeczne, które pozwoliły podjąć dobre decyzje i zwyciężyć. Wenta rozpoznał swoje emocje, emocje w zespole, nazwał je i przetransformował na korzystne u siebie i konstruktywne dla zespołu. Był empatyczny i zaangażowany. I o to chodzi. To jest właśnie empatyczny lider. Po prostu mistrzostwo świata.

Dr Joanna Heidtman psycholog i socjolog, doradca i coach, wykłada na SWPS i w ICAN Institute. Publikuje na stronach Blogosfery Liderów Harvard Business Review Polska. Współprowadzi firmę konsultingową Business Doctors.